bloodyandblunt
02.04.11, 12:16
Jestem na tym forum pierwszy raz, i torchę się przeraziłem. Wiem że o BPD chodzą opowieści rodem z horroru. Temat stał się nośny i jest prawie ze etykietką wszelkiej maści psychopatów niedostosowanych i wielu wielu innych.
Sam sie borykam z tą diagnozą i ale nie czuję sie z tego powodu jakoś tragicznie (może to wynik lat nabrania dystansu do siebie itp)
Z perspektywy lat borykania sie samego ze sobą, chcę ostrzec wszystkich młodych cierpiacych na BPD i ich bliskich przed MITOLOGIZACJĄ problemu, względnie z przypieciem sobie łatki warunkujacej całe życie. Nie jest ważne czy ma sie BPD czy jakieś inne bardziej lub mniej nośne " zaburzenie osobowości". Z biegiem lat poznałem ludzi bardziej porąbanych niz ja i bez żdnych diagnoz. Prawda jest tak że wszyscy bardziej lub mnie cierpimy no moze my bardzie ale moze lepiej problem potraktowac z innej perspektywy tak naprawde diagnoza jaka by niebyła jest jedynie jakims znacznikiem statystycznym próba posegregowania tego. Ato czy ja mam bpd czy jakis inny syf w niczym mi nie rozwiazuje moich problemów. Leczenie terapia jak najbardziej i to koniecznie, ale bardziej mam wrazenie żeby patrzec z tej perspektywy ze potrzebuję pomocy i szukam jej podobnie jak kobieta którą tłucze mąż , narkoman cierpiacy na depresje, raka czy jeżdzący na wózku inwalidzki. Wydaje mi się ważne by nie zamykać się w stereotypach. Cierpimy pewnie jest trudno szukajmy pomocy ale nie przykładajmy wagi do "rewelacji" jak to trudno się żyje z osobą z BPD, bo jest wiel zwiazków gdzie parnerzy się nie rozumieja. i że jakie to zło wstretne BPD. nie traktujmy sie przedmiotowo bardziej jako ludzie z ułomnościami problemami ale też warci dobrych żeczy
pozdrawia