Dodaj do ulubionych

Uniwersytety - ewolucja czy meandry?

IP: *.crowley.pl 06.10.04, 12:18
Myślałem, że dla mnie (po 35 latach pracy w szkołach wyższych, na trzech
kontynentach, w tym dziesięcioletniego "profesorowania" w Kanadzie) są to
sprawy należące do przeszłości. Ale wróciłem do Polski i jednak to też
wróciło - mam na myśli moje zainteresowanie dyskusjami o stanie polskich
szkół wyższych. A wszystko to w kontekście szarpaniny o nowelizację odnośnej
ustawy.
Może i mój skromny głos w tej sprawie na coś się przyda. Zapraszam do lektury
mojego tekstu zamieszczonego w Biuletynie KSN (rocznik 2000, numery: 4 (51) i
5 (52); adres: KSN Online.
W uzupełnieniu do ww tekstu - dzisiaj powiedziałbym tak: trudno jest zmienić
wszystko, bo to jest "wyryte" w głowach, ale zróbmy to co najważniejsze tj.
zlikwidujmy te "dożywotnie" habilitacje i te kuriozalne "belwederskie"
profesury.
I tak na marginesie, kiedy czasem widzę jak wykładają na Edusat'cie nasi
utytułowani "na cztery nogi" seniorzy, to nachodzą mnie koszmary.
Jeszcze jedna kwestia. Obserwuję, że zachwytom i nawoływaniom o menadżerskie
zrządzanie uczelniami nie ma końca. Czy jest to panaceum bez skutków
ubocznych? Przypomniałem sobie, że w 1990 roku przyszli do mnie w Kanadzie
dwaj moi koledzy, profesorowie z dziedziny socjologii społecznej. Wrócili z
zawodowej wizyty w Polsce bardzo zdziwieni, że Polacy tak bardzo wierzą we
wszechzbawcze skutki gospodarki rynkowej we WSZYSTKICH dziedzinach. Podobno,
starali się oni troszkę przestrzegać przed tymi prostymi diagnozami i
ewentualnymi skutkami, ale słuchaczy to nie interesowało. Cóż może to był
taki etap naszej transformacji. To truizm ale warto słuchać tych, którzy już
dany problem "przeżyli", a nie tylko poznali go przez "szybę witryny",
z "broszurek" lub w trakcie wizyt-wycieczek i przeważnie w wersji podanej
przez "tłumaczy języków obcych".
Pomimo to ja też spróbuję, a właściwie to już próbowałem - jako współautor
artykułu - przedstawić, może trochę odmienny punkt widzenia, a może wzbudzić
nieco refleksji. Zachęcam więc do lektury tekstu ("T.Z. Wolańscy o meandrach
uniwersytetów") zamieszczonego, również w 2000 roku i ww Biuletynie KSN,
numery: 7(53), 8(54) i 9(55).
Przyjemnej lektury!
Obserwuj wątek
    • khmara Autonomia a wolność akademicka 06.10.04, 14:20
      Świetny tekst, ale dłuugi, a na dodatek KSN Online chodzi tak, że komputer
      zadyszki dostaje. Dlatego pozwalam sobie subiektywnie wybrać i wkleić
      najciekawsze (moim skromnym zdaniem) fragmenty.

      T.Z. Wolańscy "O meandrach uniwersytetów"

      " ...przedstawiając swoją po-
      zycję w kwestii propozycji dyrektora Wyższej Szkoły Han-
      dlowej w Montrealu, w myśl której : profesor wyższej
      uczelni mógłby być komandytariuszem prywatnych spółek
      komandytowych, Federacja Związków Zawodowych Profe-
      sorów Prowincji Québec stwierdza (9), między innymi :
      (…) »Ponadto, nie moglibyśmy tolerować, żeby profesor
      był związany tego typu więzami z jakimś rządem, partią
      polityczną, kościołem, sektą lub z jakąkolwiek inna grupą,
      nie powodując tym samym ograniczenia swojej wolności
      akademickiej (…) W jaki sposób, profesor – komandyta-
      riusz mógłby być całkowicie nieskrępowany w korzystaniu
      ze swojej wolności krytyki w stosunku do innych udzia-
      łowców? Jak mógłby oprzeć się autocenzurze? »(…).
      Chyba warto i takie sprawy przypominać, bo maja jakąś
      dziwnie « ulotną » naturę."
    • khmara O finansowaniu 06.10.04, 14:25
      T. Z. Wolańscy "O meandrach uniwersytetów"

      "w wielu krajach, np. : w Kanadzie, budżety uniwersytetów,
      praktycznie nie zawierają nakładów na badania. Finansowa-
      nie budżetowe uniwersytetu odbywa się w parciu o kryte-
      rium : liczba studentów, którzy zechcieli dany uniwersytet
      wybrać jako miejsce ich edukacji, pomnożonej przez ustalone
      nakłady jednostkowe na « głowę » studentki lub studenta, w
      zależności od kierunku studiów i trzech poziomów kształce-
      nia. Natomiast, pieniądze na badania maja być uzyskiwane
      « z zewnątrz » uniwersytetu, poprzez indywidualne lub gru-
      powe uczestnictwo profesorów w konkursach organizowa-
      nych przez sponsorów państwowych i prywatnych.Utarło
      się, ze jest to normalne, ale jak pisze prof. Bertrand Gervais
      (10), który nawiasem mówiąc otrzymał w roku 1998, tzw.
      prix d’excellence en recherche de l’Université du Québec –
      czyli główna nagroda za osiągniecie « doskonałości » w
      dziedzinie badań naukowych, : (…) « Subwencje pozwalają
      zapewnić sobie środki i narzędzia niezbędne do pracy uni-
      wersyteckiej (…), (w Kanadzie, środki z subwencji prze-
      znaczone są, głównie, na wynagrodzenie dla magistrantów,
      doktorantów itd., zakupy aparatury, narzędzi informatycz-
      nych, udziału w konferencjach naukowych itd. – przypisek
      TZW) to co mnie wprawia w osłupienie, to fakt, ze ta sytu-
      acja nikogo nie dziwi. Tymczasem, gdybyśmy pracowali w
      tzw, sektorze prywatnym byłby to skandal. Zaangażować
      personel, ale nie dostarczyć mu narzędzi do pracy praw-
      dziwa strata czasu i robocizny! Gorzej, żądać od pracowni-
      ka żeby pracował po to, żeby sobie kupić wyposażenie do
      pracy »(…). Jest to rzeczywiście paradoks, ale przyjmowa-
      ny przez społeczeństwo bez przysłowiowego zmrużenia
      oka."
      • khmara Re: O finansowaniu 06.10.04, 20:00
        khmara napisał:

        > T. Z. Wolańscy "O meandrach uniwersytetów"
        > "gdybyśmy pracowali w
        > tzw, sektorze prywatnym byłby to skandal. Zaangażować
        > personel, ale nie dostarczyć mu narzędzi do pracy praw-
        > dziwa strata czasu i robocizny! Gorzej, żądać od pracowni-
        > ka żeby pracował po to, żeby sobie kupić wyposażenie do
        > pracy »(…). Jest to rzeczywiście paradoks, ale przyjmowa-
        > ny przez społeczeństwo bez przysłowiowego zmrużenia
        > oka."

        W Polsce jest to niezgodne z Kodeksem Pracy. Obowiązkiem pracodawcy jest
        zapewnienie pracownikowi warsztatu pracy. W przypadku finansowania badań
        naukowych mamy więc do czynienia z nagminnym łamaniem prawa pracy przez uczelnie
        wyższe. Ustawa o szkolnictwie wyższym stanowi, że obowiązkiem pracownika
        naukowego lub naukowo-dydaktycznego jest prowadzenie badań naukowych. Natomiast
        możliwa i stosunkowo powszechna jest sytuacja, w której pracownik naukowy nie
        otrzymuje żadnych funduszy na prowadzenie badań. Przyznanie takich funduszy leży
        tylko i wyłącznie w gestii kierownika jednostki, a kierownik jednostki może na
        podstawie sobie wiadomych kryteriów nie przyznać żadnych funduszy, zwłaszcza
        potencjalnemu konkurentowi do stołka. Jest to dość powszechny sposób na
        przycięcie skrzydełek zbyt ambitnym lub wręcz zmuszenie do poszukania innego
        miejsca pracy zbyt dobrych. Taki sposób finansowania rozkłada naukę bardziej niż
        obiektywnie niskie nakłady.

        Tzw. projekt poselski usiłował zapobiec takim sytuacjom poprzez zniesienie
        ustawowego obowiązku prowadzenia badań naukowych przez pracownikó uczelni.
        Pracownik, który nie prowadzi badań nie awansuje, taka jest logika projektu
        poselskiego. Jest to próba dostosowania sytuacji rzeczywistej do obowiązującego
        prawa.

        > "w wielu krajach, np. : w Kanadzie, budżety uniwersytetów,
        > praktycznie nie zawierają nakładów na badania. Finansowa-
        > nie budżetowe uniwersytetu odbywa się w parciu o kryte-
        > rium : liczba studentów, którzy zechcieli dany uniwersytet
        > wybrać jako miejsce ich edukacji, pomnożonej przez ustalone
        > nakłady jednostkowe na « głowę » studentki lub studenta, w
        > zależności od kierunku studiów i trzech poziomów kształce-
        > nia.

        Nie wiem dokładnie, w jaki sposób jest u nas finansowana dydaktyka, w każdym
        bądź razie zwiększenie liczby studentów dziennych w żaden sposób nie jest
        związane z wzrostem nakładów na dydaktykę. Możemy przyjąć więcej studentów, ale
        kosztem zwiększenia liczebności grup - na dodatkowe godziny dydaktyczne nie ma
        środków. Natomiast dosyć powszechne jest finansowanie dydaktyki ze środków na
        badania naukowe. Ze środków na badania można np. zakupić dla studentów skrypty
        do biblioteki, bo przecież nikt poza komisją akredytacyjną nie będzie w stanie
        sprawdzić zasadności takiego wydatku, a komisja akredytacyjna tak prozaicznymi
        rzeczami się nie zajmuje.

        > Natomiast, pieniądze na badania maja być uzyskiwane
        > « z zewnątrz » uniwersytetu, poprzez indywidualne lub gru-
        > powe uczestnictwo profesorów w konkursach organizowa-
        > nych przez sponsorów państwowych i prywatnych.

        Tezą autorów jest, że państwowe środki na badania powinny trafiać bezpośrednio
        do uniwersytetów, a uniwersytety będą je dzieliły po uważaniu. W Polsce jest tak
        od zawsze, środki przeznaczane na granty to niewielka część wszystkich środków
        przeznaczanych na naukę - większość trafia do uczelni w formie funduszy na
        badania własne i statutowe. Widząc, w jaki sposób te środki są wydatkowane przez
        uczelnie, będę na przekór autorom postulować, żeby było dokładnie na odwrót,
        tzn. uczelnie powinny otrzymywać pieniądze na dydaktykę, natomiast środki na
        badania bezwzględnie powinny być przyznawane na zasadzie konkursu projektów
        indywidualnych i zespołowych.
    • khmara Re: Uniwersytety - ewolucja czy meandry? 06.10.04, 15:18
      www.solidarnosc.org.pl/~ksn/Bullet/nr9(55).pdf
      ciąg dalszy
    • Gość: Szczepan Re: Uniwersytety - ewolucja czy meandry? IP: *.crowley.pl 06.10.04, 15:21
      Do Szanownego/nej "khamara"
      Dziękujemy za komplement. Tekst jest faktycznie długi jak "Nad Niemnem" - tak
      mawialiśmy kiedy byliśmy w liceum. Upoważniam :-)) do dalszej selekcji
      poruszanych tam wątków. Może uda nam się w ten sposób wybrać to co
      najważniejsze / najciekawsze. Inaczej jakoś nie potrafimy sobie z nim poradzić!
      TZW
      • khmara O pracowniach przemysłowych 06.10.04, 15:54
        Gość portalu: Szczepan napisał(a):
        > Do Szanownego/nej "khamara"
        Może być po prostu "do khmary".

        Trzecia część jest faktycznie najważniejsza i najciekawsza, ale nie udało mi się
        cytatów wykopiować ;(, dlatego podaję tylko link.
        Najważniejsze zagadnienia:
        - sposób oceny wyników pracy naukowej
        - technokracja a nauka
        - finansowanie przez przemysł i konsekwencje
        - rola naukowca: badacz czy manager?

        To ostatnie zagadnienie jest bardzo szczegółowo przedstawione w tekście. I
        bardzo dobrze, bo dla większości przedstawicieli świata naukowego w Polsce to
        jest bajka o żelaznym wilku. O sprawach dotyczących organizacji i sposobu
        finansowania nauki w Ameryce w wymiarze przedstawionym w tekście często
        wypowiadają się jako autorytety osoby, które "były i na własne oczy widziały", a
        cała dyskusja ma dowodzić wyższości kapitalizmu nad komunizmem. Tylko, że te
        osoby "były" krótko, "widziały" pełne półki, a w kraju mięso na kartki, a na
        dodatek nie znają języka i niewiele zrozumiały.

        Takich pracowni w Polsce nie ma i długo jeszcze nie będzie. Natomiast "uczonych"
        , którzy widzieliby się w charakterze kierowników takich katedr jest u nas na
        pęczki - nic nie trzeba robić, bo od tego są inni, tylko załatwiać,
        reprezentować i dopisywać sobie osiągnięcia. Jakby rybkę z akwarium wypuścić do
        oceanu. Szkopuł w tym, że nasi uczeni oczekiwaliby, żeby kierownikiem takiej
        instytucji mogła zostać tylko i wyłącznie osoba utytułowiona na podstawie
        tytularnych zasług, a w żadnym wypadku nie na podstawie otwartego konkursu.

        Z tych wszystkich powodów nie wydaje mi się, żeby było w Polsce zainteresowanie
        tą specyficzną tematyką.
      • khmara O technokracji 06.10.04, 16:20
        Technokracja w Polsce już zdążyła się całkiem nieźle zakorzenić z negatywnymi
        konsekwencjami. Bzdurnych przepisów nie brakuje, np.:
        - ocena parametryczna jednostek - liczy się liczba publikacji, za każdy rodzaj
        dokonań przyznawane są punkty dla jednostki, np. inne punkty za książkę wydaną
        za granicą, inne za książkę wydaną w kraju. Tylko że książka wydana w PWN
        punktuje tak samo, jak książka wydana w nakładzie 60 egz. w wydawnictwie
        ReklamaPress. W praktyce kierownicy jednostek często sami nie wiedzą, co to
        takiego jakaś tam Lista Filadelfijska i nakłaniają pracowników do publikowania
        jak najwięcej, często bezwartościowych publikacji, bezwartościowych także w
        sensie punktacji KBN.
        - akredytacja - liczy się tylko liczba pracowników o określonych kwalifikacjach,
        nie jest ważne czy prowadzą zajęcia, czy nie. Wystarczy, że są na stanie. Efekt
        tego mądrego rozporządzenia jest taki, że instytutowi bardziej opłaca się
        importować choćby kiepskiego profesora, ale z hab., niż inwestować w rozwój
        naukowy własnych adiunktów. Jeżeli akredytacja nie jest zagrożona, inwestowanie
        w rozwój własnej kadry staje się całkowicie nieopłacalne.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka