06.08.02, 12:19

Kobieta, która była właścicielką całego budynku była gruba i pachniała
papierosami. Mimo to była bardzo sympatyczna. Zaprosiła mnie abym obejrzał
strych, który zamierzałem zamienić w pracownię. Wspięliśmy się po wąskich,
drewnianych schodkach, które skrzypiały obwieszczając wszem swoje
nieszczęście. Strych był bardzo duży. Lecz mimo to strasznie zagracony. Kilka
starych maszyn do szycia, stara maglownica, kilka kufrów zamkniętych na
zaśniedziałe kłódki i mnóstwo innych trudnych do zidentyfikowania sprzętów.
Wszystko pokrywała prawie centymetrowa warstwa kurzu. W kilku miejscach strop
podtrzymywały drewniane kolumny z ciemnego drewna, połączone z dachem siecią
pajęczyn. Gdzieś w sklepieniu przez jeden świetlik przebijał się promień
słońca uderzając w drewnianą podłogę nieomal wzbijał kurz w powietrze.

Tuż za wejściem strych załamywał się w małe osobne pomieszczenie gdzie
znajdowała się mała toaleta. Stare, popękane lustro nad maleńką umywalką.
Staroświecka wanna żeliwna, osadzona na czterech nogach, które zagłębiły się
w kiedyś mokre deski. Potłuczona muszla, bez jakiejkolwiek spłuczki. Warunki
spartańskie, ale przy niewielkim nakładzie wszystko będzie można odnowić.

Czynsz był śmiesznie niski, ale jeszcze dodatkowo udało mi się troszkę go
obniżyć. Kobiecina była zadowolona, że ktoś zagospodaruje jej tą graciarnię,
zwłaszcza, gdy zadeklarowałem się że mogę uzupełnić ubytki w dachówkach na
własny koszt. I tak musiałem to zrobić – zamierzałem spędzić tutaj kilka
dobrych miesięcy.

Przyjechałem do tego miasta sam i właściwie nie miałem nikogo, kto mógłby mi
pomóc. Pracy było mnóstwo. Pierwszy odkurzacz po czterech godzinach pracy
odmówił posłuszeństwa, porządki ruszyły dopiero następnego dnia, po wizycie w
zakładzie naprawiającym silniki elektryczne. W połowie spadku dachu odkryłem
świetliki, które zasłonięte były starymi dachówkami. Po odsłonięciu ich i
oczyszczeniu szyb, więcej światła wpadało do środka, można było w pełni
ocenić walory mieszkalne mojej nowej siedziby.

Maszyny i maglownice oczyściłem i ustawiłem pod ścianą. Cztery kufry obite
blachą przesunąłem w głąb pomieszczenia, gdzie skryły się w cieniu. Zielony
kufer zamknięty na kłódkę z wygrawerowaną głową konia stał najbliżej światła.
W zamierzeniach chciałem go zaadaptować na półkę na książki, lub płyty. Miał
płaskie wieko, więc mogłem postawić na nim cokolwiek.

Po tygodniu prac mogłem wreszcie wprowadzić się do środka. Nie miałem wielu
mebli. Właściwie wszystko, co posiadałem zmieściło się w niewielkiej
furgonetce, którą przyjechałem. W jeden dzień wszystko było wniesione na górę
i ustawione. Właścicielka przysłała swojego znajomego – człowieka „złotą
rączkę”, który od kilku dni zajmował się łazienką, aby dało się tam jakoś
mieszkać.

Pierwszej nocy spędzonej w „gnieździe” nie pamiętam. Byłem zbyt zmęczony aby
zyskać cokolwiek ze snu. Ranek przywitał mnie zjawiskiem, którego do tek pory
nie widziałem – przez jeden ze świetlików światło padało na ścianę tuż koło
drzwi wejściowych. Oświetliło dyskretne zmiany w kolorze farby w różnych
miejscach. Leżałem na tapczanie, jeszcze rozespany, próbując zrozumieć
kształt, w który ułożyły się zacieki. To było malowidło, ktoś kiedyś
namalował tam coś, a potem zamazał lub zamalował. Nie potrafiłem określić co
to dokładnie jest. Wyobrażałem sobie, że jest to martwa natura, ale różnice w
kolorach poszczególnych obszarów ściany były zbyt subtelne abym mógł to
stwierdzić z całą pewnością. Jak się później okazało nie była to pierwsza z
czarodziejskich rzeczy, które znalazłem na strychu.
Obserwuj wątek
    • miastokobiet Re: Pył 06.08.02, 16:30
      Hej, fajne, ale nie zamierzasz kontynuować "Muzyka..."?

      A to całkiem nieźle się zapowiada.

      • Gość: Belbvo Re: Pył IP: 195.116.222.* 07.08.02, 10:15
        kiedy CDN?
        • Gość: messja Re: Pył IP: *.lask.sdi.tpnet.pl 07.08.02, 11:26
          Gość portalu: Belbvo napisał(a):

          > kiedy CDN?

          czy belbvo to to samo co: belbo+volvo?
    • biomass Re: Pył 07.08.02, 12:01
      Pewnego wieczora siedziałem zanurzony w starym fotelu,
      który kupiłem za grosze na miejscowym pchlim targu.
      Herbata w dużym glinianym kubku parowała, rozsiewając
      bardzo miły zapach po całym strychu. Na zewnątrz padał
      śnieg. Świetliki już w ciągu dnia zostały zasypane przez
      białą pokrywę, więc pozostało mi tylko sztuczne
      oświetlenie. Szczęśliwie dla mnie skończyłem naprawiać
      ogrzewanie tuż przed nastaniem mrozów, więc nie było
      teraz zimno. W razie czego miałem zawsze piecyk na gaz,
      wiedziałem, że może się przydać jeśli temperatura spadnie
      jeszcze. Na kolanach trzymałem starego, rozpadającego się
      laptopa i pisałem. Niewiele ciekawych rzeczy przychodziło
      mi do głowy tego wieczora. Gdzieś w środku mnie moja
      leniwa natura podpowiadała jakąś rozrywkę, ale nie
      miałem nawet telewizora, tylko stare radio na cieknące
      baterie, które przez cały czas stało w łazience łapiąc
      wilgoć ilekroć korzystałem z wanny.

      Dziwne malowidło na ścianie znikało. Por wpływem wyższej
      temperatury ściana wyschła i jeszcze bardziej wyblakła.
      Już teraz nawet rankiem nie potrafiłem zauważyć machnięć
      pędzla. Czasami nawet zastanawiałem się, czy całość nie
      była moją własną projekcją. Właściwie to równie dobrze
      mogło to zostać stworzone przez wodę kapiącą z
      przeciekającego dachu a potem gnijącą w nasączonym tynku
      ściany. To co później zobaczyłem mogło być przypadkiem
      stworzone przez naturę, jeśli można to nazwać naturalnym
      tworem. Nie zaprzątało mi to wtedy bardzo głowy. Chciałem
      się skupić nad napisaniem kilku artykułów na potrzeby
      lokalnej gazety, w której ubiegałem się o pracę.
      Pieniądze kończyły się a ja musiałem zapłacić za czynsz.

      Odłożyłem laptopa na stary, zielony kufer, z którego
      zrobiłem stolik do wszystkiego. Wyszedłem do łazienki.
      Lustro w łazience, teraz już czyste ale ciągle pęknięte
      pokazywało ni drugie identyczne pomieszczenie za sobą.
      Moje odbicie, ze szramą z pękniętego szkła przecinającą
      twarz w poprzek. Zimną woda opłukałem twarz, wytarłem się
      w szorstki ręcznik. Gasząc światło w łazience pogrążyłem
      się w ciemnościach. Ekran laptopa oświetlał fragmenty
      fotela i kufra. Dopiero teraz zacząłem zastanawiać się co
      też on może zawierać. Nie próbowałem do tej pory go
      otworzyć. Kłódka lśniła srebrną głową konia dając
      złudzenie swojej szlachetności. Zapaliłem światło, gdzieś
      daleko na górze pod samym dachem rozbłysnęła przemysłowa
      lampa.

      Szukałem jakiegoś narzędzia, którym mógłbym otworzyć
      kłódkę, ale nie miałem nic odpowiedniego. Ze starej
      skrzynki na narzędzia wyciągnąłem na w pół zardzewiały
      brzeszczot. Skobel był zrobiony z dobrej stali, ale
      ustąpił po kilkunastu minutach piłowania. Zniszczona
      kłódka leżała u mych stóp. Wieko musiało być długo
      zamknięte, gdyż otworzyło się dopiero przy mocniejszym
      szarpnięciu.
      W środku nie było ani odrobiny kurzu. Uderzył mnie zapach
      taki jaki czasami można spotkać gdzieś w otchłaniach
      starej biblioteki. Pierwsze co zauważyłem to stare płyty.
      Mnóstwo czarnych krążków, większość z niemieckimi
      inskrypcjami, zapakowanych w koperty różnego koloru,
      przeważnie szarego, lub żółtego, który kiedyś zapewnie
      był biały. Wahałem się czy wyjąć te płyty. Ktoś musiał je
      tutaj poukładać bardzo dawno. Po chwili bardzo delikatnie
      zacząłem wyjmować jeden krążek po drugim. Większość płyt
      miała datę tłoczenia, zazwyczaj było to pomiędzy rokiem
      1920 a 1932. Najstarsza płyta zawierała jakieś niemieckie
      marsze i według naklejki została wytłoczona w roku 1936.
      Naliczyłem ich ponad pięćdziesiąt. Starannie ułożyłem na
      podłodze. Pod nimi było coś jeszcze: pudełko obwiązane
      wstążką w ciągle jasno-czerwonym kolorze, którego nie
      zmęczył wiek oraz duży, podłużny przedmiot zajmujący
      długość prawie całego kufra. Przedmiotu tego z początku
      nie rozpoznałem, dopiero gdy uporałem się z resztkami
      starych gazet upchanych ściśle z boków ukazał mi się
      czarny, okryty skórą futerał na skrzypce.

      Delikatnie wyjąłem go ze środka i położyłem na podłodze
      obok stosu starych płyt. Zatrzaski z boków odskoczyły
      przy ich naciśnięciu, skobelek na środku futerału udało
      się otworzyć bez najmniejszych problemów. Wieko uchyliło
      się i oczom moim ukazał się instrument. Piękny, wykonany
      z ciemnego drewna, miał przepięknie wyprofilowaną główkę
      z kluczami. Jego „efy” były bardziej zawinięte na
      końcach, niż widywałem to u innych instrumentów. Przez
      ich szpary, przy odpowiednim ustawieniu światła widać
      było dno pudła rezonansowego wraz z przyklejonym
      fragmentem karteczki zawierającej zapewnie nazwę
      producenta. Do klapy futerału za pomocą małych klamerek
      przytwierdzone były dwa smyczki. W małym puzderku
      znalazłem pojemniczek z kalafonią oraz zwój końskiego
      włosia.

      Struny już dawno straciły swój naciąg, ale bałem się
      stroić je na nowo. Odłożyłem instrument z powrotem do
      aksamitnego wnętrza i zamknąłem futerał. Dopiero teraz
      zauważyłem jaki przejęty jestem całym znaleziskiem. Ręce
      trzęsły mi się, zdjąłem sweter, gdyż byłem cały spocony.
      Uwagę moja skupiłem na pudełku, które znalazłem obok
      skrzypiec. Rozwiązałem wstążkę. Listy. Kilkadziesiąt
      listów pochowanych w różnych kopertach, pochodzących z
      różnych kompletów papeterii. Niektóre pogrupowane w
      paczki, związane delikatnym sznureczkiem po kilka lub
      kilkanaście sztuk. Różni adresaci, różni nadawcy. Miejsca
      nadania rozrzucone po całej Europie: Berlin, Paryż,
      Madryt, Rzym.

      Tego wieczora przeglądałem wszystko do późnych godzin
      nocnych. Na początku tylko oglądałem koperty, znaczki,
      lecz potem zagłębiłem się w lekturze ich zawartości.
      Zasnąłem otulony kocem na podłodze wśród stosu magicznych
      przedmiotów.
      • Gość: Belbo Re: Pył IP: *.acn.waw.pl 07.08.02, 21:34
        biomass napisał:


        > Większość płyt miała datę tłoczenia, zazwyczaj było to pomiędzy rokiem
        > 1920 a 1932. Najstarsza płyta zawierała jakieś niemieckie
        > marsze i według naklejki została wytłoczona w roku 1936.

        Wszystko pieknie..ale jest drobna niescisłość..
        Czas sie nie cofa..niestety.
        Czekam na ciąg dalszy.
        • biomass Re: Pył 08.08.02, 10:13

          > Wszystko pieknie..ale jest drobna niescisłość..
          > Czas sie nie cofa..niestety.
          > Czekam na ciąg dalszy.

          Whoops, rzeczywiscie, mea culpa
          • Gość: Belbo Re: Pył IP: *.acn.waw.pl 08.08.02, 19:44
            Pisz szybko ciag dalszy w ramach pokuty:)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka