julius2
22.06.02, 18:58
Zacznę od małego rysu historycznego. Nigdy nie byłem facetem przesadnie uczuciowym, poza jednym epizodem, nie miałem nigdy ochoty na trwały związek. Moje związki z kobietami sprowadzały się do krótkotrwałych znajomości ( mam nadzieję, że z przyjemnością dla obu stron:)). Zawsze potrafiłem nawet w fajnej dziewczynie znaleźć coś, co mi nie pasowało (chodziło zwykle o małe sprawy, jednak dla mnie wtedy stanowiące wystarczający pretekst, aby się wycofać). Sama myśl o czymś trwalszym niż kilkuspotkaniowa znajomość wydawała mi się dziwaczna. Koncentrowałem się na pracy, zabawie, rozwijaniu swoich zainteresowań itd., jednym słowem normalne życie, tyle, że wyprane z uczuć. I tak sobie żyłem przez ładnych parę lat. Możecie wierzyć lub nie, ale byłem ze swojego życia zadowolony, naprawdę nie chciałem żadnych zmian. Było mi dobrze (mimo wszystko czasami pojawiały się myśli, że może powinienem żyć inaczej, znaleźć sobie kogoś itd., szybko jednak je tłumiłem). No właśnie było. Bo w moim życiu pojawiła się ONA, i wyprowadziła mnie z mojego błogiego spokoju. Okoliczności nie były zbyt sprzyjające, w końcu poznałem ją w pracy. Od początku zrobiła na mnie korzystne wrażenie, w miarę ładna dziewczyna, trochę spięta na początku, jednak bardzo szybko się rozluźniła, w dodatku inteligentna. Pomyślałem, że nawet w pracy będę mógł miło spędzać czas ? i nic więcej. W końcu nadal nie interesowały mnie żadne związki i byłem ze swego życia zadowolony. Jednak powoli coś się we mnie zaczęło zmieniać, zacząłem się łapać na tym, że chętniej przychodzę do pracy (dziwne w moim przypadku:)), a kiedy już dzień pracy się skończy to myślę o tylko NIEJ. Oczywiście próbowałem sam ze sobą walczyć, nie myśleć o niej, wmawiać sobie, że jest dobrze tak jak jest, że nie potrzebuję niczego nowego, itd. Nic to nie dało. Co ciekawe ja, który potrafiłem wcześniej wymyślić milion mniej lub bardziej ważnych powodów uniemożliwiających mi wejście w stały związek, zacząłem go pragnąć, wielkie problemy, które mogłyby stanąć na przeszkodzie takiego rozwiązania, nagle spadły do rangi zwykłych głupot. Po pewnym czasie przestałem się wygłupiać, wypierać, okłamywać sam siebie i dopuściłem do siebie ten prosty fakt, że ? zakochałem się. Dziwna sprawa, od razu poczułem się lepiej, ustąpiła część napięcia, w jakim żyłem od pewnego czasu. Na tym etapie można by powiedzieć, że jest świetnie skoro jestem pewien swoich uczuć to wystarczy mi przekonać ją do siebie, i żyć długo i szczęśliwie. Chciałbym. Niestety sprawa nie jest tak prosta. ONA ma kogoś, kogoś, z kim jest związana od paru lat, mieszkają razem, mają zamiar się pobrać, chyba układa im się nieźle. Oczywiście ta wiadomość nie spadła na mnie nagle, jak grom z jasnego nieba. Wiedziałem o tym od samego początku naszej znajomości, wiedziałem, ale i tak się zakochałem, po prostu nie potrafiłem skutecznie kontrolować swoich uczuć. Co gorsze znam człowieka, z którym ona jest związana i z pewnych względów nie chciałbym wystąpić przeciwko niemu. W ten sposób doszedłem do sytuacji, kiedy jestem pewien swych uczuć, wiem, czego chcę (być z NIĄ), ale nie mam wielkich widoków na urzeczywistnienie tych pragnień. Wpadłem po uszy. Nie wiem, co mam robić. Powiedzieć jej, co czuję? Może spróbować cierpliwego działania, licząc na to, że w jej związku coś się zmieni? Dać sobie spokój i żyć jak dawniej? Poszukać innej? Nie wiem, sam nie wiem. Gdyby ona czuła to samo, co ja, z pewnością znaleźlibyśmy rozwiązanie, ale odnoszę wrażenie, że jest na to za wcześnie. Chyba jestem dla niej póki co, tylko dobrym kolegą, przyszłość może to zmienić, cóż może to naiwne, ale chyba tylko taka nadzieja mi została. Obawiam się, że zbytnia otwartość z mojej strony na takim etapie mogłaby więcej zepsuć niż pomóc, a nie chciałbym stawiać jej w niezręcznej sytuacji. Stoję przed dylematem, co robić dalej, i czuję, że muszę rozwiązać tą sytuację. Jakieś rady?