Dodaj do ulubionych

ChAD kontra BPD

27.06.10, 04:13
Choroba afektywna Dwubiegunowa spotkała Borderline... Zagadka jest następująca...

Co z tego wynikło?

A] Wielka milosc
B] Wielka porażka
C] Odp.: A i Odp.: B


A później chciałabym zaproponować dyskusję na temat różnic między tymi dwiema chorobami, ponieważ są opinię, że to jedno i to samo. Ja tak nie uważam. Jaka jest Wasza opinia na ten temat?

Pozdrawiam ciepło...
Obserwuj wątek
    • brz_a_sk Re: ChAD kontra BPD 15.11.21, 13:32
      Summary artykułu dobrze go reklamuje - trzeba się rozejrzeć w sprawie całości;

      a tu chyba zachęcająca do wnikania dalej rozmowa - o dbaniu o pamięć i mózg
      www.facebook.com/watch/?v=231703111709286

      warto podbić temat wg mnie
    • yadaxad Re: ChAD kontra BPD 18.11.21, 12:16
      BPD polega na chceniu. Jest na tyle "kopnięte", że go nie sposób zaspokoić. ChaD to nastrój. Raz się biegnie, raz się leży jak zdechły pies. Co chcesz skombinować do kupy?
    • non.grata.per.se Re: ChAD kontra BPD 19.11.21, 21:38
      O, ale ładne.
      Ja Ci powiem, bo - tak jakby - wiem - tak jakby - na bieżąco - tak jakby.
      Z tego był największy holiłudzki scenariusz, w który ciężko uwierzyć, a następnie zjazd tak potężny, że mało kto uwierzyłby.

      Czy warto było szaleć tak? ...:)
        • non.grata.per.se Re: ChAD kontra BPD 20.11.21, 20:43
          A ja pierwszy raz w życiu nie jestem pewna, czy warto było, cena dalece przestrzeliła ofertę i cały otrzymany stan faktyczny. I tak wycisnę z tego coś, i tak mam jakieś przeczucie, co z tego mogę zabrać, ale, powtórzę się, że po raz pierwszy; bo trafiłam na swoje nemezis. I oboje przegraliśmy. Ale śmiesznie, aż żal, że nikt się nie śmieje.
            • non.grata.per.se Re: ChAD kontra BPD 21.11.21, 16:01
              Nie, nie klinczuję się na myśleniu jak wyżej. Jednak inaczej byłoby, gdyby jedna osoba; jedna osoba była stratna. Więcej oddała niż otrzymała, czy coś w tym typie. Natomiast w tym przypadku z pełną odpowiedzialnością i świadomością, oboje bardzo przegraliśmy, ponieważ nie ma tu strony, która nie chciała. Była po prostu strona, która nie była w stanie. Bo nie była - nie był, i ja to rozumiem i przyjęłam, ale nie umiem tego przyjąć. To zgoda bez zgody i "akceptacja" bez akceptacji.

              Przegrany - martwy :) bang bang, blisko jesteś, bo de facto miałam już po jeden wstrząs z myślą, że nie żyje. A jak się okazało: nie on: ulga, że nie żyje ktoś inny. Powtórzę: ulga, że nie żyje ktoś inny. To dewastujące i przesuwające jakieś wewnętrzne granice.

              Żywy - działający. Ależ jak najbardziej, bo tamta niemożność i rozkwit uczuć i nadziei trzeba było perfekcyjnie z powrotem unieczulić, zneutralizować. Ja wiele działam - niee, nie autodestrukcyjnie, on zapewne też wiele działa, adrenalina tłumi dopaminę? czy jakoś tak, naukę ma zatem po swojej sprzymierzonej stronie.

              Nigdy nie szukam i nie szukam miłości, tym razem nie jest inaczej. I on też nie był ani nie jest mi do niczego potrzebny (a jednak spotkaj swoje psychiczne? emocjonalne? odbicie lustrzane, przeżyj coś, czego nigdy, nijak, i bęc, to nie do przebicia długo i żadno). Zatem po co jest tak źle, skoro jest tak dobrze.
              • yadaxad Re: ChAD kontra BPD 21.11.21, 21:50
                Każdy szuka, tylko nie każdy wie co to jest i jak to mało. Mało wymagasz od faceta jak masz wsparcie. To tak cywilizacja odebrała i dwie strony chcą od siebie coś co nie leży w naturze.
                • non.grata.per.se Re: ChAD kontra BPD 22.11.21, 20:56
                  Nie, nawet najgłębiej - ja nie szukałam i nadal nie szukam. Mi jest świetnie z samą sobą. Zdecydowanie wolę będąc sama odczuwać brak drugiej osoby, niż będąc z kimś tęsknić za moim pojedynczym życiem
                  Chyba, że by przekonwertować tę miłość z człowieka na nie-człowieka. Moją największą miłością i tą najważniejszą stały się Tatry. Ja nie marzę w pierwszej kolejności o mężu, dziecku i kredycie na dom. Moje odruchowe marzenia - plany dotyczą Mnicha, Żabiej Lalki i Wierchu pod Fajki.
    • deterramirabili Re: ChAD kontra BPD 22.11.21, 17:12
      A dlaczego patrzeć na to jak na porażkę nawet gdy nie wyszło? Bo takie związki w większości nie mają szans powodzenia. I moim zdaniem nie po to są by się powiodły i by były do grobowej deski.
      Dlaczego patrzeć jak na porażkę? To tak jakby niepowodzenie nic nam w gruncie rzeczy nam nie dało. A wszystko zależy od perspektywy. Porażki to nic innego jak najlepsze życiowe lekcje.
      Jasne że potem pozostaje tęsknota i niejednokrotnie ogromny żal, niekiedy do samych siebie, że nie podołaliśmy. Ale może to jedno z zadań w naszym życiu by jakoś sobie z tym żalem poradzić? Najpierw go udźwignąć, a potem przepracować i wybaczyć byłemu i sobie przede wszystkim.

      "One day in retrospect, the years of struggle will strike you as the most beautiful"

      :)
      • non.grata.per.se Re: ChAD kontra BPD 22.11.21, 21:02
        Deterramirabili :)

        Ależ jasne, że napisałaś prawdę w pierwszych zdaniach.
        Co prawda we mnie nie ma jeszcze zgody na tego rodzaju postrzeganie, ja emocjonalnie (racjonalnie już nie) nadal się przeciw temu buntuję. Ja się wiele nauczyłam, sporo nieładnej lekcji dostałam etc., ale to nadal mniej, niż chciałam dostać.
        Ta "porażka", owszem, prawdopodobnie wiele nam dała, ale zabrała w jakimś przyziemnym sensie najwięcej - przynajmniej mi, przynajmniej mi - jego. Nie mam jednocześnie pretensji ani do siebie, ani do niego. Dysfunkcja sama w sobie jest jakiegoś rodzaju wytłumaczeniem, choć nie usprawiedliwieniem, jeśli jesteśmy dorośli i przynajmniej udajemy świadomych.

        Nie zawsze porażka jest najlepszą lekcją. Bo nie wszystko mamy obowiązek dźwigać.
        Nie mam czego wybaczyć sobie, ani jemu, nie zawaliliśmy docelowo, z premedytacją.
        Ale o przepracowaniu żalu - dzięki, biorę te słowa.
        • deterramirabili Re: ChAD kontra BPD 22.11.21, 23:09
          Non grata,
          Pamiętam to forum jeszcze z bardzo dawnych czasów, widzę że wciąż tu bywasz :)

          W 2012 roku i trochę później, kiedy moje problemy psychiczne osiągały apogeum, bywałam tu bardzo często, nigdy nie pisałam, ale czytałam to forum.
          Twoje posty zawsze się wyróżniały i z niektórymi bardzo się utożsamiałam, choć nie potrafiłam tak dobrze ubierać w słowa swoich emocji.

          I jak patrzę teraz na siebie, na swoje życie, to widzę jak ono zmieniło się o 180 stopni.
          Czuję że "borderline" już kompletnie do mnie nie pasuje, chociaż dwa lata temu miałam jeszcze epizod psychotyczny, kiedy znów czułam bardzo dużo i czułam się jak "dawna ja".

          Na codzień... właśnie zaczynam wieść życie zwykłej Kowalskiej z pracą, kredytem i związkiem. I mając w pamięci to co było kiedyś, a patrząc jak żyję teraz, będąc tak całkowicie szczera i doceniając wszystko co w tej chwili mam, nadal pozostał ogromny sentyment do tamtych dni i tamtej "ja". Mimo, że wtedy cierpiałam i odczuwałam ogromną pustkę i ból to jednak było to na swój sposób uzależniające i kiedyś czułam że bardzo mnie definiowało.

          Teraz chyba mogę powiedzieć, że "wyrosłam" na swój sposób z borderline. Czuję, że mam wiele blizn, ale już nie krwawię.

          Teraz miłość to bardziej wybór i wybieranie tego samego człowieka każdego dnia od nowa, mimo przeszkód, mimo tego że jest zwykłym człowiekiem i widzę również jego wady.

          Nie ma szalonych emocji, chemii nie z tej ziemi, niepewności, przerażenia gdy tylko nie ma go obok. Jest spokój i akceptacja, czasem jakieś drobne sprzeczki, bywa i poirytowanie sobą nawzajem. I znając całą gamę tamtych emocji uczę się na nowo ten spokój i to co zwykłe doceniać. Czasem nie jest łatwo, mając gdzieś w pamięci wyidealizowaną do granic możliwości dawną miłość.

          Czasem jeszcze mi się wydaje że tamten był miłością życia, bratnią duszą, połówką jabłka. Ale wiem, że pomimo tej tęsknoty, która nie zniknie, będę jakoś żyć dalej starając się i próbując zbudować coś trwałego.
          Chyba mi się udaje, chociaż miewam wątpliwości czy w swoim introwertyzmie i potrzebie samotności aby na pewno się nadaję...

          I nie piszę tego żeby do czegoś przekonywać, po prostu miałam potrzebę napisania. Ty wybierasz życie w pojedynkę z miłością do gór na ten moment albo nawet na zawsze - i też dobrze. Też mam czasem wątpliwości czy nie powinnam zostać jednak sama, bo są momenty że potrzebuję oddechu, przerwy od towarzystwa partnera.
          I mam wątpliwości czy nadaje się na matkę. Ale to już inna para kaloszy i mam jeszcze trochę czasu by się zastanowić ;)
          • non.grata.per.se Re: ChAD kontra BPD 23.11.21, 16:59
            Wydaje mi się, że rozumiem, o czym piszesz.
            Będę adwokatem diabła, zrobię wytrych, chociaż on nie jest tu potrzebny, ponieważ dla Ciebie będzie tylko teorią.

            Wiesz, ja mniej - więcej od czerwca, który był moim największym przełomem, żyłam w tak wielkim odbodźcowaniu, jakiego wcześniej nie zaznałam. Przestałam musieć i potrzebować być na bieżąco i podtrzymująco, tam, gdzie nie czułam potrzeby. Zaczęłam wiele medytować i skupiać się na swoim życiu - w takim dobrym, zdrowym sensie, z cyklu dbałości o swój "wszech"rozwój. Było mi świetnie - pakowałam się w niekonwencjonalne sytuacje i niekonwencjonalnych ludzi, robiłam szaleństwa, ale nie podszyte nabuzowaniem, totalnie nie. Miałam świetne i - nade wszystko - spokojne życie, stabilne, prawdopodobnie najlepsze, jakie kiedykolwiek wiodłam. Byłam (i jestem) w miejscu, które sama sobie wybrałam, bywałam w górach kiedy tylko miałam ochotę i nie patrząc na nikogo, w zupełnej wolności spotykałam się z ludźmi, z którymi się wybieraliśmy, było świetnie.
            Następnie poznałam jego i w ciągu kilku pokazał mi nie wiedząc o tym, że jestem nadal tą samą hiperbodźcową osobą, którą byłam przez lata. Że, w jakimś sensie, nie zmieniło się nic. Dostałam (hmm... sama sobie wytworzyłam) tak potwornie silną adrenalinę, że przez kolejne 2 miesiące nie jestem w stanie wyhamować wewnętrznie. To jest fenomenalne i fascynujące. Tak bardzo zobaczyć swój rdzeń.

            ...więc absolutnie życzę Ci, jeśli sama sobie życzysz - a na to wygląda, by Twój stan "postborderowy" był wewnętrznie spójny i do dna.
            Po prostu myślę, że okoliczności, lub okoliczności-ludzie wiele rewidują.

            Tak, ten drażniący sentyment chyba już zostanie. I to też jest w porządku, skoro nie masz potrzeby wracać, a umiesz w sobie mieścić.

            To, że potrzebujesz oddechu, zwłaszcza jeśli jesteś intro-, jest normalne. Kwestia, czy wolisz potrzebować oddechu będąc u boku czy będąc samą lepiej za kimś (czasami?) tęsknić.
            Ja skrupulatnie i precyzyjnie wybieram bycie samą, with nothing broken, nothing thrown ;), bo trochę tak "muszę".
            Fajnie, i autentycznie cieszę się, że z kolei Ty, bez cekinów i brokatu, jesteś naprostowana z-. To zawsze budujące.


            • deterramirabili Re: ChAD kontra BPD 23.11.21, 19:09
              Nie jest łatwo po takich "lotach" jakie przeżywałam zejść na ziemię i budować coś całkiem zwykłego, przyziemnego. Nie jest łatwo to wszystko doceniać i sama siebie nieraz pytam czy tak ma wyglądać miłość? Czy tak kochają "zwykli" ludzie? Bez tego nadmiernego afektu, nie potrzebując drugiej osoby tak bardzo i tak chorobliwie? Wydaje mi się to dziwne, miłość bardziej jako racjonalna decyzja, a nie jako silna emocja, która po prostu się przytrafia. Może kiedyś nazwano by to nawet "związkiem z rozsądku" ale ja po prostu wewnętrznie czuję, że nie mam już szans na TAKIE emocje względem nikogo poza tamtą osobą. Kiedy mnie odrzucił, te 6 lat temu, już wtedy wiedziałam, że jestem skończona, bo absolutnie nikt nie będzie w stanie wyzwolić we mnie czegoś takiego. A ponieważ nasze drogi całkiem się rozeszły i nie ma powrotu, wiedziałam że pozostaje samotność albo mozolne budowanie czegoś od nowa.
              I pisząc "mozolne" nie mam na myśli tego że jest źle w nowym związku, tylko że jest to również trudne - tamta relacja była skomplikowana, ale byłam wewnętrznie napędzana emocjami, ta jest zupełnie prostolinijna, poniekąd przewidywalna ale muszę się mierzyć z tym, że jestem człowiekiem po przejściach i on też. Nie raz widziałam jak podgląda w mediach społecznościowych swoją byłą, pierwszą dziewczynę I nie mam o to pretensji. Dobrze to rozumiem bo robię to samo.
              Jeśli kogoś się kochało, nawet w jakiś sposób patologicznie, to nie da się amputować tej części siebie - to zostanie już w sercu na zawsze. Kiedyś myślałam że aby wejść w nowy związek muszę całkiem zapomnieć o poprzednim - okazało się że jest to awykonalne. Każdy film, utwór o tematyce miłosnej przywołuje jakieś skojarzenia z nim i tamtą ja.
              Nie obawiam się zatem że spotkam kogoś i mój budowany tyle lat spokój legnie w gruzach. To nie mógłby być ktoś, a gdyby to był on, wtedy bym się martwiła.
              Do przeszłości nie ma powrotu, jest kategorycznie zamknięta, chociaż czasem pojawia się hipotetyczne pytanie co by było gdyby jednak taka możliwość się pojawiła?
              I tak naprawdę pisząc absolutnie szczerze - nie potrafię ze stuprocentową pewnością odpowiedzieć że zostałabym przy obecnym życiu. Pewnie bym została bo jestem lojalna wobec partnera i w moim wieku przecież się już nie robi głupstw, a życie wiele mnie nauczyło, ale... jednak nie bez żalu.
              Tak właśnie wygląda życie bez cekinów I brokatu.

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka