zettrzy
22.09.09, 00:06
takie mialam uczucie wczoraj, spacerujac po miescie... Otto Tootsie
Plohound zamknelo podwoje, na jego miejsce wprowadzily sie jakies
funkcjonalne trampko-trepy... zamiast butiku Jo Malone wielki
napis "lokal do wynajecia"... po Joan Michlin tez zostal lokal do
wynajecia... jedynie Aedes sie trzyma, no i pare tanich sklepow,
ktore zupelnie nie sa interesujace
na dodatek Upper West Side zamienila sie w suburbium - pelno
mamusiek z wozkami, zle ubrani ludzie, szykowne butiki pozamykaly
podwoje, na ich miejsce wprowadzily sie sklepy z materacami i
dentysci... to juz nie kryzys, to strukturalna zmiana w kierunku dla
mnie nie do przyjecia
pamietam to miasto jako zbior ksiegarn, galerii sztuki, sklepow z
antykami, unikalnymi ubiorami, kosmetykami "domowej roboty"... po
paru latach Bloomberga NYC przypomina bardziej jakies Kansas City
czy inne No-face-ville w srodku bezplciowego midwestu
chyba zostaje stad wyjechac...