Dodaj do ulubionych

Nauka przez głosowanie

05.01.08, 13:34
"Amerykańska Akademia Nauk ponownie wystąpiła w obronie teorii ewolucji. W
specjalnym raporcie członkowie Akademii oświadczyli, że żadne inne teorie
dotyczące powstania i rozwoju wszechświata nie powinny być nauczane w szkołach
na lekcjach przyrody."

Zgłupieli? Najwyraźniej im więcj oświadczeń, odezw, apeli i list tym lepsza nauka.

"Wielu zwolenników inteligentnego projektu to protestanccy fundamentaliści;
Kościół katolicki podkreśla natomiast, że teoria ewolucji nie jest sprzeczna z
dziełem stworzenia."

Która teoria ewolucji? W swoim liście JPII stwierdził, że istnieje wiele
teorii ewolucji, z których niektóre SĄ sprzeczne z dziełem stworzenia. Którą
teorię ewolucji ma na myśli Amerykańska Akademia Nauk?

"Z ostatnich sondaży wynika, że ze wszystkich narodów rozwiniętych Amerykanie
są największymi zwolennikami kreacjonizmu - w koncepcję tę wierzy prawie
połowa mieszkańców USA."

Nawet więcej (jakieś 70%), jeśli przez kreacjonizm rozumieć proces stopniowego
stwarzania kierowany przez rozumnego Boga.
Obserwuj wątek
    • madcio Re: Nauka przez głosowanie 05.01.08, 15:44
      > "W specjalnym raporcie członkowie Akademii oświadczyli, że żadne
      > inne teorie dotyczące powstania i rozwoju wszechświata nie powinny
      > być nauczane w szkołach na lekcjach przyrody."
      Przydałby się link do oryginalnego, angielskiego tekstu oświadczenia. Zresztą, w
      ogóle przydałby się link do źródła, z którego pochodzą twoje cytaty.

      > Która teoria ewolucji? W swoim liście JPII stwierdził, że
      > istnieje wiele teorii ewolucji,
      Wolałbym, żeby na temat wersji teorii ewolucji wypowiadał się ktoś bardziej
      kompetentny niż głowa jakiejś religii. Jednak już dawno zauważyłem szczególną
      postać efektu Dunning-Krugera: ludzie będący w posiadaniu pewnej czarnej
      książeczki w czarodziejski i nagły sposób staja się ekspertami od biologii,
      fizyki, astronomii, geologii i cholera wie, czego jeszcze.

      en.wikipedia.org/wiki/Dunning-Kruger_effect
      > Którą teorię ewolucji ma na myśli Amerykańska Akademia Nauk?
      Jak można przypuszczać, aktualnie przyjmowaną za prawdziwą w świecie nauki.
      Oczywiście, nie zmienia to faktu, ze szczegóły są ciągle rafinowane i zmieniane,
      w miarę uzyskiwania nowych informacji. Dużo się z mieniło od czasów Darwina i
      dzisiejsza TE różni się od TE, jaką Darwin stworzył.

      > jeśli przez kreacjonizm rozumieć proces stopniowego
      > stwarzania kierowany przez rozumnego Boga.
      Ładne naciąganie definicji. Dla mnie kreacjonizm to dosłowne/bardzo dosłowne
      pojmowanie mitów kreacji w religii, do której należy dany kreacjonista. Czyli
      to, co wiekszość ludzi ma na myśli, mówiąc lub słysząc "kreacjonizm".
      • paberg Re: Nauka przez głosowanie 06.01.08, 00:27
        madcio napisał:

        > Przydałby się link do oryginalnego, angielskiego tekstu oświadczenia.

        Voila:
        books.nap.edu/openbook.php?record_id=11876&page=1
        Wysmażyli potężny dokument dyskutujący z kreacjonizmem, łącznie z dosyć
        szczegółowym omówieniem pozycji kreacjonistycznych. Miło z ich strony.

        > Zresztą, w
        > ogóle przydałby się link do źródła, z którego pochodzą twoje cytaty.

        Oh, poszperaj też trochę sam, ale żebyś nie marudził cytaty pochodzą z:
        wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80355,4811870.html
        > > Która teoria ewolucji? W swoim liście JPII stwierdził, że
        > > istnieje wiele teorii ewolucji,
        > Wolałbym, żeby na temat wersji teorii ewolucji wypowiadał się ktoś bardziej
        > kompetentny niż głowa jakiejś religii.

        No jak to? Toż to sami ewolucjoniści wołają wszem i wobec o (rzekomej)
        akceptacji katolicyzmu dla teorii ewolucji, łącznie z omawianym dokumentem. Jak
        sądzisz, co robi abp Życiński w Komitecie Biologii Ewolucyjnej PAN-u?
        Eksperymentuje z muszkami owocowymi? Nie, uwiarygadnia teorię ewolucji z
        religijnego punktu widzenia.

        > > jeśli przez kreacjonizm rozumieć proces stopniowego
        > > stwarzania kierowany przez rozumnego Boga.
        > Ładne naciąganie definicji.

        A skądże znowu. Nawet wspomniany powyżej dokument charakteryzuje różne odmiany
        kreacjonizmu. 45% Amerykanów akceptuje kreacjonizm młodoziemski (o czym
        wspomniała Gazrurka w swojej notce). Jakieś następne 30% akceptuje progresywny
        kreacjonizm staroziemski i jego odmiany (ID).
        • madcio Re: Nauka przez głosowanie 07.01.08, 20:25
          Dzięki za źródło, choć ciężko je nazwać "oświadczeniem". Ale to już określenie
          gazety, nie twoje...

          > No jak to? Toż to sami ewolucjoniści wołają wszem i wobec o
          > (rzekomej) akceptacji katolicyzmu dla teorii ewolucji,
          Wypraszam sobie. Ja nigdy takiej akceptacji (przwdziwej czy rzekomej, nie ma to
          znaczenia) nie przedstawiałem jako dowodu na cokolwiek w sprawie TE. Głębokie
          przekonanie w tę czy tamtą stronę nie zmienia rzeczywistości*, jaka by ona nie była.

          > > Ładne naciąganie definicji.
          > A skądże znowu.
          Tak? Prawie nie spotykam się z tak szerokim pojmowaniem "kreacjonizmu".

          > Nawet wspomniany powyżej dokument charakteryzuje różne odmiany
          > kreacjonizmu. 45% Amerykanów akceptuje kreacjonizm młodoziemski
          > (o czym wspomniała Gazrurka w swojej notce). Jakieś następne 30%
          > akceptuje progresywny kreacjonizm staroziemski i jego odmiany (ID).
          Hm, pobieżne przeglądanie raportu nie pokazało mi takich statystyk (chyba że
          jest zagrzebane w jakichś partiach tekstu, które pominąłem).

          * To zdanie, oczywiście, leci w twarz każdej religii.
          • paberg Re: Nauka przez głosowanie 07.01.08, 23:46
            madcio napisał:

            > > No jak to? Toż to sami ewolucjoniści wołają wszem i wobec o
            > > (rzekomej) akceptacji katolicyzmu dla teorii ewolucji,

            > Wypraszam sobie. Ja nigdy takiej akceptacji (przwdziwej czy rzekomej, nie ma to
            > znaczenia) nie przedstawiałem jako dowodu na cokolwiek w sprawie TE.

            Oooo, z całym szacunkiem, ale ty tu nie jesteś nawet pionkiem w grze. Poczytaj dyskutowaną publikację - ona to wyraża explicite. A to raczej piszą goście, którzy wiedzą co to ewolucja.

            > > > Ładne naciąganie definicji.
            > > A skądże znowu.
            > Tak? Prawie nie spotykam się z tak szerokim pojmowaniem "kreacjonizmu".

            A, to się da leczyć. Wystarczy trochę poczytać ;-)
            • europitek Re: Nauka przez głosowanie 08.01.08, 00:37
              Cytat:
              > Oooo, z całym szacunkiem, ale ty tu nie jesteś nawet pionkiem w
              > grze.
              Ja to nawet nie biorę w tej grze udziału i mam nadzieję, że tak zostanie dalej. Natomiast obserwując jej uczestników odbieram ten argument (o akceptacji przez KK) jako swego rodzaju działanie dyplomatyczne w sensie zaproponowanym dzisiaj przez Ceesa, czyli zawoalowane "czep się tramwaju" lub własnych kapłanów.

              Tak mi też przyszło przed chwilą do głowy, że może abp. Życiński został wysłany "na tyły wroga", a nie "wpadł z zasadzkę". Może on nie legitymizuje, lecz rozpracowuje nieprzyjaciela "od zaplecza". A może też to jakaś delikatna gra kompromisów? Na przykład, my tolerujemy wasze zabawy w ewolucję, a wy dajecie posłuch naszym "patentom" przy okazji paru spraw dotyczących biologii człowieka.
              Ale to też nie jest moja gra.
              • petrucchio Re: Nauka przez głosowanie 08.01.08, 01:02
                europitek napisał:

                > A może też to jakaś delikatna gra kompromisów? Na przykład, my
                > tolerujemy wasze zabawy w ewolucję, a wy dajecie posłuch
                > naszym "patentom" przy okazji paru spraw dotyczących biologii
                > człowieka.

                E, myślę, że KK po prostu próbuje "iść z duchem czasu", jak zwykle trochę za
                późno, trochę niezręcznie i trochę niekonsekwentnie, ale jak się czegoś broniło
                zawzięcie przez długie lata, to trudno z dnia na dzień zmienić front i ustąpić
                pola. Prowadzi się więc
                • europitek Re: Nauka przez głosowanie 08.01.08, 01:58
                  Zapewne jest to jakaś forma "wycofania sie na z góry upatrzone pozycje" a przedstawiana jako "planowe wyrównanie frontu" - z tym się zgadzam. Jednak oprócz tego jest w tym coś więcej, jakby chęć pozostania w centrum wydarzeń (za cenę pewnych "wyrzeczeń"), by mieć choć trochę wpływu na rozwój sytuacji przy pomocy wywierania nacisku niejako "od wewnątrz" nieprzyjacielskiego obozu. Taka miękka wersja agentury wpływu. Zrozumienie, że "twardymi" metodami (jawna opozycja)niewiele się tu zdziała, zaś będąc wewnątrz głównego nurtu wydarzeń można go, przynajmniej częściowo, zmodyfikować w korzystny dla się sposób.
            • madcio Re: Nauka przez głosowanie 08.01.08, 20:27
              > Oooo, z całym szacunkiem, ale ty tu nie jesteś nawet pionkiem w grze.
              Ja w tej grze w ogóle nie biorę udziału. Mówię tylko za siebie.
        • petrucchio Re: Nauka przez głosowanie 08.01.08, 00:18
          paberg napisał:

          > Jak
          > sądzisz, co robi abp Życiński w Komitecie Biologii Ewolucyjnej PAN-u?
          > Eksperymentuje z muszkami owocowymi? Nie, uwiarygadnia teorię ewolucji z
          > religijnego punktu widzenia.

          A ja myślę, że to raczej ksiądz arcybiskup uwiarygodnia w ten sposób siebie w
          roli prof. dr hab., czyli człowieka nauki. Pieczęć z aprobatą władzy duchowej
          nie jest nauce do niczego potrzebna, podobnie jak spóźniona o kilka stuleci
          rehabilitacja Galileusza nie była do niczego potrzebna astronomom; potrzebna
          była wyłącznie samemu kościołowi. Podaj proszę przykłady tych "wielu koryfeuszy
          ewolucjonizmu", którzy twoim zdaniem pielgrzymują do Watykanu, żebrząc o jakie
          bądź dobre słowo.
    • Gość: CDA Re: Nauka przez głosowanie IP: *.dynamic.dsl.as9105.com 05.01.08, 16:03
      Fascynujacym jest to, ze to kolejny watek na temat kreacjonizmu w
      ciagu ostatnich tygodni. Klingon czy Romulanin chcacy sie dowiedziec
      czego na temat nauki na Ziemi, ktory jakims trafem zagladnalbym na
      to forum, bylby usprawiedliwiony w mysleniu, ze dyskusja nad
      kreacjonizmem to jedna z glownych debat w nauce polskiej, a moze i
      swiatowej. a JPII jest glownym auorytetem w sprawach ewolucji,
      pozycja dana mu rzecz jasna nie przez lata rzetelnych studiow, ale
      przez fakt bycia glowa jednej z religii na swiecie.

      tak sobie mysle, ze smutny to bardzo obraz. mysle ze to obraz
      falszywy, jako ze kreacjonisci (moze poza USA) sa marginesem nauki,
      glownie dlatego, ze nie spelniaja warunkow dyskursu naukowego.

      Kreacjonisci: Get a life! zeby zakonczyc rowniez odniesieniem do
      mojego ulubionego Star Treka :-)
      • scept89 Re: "margines nauki" 05.01.08, 20:42
        CDA napisał(a):
        >jako ze kreacjonisci (moze poza USA) sa marginesem nauki,
        > glownie dlatego, ze nie spelniaja warunkow dyskursu naukowego.

        Kreacjonisci nie sa 'na marginesie' biologii tak jak astrolodzy nie sa 'na
        marginesie' astronomii/kosmologii. Owszem, publikuje sie polemiki z
        kreacjonistami/robi (niejako przy okazji) badania wykazujace absurdalnosc ID,
        ale to samo dzialo by sie gdyby znaczaca czesc populacji wyznawala pogla iz np.
        iz raka lecza niewidoczne rusalki ktore trzeba przebadac czekolada mleczna
        zlozona w ogrodzie.
        W Lancecie ukazywaly by sie wtedy badania obalajace tezy rusalkologii stosowanej.
        • Gość: CDA Re: "margines nauki" IP: *.dynamic.dsl.as9105.com 05.01.08, 22:39
          i pomyslec ze ja chcialem byc uprzejmy. to od razu po nosie dostalem.

          no dobrze, kreacjonizm nie jest nawet marginesie nauki.poddaje sie i
          podpisuje pod takim stwierdzeniem.

          no przeciez wiadomo ze to nie rusalki tylko Chuck Norris leczy raka
          lzami.
          • Gość: Kagan Re: "margines nauki" IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.01.08, 00:31
            Wszyscy wierzacy sami siebie stawiaja nie na marginesie nauki, ale
            dokladnie i calkowicie poza nauka. Albo wiara w cuda, albo nauka.
            Tertium non datum. Koniec dyskusji.
    • Gość: cs137 Re:Czy mógłbyś łaskawie przytoczyć analogiczne da- IP: 204.13.9.* 06.01.08, 00:29
      ne dla Polski?

      paberg napisał:

      > "Z ostatnich sondaży wynika, że ze wszystkich narodów rozwiniętych Amerykanie
      > są największymi zwolennikami kreacjonizmu - w koncepcję tę wierzy prawie
      > połowa mieszkańców USA."
      >

      Jako "faculty member" na amerykańskim uniwersytecie, a więc jako osobnik cos
      niecoś wiedzący o nastrojach panujących w danej kwestii wsród czołówki
      intelektualnej kraju, moge powiedzieć, ze "rozziew" pomiedzy opiniami owej
      czołówki a opiniami plebsu jest kolosalny.
      • Gość: CDA Re:Czy mógłbyś łaskawie przytoczyć analogiczne da IP: *.dynamic.dsl.as9105.com 06.01.08, 00:40
        w UK kreacjonizm tez zyskuje popularnosc (media podaja), nie znam
        jednak nikogo,kto by w wierzyl.

        a te liczby dla USA wskazuja, jak dla mnie, wielka porazke systemu
        nauczania w USA. niewiele wiecej.

        bo przeciez to ze duza czesc ludzi wierzy ze wieloryb (jak sama
        nazwa wsakzuje) to wielka ryba, nie znaczy ze powinnismy tego uczyc,
        nie?
        • scept89 dane dla swiata z 2005 06.01.08, 13:24
          Tu jest wykres proporcji ewolucja/niezdecydowani/kreacjonizm:
          news.nationalgeographic.com/news/bigphotos/21329204.html
          PL wypada dosc kiepsko.
          • Gość: CDA Re: dane dla swiata z 2005 IP: *.dynamic.dsl.as9105.com 06.01.08, 14:56
            to prawda, ale kluczowe byloby sprawdzenie pytan.

            zreszta, ja mam podejrzenie, ze czesc z ludzi ktorzy tu pokazuja sie
            jako ci nieakceptujacy ewolucji mozna by odpowiednim pytaniem
            przerzucic do kategorii akceptujacych ewolucje.

            otoz pytanie o 'pochodzenie od malpy' czy 'stworzenie czlwoieka jak
            jest' mozna by zastapic pytaniem o stworzenie czlowieka przez Boga
            14 mld lat temu, albo wszechswiata przez Boga, albo czegos jeszcze.
            co wiecej, mysle ze pytania o to ze cos sie stalo 10tys lat temu dla
            przecietnego czlowieka sa rownowazne z pytaniami o 100 mln lat temu,
            czyli, tak ogolnie, ho ho ho, albo jeszcze dawniej.

            ogolniej mowiac, pytania kwestionariuszowe do tak ideologicznie
            kontestowanych tematow jak pochodzenie czlowieka, moga tylko
            pokazywac, jakie opcje ludzie wybieraja na kwestionariuszu,
            natomiast daja bardzo maly wglad w ich poglady, ktore
            najprawdopodobniej sa i sprzeczne, i niewyrobione, i wreszcie
            fragmentami nieistniejace. Nie wiem jak Panstwo wszyscy, ale ja tak
            na co dzien, poza FN, nie zastanawiam sie nad ewolucja. a ja jestem
            dosc wyksztalconym czlowiekiem.....No!
            • scept89 Re: pytania o ewolucje 06.01.08, 16:09
              : CDA napisał(a):

              > to prawda, ale kluczowe byloby sprawdzenie pytan.
              >
              > zreszta, ja mam podejrzenie, ze czesc z ludzi ktorzy tu pokazuja sie
              > jako ci nieakceptujacy ewolucji mozna by odpowiednim pytaniem
              > przerzucic do kategorii akceptujacych ewolucje.

              To zachodzi w obie strony. Cale rzesze akceptujacych ewolucje katolikow daloby
              sie zakwalifikowac jako nie-ewolucjonistow jesli tylko zadalbys pytanie:

              czy cechy ludzkiej psychiki (slynne rozroznianie pomiedzy dobrem i zlem) maja
              ewolucyjne korzenie w zachowaniach innych zwierzat czy tez zostaly nam
              wszczepione na jakims etapie przez JVH?

              Nawet w slynnym dokumencie z 1996 JP2 stwierdzil:

              In the same address, the Pope rejected any theory of evolution that provides a
              materialistic explanation for the human soul:
              za
              en.wikipedia.org/wiki/John_paul_II#Theory_of_evolution_and_the_interpretation_of_Genesis
              "Theories of evolution which, because of the philosophies which inspire them,
              regard the spirit either as emerging from the forces of living matter, or as a
              simple epiphenomenon of that matter, are incompatible with the truth about man."


              Z drugiej strony oczywiscie jesli przesuniesz suwak w druga strone (Bog spec od
              abiogenzey np.) to otrzymasz znaczne wiecej 'ewolucjonistow'. Ot taki zbior
              rozmyty niekiedy z wybitnymi przedstawicielami nauki (np Collins z Human Genome
              Project) budujacymi w roznych miejscach groble oddzielajace materializm od
              doktryny.

              >Nie wiem jak Panstwo wszyscy, ale ja tak
              > na co dzien, poza FN, nie zastanawiam sie nad ewolucja. a ja jestem
              > dosc wyksztalconym czlowiekiem....

              Ja sie 'zastanawiam' w znaczeniu wykorzystuje wspolne pochodzenie organizmow do
              wydlubywania roznych dziwactw z genomow. Ot skrzywienie zawodowe ;-)
              • petrucchio Re: pytania o ewolucje 06.01.08, 16:38
                scept89 napisał:

                > To zachodzi w obie strony. Cale rzesze akceptujacych ewolucje katolikow daloby
                > sie zakwalifikowac jako nie-ewolucjonistow jesli tylko zadalbys pytanie:
                >
                > czy cechy ludzkiej psychiki (slynne rozroznianie pomiedzy dobrem i zlem) maja
                > ewolucyjne korzenie w zachowaniach innych zwierzat czy tez zostaly nam
                > wszczepione na jakims etapie przez JVH?

                Innymi słowy, "ewolucja jest ogólnie OK, ale status _Homo sapiens_ jest
                wyjątkowy", bo rozumiem, że taki katolik-ewolucjonista nie ma nic przeciwko
                czysto biologicznym korzeniom behawioru szympansa, jeżozwierza, dziobaka albo
                makolągwy. To jest nie tyle nie-ewolucjonizm (bo nie neguje się darwinowskiej
                ewolucji milionów gatunków), co wymuszona przez czynniki pozanaukowe wiara w
                jeden jedyny gatunek wybrany, który ukształtował się inaczej niż cała reszta.
                • Gość: CDA Re: pytania o ewolucje IP: *.dynamic.dsl.as9105.com 06.01.08, 17:23
                  a ja sie powtorze: przecietny katolik nie ma zdania na ten temat. i
                  jak podchodzi do niego badacz z kwestionariuszem i kaze mu sie
                  opowiedziec, to wybierze pytanie, ktore mu sie najblizsze wyda tego
                  co ostatnio uslyszal w telewizj/radio maryja/przeczytal na FN.
                  • europitek Re: pytania o ewolucje 06.01.08, 23:08
                    To dotyczy nie tylko tego zagadnienia, lecz właściwie większości ankiet na większość tematów, jeśli respondent ma odpowiedzieć na jedno jedyne pytanie. Właściwie to nawet nie warto się zastanawiać nad prawdziwością wyników, tylko należy je przyjąć "jak są".
                    I w tym wypadku tak właśnie jest - nie warto zbyt kombinować przy takim pytaniu-singlu, bo to niewiele zmieni. Lepiej już założyć, że taki sam odsetek ankietowanych palnął "co mu ślina na język przyniosła" opowiadając się za ewolucją, co przeciwko niej - a więc te przypadkowe odpowiedzi nie wpływają na wyniki.
                    • dalatata Re: pytania o ewolucje 06.01.08, 23:22
                      europitek napisał:

                      > -singlu, bo to niewiele zmieni. Lepiej już założyć, że taki sam
                      odsetek ankieto
                      > wanych palnął "co mu ślina na język przyniosła" opowiadając się za
                      ewolucją, co
                      > przeciwko niej - a więc te przypadkowe odpowiedzi nie wpływają na
                      wyniki.


                      to jest taki argument, ze sie usredni w statystyce. mnie nie
                      odpowiada takie podejscie. ja bym wolal najpierw miec dowody ze ta
                      reszta (poza tym malym odestkiem) rzeczywiscie wie co mowi. a bardzo
                      watpie ze tak jest.

                      na temat ilosciowego ujecia tak skomplikowanych kwestii krytycznie
                      napisano juz wiele, rzecz jasna (ja tez, ze sie pochwale). i chetnie
                      sie w tej sprawie pokloce ;-)
                      • europitek Re: pytania o ewolucje 07.01.08, 01:49
                        Cytat:
                        > na temat ilosciowego ujecia tak skomplikowanych kwestii krytycznie
                        > napisano juz wiele, rzecz jasna (ja tez, ze sie pochwale). i
                        > chetnie sie w tej sprawie pokloce ;-)

                        Nic z tego, ponieważ ja podzielam Twoje wątpliwości - jeszcze w czasie studiów zderzyłem się z tym w praktyce. Tutaj (to konkretne badanie-pytanie) chodziło mi wyłącznie o to, by podkreślić brak większego sensu prób "zreformowania" samego pytania zadawanego ankietowanym w celu wyeliminowania ich niewiedzy bądź niezrozumienia tematu. Takie (i to konkretne) pojedyncze pytanko nie daje możliwości sensownej weryfikacji kompetencji ankietowanych, więc ze względów praktycznych (dla nas - tu i teraz) lepiej dać sobie spokój ze spekulacjami na ten temat.
              • Gość: CDA Re: pytania o ewolucje IP: *.dynamic.dsl.as9105.com 06.01.08, 17:28
                > To zachodzi w obie strony. Cale rzesze akceptujacych ewolucje
                katolikow daloby
                > sie zakwalifikowac jako nie-ewolucjonistow jesli tylko zadalbys
                pytanie:
                > czy cechy ludzkiej psychiki (slynne rozroznianie pomiedzy dobrem i
                zlem) maja
                > ewolucyjne korzenie w zachowaniach innych zwierzat czy tez zostaly
                nam
                > wszczepione na jakims etapie przez JVH?

                tak, tak mysle. przecietny czlowiek nie ma zdania na ten temat.
                ja mam, ale nie dlatego ze potrafie powtorzyc najnowsze argumenty
                teorii ewolucji, ale dlatego ze wydaje mi sie ze rozumiem religijne
                (a zatem nienaukowe) podloze kreacjonizmu. i to jest jeszcze insza
                inszosc.
            • paberg Re: dane dla swiata z 2005 06.01.08, 21:41
              Gość portalu: CDA napisał(a):

              > to prawda, ale kluczowe byloby sprawdzenie pytan.
              >
              > zreszta, ja mam podejrzenie, ze czesc z ludzi ktorzy tu pokazuja sie
              > jako ci nieakceptujacy ewolucji mozna by odpowiednim pytaniem
              > przerzucic do kategorii akceptujacych ewolucje.

              Myślę, że duża część problemu leży w terminologicznym zamieszaniu wokół
              "ewolucji". Tak naprawdę dla wielu to znaczy zupełnie co innego. Techniczna
              definicja ewolucji jest trywialna. Ty masz inną gęstość alleli od swoich
              rodziców, ale to nie powód by kruszyć o to kopie z kimkolwiek. Po prostu
              niewiele z tego wynika. Inne definicje w rodzaju "zmiany w miarę upływu czasu"
              też nic nie wnoszą. To, że przeszłość różni się od teraźniejszości też jest
              raczej trywialnym stwierdzeniem. Dawniej się to nazywało po prostu historią.

              Odpowiednio zmieniając pytania można uzyskiwać bardzo odmienne wyniki. Weź
              pytanie: "czy wierzysz w teorię ewolucji?". Tu jest duży margines na własne
              koncepcje. Takie pytanie np. nie wyklucza możliwości sterowania ewolucją przez
              Boga. Ale już pytanie "Czy wierzysz, że człowiek (jak i wszystkie organizmy)
              jest produktem bezosobowego, ślepego, czysto przyrodniczego procesu, w którym
              inteligencja (Boska lub jakakolwiek inna) nie grała żadnej roli"? jest znacznie
              bardziej ścisłe i wraz z pytaniem z grubsza definiuje o co się pyta. Amerykanie
              nauczyli się zadawać takie ściślejsze pytania, dlatego uzyskują dokładniejszy
              rozkład opinii. U nas jeszcze miele się tę nieszczęsną ewolucję, jako
              słowo-wytrych do różnych koncepcji.
              • dalatata Re: dane dla swiata z 2005 06.01.08, 21:50
                paberg napisał:

                > Odpowiednio zmieniając pytania można uzyskiwać bardzo odmienne
                wyniki. Weź
                > pytanie: "czy wierzysz w teorię ewolucji?". Tu jest duży margines
                na własne
                > koncepcje. Takie pytanie np. nie wyklucza możliwości sterowania
                ewolucją przez
                > Boga. Ale już pytanie "Czy wierzysz, że człowiek (jak i wszystkie
                organizmy)
                > jest produktem bezosobowego, ślepego, czysto przyrodniczego
                procesu, w którym
                > inteligencja (Boska lub jakakolwiek inna) nie grała żadnej roli"?
                jest znacznie
                > bardziej ścisłe i wraz z pytaniem z grubsza definiuje o co się
                pyta. Amerykanie
                > nauczyli się zadawać takie ściślejsze pytania, dlatego uzyskują
                dokładniejszy
                > rozkład opinii. U nas jeszcze miele się tę nieszczęsną ewolucję,
                jako
                > słowo-wytrych do różnych koncepcji.

                Ale, jak sadze, nawet Amerykanie, nie wpadli jeszcze na pomysl, w
                jaki sposob spowodowac, by wybor na kwestionariuszu byl
                tzw. 'informed choice'. bo zeby odpowiedziec na te pytania, trzeba
                miec wiedze, znac badania, argumentacje itd itd.

                co wiecej, czy w teorie naukowe mozna wierzyc? wiele rzeczy, ktore
                napisalem z zyciu podparte sa konstrukcjonizmem (przekonaniem ze
                rzeczywistosc nie jest obiektywna ale 'konstruowana' spolecznie).
                ale czy to znaczy, ze ja w nia wierze? nie! ja uwazam (po
                przemysleniu sprawy), ze ona najuzyteczniej opisuje swiat, ktory ja
                chce opisac na nizszym poziomie ogolnosci.

                idac tym tropem: nie ma sensu pytanie 'czy wierzysz w 'teorie
                ewolucji', bo teorie nie sa od tego, zeby w nie wierzyc.
                • paberg Re: dane dla swiata z 2005 06.01.08, 22:02
                  dalatata napisał:

                  > Ale, jak sadze, nawet Amerykanie, nie wpadli jeszcze na pomysl, w
                  > jaki sposob spowodowac, by wybor na kwestionariuszu byl
                  > tzw. 'informed choice'. bo zeby odpowiedziec na te pytania, trzeba
                  > miec wiedze, znac badania, argumentacje itd itd.

                  Jak rozumiem, tego typu sondaże mają opisywać jaki jest rozkład opinii, a nie jak te opinie są uzasadniane, bo to już insza inszość.

                  > co wiecej, czy w teorie naukowe mozna wierzyc?

                  Oczywiście. Większość laików przyjmuje różne naukowe twierdzenia na wiarę, bo sami nigdy nie będą w stanie (ani po prawdzie nie chcą) sprawdzać ani wnikać w zawiłości argumentacji za i przeciw. Zresztą formułowanie pytać też można zmieniać, np. zamiast 'wierzyć' dać 'akceptować twierdzenia' czy coś takiego.
                  • dalatata Re: dane dla swiata z 2005 06.01.08, 23:10
                    paberg napisał:

                    > Jak rozumiem, tego typu sondaże mają opisywać jaki jest rozkład
                    opinii, a nie j
                    > ak te opinie są uzasadniane, bo to już insza inszość.

                    ja jednak twierdze ze one nawet tego nie robia, bo wiekszosc ludzi
                    nie ma zielonego pojecia.... to co dostajemy to rozklad wyborow
                    kwestionariuszowych, a to co innego niz rozklad opinii.

                    >
                    > > co wiecej, czy w teorie naukowe mozna wierzyc?
                    >
                    > Oczywiście. Większość laików przyjmuje różne naukowe twierdzenia
                    na wiarę, bo s
                    > ami nigdy nie będą w stanie (ani po prawdzie nie chcą) sprawdzać
                    ani wnikać w z
                    > awiłości argumentacji za i przeciw. Zresztą formułowanie pytać też
                    można zmieni
                    > ać, np. zamiast 'wierzyć' dać 'akceptować twierdzenia' czy coś
                    takiego.

                    jasne. to nie znaczy jednak ze taka wiara ma sens. 'akceptacja
                    stwierdzen' jest lepsza, ale od czasow kiedy tytul filmu HP and the
                    philosopher's stone.... zmieniono w USA na sorcerer's stone.... zeby
                    nie odstraszac, nie wiem czy owa akceptacja nie bedzie odstraszac.
              • scept89 Re: dane dla swiata z 2005 06.01.08, 23:09
                paberg napisał:
                >Amerykanie
                > nauczyli się zadawać takie ściślejsze pytania, dlatego uzyskują dokładniejszy
                > rozkład opinii. U nas jeszcze miele się tę nieszczęsną ewolucję, jako
                > słowo-wytrych do różnych koncepcji.

                Ty za to jak widac nie nauczyles sie angielskiego na tyle aby zrozumiec proste
                zdania:
                """
                This chart depicts the public acceptance of evolution theory in 34 countries in
                2005. Adults were asked to respond to the statement: "Human beings, as we know
                them, developed from earlier species of animals." The percentage of respondents
                who believed this to be true is marked in blue; those who believed it to be
                false, in red; and those who were not sure, in yellow.
                """

                Innymi slowy czy jestes Eskimos czy Hucul odpowiadales na to samo ptanie.
                Dlatego ow wykres ma sens. CBDO
                • Gość: CDA# Re: dane dla swiata z 2005 IP: *.dynamic.dsl.as9105.com 07.01.08, 00:16
                  scept89 napisał:

                  > Ty za to jak widac nie nauczyles sie angielskiego na tyle aby
                  zrozumiec proste
                  > 2005. Adults were asked to respond to the statement: "Human
                  beings, as we know
                  > them, developed from earlier species of animals." The percentage >
                  Innymi slowy czy jestes Eskimos czy Hucul odpowiadales na to samo
                  ptanie.

                  i Eskimos i Polak i jescze Turek wszyscy odpowiadali na to samo
                  pytanie? nie bylo tlumaczenia? bo jak bylo, to to juz nie bylo to
                  samo pytanie
                  • scept89 Re: dane dla swiata z 2005 07.01.08, 18:51
                    CDA# napisał(a):
                    > i Eskimos i Polak i jescze Turek wszyscy odpowiadali na to samo
                    > pytanie? nie bylo tlumaczenia? bo jak bylo, to to juz nie bylo to
                    > samo pytanie

                    No i jeszcze Amerykanie i Brytyjczycy uzyskali rozne wyniki zapewne na podstawie
                    roznic jezykowych.

                    • dalatata Re: dane dla swiata z 2005 07.01.08, 21:53
                      scept89 napisał:

                      > No i jeszcze Amerykanie i Brytyjczycy uzyskali rozne wyniki
                      zapewne na podstawi
                      > e
                      > roznic jezykowych.

                      nie wiem dlaczego byly roznice, jednak bledem jest myslenie ze
                      angieslki USA i brytyjski to jest ten sam jezyk.

                      mysle ze nie ma czlowieka biegle mowiacego w jednej z tych odmian,
                      ktory nie napotkal na problemy w tej drugiej.
                      • petrucchio Re: dane dla swiata z 2005 07.01.08, 22:41
                        dalatata napisał:

                        > nie wiem dlaczego byly roznice, jednak bledem jest myslenie ze
                        > angieslki USA i brytyjski to jest ten sam jezyk.
                        >
                        > mysle ze nie ma czlowieka biegle mowiacego w jednej z tych odmian,
                        > ktory nie napotkal na problemy w tej drugiej.

                        To za mało, żeby je uznać za osobne języki (o takim uznaniu zresztą częściej
                        decyduje polityka, niż językoznawcy), choć wystarczy, żeby mówić o różnych
                        odmianach lub grupach dialektów. Podobne problemy miewają Niemcy z północy i
                        Austriacy lub Bawarczycy, Włosi z różnych regionów, a nawet i Polacy mimo
                        gruntownej homogenizacji języka polskiego w ostatnich dziesięcioleciach. I nie
                        mam wcale na myśli aż tak oczywistych osobliwości regionalnych jak dialekt
                        śląski czy podhalański. Kiedy przeprowadziłem się z okolic Warszawy do Poznania,
                        miałem niejeden problem z lokalnym słownictwem, choćby robiąc zakupy w sklepie
                        spożywczym, gdzie sprzedawali różne kawiorki, szneki, sosyski i modrą kapustę.
                        Ja mówię "przylepka" na to, co moja żona (z innego regionu) nazywa "piętką"
                        chleba, a co w Poznaniu nazywa się "kromka", a za to na to, co ja nazywam
                        "kromka", poznaniacy mówią "sznytka" albo "skibka" (sam już nie wiem, jak mówią
                        moje dzieci, urodzone w Wielkopolsce). Łej, wiara, ale poruta, nie szło się
                        zrozumieć, a jeszcze ta intonacja!
                        • dalatata Re: dane dla swiata z 2005 07.01.08, 23:31
                          petrucchio napisał:

                          > dalatata napisał:

                          > > mysle ze nie ma czlowieka biegle mowiacego w jednej z tych
                          odmian,
                          > > ktory nie napotkal na problemy w tej drugiej.
                          >
                          > To za mało, żeby je uznać za osobne języki (o takim uznaniu
                          zresztą częściej

                          fair enough, czuje sie przywolany do porzadku, bije na odwrot.ale
                          tylko troche. jednak chyba bede stal przy swojej sznytce (moj kolega
                          tak mowil, zawsze mnie to bawilo), ze zalozenie ze, powiedzmy ,
                          angielskojezyczny kwestionariusz bedzie podobnie rozumiany przez
                          Amerykanow i przez Brytyjczykow, jest zalozeniem dalece ryzykownym.

                          swoja droga to nie wiem czy intrumenty psychologiczne sa walidowane
                          (jak to po polsku?) dla USA i UK osobno.
                          • petrucchio Re: dane dla swiata z 2005 07.01.08, 23:49
                            dalatata napisał:

                            > jednak chyba bede stal przy swojej sznytce (moj kolega
                            > tak mowil, zawsze mnie to bawilo), ze zalozenie ze, powiedzmy ,
                            > angielskojezyczny kwestionariusz bedzie podobnie rozumiany przez
                            > Amerykanow i przez Brytyjczykow, jest zalozeniem dalece ryzykownym.
                            >
                            > swoja droga to nie wiem czy intrumenty psychologiczne sa walidowane
                            > (jak to po polsku?) dla USA i UK osobno.

                            Różnice kulturowe są niewątpliwe. Chyba ty wspomniałeś niedawno o zmienionym
                            tytule "Harry Potter and the Philosopher's Stone" (w USA "Harry Potter and the
                            Sorcerer's Stone"). Nie wiem, czy wiesz, ale dotyczy to nie tylko filmu, ale i
                            powieści (w której zresztą amerykański wydawca wprowadził sporo takich
                            "poprawek", amerykanizując elementy zbyt egzotyczne dla młodzieży
                            amerykańskiej)! Ja chyba na miejscu autorki jednak uparłbym się i za żadną cenę
                            nie dopuścił do tak niewiarygodnie kretyńskiej ingerencji wydawniczej (obawiano
                            się zapwne, że książka z czymkolwiek filozoficznym w tytule nie może się
                            sprzedać w masowym nakładzie). Nawet niektórzy komentatorzy zza wielkiej wody
                            stwierdzili, że "tłumaczenie na amerykański" obraża inteligencję czytelników w
                            USA i w późniejszych częściach cyklu wydawca poprzestał na adiustacji
                            ortograficznej.

                            Reasumując, pytanie z kwestionariusza zapewne MOŻE być różnie zinterpretowane
                            przez użytkowników tego samego języka z powodu różnego tła kulturowego, choć
                            podejrzewam, że czynniki geograficzne są tu mniej istotne niż np. wykształcenie
                            i wiedza ogólna, które pewnie bardziej różnicują wewnętrznie populację amerykańską.
                            • dalatata Re: dane dla swiata z 2005 08.01.08, 00:42
                              petrucchio napisał:

                              co do HPi tytulu, to tak, szlo o to, ze slowo 'philosopher'
                              odstraszy intelektualnoscia potencjalnych nabywcow.

                              > podejrzewam, że czynniki geograficzne są tu mniej istotne niż np.
                              >wykształcenie
                              > i wiedza ogólna, które pewnie bardziej różnicują wewnętrznie
                              populację amerykań
                              > ską.

                              to bylby ciekawy projekt, tak swoja droga. bo ja chyba se tu nie
                              zgadzam (ale tak na nosa), bo to nie kwestia geograficzna, ale
                              kulturowa. USA to USA, a UK to UK, ze ukuje taka maksyme :-)
                              >
                      • scept89 Re: English idiolms & Iroznice miedzyjezykowe 08.01.08, 13:29
                        dalatata napisał:
                        > nie wiem dlaczego byly roznice, jednak bledem jest myslenie >ze angieslki USA
                        i brytyjski to jest ten sam jezyk.

                        Masz jedno proste zdanie po angielsku, nie spekuluj tylko znajdz w nim typowo
                        brytyjskie/amerykanskie idiomy.

                        Pytanie dodatkowe: dlaczego roznice pomiedzy UK a Finlandia czy Japonia sa
                        MNIEJSZE niz roznice pomiedzy UK a USA? Roznice pomiedzy jezykami GB, finskim i
                        japonskim sa gigantyczne, roznice pomiedzy wariantami _pisanego_ angielskiego w
                        prostym ogolnym zdaniu uzytym w tescie wrecz minimalne.

                        Ergo: roznice w odpowiedziach mowia cos o rozkladzie opinii w spoleczenstwach. QED
                        • dalatata Re: English idiolms & Iroznice miedzyjezykowe 08.01.08, 13:43
                          scept89 napisał:

                          > Masz jedno proste zdanie po angielsku, nie spekuluj tylko znajdz w
                          nim typowo
                          > brytyjskie/amerykanskie idiomy.

                          ja juz chyba wczesniej pisalem, ze roznice w tlumaczeniu beda
                          rowniez duze. zakladalem, ze to juz jest uwzglednione w kontekscie.

                          i rowniez napisalem chyba wczoraj, ze to nie chodzi o idiomy tylko o
                          roznice kulturowe. napisalem tez, ze to jest hipoteza, ktora
                          nalezaloby sprawdzic.

                          wreszcie - gratuluje wnioskowania, jednak nie odnosci sie do tego,
                          co rowniez napisalem wczesniej. 1. ludzie nie maja zdania i nie
                          potrafia w sposob racjonalny odpoiwadac na takie pytania. 2. proste
                          pytania, ktore odnosza sie do niezwykle skomplikowanych
                          ideologicznie problemow, nie oddaja pogladow czy opinii ludzi, a
                          jedynie preferencje co do opcji kwestionariusza. mowiac inaczej:
                          wybor opcji kwestionariusza nie zawsze przeklada sie na opinie ludzi.

                          i o tym napisano juz pol biblioteki.
                          • scept89 wybory prezydenckie i inne/ perfect bilinguals 08.01.08, 16:38
                            dalatata napisał:
                            > ja juz chyba wczesniej pisalem, ze roznice w tlumaczeniu beda
                            > rowniez duze. zakladalem, ze to juz jest uwzglednione w kontekscie.

                            Wybacz ale traktujesz jako udowodniony fakt ze pojedyncze proste zdanie
                            przetlumaczone na rozne jezyki badzie wykazywalo DUZE roznice jednoczesnie
                            zupelnie nie precyzujac jak "duze" owe roznice maja byc w/g Ciebie.

                            IMHO aby wyglaszac takowe stwierdzenia musisz przynajmniej wskazac kiedy
                            znajdziesz badania pokazujace iz perfect bilinguals* (osoby wychowywane np w
                            mieszanych malzenstwach japonsko-angielskich) udzielaja roznych odpowiedzi jesli
                            zadaje sie im pytania w dwoch doskonale opanowanych jezykach, zarowno
                            fonetycznie jak i pisemnie/obrazkowo (hieroglify sa przetwarzane/rozpoznawane
                            inaczej/w innym rejonie mozgu jesli mnie pamiec nie myli) . Dopiero wtedy
                            bedziesz mogl cos mowic o tym czy efekt jest duzy czy maly _w konkretnym
                            testowanym przypadku_. Po to aby wyglaszac swoje stwierdzenia dla w/w zdania
                            potrzebujesz znalesc reprezentatywne probki perfect bilinguals dla kazdej pary
                            angielski-inny jezyk. Wtedy i tylko wtedy bedziesz mial jakies pojecie jak duzy
                            jest to efekt.

                            re: perfect bilinguals* -> to to tez jest mit iz takowi ludzie istnieja. Badano
                            zrozumienie tekstu w sytuacji zagluszanej stacji radiowej. Nawet osoby z
                            super-natywna znajomoscia dwoch jezykow mialy jednak wieksze problemy ze
                            zrozumieniem jednego z nich kiedy dzwiek byl dostatecznie znieksztalcony.

                            Dodatkowym problemem jest ze perfect bilinguals (PB) nie sa dobra probka poniewaz:
                            a) ich nie ksenofobiczni rodzice roznia sie np od ogolnie
                            parochialno-ksenofobicznej masy

                            b) PB nie musza miec w mozgu sciany oddzielajacej jezyk A od jezyka B. Pogadaj z
                            rodakami z Szikagowa ze slynnym 'skocz na korner po pataty". Jezyki 'przelewaja
                            sie' np. u wieloletnich emigrantow i dlatego nie wiem czy da sie wyluskac PB-a
                            ktory to podswiadomie wplata konotacje z jednego jezyka w drugi.

                            >nie chodzi o idiomy tylko o roznice >kulturowe.

                            Alez podejscie do prawdziwosci w/w zdania to jest roznica miedzy-kulturowa jak
                            najbardziej.

                            >ludzie nie maja zdania i nie
                            > potrafia w sposob racjonalny odpoiwadac na >takie pytania.

                            Nie chodzi o racjonalne odpowiedzi podobnie jak w wyborach
                            prezydenckich/parlamentarnych. Bada sie poparcie dla idei/kandydata/partii i o
                            to w w/w badaniu chodzilo.

                            >proste
                            > pytania, ktore odnosza sie do niezwykle >skomplikowanych
                            > ideologicznie problemow, nie oddaja pogladow >czy opinii ludzi, a
                            > jedynie preferencje co do opcji >kwestionariusza. mowiac inaczej:
                            > wybor opcji kwestionariusza nie zawsze >przeklada sie na opinie ludzi.

                            Kandydaci na prezydenta takze maja skomplikowana przeszlosc zwykle nieznana >90%
                            wyborcow, programy zmian np. ekonomicznych zrozumiale jedynie dla fachowcow etc.
                            etc.

                            Jeszcze raz powoli:

                            nie badasz tego co jest ludziom zupelnie nieznane/niewyobrazalne (mechanizmy
                            ewolucji, drzewko filogenetyczne genu A w porownaniu z genem B, stosunek wyborcy
                            do wyrafinowych zachowan seksualne kandydata X w wieku lat 22 w noc sierpniowa
                            nad Sniardwami roku Panskiego 1980). Badasz super-zgrubine odpowiedz: "za"
                            (zdaniem/idea czy kandydatem), "przeciw", lub "nie wiem".
                            • dalatata Re: wybory prezydenckie i inne/ perfect bilingual 08.01.08, 17:19
                              scept89 napisał:

                              bardzo watpie ze wystepuje u mnie tego traktowanie.

                              ja raczej odnosze sie do calej tradycji lingwistycznej wywodzacej
                              sie z jednej strony od Malinowskiego i jego odkrycia konekstu
                              kultury, a z drugiej strony do hipotezy Sapira-Whorfa, ktora mowi,
                              rozne jezyki konstruuja rozne obrazy swiata.

                              Po drugie odnosze sie do duzo krotszej w czasie i mniejszej w ilosci
                              napisanych rzeczy (ale biblioteka z tego wyjdzie) tradyzji
                              psychologii jakosciowej wykazujacej problematycznosc
                              badania/mierzenia takich kategorii jak tozsamosc, przekonania, wiara
                              itd. a to dlatego ze przekonania ludzi sa, jak to nazywaja Billig i
                              wpsolp, dylematyczne. ludzie sobie przecza,niezgazdaja ze soba i
                              wreszcie czesto po prostu nie wiedza. wreszcie do tego mozna dolozyc
                              cala mase krytyk badan ilosciowych, krytyk, ktore pojawiaja sie w
                              literaturze od lat.

                              ilosciowosc w tym typie rozumowania nie wystepuje, a zatem odrzucam
                              koniecznosc kwantyfikowania tego typu rzeczy i odrzucam myslenie
                              typu, ze jak mala roznica to nie ma problemu, a jak duza roznica to
                              juz jest problem. nie kazde badania nadaja sie do kwantyfikacji, nie
                              zawsze tez kwantyfikacja jest potrzebna.

                              a zatem argument o 'perfect bilinguals', ktorych, zgadzam sie, nie
                              ma, na co wskazuje zarowno litratura, jak i przyklad moich
                              dzieci :), nie zachodzi. Zbudowal Pan takiego wielkiego groznego
                              potwora z tych PB - ale to straw man, tylko.

                              analogia z wyborami prezydenckimi/parlamentarnymi, jest falszywa.
                              ludzie rzeczywiscie maja do wyboru w zyciu na kotrego kandydatea
                              beda glosowac (dopoki nie wprowadzimy takich wyborow w wypadku TE,
                              porowanie nie zachodzi.

                              ale nawet jesli pojdziemy tropem tej analogii. glosowanie na
                              kandydata politycznego nie stanowi dowodu ani zrozumienia, ani
                              akceptacji, ani nawet znajomosci programu politycznego danego
                              kandydata (co, jak rozumiem, chyba Pan by zaakceptowal). podobnie
                              jest w owym kwestionariuszem. wybor 'wiary w TE' na poziomie
                              kwestionariusza laczy sie co najwyzej krzyzykiem na kwestionariuszu -
                              nic wiecej. to mowilem od samego poczatku.
                              • scept89 Re: SWH i krzyzykow korelacja 08.01.08, 18:42
                                dalatata napisał:
                                > ja raczej odnosze sie do calej tradycji lingwistycznej wywodzacej
                                > sie z jednej strony od Malinowskiego i jego odkrycia konekstu
                                > kultury, a z drugiej strony do hipotezy Sapira-Whorfa, ktora mowi,
                                > rozne jezyki konstruuja rozne obrazy swiata.

                                To zdecydowanie nie moja dzialka ale zdaje sie ze dwie skrajne opinie:
                                - jezyki sa dokladnie rownowazne w opisie swiata
                                oraz
                                - jezyk mowiony determinuje wszystko co myslimy

                                zostaly sfalsyfikowane doswiadczalne. Nie bardzo rozumiem jak mozliwe bylyby
                                jakiekolwiek przeklady tekstow czy to technicznych czy literackich gdyby swiaty
                                widziane przez pryzmat roznych jezykow znaczaco na siebie nie zachodzily.


                                re kwantyfikacja roznic:
                                moge sie mylic ale jesli porownamy tlumaczenia polskiego zwrotu 'kobieta ktora
                                mnie urodzila' z tlumaczeniami 'Ty jestes jak zdrowie' to roznice w konotacjach
                                beda wyrazniejsze w drugim przypadku. Mimo to nie znajac >20 jezykow w ktorych
                                zadano pytanie ewolucyjne nie wolno mi definitywnie stwierdzac ze:
                                a) roznice w tlumaczeniach/rozumieniu tego zdania sa "duze" (zakladam ze
                                tlumaczen dokonywali profesjonalisci i to najlepiej niezalezne ich zespoly)
                                b) twierdzic ze nie ma absolutnie zadnych roznic.


                                > analogia z wyborami prezydenckimi/parlamentarnymi, jest falszywa.
                                > ludzie rzeczywiscie maja do wyboru w zyciu na kotrego kandydatea
                                > beda glosowac (dopoki nie wprowadzimy takich wyborow w wypadku TE,
                                > porowanie nie zachodzi.

                                Badanie roznic w postawach wobec TE w roznych krajach zdecydowanie przeklada sie
                                na decyzje polityczne. Mike Huckabee w USA jest na liscie znaczacych kandydatow
                                na prezydenta z ramienia Republikanow. W UK i IMHO sporej czesci krajow
                                europejskich polityk odrzucajacy ewolucje to margines.

                                > ale nawet jesli pojdziemy tropem tej analogii. glosowanie na
                                > kandydata politycznego nie stanowi dowodu ani zrozumienia, ani
                                > akceptacji, ani nawet znajomosci programu politycznego danego
                                > kandydata (co, jak rozumiem, chyba Pan by zaakceptowal).

                                Ozywiscie

                                >podobnie
                                > jest w owym kwestionariuszem. wybor 'wiary w TE' na poziomie
                                > kwestionariusza laczy sie co najwyzej krzyzykiem na kwestionariuszu
                                > nic wiecej.

                                Chyba jednak nie. IMHO stawianie krzyzykow w jednym okienku koreluje
                                zadziwiajaco czesto ze stawianiem krzyzykow w kolejnym okienku, np kiedy pytanie
                                brzmi:
                                "will you vote for Huckabee-like candidate?"
                                oraz
                                "will you agree if we spend your tax money on cat phylogeny studies?"

                                Pozdr.
                                • dalatata Re: SWH i krzyzykow korelacja 08.01.08, 23:19
                                  scept89 napisał:

                                  > zostaly sfalsyfikowane doswiadczalne. Nie bardzo rozumiem jak
                                  mozliwe bylyby
                                  > jakiekolwiek przeklady tekstow czy to technicznych czy literackich
                                  gdyby swiaty
                                  > widziane przez pryzmat roznych jezykow znaczaco na siebie nie
                                  zachodzily.

                                  no najprosciej odpwiedziec na to tak: dlatego ze moga, to
                                  insturmenty psychologiczne sa walidowane w roznych krajach. i na
                                  przyklad taki BDI (Beck depression Inventory) rozni sie w
                                  tlumaczeniach dosc znacznie od oryginalu angielskiego. a wszytko
                                  daltego zeby 'chodzil' rowniez w polsce

                                  > a) roznice w tlumaczeniach/rozumieniu tego zdania sa "duze"
                                  (zakladam ze
                                  > tlumaczen dokonywali profesjonalisci i to najlepiej niezalezne ich
                                  zespoly)
                                  > b) twierdzic ze nie ma absolutnie zadnych roznic.

                                  ja rozumiem ze my sobie mozemy teraz pospekulowac.
                                  nie wiem jak bylo w wypadku tego kwestionariusza. ale dam inny
                                  przyklad. ostatnio przygladalem sie polskiemu tlumaczeniu
                                  International Classification of Diseases, tomowi 5. dotyczacemu
                                  chorob psychicznych. i zupelnie niesamowite bylo dla mnie to, ze to
                                  byly dwa rozne teksty. powiem inaczej: depresja po angieslku to
                                  zupelnie inna depresja niz po polsku. ale tlumaczyli profesjonalisci
                                  i psychiatrzy ktorych znam i szanuje!

                                  > Chyba jednak nie. IMHO stawianie krzyzykow w jednym okienku
                                  koreluje
                                  > zadziwiajaco czesto ze stawianiem krzyzykow w kolejnym okienku, np
                                  kiedy pytani
                                  > e
                                  > brzmi:
                                  > "will you vote for Huckabee-like candidate?"
                                  > oraz
                                  > "will you agree if we spend your tax money on cat phylogeny
                                  studies?"
                                  >
                                  z calym szacunkiem - jak sie przeklada owa intencja glosowania
                                  zawarta w sondazu wyborczym na kwestionariusz w kwestii ewolucji?

                                  wreszcie - ja niespecjalnie wiem juz o co chodzi. bo czy
                                  rzeczywiscie Pan arguemtnuje ze jak ktos postawi krzyzyk przy
                                  Huckabee to juz na pewno bedzie na niego glosowac? my wiemy ze
                                  ludzie sie nie przyznawali do glosowania na PiS, na przyklad.

                                  ja wiem, ze w naukach pzytywistycznych krzyzyk na kwestionariuszu
                                  oznacza ze ktos cos mysli. jest cala masa literatury ktora pokazuje
                                  ze tak nie jest (jestem malutka odrobinka tej literatury).i pewnie
                                  sie nigdy nie zgodzimy. Pan zawsze bbedzie myslec ze kwestionariusz
                                  daje proste przelozenie na to co ludzie mysla. a ja nie. koniec
                                  kropka. nie ma co dalej gadac, bo sie kreciy w kolko


                                  • scept89 Re: krzyzykow korelacja 08.01.08, 23:53
                                    Widze ze powoli dochodzimy do tego z jakich szancow wystepujemy.
                                    Ja bynajmniej nie mam zgnilo-pozytywistycznego mniemania iz takie choroby
                                    psychiczne manifestuja sie jednakowo w roznych kulturach. Ktos mnie tutaj
                                    kiedys uswiadamial ze np. homoseksualizm u Aborygenow w 'otoczce' czy tez
                                    'kontestacji' przejawia sie zupelnie inaczej niz w kulturach zachodnich. Umknela
                                    mi nazwa malezyjskiej m.in. przypadlosci w ktorej penis 'zatapia sie' w ciele
                                    powodujac jego drastyczne skrocenie okiem wlasciciela oczywiscie -> przypadlosc
                                    (prosze mnie skorygowac) chyba jednak nie spotykana nad Wisla.

                                    Dlatego tlumaczenia pojec psychologiczno-psychiatrycznych musza byc ulomne.

                                    Dzioby i gatunki sa znacznie 'twardszymi' pojeciami. Ktos badal korelacje
                                    lokalnych nazw ptakow chyba na Nowej Gwinei z nazwami zachodniej taksonomii ->
                                    duzy stopien pokrywania sie tychze, tzn to co Papuasi uznawali za osobnego
                                    ptaka bylo osobnym gatunkiem w/g nauki.

                                    Dlatego moj brak zgody na traktowanie nieomalze wszystkich zwrotow jako
                                    kulturowo zmiennych. Da sie przetlumaczyc "rajski ptak z czerwonym dziubkiem"
                                    jednoznacznie na jeden z jezykow Papuasow to daje glowe ze da sie przetlumaczyc
                                    'czlowiek', 'zwierze', 'pochodzenie'.

                                    > z calym szacunkiem - jak sie przeklada owa intencja glosowania
                                    > zawarta w sondazu wyborczym na kwestionariusz w kwestii ewolucji?

                                    Chodzilo mi o odwrotna zaleznosc i dodatkowo zaleznosc statystyczna a nie
                                    przyczynowo-skutkowa. Skresleni krzyzyka 'Nie dla ewolucji' nie powoduje ze
                                    automatycznie glosuje sie na Huckabee. Jedynie ze zakladajac iz ankietowani
                                    krzyzykuja zgodnie ze swoim chocby chwilowym przekonaniem da sie pokazac iz
                                    korelacja zachodzi (wiecej nie-ewolucjonistow zaglosuje na H.).


                                    > ja wiem, ze w naukach pzytywistycznych krzyzyk na kwestionariuszu
                                    > oznacza ze ktos cos mysli.

                                    Nie. Jedynie ze 1000 krzyzykow cos oznacza poza sklonnosci do wybierania pola
                                    pierwszego z lewej.

                                    >jest cala masa literatury ktora pokazuje
                                    > ze tak nie jest (jestem malutka odrobinka tej literatury).i pewnie
                                    > sie nigdy nie zgodzimy.

                                    Alez zgodzimy sie 100% poniewaz mam wrazenie ze troche przemalowujemy naszych
                                    interlokutorow. Ani ja nie twierdze ze krzyzykowanie 'tak dla ewolucji' oznacza
                                    ze osoba owa doszla do tego racjonalnie/rzeczywiscie tak mysli a nie podklada
                                    sie ankieterowi ani zapewne Pan nie bedzie bronil pogladu super-skrajnego ze
                                    jakiekolwiek kwestionariusze nigdy nie maja sensu a juz kwestionariusze
                                    roznojezyczne to jest strata czasu i papieru. Ja np jestem zdania ze da sie
                                    pytac w kazdej kulturze poslugujacej sie samochodami 'czy Twoj samochod jest bialy?'

                                    Pozdrawiam


                                    >Pan zawsze bbedzie myslec ze kwestionariusz
                                    > daje proste przelozenie na to co ludzie mysla. a ja nie. koniec
                                    > kropka.


                                    • dalatata Re: krzyzykow korelacja 09.01.08, 00:13
                                      oj jest cala masa chorob 'kulturowych'. ja bym szedl w tym duzo
                                      dalej, ale nie o tym rozmawiamy.

                                      ten 'ptak z czerwonym diobkiem/dziubikem (cholera nie wiem) swietnie
                                      wyglada, kiedy my sobie o tym piszemy. natomiast problem polega na
                                      tym, ze moze sie przez przypadek okazac ze gdzies tam u Papusow,
                                      albo jeszcze gdzie indzie na przyklad w NY, jest cala masa
                                      konotacji, ktorych nie wzielismy pod uwage.

                                      inaczej: nie ma tlumaczenia 100procentowego - nigdy. bo tlumaczenie
                                      jest zawsze proba tlumaczenia kultury - i to nie jest kontrowersyjne
                                      w translatoryce. powiem inaczej: wszystko co mozna powiedziec, mozna
                                      powiedziec inaczej, a wszysto co mozna przetlumaczyc mozna
                                      przetlumaczyc inaczej do kwadratu.i to tez nie jest kontrowersyjne.

                                      byloby glupota stwierdzenie, ze nie ma sensu kwestionariuszy uzywac.
                                      jasne ze jest sens i nawet potrafie pare takich przykladow pokazac,
                                      w tym polskich, w tym roznojezycznych. ale nie wtedy, kiedy mamy do
                                      czynienia ze zlozonymi, ideologicznie obarczonymi kwestiami. a co do
                                      tych 1000 wyborow - czy one mowia cos wiecej, skoro ci ludzie i tak
                                      nie maja pojecia co wybieraja? niestety waptie.
                                      • Gość: leń nie o tym rozmawiamy, ale... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 09.01.08, 11:23
                                        dalatata napisał:

                                        > oj jest cala masa chorob 'kulturowych'. ja bym szedl w tym duzo
                                        > dalej, ale nie o tym rozmawiamy.
                                        >
                                        > ten 'ptak z czerwonym diobkiem/dziubikem

                                        cytat z "Przyjemność poznawania", Richarda P. Feynmana, s.19:

                                        "...jedno z dzieci powiedziało do mnie: "Widzisz tego ptaka? Wiesz
                                        co to za ptak?" Odpowiedziałem, że nie mam pojęcia, co to za ptak.
                                        On mi na to, że to jest drozd brązowogardły czy coś takiego i że mój
                                        ojciec niczego mnie nie nauczył. Ale było wręcz przeciwnie, ojciec
                                        mnie uczył. Patrząc na ptaka mówi: "Wiesz co to za ptak? To jest
                                        drozd brązowogardły, ale po portugalsku to jest..., po włosku...
                                        mówi "po chińsku to..., a po japońsku..." etc. "Teraz - mówi - wiesz
                                        jak nazywa sie ten ptak we wszystkich językach w jakich tylko
                                        chcesz, a mimo to nie wiesz kompletnie nic o tym ptaku. Wiesz tylko
                                        coś o ludziach z różnych krajów i o tym, jak tego ptaka nazywają. A
                                        teraz - mówi - przyjrzyjmy się ptakowi".
                • paberg Proste zdania 07.01.08, 14:44
                  scept89 napisał:

                  > Ty za to jak widac nie nauczyles sie angielskiego na tyle aby zrozumiec proste
                  > zdania:

                  Ty za to jak widac nie jestes w stanie pojac kreatywnych mocy ewolucji, o czym wie kazde dziecko i sierotka Marysia tez. Nie wiesz, ze zdanie kopiowane i tlumaczone moze podlegac bledom? I kumulowanie sie tych bledow prowadzi do nowych wartosci. Tak wiec oryginalne zdanie w wersji tureckiej moglo wyewoluowac w nastepujace: "Istoty ludzkie zostaly stworzone przez Allaha o czym objawil nam Mahomet". Podobne mutacje mogly nastapic w innych jezykach. Zdanie angielskie reprezentuje w tym wypadku wspolnego przodka wszystkich innych odmiennych zdan. Kolejny dowod na prawdziwosc ewolucji.

                  Ewolucja, misiu, ewolucja.

                  A powazniej, to niepotrzebnie tak podniecasz sie tym sondazem. Pytanie bowiem nie precyzuje co bylo sila kreatywna tej ewolucji. Albowiem: "Istoty ludzkie, jakimi je znamy, rozwinely sie z wczesniejszych gatunkow zwierzat". Oczywiscie! Naturalnie dzieki stworczym interwencjom Boga w historii zycia, to chyba jasne jak slonce? W najlepszym przypadku sondaz ten odzwierciedla akceptacje koncepcji wspolnoty pochodzenia czlowieka i przynajmniej niektorych zwierzat. Tyle, ze - jak to powinienes wiedziec - wspolnota pochodzenia != ewolucja. Wspolne pochodzenie to jeszcze za malo, by jakis proces uznac za ewolucje. Musi byc jeszcze mechanizm, a tym nie ma slowa.

                  Jak by to napisal cs motloch nie ma o tego typu niuansach pojecia. Gorzej, ze ci pretendujacy do bycia czyms wiecej niz motloch - nie wytykajac oczywiscie palcem - tez nie.
      • paberg Połowa od małpy, co trzeciego stworzył Bóg 06.01.08, 00:49
        Gość portalu: cs137 napisał(a):

        > ne dla Polski?

        Łaskawie przytaczam:

        "Ponad połowa Polaków (53%) uważa, że człowiek jest wynikiem długotrwałej
        ewolucji, niespełna jedna trzecia (30%) wierzy, że został stworzony od razu w
        obecnej postaci - wynika z sondażu TNS OBOP."
        wiadomosci.wp.pl/kat,1342,wid,8606914,wiadomosc.html?ticaid=15209

        Z tym, że nie ma podanych pytań. Gdzieś czytałem, że to były bardzo
        nieprecyzyjne pytania w rodzaju "Czy akceptujesz teorię ewolucji", co rodzi
        problemy, że każdy może pod "ewolucję" podciągać swoje koncepcje. Amerykanie
        pytają znacznie bardziej precyzyjnie w rodzaju "Czy wierzysz, że człowiek został
        stworzony w obecnej formie około 10 tys. lat temu" i tak dalej.
        > Jako "faculty member" na amerykańskim uniwersytecie, a więc jako osobnik cos
        > niecoś wiedzący o nastrojach panujących w danej kwestii wsród czołówki
        > intelektualnej kraju, moge powiedzieć, ze "rozziew" pomiedzy opiniami owej
        > czołówki a opiniami plebsu jest kolosalny.

        A tak. Tylko, że naukowa elita żyje głównie z podatków plebsu, także musi go
        nieco dopieszczać. Stąd tego typu dokumenty w rodzaju ostatni NAS-u. Wyobrażasz
        sobie, co by się działo, gdyby plebs się zbuntował i np. odmówił wyrzucania
        pieniędzy w błoto (pardon: finansowania) tak owocnej działalności, jak
        filogeneza kotów? ;-)
        • Gość: cs137 Re: Plebs sie nie zbuntuje IP: 204.13.9.* 06.01.08, 04:37
          Wyobrażasz
          > sobie, co by się działo, gdyby plebs się zbuntował i np. odmówił wyrzucania
          > pieniędzy w błoto (pardon: finansowania) tak owocnej działalności, jak
          > filogeneza kotów? ;-)

          Bo gdzie by posłał dzieci do collegeu?
          • europitek Re: Plebs sie nie zbuntuje 06.01.08, 10:24
            Jak to gdzie? Leonard3 podawał tu przecież parę "jedynie słusznych" adresów, a w odwodzie jest jeszcze Moherowa Akademia w Toruniu.

            A swoją drogą, to ciekawe mogłoby być sprawdzenie jaki jest rozkład opinii w amerykańskim świecie akademickim z uwzględnieniem kraju pochodzenia (tuziemcy/przybysze). Mogłoby się, na ten przykład, okazać, że Amerykańscy prawowierni importują sobie "elementy obce ideowo", jak mawiano w PRL-u.
            • Gość: cs137 Re: "Rozziew" w USA IP: 204.13.9.* 06.01.08, 10:56
              Zauważ jeszcze jedną ciekawą rzecz, drogi Europiteku. "Masy" w USA są
              kreacjonistyczne jak nigdzie indziej
              • europitek Re: "Rozziew" w USA 06.01.08, 15:02
                Wykres, który nieco wyżej podał Scept89 częściowo udziela odpowiedzi na moje pytanie dotyczące rozkładu "sympatii" dla kreacjonizmu ze względu na kraj pochodzenia (tuziemcy/imigranci) wśród "jajogłowych".
                W przypadku "krągłogłowych" (zwanych też "zjadaczami telewizji") imigrantów z tych samych kierunków sprawa ma się zapewne trochę inaczej, gdyż muszą się oni resocjalizować, by zapewnić sobie lepszy status społeczny. Upodabniają się więc do swego nowego (rodzimego amerykańskiego) otoczenia społecznego, bez akceptacji ze strony którego nie będą mogli osiągnąć swoich celów.
                Z "jajogłowymi" jest inaczej - w większości trafiają do USA ze względu na własną oryginalną indywidualność (dużą wiedzę specjalistyczną) i szybko lądują w takich miejscach struktury społecznej, gdzie powyższy mechanizm nie działa w takim zakresie. Nie działa, ponieważ byłby niebezpieczny dla interesów całego społeczeństwa, również "krągłogłowych" miłośników kreacjonizmu.
          • paberg Re: Plebs sie nie zbuntuje 06.01.08, 12:41
            Gość portalu: cs137 napisał(a):

            > Wyobrażasz
            > > sobie, co by się działo, gdyby plebs się zbuntował i np. odmówił wyrzucan
            > ia
            > > pieniędzy w błoto (pardon: finansowania) tak owocnej działalności, jak
            > > filogeneza kotów? ;-)
            >
            > Bo gdzie by posłał dzieci do collegeu?

            Do tego samego collegu. Tyle, że obok jedynie słusznych teorii uczyłoby sie
            także alternatywnych teorii - wszystko zgodnie z wolą narodu ;-) Zresztą college
            uczy a nie robi badania nad filogenezą kotów. Bardziej musiałby się obawiać
            ośrodki badawcze zaangażowane w tego typu inicjatywy.
            • Gość: Kagan Re: Plebs sie nie zbuntuje? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.01.08, 20:45
              W USA plebs po prostu sie nie liczy...
              • cs137 Re: Prawidlowo 06.01.08, 22:07
                Gość portalu: Kagan napisał(a):

                > W USA plebs po prostu sie nie liczy...

                I tak powinno byc wszedzie.

                Plebsem gardzili wybitni juz od tysiacleci. Horacy wyrazil to w swoim slynnym
                zdaniu "Profanum vulgus odi et arceo". Biskup Krasicki zas w drugiej strofie
                "Hymnu do milosci Ojczyzny":

                "Wolnosci! Ktorej dobra nie docieka
                Gmnin jarzma zwykly, nikczemny i podly.
                Cecho dusz wielkich! Ozdobo czlowieka!
                Strumieniu boski, cnot zaszczycon zrodly
                Tys tarcza twoich Polakow od wieka..."

                Dalej mi sie nie chce, a nie ma i po co, kazdy to przeciez zna na pamiec, nie?
                • dalatata Re: Prawidlowo 06.01.08, 23:17
                  a mi sie to nie podoba. nie lubie slowa 'plebs', nie lubie myslec o
                  gardzeniu jakas grupa ludzi i pogladu ze inna grupa ludzi sila
                  rzeczy. znam cala mase przyzwoitych ludzi z tego 'plebsu' i jeszcze
                  wiecej tych elity, ktorzy nie dorastaja temu 'plebsowi' do piet.

                  poza tym to ten 'plebs' placi nasze pensje, wiec moze powinnismy mu
                  okazac troche szacunku.

                  a biskup Krasicki, jak widac, biskupem glownie byl, niestety, w tym
                  fragmencie. a szkoda.
                  • cs137 Re: De gustibus non est disputandum 06.01.08, 23:58
                    Jeden lubi plebs, drugi go nie lubi.

                    Ale ja nie stosuje kryterium majatkowego ani pochodzeniowego. Dla mnie "plebs"
                    to niewyksztalcony motloch, niewyksztalcony z tego powodu, ze mu sie NIE CHCIALO.

                    Mama mojej zony byla corka wiejskiego kowala z Kujaw i miala wszystkiego 4
                    klasy, a pozniej juz tylko uczyla sie krawiectwa. Ale w moich oczach byla osoba
                    godna najwyzszego szacunku. W miejscowosci, gdzie mieszkala, krawcy mieli liczna
                    klientele z pobliskiej Warszawy i jak na owczesne stosunki dzialo im sie dobrze
                    - budowali tzw. "wille" dla siebie i dla swoich dzieci. Moja tesciowa miala to w
                    pogardzie, zyla nadzwyczaj skromnie, wszystkie dochody szly na to, by swoim
                    dwu corkom umozliwic nauke. No i jedbna (juz od dawna na emeryturze) doszla do
                    docentury w Uniwersytecie warszawskim, druga do uniwersyteckiej profesury w USA.

                    Ja jestem z tzw. "dobrej rodziny", inteligenckiej od wielu pokolen i wielu
                    czlonkow starszych pokolen mialo tytuly akademickie w Krakowie i we Lwowie (na
                    prace jednego mojego ciotecznego pradziadka, profesora historii w UJ, czesto
                    powoluja sie forumowi antysemici, bo ow przodek, tego, no,... filosemita nie
                    byl, choc jednoczesnie darl koty z KK w zwiazku z osoba niejakiego Krola
                    Boleslawa Smialego).
                    W takim srodowisku istnieja silne "tabu" odnosnie z kim sie wypada, a z kim sie
                    nie wyapda zenic. Gdybym ja kierowal sie przesadami i uprzedzeniami typowymi
                    dla tego srodowiska, to musialbym miec calkiem inna zone.
                    • dalatata Re: De gustibus non est disputandum 07.01.08, 17:09
                      no odpowiem no.....

                      cs137 napisał:

                      > Jeden lubi plebs, drugi go nie lubi.

                      lubienie plebsu nie ma z tym nic wspolnego. i my tu nie o gustach.
                      >
                      > Ale ja nie stosuje kryterium majatkowego ani pochodzeniowego. Dla
                      mnie "plebs"
                      > to niewyksztalcony motloch, niewyksztalcony z tego powodu, ze mu
                      sie NIE CHCIALO.

                      ja tak sobie mysle, ze nawet jesli sie komus nie chcialo uczyc, to i
                      tak moze byc przyzwoitym czlowiekiem.
                      jestem profesorem i cenie sobie moja profesorskosc i bardzo nie
                      chcialbym byc kim innym. jednak mysle sobie ze taki Zdzisek Zupa,
                      ktory chodzil na wagary i palil ppaierosy pod szkola i przez to nie
                      poszedl do ogolniaka, a teraz jest hydraulikiem i stara sie jak moze
                      te krany naprawiac, nie jest ani gorszy ode mnie, ani ja od niego
                      lepszy. jestem bardziej wyksztalcony, ale on za to duzo lepiej krany
                      potrafi naprawic. i to pan Zupa ma wieksze szanse na przetrwanie w
                      swiecie po WWIII, bo skreci, przykreci, dotnie. a ja stane jak taka
                      siermiega i bede mu zazdrosic.

                      i polecam jeszcze ksiazke Paula Willisa - Learning to Labour.
                      podtytul, o ile pamietam to: how working class kids get working
                      class jobs. to nie jest tak ze ci wszyscy, ktorym sie nie chce, to
                      oni to sa takie lenie smierdzace, a to dlatego ze maja geny 'lenia
                      smierdzacego'.

                      a my jestesmy lepsi, nawet jesli to oni nas ze swoich podatkow. i
                      tak mi sie nie podoba mowienie o motlochu. i to nie jest kwestia
                      gustu. bardziej, prosze wybaczyc, smaku.
                      • cs137 Re: Kwestia smaku 07.01.08, 18:45
                        Szanowna Pani Profesor,

                        czy tez

                        Szanowny Panie Profesorze,

                        W kwestii smaku to jest tak, ze jednemu bardziej smakuja wisnie w czekoladzie, a
                        inny znów mowi, ze nic tak dobrze nie samkuje, jak marmolada z buraków i
                        erzatzowy miód.

                        Wiec na tym polu trudno jest dojśc do porozumienia, bo zbyt jest skażone
                        subiektywizmem.
                        • dalatata Re: Kwestia smaku 07.01.08, 21:47
                          niech i tak bedzie.

                          temat wyczerpalismy, mozemy isc do przodu, nie krzyczac i nie
                          wymachujac kijami baseballowymi :-).
            • cs137 Re: "college" kolokwialnie oznacza kazda wyzsza 06.01.08, 21:54
              uczelnie, w przypadku, gdy sie mowi o posylaniu dzieci do college'u. Badania
              naukowe robi sie na kazdej uczelni, ktora ma akredytacje na przyznawanie
              doktoratow i magisterow, i takie uczelnie z reguly maja w nazwie "university"
              (choc niekoniecznie - MIT to znany kazdemu wyjatek). Bardzo wielu studentow od
              razu zaczyna na takich uczelniach, co nie zmienia faktu, ze rodzice mowia
              "poslalem corke/syna do college'u".
              • paberg Więc kolokwialnie... 07.01.08, 10:24
                cs137 napisał:

                > uczelnie, w przypadku, gdy sie mowi o posylaniu dzieci do college'u. Badania
                > naukowe robi sie na kazdej uczelni, ktora ma akredytacje na przyznawanie
                > doktoratow i magisterow, i takie uczelnie z reguly maja w nazwie "university"

                No i świetnie. Więc zamiast marnować pieniądze podatników na szukanie filogenezy
                kotów, jakże bardziej pożytecznie byłoby przeznaczyć je na coś wartościowszego,
                nieprawdaż?
                • Gość: cs137 Re: Niestety, musze ze wstydem wyznać, że nie IP: 204.13.9.* 07.01.08, 11:13
                  wiem, co oznacza słowo "filogeneza", więc nie moge zajac stanowiska w danej kwestii.
                  • europitek Re: Niestety, musze ze wstydem wyznać, że nie 07.01.08, 12:40
                    A chwaliłeś się wcześniej, że znasz łacinę! Więc wiedz, że "filo" oznacza "przyjaciół"/"miłośników" (patrz: filomaci, filareci, filozofia, rusofil), "geneza" to "pochodzenie". Zatem zbitka "filogeneza kotów" oznacza "pochodzenie przyjaciół kotów", ewentualnie można to ładniej ująć - "skąd się biorą przyjaciele kotów.
                    Ekstra temat badawczy! Czego ten Paberg się czepia?
                    • cs137 Re: Europiteku, znam łacine, ale nieobca mi też 07.01.08, 18:53
                      jest sztuka dyplomacji.

                      Czasami warto jest udać, ze sie czegos nie wie. Nikogo nie obraże, a wykręce sie
                      w ten sposób z dalszej dyskusji, która zaczyba sie już robic tetrapyloktomiczna.
                      • europitek Re: Europiteku, znam łacine, ale nieobca mi też 07.01.08, 23:05
                        Ja jestem bardzo wyrozumiały dla ludzkich słabości, gdyż sam jestem "jedną wielką słabością" i w ten sposób mogę sobie legitymizować pobłażanie własnym (skoro pobłażam innym, to dlaczego nie sobie - czy ja gorszy?). Ja nie znoszę wszelkich dyskusji z "tetra-cośtam", bo kojarzą mi się nieodparcie z tetrą i nieustannym wrzaskiem potomka.

                        Miałem tylko nadzieję, ze mi wytkniesz ten przycinek do łaciny jako chybiony (greka), a ja będę wtedy mógł durnie oświadczyć:
                        "Chodziło o czysty - bo co komu po brudnym - nonsens".
                        Ale ta "dyplomacja" popsuła mi kwestię.
                    • madcio Re: Niestety, musze ze wstydem wyznać, że nie 07.01.08, 20:39
                      > Czego ten Paberg się czepia?
                      Marnownaia pieniedzy podatników.

                      Ja osobiście wyrażam tylko żal, że niegdyś pieniądze zmarnowano na tak
                      bezużyteczne zajęcie, jak - dla przykładu - badanie pleśni. Po co to komu?
                      • paberg Re: Niestety, musze ze wstydem wyznać, że nie 07.01.08, 23:38
                        madcio napisał:

                        > Ja osobiście wyrażam tylko żal, że niegdyś pieniądze zmarnowano na tak
                        > bezużyteczne zajęcie, jak - dla przykładu - badanie pleśni. Po co to komu?

                        No właśnie, nawet przypadkowe odkrycia mają większą użyteczność niż filogeneza kotów. I nie chodzi tu bynajmniej o niepraktyczność tejże. Jest gorsza możliwość: kocie drzewo filogenetyczne nigdy nie istniało. Wydawanie ciężkich pieniędzy na rekonstruowanie tego, co nigdy nie istniało nie jest specjalnie naukowym przedsięwzięciem. Dlatego lepiej, żeby motłoch nie zadawał takich pytań. Dlatego, wbrew pokrzykiwaniom na 'motłoch' szeregowych wyrobników nauki, co wyżej postawieni goście dopieszczają motłoch, o czym świadczy ta publikacja NAS-u, od której zaczął się ten wątek. Dlatego wielu koryfeuszy ewolucjonizmu jeździ do Watykanu żeby jakiś kardynał czy biskup podżyrował wiarygodność teorii ewolucji jakąś niejednoznaczną wypowiedzią, którą można później nieco 'podrasować' do celów propagandowych.
                        • madcio Re: Niestety, musze ze wstydem wyznać, że nie 08.01.08, 20:49
                          > > Ja osobiście wyrażam tylko żal, że niegdyś pieniądze zmarnowano
                          > > na tak bezużyteczne zajęcie, jak - dla przykładu - badanie
                          > > pleśni. Po co to komu?
                          > No właśnie, nawet przypadkowe odkrycia mają większą użyteczność niż
                          > filogeneza kotów.
                          Och, nie zrozumiałeś mnie tu wcale. Obojętne, czy to autentyczne niezrozumienie,
                          czy zła wola. Ja tylko uprzejmie wyjaśniam, że nie można z góry przewidzieć
                          wyników czy użyteczności badań naukowych. Dlatego Ludzkość bada wszystko, co się
                          da, jak się da.

                          Teraz przejdźmy do metrium sprawy, gdyż mentalność kogoś takiego jak ty jest
                          sama w sobie wielce interesująca.

                          > Jest gorsza możliwość: kocie drzewo filogenetyczne nigdy nie
                          > istniało. Wydawanie ciężkich pieniędzy na rekonstruowanie tego,
                          > co nigdy nie istniało nie jest specjalnie naukowym
                          > przedsięwzięciem.
                          Twój powód nie-badania filogenezy kotów jest śmieszny... myślałby kto, że
                          badacze takiej filogenezy szybko by się zorientowali, że coś jest z tą
                          filogenezą nie w porządku. Innymi słowy, rekonstrukcja by się nie tylko nie
                          powiodła, ale nawet z jej zaczęciem byłyby bardzo poważne kłopoty.

                          Rozwinę, by było jaśniej, co mam na myśli.

                          Próby badania rzeczy nieistniejących - tak jak np. badania UFO, swego czasu
                          prowadzone przez naukowców i wojskowych na serio - szybko ujawniają brak treści
                          obiektu badań. Stąd zresztą brak zainteresowania takimi zjawiskami współczesnych
                          naukowców.

                          Wróćmy do filogenezy kotów. Takie badanie ujawniłoby dokładnie to, co chcesz -
                          brak treści - oczywiście, gdybyś miał rację.

                          Ty zaś stwierdzasz, że nie powinno się badać takiej filogenezy kotów. W ogóle.
                          Bo tak i już. Tak, jakbyś zakładał, że gdyby ktoś zaczął to badać, wcale NIE
                          spowodowałoby końca badania z wynikiem "żadnej filogenezy kotów nie ma, to jeden
                          wielki kit". Ale przecież wiesz, WIESZ, że ta filogeneza kotów to bzdura. Więc
                          każdy jej badacz to stwierdzi i koniec sprawy, koniec marnowania kasy. Tyle że
                          nie chcesz w ogóle tego badać... ale badania by wykazały... tyle że... tyle że...

                          Uh. Na takie coś jest już nazwa. Dwójmyślenie.

                          ... wiesz co?

                          Mam małą wiadomość dla ciebie. Zatykanie uszu i śpiewanie LALALA nie powoduje,
                          że dana rzecz zniknie.

                          Och, oczywiście, jest jedno wytłumaczenie takiego stanu rzeczy...
                          > [ciach spiskologiczny bełkot]
                          ...stwierdzenie, ze ta cała filogeneza kotów jest zmyślona od początku do końca
                          przez ateistycznych sługów szatana, by łatać teorię ewolucji, czy coś w tym rodzaju.

                          To też ma swoją nazwę. Zgadnij, jaką.

                          > Dlatego wielu koryfeuszy ewolucjonizmu jeździ do Watykanu
                          > żeby jakiś kardynał czy biskup podżyrował wiarygodność teorii
                          > ewolucji
                          Zdanie Kościoła nie ma znaczenie dla nauki. To Kościół usiłuje zwiększyć swoją
                          rolę współczesnym świecie, jak najmniej przy tym się zmieniając.
                          • scept89 Filogeneza koto 08.01.08, 22:44
                            Problem w tym ze filogeneza kotow (np. drzewko pokazujace rozklad zmiennych
                            kawalkow DNA w genomach roznych ras kocich) jest 100% uzyteczne. Po to aby dojsc
                            do tego wystarczy wpakowac cat genome project w wyszukiwarke:

                            home.ncifcrf.gov/ccr/lgd/comparative_genome/catgenome/whythecat.asp
                            Po to aby zmapowac do ktorych obszarow chromosomalnych mapuja sie poszczegolne
                            zespoly weterynaryjne trzeba znac kocie polimorfizmy. Po to aby znac kocie
                            polimorfizmy nalezy badac rozne rasy kotow po to aby wykryc np. SNP (Single
                            Nucleotide Polimorphisms). Kiedy juz mamy owe SNPy w garsci to mozemy sobie
                            wyliczyc ile SNPow jest wspolnych dla dachowca z Norymbergi z mruczakiem z
                            Bangoku a ile ze z kotem rybolowem np.

                            Jesli mowimy o filogenezie dzikich kotow (np gepardow) to badanie polimorfizmu
                            jest kluczowe do zrozumienia stopnia roznorodnosci genetycznej (a raczej jej
                            zaniku) w trakcie wymierania gatunkow. Nie ma sensu bawic sie w krzyzowanie w
                            zoo dwoch niomalze identycznych osobnikow wiedzac ze homozygoty alleli ktorych
                            sa nosicielami sa letalne.

                            A tak wogole to super-hipokryzje wietrze u paberg'a: co jest, baraminy i
                            mikroewolucje wyrzucamy na raz z plecaka?
                            • paberg Re: Filogeneza kotów 09.01.08, 11:33
                              scept89 napisał:

                              > Problem w tym ze filogeneza kotow (np. drzewko pokazujace rozklad zmiennych
                              > kawalkow DNA w genomach roznych ras kocich) jest 100% uzyteczne.

                              A tak, hodowla różnych ras i odmian jest całkiem użyteczna, jak o tym wiedziano jeszcze na długo zanim papa Darwin wydał swój pierwszy krzyk :-)

                              [...]

                              > A tak wogole to super-hipokryzje wietrze u paberg'a: co jest, baraminy i
                              > mikroewolucje wyrzucamy na raz z plecaka?

                              Nie wiem jak z baraminami, ale mikroewolucję wyrzucamy, a co! ;-)
                          • mary_sio musztarda po obiedzie 09.01.08, 09:19
                            madcio napisał:

                            > Ja tylko uprzejmie wyjaśniam, że nie można z góry przewidzieć
                            > wyników czy użyteczności badań naukowych. Dlatego Ludzkość bada
                            wszystko, co się
                            > da, jak się da.

                            "Pięć lat temu działający pod patronatem Braci Zespół Oceny
                            Psychologicznej podłączył się do komputerów federacji konsumenckich
                            prowadzonych przez amerykańskie sieci marketów spożywczych. Za
                            każdym razem, gdy ktoś coś kupował, posługując się kartą rabatową,
                            lista nabytych artykułów trafiała do głównej bazy danych.(..)
                            Kobiety mieszkające w północnej Karolinie, które kupowały więcej,
                            niż trzy gatunki musztardy, zwykle prezentowały liberalne poglądy
                            polityczne. Mężczyźni ze wschodniego Teksasu, kupujący drogie
                            gatunki butelkowanego piwa, zaliczali się głównie do konserwatystów.
                            (..) Siedliska opozycji stanowili niekiedy zwariowani ekolodzy,
                            którzy byli konsumentami zdrowej żywności i kontenstowali
                            przetworzone produkty spożywcze (..) Jednak równie kłopotliwe były
                            ugrupowania organizowane przez maniaków wysoko rozwiniętych
                            technologii, którzy w porze kolacji zajadali się wyłącznie słodkimi
                            batonikami(..)

                            John Twelve Hawks "Traveler"
                          • paberg Re: Niestety, musze ze wstydem wyznać, że nie 09.01.08, 11:19
                            madcio napisał:

                            > Ja tylko uprzejmie wyjaśniam, że nie można z góry przewidzieć
                            > wyników czy użyteczności badań naukowych. Dlatego Ludzkość bada wszystko, co się da, jak się da.

                            Uuu, to ciekawa uwaga, ciekaw jestem czy "Ludzkość" bada np. wpływ burz piaskowych na Marsie na owrzodzenie odbytu u Homo sapiens. Takich tematów badawczych można sformułować mnóstwo. I badać wszystko, co się da, jak się da.

                            > Twój powód nie-badania filogenezy kotów jest śmieszny... myślałby kto, że
                            > badacze takiej filogenezy szybko by się zorientowali, że coś jest z tą
                            > filogenezą nie w porządku. Innymi słowy, rekonstrukcja by się nie tylko nie
                            > powiodła, ale nawet z jej zaczęciem byłyby bardzo poważne kłopoty.

                            Kłopoty to są spore z filogenezą w skali makro, ale nie doceniasz naukowców. Ptolemeiści też potrafili całkiem zgrabnie wyjaśnić (wraz z wyliczeniami i przywidywaniami) ruch ciał niebieskich przy założeniu nieruchomości Ziemi. Teorie flogistonu czy geosynklinarna też przez lata cieszyły się poparciem większości naukowców. Tak to już jest w historii nauki. Za błędne teorie naukowa brać dała by się pokroić. Zresztą nie tylko naukowa.

                            > Wróćmy do filogenezy kotów. Takie badanie ujawniłoby dokładnie to, co chcesz -
                            > brak treści - oczywiście, gdybyś miał rację.

                            Nie, fałszywe teorie mają treść jak najbardziej. Tyle, że ta treść jest błędna.

                            > Ale przecież wiesz, WIESZ, że ta filogeneza kotów to bzdura.

                            WIEM :-)

                            > Och, oczywiście, jest jedno wytłumaczenie takiego stanu rzeczy...
                            > > [ciach spiskologiczny bełkot]
                            > ...stwierdzenie, ze ta cała filogeneza kotów jest zmyślona od początku do końca
                            > przez ateistycznych sługów szatana, by łatać teorię ewolucji, czy coś w tym rodzaju.

                            Ty sam to mówisz - odpowiadając biblijnie ;-)

                            > Zdanie Kościoła nie ma znaczenie dla nauki. To Kościół usiłuje zwiększyć swoją
                            > rolę współczesnym świecie, jak najmniej przy tym się zmieniając.

                            Ma znaczenie dla akceptacji danych teorii wśród populacji, a to nie są żarty. Dlatego systematycznie publikuje się dokumenty, jak omawiany na początku wątku. Zresztą Francisco Ayala, współautor tego dokumentu, wydał niedawno książkę, w której broni teorii ewolucji ze względów (także) jak najbardziej religijnych. Mianowicie jego zdaniem teoria ta czyni chrześcijańską teodyceę sensowną. Czy ma rację to kwestia dyskusyjna, faktem jest, że teoria ewolucji jest broniona także ze względów religijnych. Klasyczne mieszanie nauki i religii. A kreacjonistów to się czepia ;-)
                            • Gość: CDA Re: Niestety, musze ze wstydem wyznać, że nie IP: *.dynamic.dsl.as9105.com 09.01.08, 11:45
                              > Uuu, to ciekawa uwaga, ciekaw jestem czy "Ludzkość" bada np. wpływ
                              burz piaskow
                              > ych na Marsie na owrzodzenie odbytu u Homo sapiens. Takich tematów
                              badawczych m
                              > ożna sformułować mnóstwo. I badać wszystko, co się da, jak się da.

                              dlaczego tego sie nie da badac wyjasnil nam juz to Michel Foucault.
                              dokladnie tak samo jak bada sie zaleznosc chorob psychicznych od
                              genomu, a nie bada sie ich zalezosci od czytelnictwa Faktu,
                              Dziennika i oczywisicie Gazety Wyborczej....Choc w obu wypadkach
                              prawdopodobienstwo odkrycia szacowalbym na podobne :-)
                            • Gość: cs137 Re: Projekty badawcze na uczelniach mają dwojaki IP: 204.13.9.* 09.01.08, 11:57
                              cel: pierwszy, to coś zbadać, a drugi - dac młodym ludziom "intelektualny
                              trening". Często ten drugi czynnik jest nawet ważniejszy.

                              Bardzo młodym studentom daje sie zadania, które, gdyby patrzeć tylko na ten
                              pierwszy cel, w oczywisty sposób stanowia "wyważanie drzwi dawno temu juz
                              szeroko otwartych przez innych". Albo, jak to sie mówi w USA, "re-inveting the
                              wheel". Pierwszy z brzegu przykład - jestem fizykiem, więc użyje czegoś ze
                              swojej łaczki: pomiar g przy pomocy wahadła, wyznaczanie odległosci miedzy
                              atomami w krzysztale NaCl przy pomocy dyfrakcji promieni rentgenowskich, czy
                              pomiar predkosci dżwieku w krysztale metoda nieelstycznego rozpraszania neutronów.
                              Nic niowego, wiadomo, z tych projektow nie wyniknie, ale młodziez sie bardzo
                              dużo nauczy.

                              Później juz mozna przejśc do prjektów, w którychjuz rzeczywiście bada się cos
                              nowego. No i tu jest własnie taki kruczek: dobry projekt badawczy tego rodzaju
                              powinien byc taki, że z góry mozna przewidzieć, iz zakończy sie on sukcesem. Nie
                              ma nic gorzej wpływającego na morale młodych adeptów nauki, niz porażka
                              odniesiona przy pierwszym w zyciu
                              "prawdziwym" projekcie badawczym. Wiec projekt nie musi byc na miare Nobla - ale
                              powienien dostarczyc JAKIŚ nowych rezultatów, najlepiej jeszcze, żeby były one
                              "publikowalne", chocby w postaci postera na jakiejs konferencji i
                              jednostronicowego chocby artykuliku w materiałach tejze konferencji. Taki
                              malutki sukces potrafi "dodac skrzydel" młodym adeptom nauki i wzbudzic w nich
                              wiare we własne siły. Co sie później bardzo przydaje.

                              Z tego punktu widzenia badanie filogenezy u kotów moze wcale nie być takim złym
                              projektem.

                              Udział w ambitnym projekcie na poziomie "state-of-the-art" moze przyniesc
                              jeszcze lepsze rezultaty - ale, o ile taki projekt wyjdzie! Ale z ambitnymi
                              projektami to jest tak, niestety, ze nie zawsze wychodza. Czasami olbrzymi wkład
                              pracy owocuje jedynie... Ziobrem. Jeśli plan był taki, ze student w tym
                              projekcie zrobi np. doktorat, a po trzech latach okazuje sie, ze musi zaczynac
                              od poczatku w zupełnie nowym projekcie, to moze to byc dsla niego bardzo bolesne
                              rozczarowanie, a nierzadko i powód do załamania sie i w ogóle odejscia z nauki.

                              Pisze to jako dydaktyk, któremu zawsze bardzo lezał na sercu los powirzonych
                              jego opiece młodych ludzi. Ja dla swoich doktorantów zawsze wykombinowywałem
                              cos, co "na pewno wyjdzie' - a równolegle młody czlowiek pracował tez nad
                              innymi, "ambitnymi" zagadnienaimi. No i zreguły kończyło sie tak, ze dysertacja
                              zawierała dwie częsci, bo z tego "łatwego" projektu wychodziły tez całkiem
                              ładne, warte pokazania wyniki.
                              • Gość: CDA Re: Projekty badawcze na uczelniach mają dwojaki IP: *.dynamic.dsl.as9105.com 10.01.08, 00:57
                                czytalem ten post z pewnym rozzaleniem....bo gdy ja pisalem doktorat
                                to wymysllilem sobie temat i powiedzialem ze chcialbym w ciagu dwu
                                lat miec stopien. moj profesor uznal ze jestem szalony i spuscil
                                mnie po brzytwie i przekazal pani docent, ktora nigdy nie zrobila
                                kariery, ale bardzo chciala chociaz miec jednego dokotranta.profesor
                                kaze, doktorant musi.

                                w ciagu 18 miesiecy ciezkiej pracy mialem napisany doktorat.
                                zanioslem pani docent i po 2 tygodnich przyszledlem po komentarze.
                                nie spodziewlaem sie wiele, bo pani docent niewiele wiedziala o czym
                                pisze. no ale spodziewlaem sie ze beda komentarze - poprosila mnie
                                zebym jeden (sic!) akapit rozbil na dwa. i to wszystko. a ja nie
                                mialem i nie mam waptliwosci ze moj doktorat moglby byc duzo lepszy,
                                gdyby ktos ze mna o nim porozamawial.

                                i pisze to bo mi sie bardzo podobalo co napisal cs137. bo mysle
                                sobie ze dokotrat, czy badania mlodych pracownikow nauki, to przede
                                wszystkim proces i to proces ktory powienien odbywac sie w dialogu.
                                i mniej wazny jest wynik (zeby nawiazac do dyskusji), wazny jest ow
                                proces - opierzenie sie, samodzielnosc badawcza, ktora osiaga
                                dokotrant. i mysle ze podatnik ma tzw. value for money, nawet jesli
                                ten doktorat nigdy nie zostanie 'wdrozony', cokowliek to jest. bo
                                podatnik dostaje w zamian zwiekszony potencjal spoleczentwa.
                                • cs137 Re: CDA: 10.01.08, 01:57
                                  Wiesz, ja pierwszych 14 lat mojej "kariery naukowej" - czyli 14 lat od chwili
                                  zrobienia magisterium - spedzilem w renomowanym Wydziale Fizyki pewnej bardzo
                                  zacznej polskiej uczelni, dochodzac az do adiunkta. Ale lata te wspominam z
                                  gorycza. Praca nad doktoratem zaczela sie bardzo ladnie, po trzech latach
                                  mialem juz tak z 80% materialu gotowego i piec opublikowanych prac, z czego
                                  trzy w zagranicznych czasopismach - no, ale pechowo wtedy zmienil sie promotor.
                                  Nastepny szef niernawidzil poprzedniego i do tego mial tylko doktorat, a
                                  habilitacji jeszcze nie, wiec formalnie promotorem nie mogl zostac. Te role
                                  wzial na siebie "tymczasowo" dyrektor Instytutu. Zaraz na poczatku od nowego
                                  szefa uslyszalem: "Panie Tomku, a dlaczego panu sie tak spieszy z tym
                                  doktoratem?", a po jakims czasie: "Teraz najwazniejsza sprawa dla Zakladu jest
                                  MOJA HABILITACJA". Nic nie bujam, dokladnie te slowa pady. No wiec ten doktorat
                                  jeszcze "robilem" 4 lata, tzn. glownie czekalem na "zielone swiatlo" od szefa,
                                  ze mozna powoli myslec o formalnym zakonczeniu. A co do tematu - to ten nowy
                                  szef nic absolutnie juz niczego nie wniosl, wszystko bylo za sporawa tego
                                  pierwszego promotora. Zmiany terkstu tez sporwadzaly sie glownie do rozbijania
                                  akapitow i podobnych operacji. A po zrobieniu doktoratu jeszcze 6 lat
                                  pozostawalem pod tym szefem i jego glowna troska przez wszystkie te trzy lata
                                  bylo, zebym Boze bron nie wyjechal za zadna granice - do Dubnej najwyzej. W
                                  Dubnej wykonalem plan spozycia wodki na czele zycie i chyba nawet z nawiazka.
                                  Moja dziedzina w tych latach w Polsce przezywala wyrazny regres, w Dubnej tez
                                  panowal zastoj, bo przez ilestam lat budowano nowy reaktor i nic sie wtedy nie
                                  dzialo. A na Zachodzie moja dziedzina "pedzila do przodu". A ja moglem to tylko
                                  podziwiac poprzez czytanie artykulow w czasopismach.

                                  W tych latach sobie poprzysieglem, ze o ile kiedykolwiek sam zostane szefem
                                  jakis mlodszych ludzi, to nikt z nich nie zazna podobnuych "przygod", ktore mnie
                                  samemu bylo dane przezyc.

                                  No wiec po ilus tam latach faktycznie zaczalem sie opiekowac mlodymi ludzmi
                                  robiacymi doktoraty. Ale to juz byla w Stanach. Tym nie mniej, o tej zlozonej
                                  sobie obietnicy zawsze pamietalem. No ich chyba udalo nmi sie dotrzymac, bo z
                                  wszystkimi moimi bylymi doktorantami mam serdeczne stosunki. I zadnemuy z nich
                                  nie musialem nigdy mowic: "Najwazniejsza rzecza jest moja habilitacja!", bo w
                                  USA, dzieki Bogu, habilitacji nie ma.

                                  • Gość: bone Re: CDA: IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.01.08, 08:54
                                    cs137 napisał:

                                    > ten doktorat
                                    > jeszcze "robilem" 4 lata, tzn. glownie czekalem na "zielone
                                    swiatlo" od szefa, (..)
                                    > A po zrobieniu doktoratu jeszcze 6 lat
                                    > pozostawalem pod tym szefem i jego glowna troska przez wszystkie
                                    te trzy lata
                                    > bylo, zebym Boze bron nie wyjechal za zadna granice (..)

                                    10 lat przeznaczone na co, koszty uzyskania dr przed nazwiskiem? 10
                                    lat to (optmistcznie) 1/7 życia. warto było na nie patrzeć z
                                    perspektywy odsunięcia na boczny tor nauki i ewentualnej,
                                    odsuwajacej się w czasie kariery? 10 lat przygladania się ambicyjkom
                                    małych ludzi, interpersonalnym podchodom, obłudzie, cynizmowi... ile
                                    z tych zachowań mogło zostać ci mimowolnie wszczepionych?
                                    kariera naukowa = przymykanie oczu na zbydlęcenie środowiska?
                                    • cs137 Re: CDA: 10.01.08, 09:21
                                      Gość portalu: bone napisał(a):

                                      > 10 lat przeznaczone na co, koszty uzyskania dr przed nazwiskiem?

                                      Ja tak świata nie urzadziłem, prosze na mnie nie krzyczeć. Zrobienie bądź
                                      niezrobienie doktoratu rozstrzyga o kwestii "być albo nie byc w nauce". Zasady w
                                      Polsce były w owym czasie takie, ze jeśli sie doktoratu przez ileś tam lat nie
                                      zrobiło (8 lat chyba?), to człowiek z nauki wylatywał. A je nie chciałem. I
                                      chyba nie była to zbyt wygórowana, nieskromna ambicja?


                                      10
                                      > lat to (optmistcznie) 1/7 życia. warto było na nie patrzeć z
                                      > perspektywy odsunięcia na boczny tor nauki i ewentualnej,
                                      > odsuwajacej się w czasie kariery? 10 lat przygladania się ambicyjkom
                                      > małych ludzi, interpersonalnym podchodom, obłudzie, cynizmowi... ile
                                      > z tych zachowań mogło zostać ci mimowolnie wszczepionych?

                                      Zostało czy nie zostało - nie wiem, nie mam miernika, który moge do siebie
                                      przyłożyc i odczytac ze skali, ile tych niepozytynych rzeczy jest we mnie w środku.

                                      Ale jesli nawet są, to nikomu one raczej nie zaszkodziły. Całe zycie unikałem
                                      jak ognia wszelkich "stanowisk kierowniczych" i Pan Bóg mnie uchronił, nigdy
                                      niczyim szefem nie byłem, oprócz samego siebie. Ja jestem z takich, którzy lubia
                                      miec swoj własny "kącik wszechswiata", niech nikt sie do niego nie wtraca, a ja
                                      w zamian nie bede sie wtracął do tego, co robia inni. System amerykański ma
                                      tęzalete, że umozliwia funkcjonowanie ludziom o takich upodobaniach. W moim
                                      macierzystym Wydziale w Polsce były straszne walki o fundusze, moc polityki było
                                      w to zaangażowane. Było mnostwo afer, intryg, kopania dołkow wzajemnie pod sobą,
                                      podgryzania. W mojej ameryakańskiej uczelni ja nie dostaję grosza od niej na
                                      swoje badania, wszystko zdobywam sam, na drodze konkursu, bez żadnego
                                      podgryzania kogokolwiek.

                                      > kariera naukowa = przymykanie oczu na zbydlęcenie środowiska?

                                      To co, czlowiek ma z gory rezygnowac z pójscia droga naukowa w zyciu? Ja sobie
                                      taka "droge zyciowa" wybrałem, bo mnie to pociągało -miałem rezygnowac z
                                      życiowych aspiracji, bo środowisko nie takie? A, przepraszam, czy w innych
                                      srodowiskach jest lepiej? I czy powiedziane jest, ze w "zbydlęconym srodowisku"
                                      kazdy musi sie tez po bydlecemu zachowywać? Jeden, przechodząc przez błoto,
                                      ubłoci sie az po czubek głowy, a inny, przez to samo błoto przechodząc, nawet
                                      butów sobie nie powala. Kazdy przypadek trzeba rozpatrywac indywidualnie. Nie
                                      wolno wydawac zbiorowych wyroków.
                                      • cs137 Re: PS: 10.01.08, 09:38
                                        Jeszcze dodam - patrzac z perspektywy lat, jedyne, czego mogą zalować, to to, ze
                                        nie wyjechałem wcześniej. Ja znalazłem sie w USA już majac 36 lat, czyli w
                                        wieku, kiedy człowiek jest już po tzw. "postdocu". Ja siłą rzeczy amerykańskiego
                                        "stażu postdoca" nie miałem, co stawiało mnie w bardzo niekorzystnej sytuacji,
                                        jeśli chodzi o moznośc znalezienia pracy.

                                        Ale ja wyjazdu z Polski nigdy nie planowałem, to okolicznosci zaważyły, stan
                                        wojenny.

                                        A przed wyjazdem z Polski - w PRL-u mozliwosci wpływania człowieka na własny los
                                        były nader ograniczone, człowiek tkwił jakby w nurcie rzeki i prad go niósl.
                                        Musialem trzymac sie swojej instytucji, bo tak sprawy były poustawiane.
                                        Mozliwości manewru były bardzoograniczone, zmiana pracodawcy - niektorym sie to
                                        udawalo, ale naogół to graniczyło z cudem. a ja juz szczególnie źle byłem
                                        przystosowany do życia w PRL-u, o "swoje" walczyc nie potrafiłem. Do samego
                                        wyjadzu np. nie dochrapałem się własnego mieszkania. Mój tzw. "wniosek" o
                                        przydział mieszkania spóldzielczego lezał jeszcze w spóldzielni przez długie
                                        lata po moim wyjeździe - ja już o nim całkiem zapomniałem. Kiedu już od kilku
                                        lat miałem własny dom w USA, to nagle spóldzieljnia mnie odszukała i obwiesciła,
                                        ze "dostanę klucze". Oczywiście nie przejałem sie i papierek wyrzuciłem - co
                                        moze i było błedem, zwazywszy na obecne ceny mieszkań w Warszawie.
                                        • Gość: bone Re: PS: IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.01.08, 12:11
                                          Nie krzyczałam na ciebie, co najwyżej trochę prowokowałam, niejako
                                          przy okazji wypominając pytaniami zdarzenia z własnej przeszłości-
                                          po niepełnych 2 latach bycia asystentem na polskiej tzw. wyższej
                                          uczelni machnęłam ręką na to wszystko, o czym pisałeś i "poszłam w
                                          swoją stronę"... z mgr do dziś.

                                          cs137 napisał:

                                          > jedyne, czego mogą zalować, to to, z
                                          > e
                                          > nie wyjechałem wcześniej. Ja znalazłem sie w USA już majac 36 lat,
                                          czyli w
                                          > wieku, kiedy człowiek jest już po tzw. "postdocu".

                                          trzeba było od razu do USA? Europa była bliżej, lepsze szkoły,
                                          stypendia, staże.. nie żałujesz tych 10 lat? a może jednak warto
                                          było zostać w Polsce, zmienić szkołę, promotora, a w ostateczności
                                          nawet temat pracy doktorskiej? Jeśli - jak twierdzisz - naprawdę
                                          chciałeś "robić" prawdziwą naukę i byłeś wtedy dobry w swojej
                                          dziedzinie, musiałeś zdawać sobie sprawę z tego, że czekanie na
                                          zmiłowanie losu (habilitacja promotora) to milczące przyzwolenie na
                                          nieformalne, kunktatorskie zależności i cały system, tak oświatowy,
                                          jak polityczny. Przez te 10 lat żyłeś sobie jak paczek w maślanym
                                          nieróbstwie, nie dziw się więc, że potem, już w USA, wypadało swe
                                          lenistwo jakoś nadrobić.
                                          • Gość: bone PS: IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.01.08, 12:31
                                            cs137 napisał:

                                            > Całe zycie unikałem
                                            > jak ognia wszelkich "stanowisk kierowniczych" i Pan Bóg mnie
                                            uchronił, nigdy
                                            > niczyim szefem nie byłem, oprócz samego siebie. Ja jestem z
                                            takich, którzy lubi
                                            > a
                                            > miec swoj własny "kącik wszechswiata", niech nikt sie do niego nie
                                            wtraca, a j
                                            > a
                                            > w zamian nie bede sie wtracął do tego, co robia inni.

                                            nie wychylałeś się w Polsce, nie wychylałeś i nie wychylasz się
                                            teraz. to cecha wrodzona czy nabyta? ładnie jest chociaż w tym twoim
                                            własnym "kąciku wszechświata"?
                                            • Gość: CDA Re: PS: IP: *.dynamic.dsl.as9105.com 10.01.08, 12:55
                                              > nie wychylałeś się w Polsce, nie wychylałeś i nie wychylasz się
                                              > teraz. to cecha wrodzona czy nabyta? ładnie jest chociaż w tym
                                              twoim
                                              > własnym "kąciku wszechświata"?

                                              CS137 sam sie moze obronic, ale to 'wychylanie' mi sie nie podoba.
                                              moim wielkim celem w zyciu jest nie byc niczyim kierownikiem.i mam
                                              nadzieje ze mi sie to uda osiagnac. co to ma wspolnego
                                              w 'wychylaniem sie'? od kiedy funkcja kierownicza to wychylanie
                                              sie.wydawaloby sie nawet ze niewychylanie sie bylo w PRL warunkiem
                                              niezbednym do uzyskania funkcji kierowniczej. przynajmniej duzej
                                              czesci ich. i niebycie kierownikiem dawalo jakies tam szanse ze nie
                                              trzeba bedzie dac du.py.
                                          • Gość: CDA Re: PS: IP: *.dynamic.dsl.as9105.com 10.01.08, 12:51
                                            > Nie krzyczałam na ciebie, co najwyżej trochę prowokowałam, niejako
                                            > przy okazji wypominając pytaniami zdarzenia z własnej przeszłości-
                                            > po niepełnych 2 latach bycia asystentem na polskiej tzw. wyższej
                                            > uczelni machnęłam ręką na to wszystko, o czym pisałeś i "poszłam w
                                            > swoją stronę"... z mgr do dziś.

                                            ale nie kazdy ma te strone inna. ja robie dokladnie to co zawsze
                                            chcialem.z awsze chcialem byc naukowcem, pisac ksiazki, jezdzic na
                                            konferencje, zaistniec w swiecie naukowym. i przy wszystkich
                                            ograniczeniach, problemach i malych zarobkach (teraz przy profesurze
                                            nie sa juz takie zle, ale i tak w porownaniu z biznesem marniutkie),
                                            to jest dokladnie to!!!

                                            a na dodatek to. jakis czas temu moj syn przyszedl ze szkoly caly
                                            zadowolony. okazalo sie ze z kolegami guglowal siebie i swoje
                                            rodziny. kto wiecej trafien mial, wygrywal. okazalo sie ze mam
                                            wiecej niz wszyscy jego koledzy razem wzieci :-). syn byl
                                            wniebowziety i po raz pierwszy tata nie byl dziwny bo siedzi w domu
                                            i ciagle cos robi, zamiast, jak wszyscy chodzic do pracy miedzy 9-
                                            17 :-)
                                    • Gość: CDA Re: CDA: IP: *.dynamic.dsl.as9105.com 10.01.08, 12:44
                                      > kariera naukowa = przymykanie oczu na zbydlęcenie środowiska?

                                      to jest bardzo mocno powiedziane i bardzo skrajne. poslkie
                                      srodowisko maswoje zalety - malo, ale ma. ma tez wielkie wady. dl
                                      amnie glowna sa feudalnosc stosunkow i personalnosc wszystkiego co
                                      profesjonalne.

                                      jednak nie wszystko mozna zrzucic na naukowcow.

                                      opowiem historie. jako mlody mgr cchcialem opublikowac w
                                      miedzynarodowym czasopismie. bardzo (jak juz wyjechalem, nawiasem,
                                      to w nim opublikowalem moj pierwszy tekst po ang.). poszedlem do
                                      WIELKIEJ PANI PROFESOR i zapytalem czy ona moglaby mi to zalatwic.bo
                                      do tej pory wszystkie teskty byly zalatwiane. to nie znaczy ze one
                                      byly do kitu, ale takiego niezalatwionego tekstu nikt by naet nie
                                      przeczytal (wiem z wlasnego doswiadczenia!).

                                      WIELKA PANI PROFESOR nawet odpoweidziala ludzkim glosem i
                                      powiedziala, ze ona nie moze niczego zalatwic, ja myusze po prsotu
                                      wyslac zlozyc tekst do druku.

                                      ja jej nie uwierzylem!!! pomyslalem sobie ze ona nie jest mi
                                      przychylna, bo ja nie z jej instytutu itd itd.

                                      smieszne? smieszne. ale skad ja mialem wiedziec, ze 'na swiecie'
                                      jest inaczej. oderwanie od swiata i kitwaszenie sie we wlasnym
                                      gronie (a poloniscie szczegolnie sa podatni na to - bo jak wiadomo
                                      najlepsi polonisci sa w polsce wiec nie ma po co wyjezdzac) prowadzi
                                      do takich praktyk. nieuchronnie.
                                  • Gość: CDA Re: CDA: IP: *.dynamic.dsl.as9105.com 10.01.08, 12:35
                                    jak napisalem, ja miaem to szczescie ze doktorat zrobilem bardzo
                                    szybko (moze to ta pani docent, ktorej zalezalo na doktoracie). ale
                                    opowiesci o luminarzach polskiego jezykoznawstwa, ktorzy dokotraty
                                    trzymali na biurku po 2-3 lata - bo pani ma jeszcze czas - brzmia do
                                    dzis.

                                    mnie do dzisiaj wkurzaja braki w mojej wiedzy, bo nikt nie pokazal
                                    tego czy owego.bo nie bylo z kim porozmawiac. przeciez z
                                    doktorantami sie nie rozmawia.moi doktoranci cierpia teraz, bo ja z
                                    nimi ciagle rozmawiam :-) i ciagle sie wtracam.....

                                    pewnie bymy sie poklocili z ta habilitacja. bo ja tlumacze moim
                                    podopiecznym ze to nie chodzi ani o doktoat ani o habilitacje - to
                                    chodzi o ten proces, o to ze lubimy robic to co robimy. a stopnie to
                                    byly skutki uboczne. tak bylo w wypadku mojej habilitacji. ja
                                    napisalem ksiazke, wydalem w Sage i pomyslalem ze to moglaby byc
                                    moja habilitacja. nawiasem, napisalem ksizke po angielsku, co w
                                    wypadku jezykoznawstwa polonistycznego jest wielkim problemem - bo
                                    jak to taki polonista moze napisac po angieslku.

                                    tak czy owak, ja pojechalem do UK i dzisiaj przyjezdzam na wyklady
                                    do polski, ale obraz sie nie zmienil.poza kilkoma przykladami,
                                    feudalizm ma sie swietnie. i to bardzo smutne. co nie zanczy w UK
                                    jest rozowo, nie jest.
                                    • Gość: bone Re: CDA: IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.01.08, 17:52
                                      Gość portalu: CDA napisał(a):

                                      > pojechalem do UK i dzisiaj przyjezdzam na wyklady
                                      > do polski, ale obraz sie nie zmienil.poza kilkoma przykladami,
                                      > feudalizm ma sie swietnie. i to bardzo smutne.

                                      kontakt z osobami, które przed nazwiskiem mają dr lub prof mam na
                                      codzień - pośredni lub bezpośredni. Tacy sami ludzie, jak wszyscy
                                      inni, tak samo ciekawi, lub nudni, co przeciętna krajowa, poza
                                      niektórymi prawdziwymi szujami, zdarza się.. natomiast co do
                                      feudalizmu to,przepraszam, ale chyba nie masz racji. Ewentualne
                                      poczucie zależności (poddańczo-czołobitna bariera) od humorów szefa
                                      v promotora tkwi wewnątrz każdego człowieka tylko, np w tzw "młodym"
                                      pracowniku. nie wiem, od czego to zależy: niskie przekonanie o
                                      własnej wartości? przewartościowanie własnych celów z Nauki na
                                      utrzymanie dobrych stosunków z utytułowanym otoczeniem zwierzchnim?
                                      przypadkowość w doborze młodych pracowników naukowych?...
                                      ale jest coraz lepiej, zależności coraz mniej, możliwości własnego
                                      rozwoju, niezależnego od czyichkolwiek subiektywnych niechęci, coraz
                                      więcej. i to pozwala na optymizm, nawet w tym kraju.

                                      > (a poloniscie szczegolnie sa podatni na to - bo jak wiadomo
                                      > najlepsi polonisci sa w polsce wiec nie ma po co wyjezdzac)

                                      Gdy zdarza mi się zagladać na to forum, czytam posty prawie z
                                      czołobitnością: bo tu tylko mądrzy ludzie piszą, bo tyle ciekawych
                                      rzeczy na świecie się dzieje, oni się znają prawie na wszystkim,
                                      profesory prawie same, zgłębający prawa natury i wszechrzeczy a ja,
                                      cóż.. lichość marna. Ale teraz nie daruje i wrzasnę, przepraszam:
                                      JEŚLI UMIESZ UK NAPISAĆ Z UŻYCIEM CAPSA, ZRÓB TO SAMO Z PL!!!!!
                                      Bardzo proszę.
                                      • Gość: cs137 Re: Łaskawa Pani Bone, przestaje z Pania rozmawiać IP: 204.13.9.* 10.01.08, 19:23
                                        Nie znosze ludzi, którzy wsiadaja na mnie "z mordą", w ogóle słabo
                                        wiedząc, o co chodzi.

                                        W USA znalazlem sie ze względu na OKOLICZNOŚCI, Łaskawa Pani, a nie dlatego, ze
                                        tak wybrałem. Moglismy jednak szukać daslej, ale już nie szukaliśmy. W mojej
                                        specjalnosci USA ma jednak duże zaletey. Dlatego zostalismy w USA, choc mielismy
                                        również już załatwioną wizę imigracyjna do Kanady (małżonkom, z których kazde ma
                                        Ph.D., daja łatwiej, niz innym).

                                        Gdybym został w Polsce, to mój bliskio przyjaciel i współpracownik nie maiłby
                                        ani habilitacji ani nawet auta. On został i jest klasycznym przykładem ofiary
                                        feudalizmu naukowego. Nie zarabia nawet 2000 zł. Ale, na szczeście, ja moge go
                                        zapraszac na 3 miesiące w roku, płace mu wtedy pensję z mojego grantu prawie
                                        równą mojej własnej, i chłop jakoś dzieki temu funkcjonuje. To jeden z
                                        najlepszych fizyków, jakich znam.

                                        USA ma rózne wady, ale to jest ogromny kraj i róznice pomiędzy poszczególnuymi
                                        stanami sa nieaml taj duże, jak pomiędzy państwami-członkami EU. Co do gorszego
                                        wykształcenia, to jest to prawda, ale tylko częsciowa. System europejski znam,
                                        bo sam jestem jego wytworem. Chodziłem do liceum w Warszawie, ktore wówczas
                                        zajmowało niekwestionowane pierwsze miejsce w rankingu warszawskich liceów, ex
                                        equo z Liceum im. Żmichowskiej. Matuere w naszej klasie zdało 23, z 19, którzy w
                                        tej chwili żyja, 11 zrobiło doktoraty, szesciu jest profesoremi wyzszych
                                        uczelni (a moze na wet siedmiu, z jeszcze jednym sie na to zanosiło, ale
                                        stracilismy kiontakt z tym kolega). Wiec ja moge porównywac europejskie i
                                        amerykańskie szkolnictwo - no i faktycznie, amerykańskie jest dużo gorsze, ale
                                        europejskie zawiera mnowstwo materiału pamieciowego i głownie na tym polega jego
                                        przewaga. I bardzo duzo z tego materiału jest całkowicie nieprzydatne
                                        człowiekowi we współczesnym swiecie. Co zas do szkolnicytwa wyższego - stawka
                                        się przegrupowuje, prosze sobie spojrzec na rankingi wyższych uczelni swiatowych.

                                        Aler z Pania, Pani Bone, przestaje rozmawiac - chyba, że Pani pozbedzie cie tego
                                        kostycznego tonu (nome omen: bone= kość, aczkolwiek "kostyczny" nie pochodzi od
                                        kosci, a od "caustic", czyli żrący. Nie znosze, jak się na mnie "nasiada z
                                        mordą". Do niewiedzenia.
                                        • Gość: bone Re: Łaskawa Pani Bone, przestaje z Pania rozmawia IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 11.01.08, 10:49
                                          Gość portalu: cs137 napisał(a):

                                          > Nie znosze ludzi, którzy wsiadaja na mnie "z mordą", w ogóle słabo
                                          > wiedząc, o co chodzi.(..)
                                          > Aler z Pania, Pani Bone, przestaje rozmawiac - chyba, że Pani
                                          pozbedzie cie teg
                                          > o
                                          > kostycznego tonu (nome omen: bone= kość, aczkolwiek "kostyczny"
                                          nie pochodzi od
                                          > kosci, a od "caustic", czyli żrący. Nie znosze, jak się na
                                          mnie "nasiada z
                                          > mordą". Do niewiedzenia.

                                          auć! zabolało:( i tylko nie wiem, dlaczego..

                                          > Tacy sami ludzie, jak wszyscy
                                          > inni, tak samo ciekawi, lub nudni, co przeciętna krajowa, poza
                                          > niektórymi prawdziwymi szujami, zdarza się..
                                      • Gość: CDA Re: CDA: IP: *.dynamic.dsl.as9105.com 10.01.08, 20:08
                                        > JEŚLI UMIESZ UK NAPISAĆ Z UŻYCIEM CAPSA, ZRÓB TO SAMO Z PL!!!!!
                                        > Bardzo proszę.

                                        Laskawa Pani, prosze pocalowac psa w nos.
                            • madcio Re: Niestety, musze ze wstydem wyznać, że nie 10.01.08, 19:11
                              > > Ja tylko uprzejmie wyjaśniam, że nie można z góry przewidzieć
                              > > wyników czy użyteczności badań naukowych. Dlatego Ludzkość bada
                              > > wszystko, co się da, jak się da.
                              > Uuu, to ciekawa uwaga, ciekaw jestem czy "Ludzkość" bada np. wpływ
                              > burz piaskowych na Marsie na owrzodzenie odbytu u Homo sapiens.
                              Właśnie to zrobiłem. Uroczyście stwierdziłem, że takiego wpływu nie stwierdozno.
                              Szybko poszło, co? ;)

                              > Takich tematów badawczych można sformułować mnóstwo. I badać
                              > wszystko, co się da, jak się da.
                              Teraz na serio: kluczem jest słowo "jak się da". Nie zawsze się da. Zawsze są
                              ograniczone zasoby, zawsze są jakieś priorytety. A mimo wszystko filogeneza
                              kotów brzmi o wiele lepiej, niż badanie związku wrzodów odbytu z marsjańskimi
                              burzami.

                              Przy okazji, obawiam się, że nawet ten twój przykład nie jest tak odległy od
                              rzeczywistości, jak myślisz. Załóżmy, że człowiek zacznie kolonizować Marsa -
                              tak więc badanie marsjańskiego pyłu pod względem zdrowotnym zacznie być nader
                              istotny, jak też techniki przetrwania burzy pyłowej. I tu - pośrednio i między
                              wieloma innymi rzeczami - dochodzimy do problemu owrzodzonego tyłka. :]

                              > Ptolemeiści też potrafili całkiem zgrabnie wyjaśnić
                              > (wraz z wyliczeniami i przywidywaniami) ruch ciał niebieskich przy
                              > założeniu nieruchomości Ziemi.
                              Tak zupełnie na boku, interesuje mnie, czemuż to nie jesteś geocentrystą?

                              > Teorie flogistonu czy geosynklinarna też przez lata cieszyły się
                              > poparciem większości naukowców. Tak to już jest w historii nauki.
                              > Za błędne teorie naukowa brać dała by się pokroić. Zresztą nie
                              > tylko naukowa.
                              Zgadza się, że często tak bywało. Można badać powody, dla których tak się
                              działo, od siły inercji środowiska poczynając, na niedoskonałych w danym okresie
                              historycznym narzędzi badawczych.

                              Mogę powiedzieć, że niektóre powody (jak np. technologiczne) mogą
                              usprawiedliwiać stan wiedzy w danym czasie.

                              > > Wróćmy do filogenezy kotów. Takie badanie ujawniłoby dokładnie
                              > > to, co chcesz - brak treści - oczywiście, gdybyś miał rację.
                              > Nie, fałszywe teorie mają treść jak najbardziej. Tyle, że ta
                              > treść jest błędna.
                              Wróćmy do kontekstu rozmowy, czyli badań naukowych badających rzeczy w sposób
                              oczywisty (dla niektórych, znaczy się :> ) błędne, fałszywe, o złej treści. Jak
                              tłumaczysz tak silne przeniknięcie obecnej wiedzy rzeczami, które uznajesz za
                              błędne?
                              • paberg Re: Niestety, musze ze wstydem wyznać, że nie 10.01.08, 21:20
                                madcio napisał:

                                > > Uuu, to ciekawa uwaga, ciekaw jestem czy "Ludzkość" bada np. wpływ
                                > > burz piaskowych na Marsie na owrzodzenie odbytu u Homo sapiens.

                                > Właśnie to zrobiłem. Uroczyście stwierdziłem, że takiego wpływu nie stwierdozno. Szybko poszło, co? ;)

                                No jak to, a gdzie wyniki obliczeń, pomiarów i eksperymentów? Argumentujesz, jak ewolucjoniści - przez odwołanie się do autorytetu. Swojego ;-)

                                > Teraz na serio: kluczem jest słowo "jak się da". Nie zawsze się da. Zawsze są
                                > ograniczone zasoby, zawsze są jakieś priorytety. A mimo wszystko filogeneza
                                > kotów brzmi o wiele lepiej, niż badanie związku wrzodów odbytu z marsjańskimi burzami.

                                Brzmi lepiej, pytanie tylko czy jest jeszcze bardziej prawdziwa niż marsjańskie burze i ich wpływ na hemoroidy. Przy czym precyzując: pisząc 'filogeneza' mam na myśli proces, który doprowadził w ogóle do powstania kotów, a nie proces różnicowania się już istniejących kotów na rasy i odmiany, o czym wiedziano już dużo wcześniej zanim świat dowiedział się o ewolucji.

                                > > Ptolemeiści też potrafili całkiem zgrabnie wyjaśnić
                                > > (wraz z wyliczeniami i przywidywaniami) ruch ciał niebieskich przy
                                > > założeniu nieruchomości Ziemi.
                                > Tak zupełnie na boku, interesuje mnie, czemuż to nie jesteś geocentrystą?

                                Na upartego to mógłbym nim być. Z tego co wiem, spór geo- heliocentryzm był bezprzedmiotowy, a to dlatego, że wtedy nie wiedziano o względności ruchu wedle wyboru układu odniesienia. Da się zbudować doskonale prawdziwy model geocentryczny (z Ziemią jako nieruchomym układem odniesienia dla Układu Słonecznego), pasujący do wyników i dający poprawne przewidywania. Tyle, że model ten jest bardziej złożony od obecnego, dlatego nie stosuje się go z przyczyn 'praktycznych', a nie dlatego, że jest on bardziej błędny.

                                > Wróćmy do kontekstu rozmowy, czyli badań naukowych badających rzeczy w sposób
                                > oczywisty (dla niektórych, znaczy się :> ) błędne, fałszywe, o złej treści.
                                > Jak
                                > tłumaczysz tak silne przeniknięcie obecnej wiedzy rzeczami, które uznajesz za
                                > błędne?

                                Masz na myśli teorię ewolucji? Z tych samych mniej więcej powodów, dla których uparcie broniono innych błędnych teorii, wspominanych wcześniej. A więc inercja środowiska, rola ewolucjonizmu jako paradygmatu badawczego to znaczy jego niefalsyfikowalność ('teoria ewolucji dostosowuje się do nowych faktów, tak jak poranna mgła do nierówności terenu'), do tego dochodzi szereg przyczyn natury socjologicznej. 95% biologów ewolucyjnych z amerykańskiej Akademii Nauk to ateiści lub agnostycy. Ich obrona teorii ewolucji przed krytyką jest motywowana także z przyczyn osobistych - ateistyczny światopogląd zbudowany jest właśnie na ewolucji. Mała mniejszość broni z kolei tej teorii z przeciwnych powodów - widzą ewolucję jako jedyną drogę 'usprawiedliwienia' Boga z zarzutu o zło w naturze. (Pomysł dyskusyjny, ale swoją drogą ciekawy.) Powody są więc różne, czasem wzajemnie sprzeczne. To dlatego śmietanka polskiej myśli ewolucyjnej zaprasza abp. Życińskiego jako honorowego członka Komitetu Biologii Ewolucyjnej.

                                Jakby nie było, jedno jest pewne: sam argument socjologiczny ('większość naukowców akceptuje ewolucję') nie zapobiega błędności teorii - jakichkolwiek.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka