Gość: ata
IP: *.mpips.gov.pl
11.05.02, 11:56
Proszę o wytłumaczenie pewnych zachowań, bo choć jestem stara, to jednak
głupia, życia i mężczyzn nie znam, jak się okazuje.
Jestem z nim ponad dwa lata. "Jestem" to może dużo powiedziane - dzieli nas 300
km, spotykamy się mniej więcej co dwa tygodnie. Mniej więcej miesiąc temu
dowiedziałam się, że ten pan w ramach leczenia swojej samotności (spowodowanej
tym, że nie mieszkamy razem) znalazł sobie pocieszycielkę. Po długich i
ciężkich rozmowach powiedział, że już nie będzie się z nią spotykał, nie będzie
z nią sypiał(tak! zdradził mnie! wybaczyłam, ale to już inna historia), no i że
spróbujemy jeszcze raz. Nawet wyjechaliśmy razem na kilka dni. Kiedy
przyjeżdżam do jego miasta (tam się uczę), mieszkam u niego. Wychodzi po mnie
na dworzec, czule wita, czasem kupuje prezenty. Nawet śpimy w jednym łóżku!
Właśnie, ja to brałam za dobrą monetę, ale usłyszałam "o co chodzi, przecież
dobrze nam razem" (tekst sprzed tygodnia). Chciał odejść, pełna rozpaczy i
desperacji poprosiłam, żeby dał sobie trochę czasu, zastanowił się. Zgodził
się, ale... Wiadomo, jest już inaczej. A on teraz pyta, którym pociągiem
przyjadę i mówi, że będzie czekał na dworcu! O co tu chodzi? Tylko nie mówmy
teraz o mnie, moje postępowanie, chęć zatrzymania go za wszelką cenę to
zupełnie inna historia, przypadek kliniczny, ale co nim kieruje?!?! Na
marginesie - facet ma prawie 30, choć jest prawie 10 młodszy ode mnie. O co tu
chodzi? I dzwoni, i wysyła smsy, maile. Kto tu zwariował?