ladymama2828
03.04.12, 11:18
Przeczytałam wpis rtg1 i bardzo mi się spodobało stwierdzenie "że przez chwile obydwoje dotknęli nieba"
Powiedzcie, czy trzeba się aż tak poświęcać, by zrezygnować z prawdziwej miłości na rzecz...no właśnie czego? stagnacji? świętego spokoju? wygody, że nie tułamy się po sądach?
Mam świadomość tego że układ kochanek-kochanka w zdecydowanej większości jest oparty na pożądaniu, namiętności i wzajemnej fascynacji. Ale życie pokazuje, że zdarzają się nieoczekiwane zakochania i odkrycie, że ta druga osoba jest tą mityczną połówką jabłka.
Kiedyś też tak myślałam, że "kochankowanie" to tylko sex, zabawa i ciekawa przygoda. Ale pewnie dlatego, że mnie to spotkało-zmieniłam zdanie.
Moje przemyślenia po roku bycia razem...chyba warto dotknąć nieba. Poczucie szczęścia i bycia kochaną jest bezcenne. Nie wiem czy nie będę kiedyś płakać, ale tu i teraz jestem szczęśliwa, mogę o wszystkim rozmawiać, zwrócić się z każdym problemem, kłopotem. Jest mi wsparciem i dobrze, że jest przy mnie. Ktoś wreszcie mnie docenia, szanuje i kocha.
A Wy jak myślicie? Warto tak ryzykowac?
Pozdrawiam przedświątecznie