Dodaj do ulubionych

"14 godzin w labie"

10.02.05, 23:39
I to jeszcze z sobotami (w niedziele - jak coś akurat idzie). To taki
"standard", do którego wychowuje się studentów z aspiracjami zostania
naukowcem.

Ten akurat fragment etosu naukowego uważam nie tylko za durny, ale za wręcz
szkodliwy. Nie wiem, doprawdy, jak można mieć pomysły, albo choćby uniknąć
popełniania prostych błędów (i poprawiania ich przez następne 7 godzin, hehe),
pracując w takim systemie.

Owszem, zgadzam się: bakterie czasem nie poczekają, kolumna też. I bywa, że
posiedzieć trzeba. Ale to właśnie powinno BYWAĆ, a nie stawać się paradygmatem
uprawiania nauki.

Ciekawy artykuł Żakowskiego (nie o nauce, co prawda, ale uważam, że teza ma
zastosowanie i w nauce): serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34474,2545446.html
Obserwuj wątek
    • lukasz97 Re: "14 godzin w labie" 11.02.05, 03:14
      kot_schroedingera napisał:

      > I to jeszcze z sobotami (w niedziele - jak coś akurat idzie). To taki
      > "standard", do którego wychowuje się studentów z aspiracjami zostania
      > naukowcem.
      >
      > Ten akurat fragment etosu naukowego uważam nie tylko za durny, ale za wręcz
      > szkodliwy. Nie wiem, doprawdy, jak można mieć pomysły, albo choćby uniknąć

      tylko nieliczni moga sobie pozwolic na zajmowanie sie tylko pomyslami.
      cala reszta wiekszosc czasu spedza na zmudnej realizacji rzeczonych.
      czasami wlasnych czasami szefa. miniprepy mozna robic baaardzo dlugo ;o)

      > popełniania prostych błędów (i poprawiania ich przez następne 7 godzin, hehe),
      > pracując w takim systemie.
      >
      > Owszem, zgadzam się: bakterie czasem nie poczekają, kolumna też. I bywa, że
      > posiedzieć trzeba. Ale to właśnie powinno BYWAĆ, a nie stawać się paradygmatem
      > uprawiania nauki.

      paragygmatem staje sie to co robia inni. a inni siedza...

      l
      > Ciekawy artykuł Żakowskiego (nie o nauce, co prawda, ale uważam, że teza ma
      > zastosowanie i w nauce): <a
      href="serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34474,2545446.html"
      target="_blank">serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34474,2545446.html</a>
      • staua Re: "14 godzin w labie" 11.02.05, 16:27
        >
        > paragygmatem staje sie to co robia inni. a inni siedza...

        Na przyklad Chinczycy. W moim labie Chinczyk co prawda przychodzi o trzeciej po poludniu, ale siedzi
        cala noc (puszczajac zele i w tym czasie spiac albo zgrywajac piosenki z iTunes do swojego iPoda :-))
        Uwazam, ze to bezsens. Tzn. pracujemy tyle, na ile nas stac i ile trzeba, zeby osiagnac cel (wiec
        wszystko zalezy od tego, jaki cel sobie postawilismy) i tyle, na ile pozwalaja nam inne zyciowe
        czynnosci. Wszystko jest wyborem, to tez. Jesli wybieramy prace naukowa zakladajac, ze bedziemy
        pracowac 15 godzin dziennie, to mozemy sie tego trzymac...
        Sama pracuje 10- max. 15 godzin (rzadko ta gorna granica). Tzn. nie oszukujmy sie- JESTEM w pracy.
        Sa wtedy seminaria, doswiadczenia, pisanie, czytanie artykulow, przerwy na Internet, dyskusje z
        szefem, dyskusje z kolegami, jedzenie w czasie dyskusji, uzeranie sie z glupim technikiem,
        tlumaczenie banalow studentom itd.
        Aha, wlasnie, co do banalow: czytalam kobiecy magazyn "Pani" i byla tam NUMEROLOGIA (tzn.
        przypisywanie cech ludziom, ktorych daty urodzenia sumuje sie do cyfr 1-9). I instrukcja: nalezy
        dodawac cyfry daty urodzenia az do otrzymania liczby PIERWSZEJ (!) To podstawowka, prawda? Boze.
    • true_blue Re: "14 godzin w labie" 11.02.05, 08:23
      Fajny artykul, nawet nie wiedzialam, ze jest na ten temat dyskusja...
      Ano 14 godzin codziennie w labie nie powinno byc w zadnym wypadku powodem do
      dumy. Pracowalam tak przez 3 miesiace na wyjezdzie i na koniec wyladowalam na ER
      (wclae nie zartuje - caly uklad odpornosciowy padl :-) ). Nigdy wiecej takiego
      bledu! Co nie znaczy, ze praca w przypadkach szczegolnych po kilkanascie godzin
      przez kilka dni jest zla. Moim zdaniem zdolnosc do takiej pracy to jest wlasnie
      motywacja.
      Pozdr.
      • happili Re: "14 godzin w labie" 11.02.05, 10:27
        Ha! Mozna nawet 17 godzin ciagiem. Ale nie dluzej niz 7 dni. Przynajmniej tak
        bylo u mnie. Potem sie rozsypalo. Teraz standardowo 12 godzin dziennie i pol
        soboty oraz pol niedzieli wolne. Odkrylam, ze jednak potrzebuje czasu dla
        siebie. :O Ale ja w sumie nie mialam zadnego wyboru. Szef oczekuje pracy 24/7 i
        ciezko sie z nim klocic, bo glownym argumentem jest, iz 'on tak wlasnie w CSHL
        pracowal'. A poza tym 'okres robieniu doktoratu masz wspominac jako najbardziej
        traumatyczne doswiadczenie swojego zycia'. Ten cel osiagnal.
        Pozdrowka. I dobrego dnia. W Germanii leje i jest psio.
        Il
        • koekast Re: "14 godzin w labie" 11.02.05, 11:00
          Widze, ze temat znow wyplynal. :)
          Mozna oczywiscie pracowac duzo. Tylko:

          1. Po co?
          2. Czy mozna pracowac tworczo te 12-14 godzin, czy tylko pipetowac, albo patrzec
          jak sie pliki w konwerterze przewalaja?
          3. Czy pracujemy dla siebie, czy dla widzimisie szefa?

          Nie chodzi mi o to, ze duzo pracy jest jakos szkodliwe, nie zgadzam sie do konca
          z Zakowskim, ktory podawal przyklady glownie z polskich supermarketow.
          W przypadku naukowcow raczej pracuje sie bo sie chce, a nie dlatego, ze
          trzeba zarobic te 500zl na przezycie, prawda?
          Przesada w obie strony jest niewskazana. Robienie z siedzenia po 14 godzin
          "etosu" i licytowanie sie kto siedzi dluzej uwazam za smieszne.
          Z drugiej strony mowienie jak Belgowie i Francuzi "nie musimy pracowac dlugo bo
          jestesmy najefektywniejsi na swiecie" (a nie sa) i utrzymywanie dobrego
          samopoczucia w ten sposob tez nie jest duzo lepsze. Co najwyzej zdrowsze ;)
          Sam zlapalem sie na siedzeniu nad praca (w domu) raz - 17godzin. Wtedy wlasnie
          zadalem sobie pytanie - po co?

          pozdrawiam,
          Kk
          • ex-rak Re: "14 godzin w labie" 11.02.05, 11:25
            koekast napisał:

            > Widze, ze temat znow wyplynal. :)
            > Mozna oczywiscie pracowac duzo. Tylko:
            >
            > 1. Po co?
            > 2. Czy mozna pracowac tworczo te 12-14 godzin, czy tylko pipetowac, albo
            patrze
            > c
            > jak sie pliki w konwerterze przewalaja?
            > 3. Czy pracujemy dla siebie, czy dla widzimisie szefa?
            >
            > Nie chodzi mi o to, ze duzo pracy jest jakos szkodliwe, nie zgadzam sie do
            konc
            > a
            > z Zakowskim, ktory podawal przyklady glownie z polskich supermarketow.
            > W przypadku naukowcow raczej pracuje sie bo sie chce, a nie dlatego, ze
            > trzeba zarobic te 500zl na przezycie, prawda?
            > Przesada w obie strony jest niewskazana. Robienie z siedzenia po 14 godzin
            > "etosu" i licytowanie sie kto siedzi dluzej uwazam za smieszne.
            > Z drugiej strony mowienie jak Belgowie i Francuzi "nie musimy pracowac dlugo
            bo
            > jestesmy najefektywniejsi na swiecie" (a nie sa) i utrzymywanie dobrego
            > samopoczucia w ten sposob tez nie jest duzo lepsze. Co najwyzej zdrowsze ;)
            > Sam zlapalem sie na siedzeniu nad praca (w domu) raz - 17godzin. Wtedy wlasnie
            > zadalem sobie pytanie - po co?
            >
            > pozdrawiam,
            > Kk


            Zasadniczo zgadam sie ze wszystkim. Z jednym malym wyjatkiem.

            Wlasciwie pytanie tylko po co? Mozna zadac sobie do wszystkiego.
            Spac 10 godzin. OK, tylko po co?
            Gapic sie w TV 10 godzin. OK, tylko po co?
            Buszowac po internecie 10 godzin. OK, tylko po co?
            Czytac ksiazke.....
            Lazic po gorach.....

            Z punktu widzenia jednostki powinnio robic sie to na co ma sie ochote i tak
            dlugo jak sie chce. Z punktu widzenia funkcjonowania spolecznosci zasady moga
            byc troche inne.
            • staua Re: "14 godzin w labie" 11.02.05, 16:19
              > Spac 10 godzin. OK, tylko po co?
              A ja kiedys po dwudniowej imprezie spalam 17 godzin! To moj rekord :-)
          • happili Re: "14 godzin w labie" 11.02.05, 16:13
            > 1. Po co?
            > 2. Czy mozna pracowac tworczo te 12-14 godzin, czy tylko pipetowac, albo
            patrze c jak sie pliki w konwerterze przewalaja?
            > 3. Czy pracujemy dla siebie, czy dla widzimisie szefa?

            Ad. 1
            Zgadazam sie z opinia ex-raka odnosnie 'po co?'.
            Ad. 2
            Pipetowanie jest czescia procesu tworczego! Najpierw cos wymyslasz, a potem to
            realizujesz, czyli machasz pipeta wedlug tworczej rozpiski.
            Ad. 3
            Na etapie doktoratu i przy niektorych 'Doktorvaterach' nie zadaje sie tego
            pytania i pracuje tyle, ile jest do zrobienia. Czyli do oporu.

            Smia poprzyj mnie, plz!! ;PPP

            Il
            • smia Re: "14 godzin w labie" 12.02.05, 18:21
              Ad. 3
              > Na etapie doktoratu i przy niektorych 'Doktorvaterach' nie zadaje sie tego
              > pytania i pracuje tyle, ile jest do zrobienia. Czyli do oporu.
              >
              > Smia poprzyj mnie, plz!! ;PPP


              POPIERAM!
              dokladnie tak pracuje: tyle, ile trzeba. zwykle do oporu, bo przeciez "zawsze
              jest cos do zrobienia". kiedy czuje sie presje czasu, nie zadaje sie pytan "po
              co?". ja wiem, po co... bo chce, bo mnie to pasjonuje, bo zamierzam skonczyc,
              to co rozpoczelam, bo mi zalezy, etc.
              dla jasnosci: ja akurat nie mam presji szefa, zeby pracowac w wekeendy, albo
              wieczorami. robie to, bo czuje ze tak jest lepiej dla MNIE.
          • kot_schroedingera Re: "14 godzin w labie" 11.02.05, 18:44
            > 2. Czy mozna pracowac tworczo te 12-14 godzin, czy tylko pipetowac,

            Nawet pipetować nie można, bo w końcu zaczyna się popełniac błędy i trzeba
            powtarzać, a na takiej zasadzie to można "pracować" w kółko. :)
            • koekast Re: "14 godzin w labie" 11.02.05, 22:16
              ok, na pipetowaniu sie nie znam ;) widzialem tylko i sluchalem kolegow bio...
              a co do pytania "po co?" - ex-rak tez ma ogolnie racje. Ale na to pytanie
              kazdy powinien sam sobie odpowiedziec. I jesli znajduje sensowna dla siebie
              odpowiedz, to usprawiedliwia to na pewno siedzenie 14 godzin w labie, zgoda?
              Tyle, ze nie uzasadnialbym nadmiaru pracy "dobrem spoleczenstwa" jak ex-rak.
              Az taki konfucjanista nie jestem ;) pracuje glownie dla siebie ewentualnie
              dla ludzi na ktorych mi zalezy.
              pozdr,
              Kk
              • kot_schroedingera Re: "14 godzin w labie" 11.02.05, 22:40
                Pipetowanie to w zasadzie i nie moja działka, ale porobiłem trochę wyznaczania
                stałych inhibicji. Z konieczności, bo nie wyobrażam sobie bardziej ogłupiającej
                roboty: pipetowanie na okrągło (przeplatane pakowaniem do spektrofotometru), z
                dokładnością wręcz paranoiczną, żeby kinetykom można było wierzyć. 4-5 godzin
                takiej pracy i jest się kandydatem do Tworek (ewentualnie do Kocborowa albo na
                Aleksandrowską).

                Oczywiście, że ex-rak ma rację. Tylko chodzi o trochę coś innego: Jemu o
                wykonywanie pracy, którą się lubi (albo choć ma się z niej pożytek). Mnie - o
                konieczność siedzenia w pracy tylko po to, żeby Szefowi poprawić samopoczucie,
                że oto Jego ludzie o, jak ładnie pracują po 80 godzin na tydzień. I żeby źle nie
                wyglądać na tle innych (ci inni z kolei myślą dokładnie tak samo). Mnie chodzi o
                wykazanie, że pożytki z takiej "pracy" bywają iluzoryczne. I że można tak
                popracować, jeśli jest się studentem i ma akurat głupiego szefa ("pan każe,
                sługa musi"). Ale istotą pracy naukowca nie jest pipetowanie na akord, bo od
                tego powinny być roboty (albo technicy). Naukowiec powinien przede wszystkim
                myśleć, a o to trudno, jak się damy zapędzić w kierat pseudopracy. O tym
                powinniśmy pamiętać, bo kiedyś (chyba) wyjdziemy poza etap tych studentów i
                postdoców. Może będziemy oceniać pracę innych. I po co w nieskończoność
                powielać złe wzory?

                Pozdrowienia,
                B.

        • ex-rak Re: "14 godzin w labie" 11.02.05, 11:16
          Szczerze mowiac to nie mam nic przeciwko efektywnej, optymalnej pracowitosci
          wolnego wyboru. Z odpowiednim czasem na odpoczynek, ale takze z poczuciem
          faktu, ze praca (intelektualna i fizyczna) jest jednak nazwijmy to jakims tam
          motorem. Nie uwazam, aby taka cecha byla czym zla w sensie spolecznym.
          Oczywiscie nie moze to byc ''glupia'' pracowitosc, ani zwyczajny wyzysk.
        • staua Re: "14 godzin w labie" 11.02.05, 16:20
          Happili, niestety z ta trauma to troche prawda. Ja dopiero teraz (prawie dwa lata po obronie) zaczynam
          odkrywac, ze mam jednak z tego okresu mile wspomnienia. Tuz po bylam wykonczona...
          • happili Re: "14 godzin w labie" 11.02.05, 17:15
            Ale po co taka trauma? Po co podjudzac ludzi w labie, zeby sie klocili? Po
            co 'motywowanie' do pracy poprzez mowienie, ze twoje wyniki sa do bani a twoj
            angielski smieszny?!... Dlaczego nie mozna do doktorantow podchodzic jak do
            ludzi?... :|
            Il
            • staua Re: "14 godzin w labie" 11.02.05, 17:36
              No, na to nie znam odpowiedzi, niestety. Moge Cie tylko pocieszac, ze to minie (w pewnym momencie
              nawet jeszcze w trakcie doktoratu sytuacja sie troche zmienia, bo jak publikujesz, to nagle stajesz sie
              godna uwagi)
              • broch Re: "14 godzin w labie" 11.02.05, 18:06
                w czasie pracy nad doktoratem przez dwa lata pracowalem po 14 godzin przez piec
                dni w tygodniu i dwa dni po 7 godzin. Nie dlatego ze ktos mi kazal. Po prostu
                podobalo mi sie to co robilem. Dzisiaj dalej lubie swoja prace, ale lubie tez
                inne rzeczy do ktorych ostatecznie wrocilem.
                Racje ma ex-rak: powinno sie poswiecac tyle czasu na kazda aktywnosc ile sie
                chce (w ramach zdrowego rozsadku oczywiscie).

                staua 17 godzin - zazdroszcze Ci. Nie jestem w stanie spac dluzej niz 5 czasem 6
                godzin na dobe. Pocieszam sie ze jest wiecej czasu na inne przyjemnosci
                (czytanie, sluchanie muzyki). Czasem jednak gdy patrze na spiace zone i corke to
                zazdrosc mnie ogarnia i zastanawiam sie czy nie obudzic :)
                • staua Re: "14 godzin w labie" 11.02.05, 19:22
                  To nie ja napisalam 17 godzin, to happili!
                  Ja bym nie mogla, bo niestety 8 godzin musze spac, inaczej nie jestem w stanie myslec i robie te bledy,
                  o ktorych ex-rak napisal wyzej...
                • staua A, nie zrozumialam 11.02.05, 19:23
                  17 godzin spania.
                  No, to byl rekord, popelnilam go po pierwszej klasie liceum (wakacje) i nigdy nie powtorzylam. Ale i tak
                  duzo spie (patrz wyzej) co mnie niestety martwi. Wolalabym spac tyle, co Ty :-)
                  • happili Re: A, nie zrozumialam 11.02.05, 22:26
                    Hej Staua!
                    Zauwazylam, ze gdy klade sie spac o 22, to po 6 godzinach spania jestem
                    wyspana... Moze to jest droga do ograniczenia dlugosci snu. Stosuje ja wlasnie.
                    3 poranki pelne energii. ;)))
                    A tak swoja droga, to dobranoc, bo juz 22:30.
                    Il
                    • staua Re: A, nie zrozumialam 11.02.05, 22:51
                      Tzn, wtedy wstajesz o 4? Chyba to nie dla mnie... Ja chodze spac ok 23, a wstaje ok 7... Choc fajnie
                      byloby miec takie poranki tylko dla siebie. Moj problem polega tez na tym, ze wszelkie halasy, swiatlo
                      itd. strasznie mi przszkadzaja, a mam w mieszkaniu meza, ktory lubi ogladac Raymonda zaczynajacego
                      sie o 23... Niestety...
                      • true_blue Re: A, nie zrozumialam 11.02.05, 22:56
                        Ja za to moge spac przy swietle i w miare monotonnym halasie. NIe przy
                        przeszkadzajacych sasiadach jednak (wspolczuje staua :-) ).
                        Ale teraz wszystko sie zmienilo. Po 6 i pol godzinie snu, niezaleznie od pory
                        pojscia spac budze sie i jestem calkowicie wyspana. Jak widac tak sie zmienia
                        fizjologia :-) Mam nadzieje, ze wszystko wroci do normy...
                        Pozdr.
                        • staua Re: A, nie zrozumialam 12.02.05, 00:09
                          Ja bym chciala, zeby fizjologia mi sie tak zmienila i taka juz pozostala :-) Obawiam sie, ze w moim
                          przypadku tak nie bedzie.
                          Sasiedzi sa STRASZNI!
    • zettrzy Re: "14 godzin w labie" 12.02.05, 06:50
      bardzo sluszne spostrzezenie, ze okresy wymuszonych nadgodzin koreluja sie z
      okresami recesji i ze tylko Chinczycy i Hindusi godza sie na to bez protestu. No
      coz, podczas recesji wszyscy sie trzesa z obawy przed utrata pracy, bo innej nie
      bedzie, wiec akceptuja dodatkowe godziny. A czy warto? Jesli moga te dodatkowe
      godziny wypelnic czyms interesujacym, to jak najbardziej tak, ale jaki procent
      pracy - kazdej pracy - stanowi czynnosci tworcze, a jaki wykonywanie
      zrutynizowanych czynnosci? Zreszta - w moim przypadku przynajmniej - te
      wszystkie projekty, ktore wymagaly dlugich godzin, niezmiennie byly wypelnione
      zadaniami spod znaku "przynies wynies", i jak czesto siedzielismy dlugo nie
      dlatego, ze bylo az tyle do zrobienia, tylko dlatego, ze ktos nie chcial, aby to
      zrobic szybko i dobrze... Co tu daleko szukac - oto konkretna sytuacja: wielki
      bigbank zmienil format loginow dla wszystkich uzytkownikow i nalezalo te nowe
      loginy powprowadzac do wszystkich zbiorow danych. Zaoferowalam wiec ze napisze
      proces ktory to wlasnie zrobi, bo tego rodzaju zadanie swietnie sie nadaje do
      automatyzacji. No coz, chinska manadzerka doszla do wniosku ze "to nie jest
      praca" i nalezy te loginy zmieniac recznie. Jakies 4000 per system na 6 czy 7
      systemach, juz nie pamietam. A potem sie obrazila jak zglosilam rezygnacje
      (recesja recesja, ale uparta jednostka zawsze znajdzie alternatywne zrodlo
      utrzymania). Druga rezygnacje zlozyl jakis Jankes. A Hindusi i Chinczycy bez
      slowa przylozyli sie do klawiatur. O, nie calkiem - jeden Hindus tez mial dosc i
      tez uwazal, ze jesli mozna to zrobic latwo, szybko i przyjemnie w ciagu 2
      tygodni, to nie ma sensu siedziec przez miesiac po 12 godzin dziennie.
      14 godzin w pracy? tak, to jest szkodliwe.
      • kot_schroedingera Humphrey Potter, czyli lenistwo motorem(!) postępu 12.02.05, 21:12
        Pamiętałem taką historyjkę, bardzo na temat. Odszukałem ją dla Was:

        Dawno, dawno temu, pierwsze maszyny parowe działały tak:
        www.keveney.com/newcommen.html
        W momencie, gdy tłok kończył ruch w górę, należało zamknąć dopływ pary i
        otworzyć na moment zawór zimnej wody, wtryskiwanej do cylindra i skraplającej
        wypełniającą go parę. Tłok ruszał w dół, i gdy osiągał najniższe położenie, znów
        otwierało się zawór pary. Tłok ruszał w górę, po czym cały cykl sie powtarzał.
        Proste? Proste. Jeszcze prostsze było rozwiązanie problemu zaworów: akurat
        takie, jakie by chyba wymyśliła ta menadżerka opisana przez zettrzy: stał sobie
        robotnik, trzymał wajchy i przestawiał je w odpowiednim momencie. Cóż, pewnie
        niektórzy znajdowali w takiej pracy spełnienie, ale na szczęście nie wszyscy.
        Oto jak przyszedł postęp:

        The first great improvement in Newcomen’s steampump was the invention of a small
        boy. The engine, as first made, required an attendant who had to open and shut
        two taps in turn, one to introduce steam into the cylinder, the other to throw
        in a dash of cold water for the purpose of condensing the steam. The work, being
        so simple, was generally done by a boy.

        One day a lad named Humphrey Potter was told off to attend to the taps, and as
        he stood there horribly bored by the monotonous job of turning first one tap and
        then another, he could see his chums having a great game in the field below. He
        simply longed to go and join them, but knew too well what a thrashing he would
        get if he deserted his post. He stood glaring at the hated taps, and then
        suddenly he saw something which he had seen a hundred times before, but never
        noticed. Of the two taps one had to be opened just as the beam of the engine had
        dropped to its lowest point on one side, and shut exactly as the beam rose to
        its highest point on the other side. The management of the second tap was the
        exact reverse of the first.

        Humphrey, if young, was quick-witted, and through his brain flashed a brilliant
        idea. Why not make the beam do the work? Out came a coil of string from his
        pocket, and he started in to experiment. He fastened cords to the handles of the
        taps, tying the loose ends to the beam itself. In a very short time he had
        solved the problem, and to his intense delight saw that the engine was doing its
        own work. He at once rushed off to find his friends.

        We have no record of what the manager said when he found the engine running by
        itself and no Humphrey in sight, but at any rate he had sense enough to see that
        the boy had made a big discovery, and at once fixed rods instead of strings to
        the beams. Humphrey’s invention was soon applied to all the other steam pumps in
        existence.
        www.usgennet.org/usa/topic/preservation/science/inventions/chpt6.htm

        • zettrzy Re: Humphrey Potter, czyli lenistwo motorem(!) po 12.02.05, 22:06
          ciekawe czy Humphrey za swoj pomysl dostal cos wiecej niz klepa w ramie i "hey
          that was great"
    • bromboosia weekend w pracy... 13.02.05, 13:45
      A dzis jest niedziela. Za oknem zasypana Szwecja, az strach wysciubiac nos... A
      w labie taki spokoj, cisza...mozna pomyslec, popracowac na zwolnionych
      obrotach :-) NIe wiem jak Wy - ja to lubie. NIe znaczy to wcale ze kazda
      niedziele czy swieto spedzam wlasnie w ten sposob. Ale jak mam siedziec w domu
      i ryczec w poduszke bo moj facet jest daleko stad i do swiat zostalo jeszcze
      cale 39 dni, to ja juz wole zrobic cos pozytecznego i jednoczesnie miec z tego
      jakas tam frajde. Pozdrawiam zapracowanych i tych co robia to z pasja!!
      • zettrzy Re: weekend w pracy... 13.02.05, 15:06
        bromboosia napisała:

        > Ale jak mam siedziec w domu
        > i ryczec w poduszke bo moj facet jest daleko stad i do swiat zostalo jeszcze
        > cale 39 dni, to ja juz wole zrobic cos pozytecznego i jednoczesnie miec z tego
        > jakas tam frajde.

        no dobrze, a co z tymi ktorzy maja inne perspektywy niz ryczenie w poduszke a
        frajde potrafia znalezc rowniez poza oficjalna praca? Rowniez "cos pozytecznego"
        nie ogranicza sie do dzialan narzuconych przez prace - mozna robic cos bardzo
        pozytecznego w ramach hobby. Nie, nie takie hobby ktore przeksztalca sie w nowy
        zawod, tylko hobby hobby, np. znajoma po godzinach udziela sie w schronisku dla
        bezdomnych. Za darmo, bo za to nikt nikomu nie placi, wiec musi pogodzic czas
        pracy z czasem na to drugie zajecie.
        Ostatnio czytam zyciorys Macka Sennetta - tak tego ktory wylansowal Chaplina i
        wlasciwie wymyslil niema komedie. Mack jako mlody czlowiek pracowal w fabryce
        metalu, 72 godziny na tydzien. Rzucil to pozyteczne zajecie aby probowac sil na
        scenie, takze dlatego ze nie lubil dlugich godzin pracy. Jako producent filmow
        nie musial pracowac w weekendy.
        A ostatnio pojawila sie nowa nuta w ogloszeniach firm poszukujacych pracownikow:
        "Nasi ludzie pracuja najwyzej 40 godzin tygodniowo".
      • koekast Re: weekend w pracy... 13.02.05, 18:34
        Mi tez sie zdarzalo isc do pracy w weekendy, bo bylo to lepsze jak
        siedzenie w pustym mieszkaniu, bo z tubylcami czesto kontakt jest niemozliwy.
        Mozna spokojnie poogladac bylo wyniki z tygodnia i popisac maile
        do tych na ktorych naprawde nam zalezy, zajac sie swoimi sprawami...
        Wszystko ma swoje zalety, choc chyba lepiej miec z kim pogadac naprawde.
        Kk
        • smia Re: weekend w pracy... 13.02.05, 19:50
          pewnie, ze lepiej jest spedzac wolny czas na hobby/rodzinnie/przyjacielsko etc.
          ale jesli czasem sie nie da? przyklad z mojej beczki: codziennie mamy jakis
          meeting, seminarium lub inne bla bla... w godzinach takich, ze nieco burzy mi
          to plan dnia. w takiej sytuacji zostawanie w pracy wieczorami jest
          nieuniknione, przyjnajmniej od czasu do czasu. robiac doktorat same pomysly nie
          wystarcza, trzeba je tez przepipetowac, a to jest czasochlonne.
          • zettrzy Re: weekend w pracy... 14.02.05, 03:57
            troche wyglada na to, ze pare osob ma dlugie "godziny pracy" poniewaz korzysta z
            pomieszczen pracowych dla zajec prywatnych, albo poniewaz nie ma lepszych
            propozycji spedzenia czasu... no coz, nawet jesli jestesmy fizycznie na terenie
            "pracy", to czy to jest praca? co zas do marnotrawsta czasu, wynikajacego ze
            zlej odgornej organizacji, wypowiadac sie nie bede, powiem tylko ze w moim
            przypadku wszystkie zbedne nasiadowy zniknely jak mara nieczysta w momencie
            kiedy odrzucilam prace na etat i przeszlam na kontrakt (tak, placa za CZAS pracy
            - wiec sprawa klienta czy w czasie tego CZASU robie cos naprawde pozytecznego
            czy raczej maze kartke papieru podczas "narady strategicznej") - i co, nagle nie
            musialam siedziec po godzinach, a zrobilam wiecej niz pracownicy etatowi
            • ex-rak Re: weekend w pracy... 14.02.05, 14:08
              Mysle, ze problem w tej dyskusji takie, ze zettrzy i kot mowia o bezmyslnej
              pracowitosci platnego najemnika, a my mowimy o innej pracowitosci wynikajacej z
              wewnetrzej potrzeby, pasji, samodyscypliny i samoorganizacji, chocby bylo to
              zwiazane z monotonnym pipetowaniem.

              U mnie w pracy nikt nie wymaga od nas aby pracowac ponad miare czy siedziec po
              godzinnach, ale zeby byc efektywnym, tworczym i poswiecac sie pracy w ramach
              tych 37.5 godziny tygodniowo (n.p. piszac na forum!!!). Pozniej hobbyzuj sie
              ile chcesz, byle nastepnego dnia byc znowu tworczym efektywnym i
              skoncentrowanym na swojej ''dzialce''.
              Owszem, co jest niemile widziane, to takie podejscie, gdzie ktos rzuca wszystko
              np. polowie eksperymetu, ktory nastepnego dnia trzeba bedzie od poczatku
              zaczynac i wychodzi, bo jego czas na dzisiaj skonczyl sie i juz mu za to nie
              placa.
              • smia Re: weekend w pracy... 14.02.05, 15:23
                > Mysle, ze problem w tej dyskusji takie, ze zettrzy i kot mowia o bezmyslnej
                > pracowitosci platnego najemnika, a my mowimy o innej pracowitosci wynikajacej
                z
                >
                > wewnetrzej potrzeby, pasji, samodyscypliny i samoorganizacji, chocby bylo to
                > zwiazane z monotonnym pipetowaniem.


                chyba wlasnie tak.
                a jesli w czasie inkubacji napisze prywatnego maila, albo poczytam forum, to co
                w tym zlego??? przeciez czlowiek to nie robot i nie moze zasuwac na pelnych
                obrotach caly dzien.
                niestety, monotonne pipetowanie jest nieodlaczna czescia tej pracy.
                • ex-rak Re: weekend w pracy... 14.02.05, 16:33
                  A ja sie wlasnie monotonizuje na calego robiac zestaw ponad 30 reakcji
                  rownolegle (tak zwana biblioteka zwiazkow). Jest przy tym duzo takich
                  powtarzalnych operacji. Dluga jest lista tego i to wszystko razy 30.

                  Teraz zabawiam sie w opisywanie analityki (NMR, HPLC, MS) x 30.

                  Monotonnym czuwaj!!
              • zettrzy Re: weekend w pracy... 14.02.05, 16:50
                ex-rak napisał:

                > Mysle, ze problem w tej dyskusji takie, ze zettrzy i kot mowia o bezmyslnej
                > pracowitosci platnego najemnika,

                artykul wyjsciowy byl wlasnie o tego rodzaju pracowitosci - siedz dlugo w pracy,
                POKAZ swiatu a glownie bossowi jak strasznie ciezko pracujesz, ILOSC godzin
                wysiedzianych w miejscu zatrudnienia jest wazniejsza niz wyniki pracy.
                Naukowcy, oczywiscie, natychmiast przelozyli to na "a ja lubie dlugie godziny bo
                mam naprawde pasje dla mojego zajecia", z przyczyn oczywistych - wybor nauki
                jako glownej dziedziny dzialalnosci wymaga zaangazowania emocjonalnego. W koncu
                kazdy z nas slyszal bez przerwy w czasie studiow "rob tylko to co naprawde
                LUBISZ robic bo nic innego robic nie warto".
                Kot chyba jednak sygnalizowal inny problem - przedluzania czasu pracy dla samego
                przedluzania czasu pracy.
                • ex-rak Re: weekend w pracy... 14.02.05, 17:10
                  Wiec jednak tu nie chodzi o pracowitosc, tylko ''pracowitosc'', czyli
                  falszywosc, bojazliwosc, uleglosc, lizusowstwo, dwulicowosc,
                  kunktatorstwo ...... i jeszcze tam pare innych godnych cech charakteru.
                • smia Re: weekend w pracy... 14.02.05, 17:19
                  znam te klimaty. bylam kiedys w takim labie, gdzie liczylo sie, jak dlugo
                  JESTES w pracy, a nie ile zrobisz przez ten czas. atmosfera byla tam nie do
                  zniesienia, a wydajnosc wcale nie taka wysoka.
                  kazdy pracuje, jak lubi.
    • koekast z nowego labu 04.03.05, 18:37
      pierwszego dnia uslyszalem:
      "wiesz, biolodzy prawie zawsze siedza po godzinach, ale my informatycy
      wychodzimy normalnie po piatej.."
      ciesze sie, ze jestem informatykiem

      ide sie integrowac z biologami i informatykami przy piwie
      pozdrowienia,
      Kk
    • adamco Re: "14 godzin w labie" 05.03.05, 16:37
      Nie wiem, ale mnie nikt tak nie "wychowywał", co nie znaczy że na innych uczelniach tak nie jest. Inna sprawa że ja sam zawsze pracuję na "drugą zmianę" tzn. staram się dogadać z szefostwem tak żebym mógł przychodzić później i dłużej zostawać - dla mnie po prostu to jest wygodniejsze, a i praca idzie szybciej.
      • true_blue Re: "14 godzin w labie" 05.03.05, 16:48
        Widze adamco, ze jak spedzasz "weekend w pracy" to masz rowniez ochote odwiedzic
        forum :-))))
        Ja siedze w domku i ogladam skaczacych Polakow (skoki narciarskie - konkurs
        druzynowy).
        Pozdr.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka