Dodaj do ulubionych

Poszłam głęboko...

23.01.12, 00:39
Nienawidzę się. W tym momencie na przykład mam się serdecznie dość.
Ostatnio oglądałam RwT (wstyd:)) gdzie była gruba babka spotykająca się z każdym facetem, który jej chciał, żeby uprawiać seks i słuchać ich zachwytów. I podobno takie zachowanie świadczy o tym, że szuka ona w relacjach z nimi potwierdzenia własnej wartości. Sama jej nie zna, nie widzi. Hmm...
Mnie ta nasza zmienna samoocena powoli skrajnie wykańcza. Gdy jestem sama, zazwyczaj jest ona bardzo niska. Czuję, że na nic nie zasługuję. Że jestem beznadziejna, że wszystko zj*bałam, czuję się winna. Czuję, że nie panuję nad sobą, że wszystko robię źle. Jestem niezadowolona z siebie. Chcę się schować przed światem. Wrosło to we mnie. Rzadko kiedy udaje mi się zrealizować plan dnia jaki sobie założyłam, przestrzegać postanowień, nie ulegać nałogom, natręctwom. Zawsze, gdy ulegam tricho brzydzę się sobą. Czyli praktycznie codziennie. Gdy sobie niszczę skórę nerwowo. Gdy marnuję czas. Gdy poddaję się emocjom, niszczę relacje z innymi. Nienawidzę się za to wszystko. Plus te lata zaburzeń odżywiania, gdy po prostu ufff skrajnie się nienawidziłam, po prostu wrrr, nie mogłam patrzeć w lustro ;( ;( ;(. Więc gdy jestem sama to w 90% myślę o sobie źle (im starsza jestem tym bardziej to sie nasila). Są dni - wyjątki, jak we wszystkim. Dni kiedy panuję nad sobą, dbam o siebie, nie ulegam tricho, ruszam się i wyżywam w ten sposób, mądrze spędzam czas. Ale zazwyczaj jest źle lub udaję, że jest ok (mam wszystko w dupie). A potem pojawia się facet (zazwyczaj). Mimo, że sie nie staram (a może własnie dlatego??) jest mną oczarowany. Czasem dostaje na łeb, zależy od osobnika i okoliczności. I to jest ku*wa miłe. Czuję się wtedy fajnie, wyjątkowo. To mnie "łechce". Spojrzenia mężczyzn czynią mnie boginią, spojrzenie z lustra i to wstecz, pogrąża. Ja się tymi facetami w pewnym sensie bawię ;( ! Nie potrafię im odmawiać, nie kończę definitywnie poprzednich związków, chyba może po to, aby nie tracić tego uczucia, że ktoś mnie chce/ wielbi/ potrzebuje/ widzi moje zalety, itp. , tłumacząc się sama przed sobą sentymentem czy poczuciem winy ("nie mogę mu tego zrobić", "nie chcę być tak okrutna" - np. dając kosza). Nie potrafię zrezygnować chociażby z flirtów z innymi, dla tylko jednego, z którym mam być, który odkryje po kolei wszystkie moje wady, pozna mnie za bardzo i swojej wartości (przynajmniej jej potwierdzenia) nie będę miała już gdzie szukać... Ostatnio, gdy usłyszałam swoje słowa - tłumacząc kumpeli dlaczego mimo, że wg niej i mnie, nie powinnam, pogodziłam się z kims, i dlaczego tęsknię za byłym: "no bo ja lubię jak mnie ktoś kocha :(" - zrozumiałam jak bardzo żałosne i desperackie jest to co ja ku*wa wyprawiam :(..... Plus z przeszłości akcje gdy miałam kogoś w dupie, ale mu się oddawałam, bo przejawiał mną zainteresowanie :( (tak chyba po prostu było)...
Do tego najgorsze - nie wiem czego chcę. Ja naprawdę ku*wa nie mam pojęcia czego chcę. Wiem co czuję, nie wiem czego naprawdę pragnę. A uczucia się zmieniają. Ostatnio pojawiło się dodatkowo coś dziwnego. Kiedyś w związkach było tylko "chcę z nim być !!!!" na zmianę z "chcę żeby zdechł ;( !!!!". Potem zaczęło się bardzo często pojawiać "nie chcę z nim być :(, mimo że ..." i tu masa wspomnień i ścisk serducha. Teraz jest już "chcę z nim być, ale...." i wyszukane wady oraz przejawy katastrof w przyszłości. Już nie wierzę swoim uczuciom. Już na początku. Czasami się im poddaję, ale opamiętuję się, wiem, że nie mogę na nich polegać, że nic na nich nie zbuduję... Wyszukuję prognoz, że będzie źle, wyobrażam sobie najgorsze sxcenariusze. Nie potrafię już tworzyć w głowie tych dobrych... Boję się kochać. Nie wierzę, że oni mogą mnie kochać (wiedząc jaka jestem, a nawet nie wiedząc prawie nic...). I wciąż nie wiem, czego chcę... Gdy chodziłam do psycholog, i zadawała pytania (wspominalam tu) odnośnie relacji z byłym, z nowo poznanym, itd., pytając czego chciałabym najbardziej, to miałam pustkę w głowie lub sprzeczne chęci w sercu. I odpowiadałam jej często tak, jak odpowiedziałaby normalnie czująca i myśląca laska. Bo wiem czego powinnam chcieć, ale za cholerę nie mogę sobie tego napędu w dupę wsadzić!!! Raz tak, raz tak, raz jeszcze inaczej ;( !!! Gówno znaczą moje uczucia, plany, słowa. Ja gówno znaczę... Nie ma mnie. Nie wiem kim jestem.
Obserwuj wątek
    • spaprany Re: Poszłam głęboko... 24.01.12, 13:37
      W tym, co piszesz wciąż znajduję niepokojąco dużo mojej kobiety, chyba w zasadzie już prawie byłej. Wiesz, ja nie potrafię w niej widzieć zła, bo widzę tylko permanentne zagubienie i nieszczęście. Widzę, jak się kurewsko rozpaczliwie od miesięcy broni przed tym, co do mnie czuje i przed tym, co ja czuję. Też nie ma priorytetów, życie to dla niej zlepek chwil. W niektórych oddałaby za mnie życie i ja to czuję, zaraz potem traktuje jak natręta. Też nie cieszy jej to, co ma. Potrafi się zupełnie rozkleić i przyznać do tego, że jest grzybnia, że sobie nie radzi, a następnego dnia jest obca, pyskata i wszystkiemu zaprzecza. Jakby ją dopadała kompletna amnezja. Fizycznie widzę obcą osobę, nawet nie koleżankę, która się drze, że wcale jej nie znam, że ona nie po to się otworzyła, żebym teraz to wykorzystywał, żebym może w sobie poszukał wad, a nie przypieprzał się do niej. Owszem, jestem dobry. Nie cukierkowo dobry, zwyczajnie. Staram się ją wspierać, balansować tak, żeby nie postrzegać jej przez problem, ale też o nim nie zapominać - żeby umieć racjonalizować jej kompletnie irracjonalne ruchy i decyzje. Wiesz, jak trudno z tym trafić? Ona wymaga ode mnie, żebym bezwzględnie akceptował i tolerował wszystko, pływał z nią po morzu żalu. Coraz ciężej mi idzie, "to" w niej ma tak ogromny wpływ na naszą relację, że zatracamy umiejętność w miarę normalnego funkcjonowania, teraz już nawet od święta. Wszystko zmierza do takiej formy, że nasze spotkania są coraz bardziej intensywne i coraz rzadsze. Mam takie odczucia: zbliżyliśmy się za bardzo, wiem za dużo, przez co jestem dla niej bezcenny, ale też kurewsko groźny. Im bardziej zdaje sobie sprawę z mojej świadomości jej słabości - tym więcej wysiłku wkłada, żeby mi udowodnić, że to ja jestem słaby, bo potrzebuję jej bardziej, niż ona mnie. A może coraz bardziej mnie potrzebuje i w związku z tym coraz bardziej nienawidzi? Coraz więcej czasu i energii jej zabiera pozorowana ucieczka, odsuwanie się na taki dystans, żeby się ostatecznie nie rozjebało, ale też nie trwało, żeby była niepewność jutra i zagrożenie straty. Żebym nie oczekiwał, ale był pod ręką. Dawał za sobą tęsknić i sam tęsknił, ale nie dążył do spotkań, nie planował i nie oczekiwał, bo w sumie nie ma na co.
      Ostatnio mieliśmy prawie tydzień milczenia, oczywiście ja wyciągnąłem rękę. "Dlaczego się nie odzywałeś?!". Była pewna, że już ją znienawidziłem do końca, przecież tylko na to czeka. Realizuje się w cierpieniu, tęskni do krwi jak się wszystko rozpieprza. Idealizuje, objada się myślą, że już po wszystkim, wszystko spieprzyła, straciła, zaniedbała. Potem chwila, dzień albo dwa ulgi, jak się sklejamy i rozpierdol od nowa. Tym razem patrzyłem na jej piękną buzię i widziałem morze cierpienia. Przecież to moja kobieta, widzę w niej nieszczęście, choćby założyła milion masek. To wyłazi nawet spod uśmiechu, jakby się wryło na stałe. Wieczór i noc sielanki, bliskość, miłość, normalność. Następny wieczór w towarzystwie. Wszedłem, patrzę na nią i widzę sztuczny uśmiech, pod którym jest czysta niechęć. Wyraz twarzy w stylu "ej, kuuurwa, po co tu przyszedłeś... zajmij się sobą, nie podchodź, nic nas nie łączy...". Tym razem zapomniałem. Zapomniałem odpalić bezcennego bezpiecznika "stary, nie przejmuj się, to tylko taki wieczór, ona tak ma, jutro będzie żałowała tego wieczoru i wróci". Myślałem tylko o tym, że nie widzieliśmy się kilka tygodni, mieliśmy dla siebie dwa wieczory, nie wiadomo, kiedy spotkamy się następnym razem, bo tego nie da się zaplanować. Rozpieprzył mnie kompletnie brak "teraz", brak "jutro" i coraz gorsze, coraz bardziej wyniszczające "wczoraj". Skończyło się bardzo nieciekawie, permanentnie zepsułem ten wieczór jej i sobie, dziesięć razy zrobiłem z siebie kretyna. Bufor mi się przepełnił, nie wytrzymałem sytuacji.
      Nie chce się dziewczę zdiagnozować. Wszystko wie, uświadomiła sobie tak wiele. Pytam, skoro razem ponosimy odpowiedzialność za nasz związek - co ja mogę dla nas zrobić, co dla niej, co zmienić. Nic mam nie zmieniać, ja jestem w porządku. Patrzy sobie zza szybki na nas i napawa się tym, jak bardzo nam nie wychodzi.
      Myślę, że to kwestia dni, najwyżej tygodni. Coraz trudniej mi symulować tytaniczną siłę i dbać o siebie samego. Nie umiem udawać szczęścia przy niej, a to powinienem robić. Powinno mnie być dwóch - jeden czuły, najbliższy, wspierający, drugi - olewający, porzucający, niechętny i obcy. Lada moment spełni się samospełniająca przepowiednia - okażę się zbyt słaby, za dobry, za bliski, zbyt zagrażający, niegodny, niewarty. Ciekawe, kto pierwszy zdobędzie się na heroiczny wysiłek i się wyrwie z tej sali tortur. Na razie nikt nie może się na to zdobyć, bo oboje wiemy, jak wygląda życie po próbie rozstania. Chyba oboje jesteśmy zbyt słabi, żeby pójść swoimi drogami.
      • extranova Re: Poszłam głęboko... 25.01.12, 11:33
        Zazdroszcze Ci tylko jednego Spaprany-że masz chociaż świadomość z czym walczysz. Ja tego nie wiedziałam i działałam tak trochę na intuicję. Całą resztę, którą tu opisujesz znam aż do mdłości.
        Traktujesz problem dosyć analitycznie, ten post powyżej jest chyba jednym z nielicznych gdzie jednak dochodzą do głosu Twoje uczucia i swego rodzaju bunt wobec tego co się miedzy Wami dzieje. Zapewniam Cię,ze to nie przejdzie. A raczej- dopoki bedziesz czuł ten swój wewnetrzny sprzeciw, dopoty bedziesz wiedział,że jeszcze nie jestes chory. Wiadomo kazdy z nas jest na swój sposób "nienormalny",ale mimo tego dązymy do jakiegoś modelu związku- w moim przypadku chodziło przede wszystkim o spokój, lojalnośc, zaufanie a nade wszystko -bezpieczeństwo. Świadomość,że kocham kogoś kto daje mi poczucie,że to własnie bedąc z ta osobą jestem lepsza. Tego jak sam wiesz nie da się zrobić w takim układzie. Na początku te zmiany nastroju dają fajną adrenalinkę, potem na samą swiadomosc,ze za chwilę po udanym wieczorze coś się zrypie w ciągu sekundy, nie wiadomo dlaczego, dostaje się rozstroju żołądka. Nie muszę Ci tłumaczyc, sam wiesz.
        Odkąd jestem na tym forum, mysle,ze bez odpowiedniej terapii i ciezkiej walki nie da się nic zrobić. Związku z tego nie bedzie, co najwyzej wzajemna wykańczalnia. Niczego Ci nie zalecam,bo niestety bez wzgledu na to co zrobisz,zawsze w pewnym sensie to uczucie bedzie obecne w Twoim życiu. Ale to nie znaczy,ze musisz tak żyć. Chociaz szczerze Ci napisze,ze sama już nie wiem jak jest łatwiej. Albo walczysz ze sobą albo z tym kimś kogo kochasz i obsesyjnie chcesz jednak nawrócić na dobrą stronę mocy. To tylko kwestia tego nad kim masz większą władzę. Albo raczej, kto nad Tobą...
        To co pisze Czita- to tylko sprawia,ze jeszcze bardziej żal mi Osoby, która kiedyś była "moja". To nie jest litość,tylko ogromny żal. Trudno mi opisać jak to nadal boli, choć mineło już tyle czasu
        • 3bsp Re: Poszłam głęboko... 27.01.12, 04:16
          Ujmując rzecz metaforycznie, oboje; ekstranova i spaprany ( w tym ja), pragnęliście tulić w swe ramiona ciepłego, miłego i kochanego misia.
          Gdy zobaczyliście dużego, chcieliście go spersonifikować i spełnić swoje dziecięce pragnienie i dziecięcą TĘSKNOTĘ, ofiarowując czyste, niewinne i pozbawione obłudy uczucie tak wielkie jak ów miś, wolne od zatęchłej stłumionej seksualności i brutalnej perwersji.
          Ale miś okazał się niedźwiedziem i pragnienie bliskości musiało skończyć się okaleczeniem i poturbowaniem, bo niedźwiedź a w dodatku egocentryk inaczej nie potrafi.
          Dlatego te rany tak bardzo bolą i trudno się goją.
          Myślę, ze potrzebny jest taki OŚWIECONY miś, który potrafi postawić granicę naszej ekspansyjnej potrzebie miłości, znieczulając ten fakt ciepłym gestem, pocałunkiem, a przede wszystkim zrozumieniem i współodczuwaniem.
          To gwarant zbudowania zdrowej bliskości opartej na wzajemnym poszanowaniu i zaufaniu.
          Nasza miłość to taki pewien niezrealizowany etap z dzieciństwa z którym nam trudno sobie poradzić w dorosłym życiu, ale materiał pierwsza klasa na Bank Miłości z dużym oprocentowaniem.
          I jeszcze jedno -możecie mi wierzyć na słowo, że na tym świecie jest mnogość misiów, ale niestety coraz więcej niedźwiedzi.
          Zatem w przyszłości miejcie się kochani na baczności i naprawdę nie warto sprawdzać, czy wszystkie niedźwiedzie reagują tak samo( to do Ciebie spaprany), no chyba, że lubicie sporty ekstremalne i strzał adrenaliny.
          Sporadycznie jest super, ale na dłuższą metę wcale nie jest fajnie.
          • wiatrodnowy Re: Poszłam głęboko... 27.01.12, 10:24
            Ciekawa i zarazem optymistyczna historia. Miło głaszcze ego i w dodatku napawa nadzieją. W końcu gdy wyrosło się z wiary w Św. Mikołaja dobrze byłoby ulokować ją w bardziej przystających do realiów okolicznościach przyrody. Moja wieloletnia walka sprawiła, że jestem gotowa przystąpić do klubu Wierzących W Misie. Niesmiało tylko zapytam prezesa - Jak odróznić (szybko i bezboleśnie) Niedźwiedzia od Misia? Bo mogę mieć z tym problemy na początku, a może i do samego końca. Doswiadczenie podpowiada, że Niedźwiedzie często przybierają Misią, puchatą skórkę, którą długo i z przekonaniem noszą i obnoszą przed światem.
            • 3bsp Re: Poszłam głęboko... 27.01.12, 11:37
              wiatrodnowy napisała:

              >Nieśmiało tylko zapytam prezesa
              Nic nie wiem o tym awansie na prezesa, ale jeśli zostaniesz v-ce to zgoda.
              Władza mnie nie kreci a walka o władzę mnie mierzi.
              Jak się zgodzisz - mogę zrobić odstępstwo.

              > - Jak odróżnić (szybko i bezboleśnie) Niedźwiedzi
              > a od Misia? Bo mogę mieć z tym problemy na początku, a może i do samego końca.

              Szybko się nie da, ale myślę dwa, trzy spotkania to max.
              Mam 16 lat praktyki w takim związku, to myślę, że wystarczy.
              Bezboleśnie? no co ty, po tym co przeszłaś?
              Są trzy obszary, by bezbłędnie rozwiązać zadanie. Należy uruchomić:
              - intuicję
              - być uważnym
              - mieć trochę wiedzy
              Na początek proponuje jeden z lepszych linków z wiedzy o temacie:
              www.himavanti.org/pl/c/uzdrawianie/paranoid-osobowosc-paranoiczna-egocentryk-i-narcyz-we-wspolnocie-duchowej
              Będę usatysfakcjonowany, jak w rewanżu napiszesz do mnie na 3bsp@wp.pl za nim jako prezes będę musiał Cię zdyscyplinować.
              (No proszę, co ta władza robi z człowieka)

          • czita88 Re: Poszłam głęboko... 27.01.12, 16:45
            Wiecie jaki jest Wasz główny problem? Wydaje Wam się (jak już sobie miśkujemy :)), że potraficie nas zmienić, oswoić. A to g*wno prawda. Chcielibyście nas przerobić na własne miśki. Traktować jak swoją własność. Widzicie nasze dwie strony, skrajne, i w tej pierwszej, dobrej i czułej, się zakochujecie bezgranicznie, tę drugą, złą, raniącą czy wzbudzającą współczucie, traktujesie zaś jak coś, co można zwalczyć, w najgorszym razie zignorować. Chcecie nas oswoić, wychować, uzdrowić. A my się nie damy. Żadnymi metodami - cierpliwością, chowaniem się pod stół gdy niedźwiadek szaleje, prądem, głodzeniem, biczem. Niedźwiadek zawsze będzie niedźwiadkiem (omg jak to brzmi :D)...

            Zastanawiam się, czy dobrym (a może i jedynym) wyjściem nie byłaby relacja dwóch osobników tego samego gatunku - 2 niedźwiadków (nie mówię o homoseksualizmie ;D). Czy wytrzymałabym z kimś, kto ma podobne jak ja "jazdy", kto tak samo potrzebuje uwagi i zainteresowania, kto wie że drastycznie odbiega od normy, nie zaprzecza temu. Kto przeżywa te same sinusoidy, niekoniecznie w tym samym czasie. Kto nie będzie o mnie zabiegał, poniżał się. Nie da sobie wejść na głowę. Może to jest jakiś pomysł? Nikt nie rozumiałby mnie tak jak on ani jego tak jak ja. Chociaż może się mylę, że przez to, że silne emocje wyłączają nam myślenie, mogłoby to skonczyć się jeszcze większą masakrą, rzezią wręcz, jak przy starciu 2 niedźwiedzi. Ale one przecież też się rozmnażają, czyli muszą też współżyć ;D... Chyba, że robią to jedynie wtedy gdy natura każe, z doskoku... Co wy myslicie (o relacji dwóch bpd, nie o reprodukcji grizzly) ?

            I jak już przeszliśmy na tematy zoologiczne :)... Od pewnego czasu analizowałam swoje relacje z psem i z kotem, które są diametralnie różne.
            Pies zawsze jest. Czeka. Wystarczy głupi gest a przybiegnie. Pójdzie za mną wszędzie (generalizuję). Wymaga opieki, nie radzi sobie sam. Na "wolności" nie przetrwałby, gdyby nie pojawił się kolejny "ktoś" i go nie przygarnął. Parę godzin samotności max. Wciąż chciałby się bawić. Dla mnie zabawy z nim to nuda, nuda, i jeszcze raz nuda. Aportowania / mocowanie się z nim. Zawsze tak samo. Wystarczy podnieść cel, a on już wariuje i domaga się by rzucić. Wydaje mi się taki głupi, jakby upośledzony. Zawsze taki sam. Przewidywalny. Za to gdy jest nieposłuszny, to mu się obrywa. Nie szanuję go i często nie panuję nad sobą. Chyba wyżywam się na nim. Krzyczę, szarpię smycz, jak przegiął to dostawał po dupie. Najlepsze, że on się tym nie przejmuje. Za 2 minuty mogę podejść i zacząć głaskać a on będzie cały happy. Hmm...
            Kot (ona). Zazwyczaj go nie ma. Zdaje się mnie nie potrzebować. Przychodzi kiedy chce. Gdy jest głodny, gdy chce mnie poobserwować, zaczepić. Nie ładuje się do łóżka i nie przytula gdy tylko ma okazję. Czasem ze mną śpi, ale zazwyczaj po godzinie biegnie sobie gdzie indziej. Ma swój świat. Sam się bawi, wariuje. Frajdę sprawiają mu zwykłe przedmioty, codzienność. Nie potrzebuje mnie by cieszyć się życiem. Ma swoje kaprysy. Łasi się, gdy czuje coś dobrego lub jest bardzo głodny. Potrafi podrapać, ugryźć. Bo tak. Bo lubi ;). Pieszczoty, przytulanie - minuta i koniec, mam dość, nara. A czasem odwrotnie. Ale nigdy w nadmiarze. Ma charakterek. Kocham go!!! Jest nieufny, obserwuje świat z dystansu, bacznie i czujnie. Znam jego naturę, rozumiem go, i nie wymagam by był jak pies - na każde zawołanie, mała przytulanka. Nie chcę tego. Wiele mu wybaczam, bardzo dużo :)... Bo taki już jest. Hmm...
            Jeszcze coś. Jak parę lat temu pies miał poważny wypadek o myslałam, że umrę z rozpaczy, dosłownie rozwaliło mnie to, mimo, że brałam staby. Parę dni nie mogłam dojść do siebie, wciąż mam niezłą traumę, "widzę" to gdy zamykam oczy. Nie było wtedy jeszcze kota.. A cierpienie zwierząt działa na mnie skrajnie mocniej niż ludzkie (zdjęcia chorych dzieci, katastrof, mordy.... a cierpiące, katowane, umierające z głodu zwierzęta), jakoś tak już jest. Ludzki ból działa na mnie wtedy gdy mogę się z nim utożsamić, wczuć (książka, film), gdy jest pokazany z perspektywy jednej/dwóch osób, a nie milionów nie wyróżniających się niczym jednostek...

            • 3bsp Re: Poszłam głęboko... 29.01.12, 19:44
              czita88 napisała:

              > Wiecie jaki jest Wasz główny problem? Wydaje Wam się (jak już sobie miśkujemy :
              > )), że potraficie nas zmienić, oswoić. A to g*wno prawda. Chcielibyście nas prz
              > erobić na własne miśki.

              Wiesz czita, ja z uporem maniaka twierdzę, ż w tej relacji nie ma winnych, zatem proszę nie odbieraj moich wypowiedzi jako próby deprecjonowania Ciebie czy Was (BPD), a już bynajmniej jako próby wartościowania. To byłoby nieuczciwe z mojej strony. Zatem nie osadzaj mnie, że traktuję metaforycznego niedźwiedzia jako potwora. Traktuję go jako istotę żyjącą wg. określonych paradygmatów i mam świadomość, że nie zrobi się z niedźwiedzia misia nie łamiąc jego natury, a nawet, gdy dokonamy tego poprzez okrutną tresurę, nie przestanie być on niedźwiedziem.
              Złamiemy tylko prawo natury.
              Być może pojawia się czasem w moich wypowiedziach umiarkowany obiektywizm, ale nie muszę Ci tłumaczyć, jakie uwarunkowania niesie ze sobą traumatyczne przeżycie, którego każdy z nas przecież doświadczył. Uczę się i popełniam błędy jak każdy człowiek i nie mam zahamowań, by się do tego przyznać. Przynajmniej pragnę aby tak było.
              Twój opis relacji Ty - pies i TY – kot, jest próbą poszukiwania prostej analogii w naszej relacji i gdyby było to takie proste, znaleziono by zapewne gotową receptę. Nie sądzę abyś zaakceptowała
              Pana – kota, który by chadzał swoimi ścieżkami i miał cały ten kram w „głębokim poważaniu” ani zależnego Pana- psa. Spektrum wzajemnych relacji jest o wiele bogatsze i o wiele bardziej uwarunkowane percepcją postrzegania relacji w danym momencie przez każdą ze stron. Jest nieprzewidywalne, wielowątkowe, niesekwencyjne, momentami nielogiczne i jest mu chyba bliżej do teorii chaosu niż do teorii wielkich liczb. Relacja TY- pies odzwierciedlać co prawda pewne analogie w postępowaniu, jak np. bezwzględna wierność niezależnie od opiekuńczości czy okrucieństwa właściciela i chyba oddaje całą dramaturgię patologicznej relacji, wynikającej z naszej zwierzęcej natury (kierowanie się instynktami i popędami), której przecież nie możemy w naszej egzystencji odrzucić. Mimo, że ona powinna być podstawą budowania uczciwej, wolnej od kłamstw i hipokryzji natury wyższej, czyli człowieczej, to w wychowaniu dziecka potępiamy naturę zwierzęcą w nas, zamiast ją zaakceptować i pozwolić ewolucyjnie zmierzać do natury wyższej. Być może wtedy byłoby mniej zakłamania i perwersji, mniej wyparcia, mniej lęków. Być może w Waszym postępowaniu (BPD) występuje chwilowe rozczepienie obu tych natur i w danym momencie jedna z nich dominuje nad drugą zamiast być integralnością. Gdyby tak było, to nieodwołalnie musi dojść do głębokiego konfliktu z partnerem posiadającym ukształtowaną naturę wyższą (bez względu na to czy ma ona charakter kompulsywny czy spontaniczny) zintegrowaną z naturą niższą, który to konflikt powoduje wewnętrzny podział, ergo cierpienie. Czytając twój dialog ze „spapranym” (jeszcze raz uznanie dla poziomu dialogu) i biorąc pod uwagę to co napisałem wyżej, nasuwa się logiczny wniosek, że jesteście w stanie zaakceptować partnera funkcjonującego na prymitywnym poziomie natury zwierzęcej (kierowanie się instynktami i popędami), którego byłybyście w stanie ukształtować na miarę swoich oczekiwań. Wymagania co do intelektu to raczej kwestia ambicji niż narzędzie sprawnego dialogu i porozumienia. Na koniec mały eksperyment: kiedy będziesz w doskonałym nastroju, skora do żartów, spróbuj zamknąć oczy, pomyśleć, a potem narysować w przerysowaniu sylwetkę Twojego ideału mężczyzny. Jeśli będziesz uczciwa wobec siebie, to z dużym prawdopodobieństwem wiem jak on będzie wyglądał. Pięć prób cztery niemal identyczne rysunki osób (BPD) sobie nieznanych. To moje doświadczenie.
              To co napisałem, proszę abyś nie traktowała jako próby oceniania, ale jako próbę poszukiwania istoty tej relacji. Czy tak jest jak piszę? Tego nie wiem ale tak to czuję. Może się mylę?

              Wiele uczę się od Ciebie na temat Waszego widzenia świata, za co jestem Ci wdzięczny.
              Czytając Twoje dawne posty i obecne ( nie żałuję poświeconych temu godzin) mam wrażenie, że przybyłaś na brzeg Rubikonu. Zmierzyć się z prawda o sobie i nie uciekać przed nią, to akt wyzwalający. Ty to zrobiłaś. Miałaś odwagę rzucić kości. Wiem jedno: teraz przekroczyć własny Rubikon, to Twój obowiązek wobec siebie.

              Wyrazy szacunku
              • czita88 Re: Poszłam głęboko... 30.01.12, 13:42
                Też lubię czytać Twoje (i spapranego) posty, i dużo mi to daje, naprawdę. Prawda jest gorzka i boli, ale wciąż twierdzę, że lepiej ją znać, niż się oszukiwać. Podziwiam Cię, że chcialo Ci się czytac moje posty sprzed lat, nie ukrywam, że sama to czasami robię i jestem przerażona, w jakim średniowieczu umysłowym wtedy żyłam ;)... To przerażające jak bardzo się zmieniamy, nie mam pojęcia kim i jaka będę za następne 3 lata... Przybyło mnóstwo samokrytyki, pokory, uważności, wyrozumiałości, ale emocje wciąż szaleją, w dupie wciąż źle a w głowie wciąż pusto...
                Nie wiem co ma być tym moim Rubikonem... Związek sobie odpuściłam, że tak powiem. Pewnie, że szkoda, że jest sentyment, uczucie, ale jest też, póki co, postrzeganie przez pryzmat wad, jego i bycia z nim. By uzasadnić i może, by było lżej. By nie myśleć. Bo i po co. Było, minęło, jak wszystkie. Nienawiści nie będzie, nadziei też nie. Póki co jestem z siebie dumna, że dałam radę, ale takich sytuacji było już parę przez te parę m-cy także nie zapeszam. I co? Czy to niepodjęcie (dalszego) wyzwania nie jest odejściem od Rubikonu? Tyle, że ten związek wymagałby ode mnie wielu zmian w sobie, swoim zachowaniu, myśleniu, uczuciach, że ja dziękuję za to. Nie chcę być z kimś kosztem niebycia sobą, niebycia zadowoloną. Bliskość i uczucia to nie wszystko. Nie kosztem umartwiania się. To i tak nie była normalna, pełna relacja, tylko jakaś pseudo bliska relacja, wybiórcza. Wiedziałam, włażąc w nią, że tego nie chcę. Tzn. umysł tego nie chciał, uczucia ciągnęły. Te same uczucia, emocje, lęki, nienawiść, wszystko rozwalały. Dupa. Przynajmniej mogłam obserwować jak to się wszystko we mnie zmienia, jaki brak logiki we mnie panuje. Starałam się patrzeć z boku jak dziwnie się zachowuję. Lepiej dziwnie niż sztucznie, i już!
                Nie chcę udawać grzecznej, dobrej, normalnej. Jestem bpd i już. Zrobiłam masę błędów w życiu no i co. To moja sprawa. Ja się muszę z tym uporać. Gadanie o tym nie pomaga. Ani odcinanie się od tego. Czy ciągłe obwinianie się i gdybanie. Nie te błędy, to inne bym popełniła, więc co za różnica. I tak daleko by te relacje nie zaszły. Nie głodziłabym się, to zaczęła pić, ćpać... Nie tricho to inna nerwica. Jeden pies.

                Nie sądzę abyś zaakceptowała
                > Pana – kota, który by chadzał swoimi ścieżkami i miał cały ten kram w 
                > 222;głębokim poważaniu”

                Na tym etapie chyba tak. Zaangażowanie odstrasza mnie jak nic. Zauważyłam, że rzeczywiście przejawy zaangażowania sa dla mnie przejawami słabości i dostrzegając je jak w układance lecą i uderzają po oczach różne inne. I czasem tu sugerujecie, że my je sobie wymyślamy. Ja ich nie wymyślam, ja je widzę. Może wyolbrzymiam, ale one nie biorą się z nikąd. Widzę problemy, kompleksy, lęki. Nic mnie tak nie rozbawia jak kiedy facet zachowuje się "jakoś" by zrobić na mnie "jakieś" wrażenie. Kiedy tworzy atrakcyjną obudowę. Przy pierwszym, drugim, trzecim spotkaniu mogę dać się nabrac, jeśli ma talent, ale później to już komiczne. A prawie wszyscy tak robią. Ten z którym byłam 3 lata na końcu był tak autentyczny, mimo, że zmienny, że czułam się chwilami jakby był moim bratem, nie miałam hamulców, ufałam. Tym większy ból, szok i trauma gdy hamulce puściły jemu...
                Ten kot nie ma mieć wszystkiego w głębokim poważaniu. Bo mój nie ma ;). Nie ma się uzależniać, to różnica. Gdy jest, ma być bosko, gdy nie ma, ma mi go brakować. Nie ma się angażować. W ten sposób nie będzie dewaulacji. Nie mieliście nigdy takich relacji, znajomości, gdzie panowała szczerość, zero masek, mimo, że nie znaliście się długo i nie byliście razem? To takie kurde zajebiste... Móc czuć się przy kimś w pełni sobą. Akceptować się nawzajem nic od siebie nie wymagając. Ech. Pisałam tu przecież kilka razy o tym jaka relacja byłaby dla mnie idealna. Wszystkie inne rozpierdalam.

                Co do eksperymentu, to zrobiłam to dwa razy, wczoraj i dziś, i trochę BARDZO mnie to zaskoczyło, ale oba wyobrażenia (nie umiałam ich narysować) przedstawiały może 18letniego chlopaka, szczupłego, równego mi, latem, w słońcu i na łące, z którym miałam ochotę szaleć, pobiec gdzieś przed siebie i czuć beztroskę. Dodam że był kompletnym przeciwieństwem facetów, którzy mnie "kręcą", których pożądam, na których patrzę z zainteresowaniem. Był taki niewinny :(...
                • czita88 Re: Poszłam głęboko... 30.01.12, 14:13
                  Jeszcze do tego wyżej.

                  Tak sobie myślę....
                  Chyba słabość (wada, kompleks, defekt, skłonność, itp.), która jest akceptowana, do której się ktoś przyznaje, nie użala nad nią (sobą), tylko z nią po prostu żyje, czy w miarę możliwości stara się nad nią pracować (jeśli to cecha charakteru), przestaje być słabością, a może być nawet zaletą. Chciałabym być na takim poziomie. Te nasze słabości cholernie nas blokują.
                • spaprany Re: Poszłam głęboko... 30.01.12, 14:44
                  "Zaangażowanie odstrasza mnie jak nic. Zauważyłam, że r
                  > zeczywiście przejawy zaangażowania sa dla mnie przejawami słabości i dostrzegaj
                  > ąc je jak w układance lecą i uderzają po oczach różne inne."

                  Pozwolę sobie zaryzykować stwierdzenie, że odstrasza się zaangażowanie, bo sama panicznie się boisz zaangażować.

                  "Ten kot nie ma mieć wszystkiego w głębokim poważaniu. Bo mój nie ma ;). Nie ma
                  > się uzależniać, to różnica. Gdy jest, ma być bosko, gdy nie ma, ma mi go brakow
                  > ać. Nie ma się angażować."

                  Ahm, to ja Ci coś powiem - Tobie jest potrzebna relacja typu "fuck friends", nie związek. Najbliższego człowieka nie da się brać z półki, jak jest potrzebny i odstawiać, jak jego obecność przeszkadza, bo to szczyt egoizmu i niedojrzałości ubrany w zgrabną pelerynkę z napisem "bpd" na plecach.

                  "Nie mieliście ni
                  > gdy takich relacji, znajomości, gdzie panowała szczerość, zero masek, mimo, że
                  > nie znaliście się długo i nie byliście razem? To takie kurde zajebiste... "

                  Faktycznie, zajebiste. Dodaj jeszcze, że ma być, jak TY potrzebujesz i znikać, jak TY nie potrzebujesz. Ma Ci pokazać prawdziwą twarz i zdjąć maskę ale tak, żeby pozostał w Twoich oczach super-niedostępnym super-hero? Czita, ludzie z krwi i kości mają problemy i słabości, że tak zarymuję. Chorują, martwią się, przegrywają małe bitwy. To nie jest ujma ani dyshonor, to życie. Smutny problem jest taki: Wam się wydaje, że koncentrując się na naszych słabościach i "nienawidząc nas" za nie odwrócicie swoją uwagę od swoich i nabierzecie zajebistości. To tak nie działa. Moja kobieta w niektórych momentach, w określonym stanie ducha zabiera się za wymienianie "dorosłym", kategorycznym głosem moich wad i się podnieca, jaki to jestem chujowy. Pierwsze pytanie, jakie mi wtedy przychodzi do głowy to takie: skoro jestem taki marny - po cholere mi od miesięcy zawraca dupsko, ryczy przy mnie, mówi, jak to jej zależy i że sobie ze sobą nie radzi, a jak na chłodno proponuję rozstanie, to jest strach.

                  Jak nie ma się angażować, to może sypiać i prowadzić podobne relacje, jak z Tobą jeszcze z dwiema "przyjaciółkami"?

                  "To takie kurde zajebiste... Móc c
                  > zuć się przy kimś w pełni sobą. Akceptować się nawzajem nic od siebie nie wymag
                  > ając. Ech."

                  Czita, poczytaj siebie, proszę Cię. Chcesz akceptować siebie nawzajem nic od siebie nie wymagając, ale zauważ - jeżeli ktoś miałby Cię w dupie, odstawiał na półeczkę akurat wtedy, kiedy Ty rozpaczliwie potrzebujesz bliskości i wsparcia, narobiłabyś w gacie z cierpienia i żalu. Jak chcesz akceptować kogoś nic nie wymagając, skoro nienawidzisz za najdrobniejsze słabości a nawet za to, że komuś na Tobie zależy? Jak chcesz się przy kimś poczuć w pełni sobą, skoro nienawidzisz siebie samej i nie możesz sobie pozwolić na bliskość? Droga moja, dam sobie łeb uciąć, że w warstwie "miłosnej" problemu Twojego i Tobie podobnych chodzi o bardzo prostą zależność - to, czego nienawidzicie w nas, nienawidzicie w sobie. Nienawidzicie, jak ktoś się angażuje bo sami nienawidzicie się angażować. Boicie się, że ktoś pokocha Was tak bardzo, jak Wy kochacie, a przecież to jest nie do zniesienia. Wydaje się Wam, że nasza miłość wygląda tak, jak Wasza i potraficie przekonstruować każdą jedną jebaną sytuację tak, żeby stanowiła żywy dowód na jedno: miłość to słabość i uzależnienie, nic więcej, prawda?

                  "oba wyobrażenia (nie umiałam ich narysować) przedstawiały
                  > może 18letniego chlopaka, szczupłego, równego mi, latem, w słońcu i na łące, z
                  > którym miałam ochotę szaleć, pobiec gdzieś przed siebie i czuć beztroskę. Doda
                  > m że był kompletnym przeciwieństwem facetów, którzy mnie "kręcą", których pożąd
                  > am, na których patrzę z zainteresowaniem. Był taki niewinny :(..."

                  Tu nie jest istotne, czy był winny czy niewinny. Sytuacja, którą narysowałaś to klatka z momentu szczenięcego zauroczenia, a nie miłość, Twój facet był spontanicznym i rozrywkowym chłoptasiem idealnej urody, zabawką na łąkę, nie człowiekiem z bagażem wad i niedoskonałości. Nie trzeba być psychologiem po studiach, żeby to dostrzec. Szaleć, pobiec, beztroska... Chciałabyś uciec od problemów, odpowiedzialności za siebie i kogoś, od siebie samej, wjebać się w kolejną sytuację, w której na chwilę zapomnisz, a potem w kolejną i kolejną. To nie jest życie, to jest wegetacja. Ja też chciałbym uciec od odpowiedzialności, dorosłego życia i siebie, ale jedyny sposób, jaki mi przychodzi do głowy to bieg do śmierci z wysiłku.
                  Czita, życie to nie łąka w lecie, chociaż też chciałbym, żeby tak było.
                  • extranova Re: Poszłam głęboko... 30.01.12, 15:36
                    spaprany napisał:
                    Ahm, to ja Ci coś powiem - Tobie jest potrzebna relacja typu "fuck friends", nie związek. Najbliższego człowieka nie da się brać z półki, jak jest potrzebny i odstawiać, jak jego obecność przeszkadza, bo to szczyt egoizmu i niedojrzałości ubrany w zgrabną pelerynkę z napisem "bpd" na plecach.

                    a no właśnie - skoro tak to ma wyglądać to nie ma mowy o związku. Nie wiem, po co w ogole pakować się w takie relacje , skoro można po prostu iść do burdelu, albo sprowadzić sobie chłopczyka w stringach, zrobić swoje i nie mieć wyrzutów( czy tam niby wyrzutów),że ktoś cierpi. Są miejsca gdzie wynajmują takich ludzi na godziny i można ich wezwać i wykopać w kazdej chwili. Lepiej chyba zapłacić pare stów i mieć z głowy irytujących, porzuconych histeryków.
                    Cholera, nie da sie pojąć takiego podejscia do tej sprawy, może faktycznie ludzie powinni dobierać się według swoich schorzeń, moze to by miało sens. Ale skoro tak, to po co, jak pisał spaprany- jestesmy zatrzymywani gdy chcemy normalnie odejsc. Ja chciałam nie raz, spokojnie, bez awantur, tak po prostu. W końcu nie odeszłam,ale uciekłam i zamiast wdziecznosci za odczepienie się, okazało się,ze znowu zawaliłam sprawę. Jak zawsze zresztą.


                    • czita88 spaprany i extranova : 30.01.12, 17:54
                      Dobra, ale nie wszystkie bpd są takie jak ja, ani ja nie jestem taka jak wszystkie. Także bez uogólniania proszę. NIGDY nie zatrzymywałam żadnego faceta, NIGDY o żadnego nie zabiegałam. Po prostu byłam sobą a im odpierdalało. ZAWSZE po rozstaniach, gdy w końcu odpuszczali (bo nigdy k*rwa odpuścić nie chcieli) był ból, ale i była ulga, nie do opisania. W tamtym pierwszym się zabujałam, mimo że używał mnie sobie, czy kontaktował się ze mną, co parę tygodni, latem z pewnych względów znacznie częściej, ale to nie zmierzało w żadną stronę. I co, nie próbowalam tego zmienić, chciałam się odkochać, ale nie potrafiłam. Cierpiałam sobie, bo byłam młoda i głupia, czułam się wykorzystywana, ale kochałam do końca. Nie robiłam wyrzutów, haha, nie śmiałabym. Teraz, po jebanych próbach tworzenia związków z zakochanymi we mnie frajerami, doceniłabym tamtą relację dużo bardziej. Poza tym ja właziłam w te gówniane związki, dawałam się wciągnąć, by o nim zapomnieć, i co, i nic. Lepiej było nie walczyć ze sobą, z tym uczuciem. Nie szmacić się mu na złość. Byłam jego i jego już zostanę, takie to wszystko posrane.
                      Ja tu piszę o sobie, nie o wszystkich bpd, nie jestem ich przedstawicielką.

                      "Pozwolę sobie zaryzykować stwierdzenie, że odstrasza się zaangażowanie, bo sama panicznie się boisz zaangażować."

                      No to oczywiste. Może nie zaraz "panicznie", nie uciekam tak gwałtownie jak Twoja kobieta, ale staram się tego uniknąć (po 3 letnim związku, w nim, na początku, cholernie pragnęłam, by to było na poważnie, bo pierwszy raz byłam z kimś, kogo kochałam).

                      "Chcesz akceptować siebie nawzajem nic od siebie nie wymagając, ale zauważ - jeżeli ktoś miałby Cię w dupie, odstawiał na półeczkę akurat wtedy, kiedy Ty rozpaczliwie potrzebujesz bliskości i wsparcia, narobiłabyś w gacie z cierpienia i żalu."

                      Ja tego pragnę, zrozumcie. I szukam kogoś, zaakceptuję kogoś, kto też ma takie potrzeby. Jebanych czwórek czy nawet bpd, jest wbrew pozorom mnóstwo na świecie. Nie wszyscy są tacy wielce normalni, rozsądni, pragnący zinstytucjonalizowanych, przemyslanych związków. Sorry. I to co Was tak strasznie boli, co zdaje się być dla Was gardzeniem, odrzuceniem, poniżeniem, dla mnie jest zrozumiałe. Nie wszyscy postrzegają wszystko podobnie. Będę żyła jak mi się podoba, to mi ma być dobrze, nie Wam. Chyba przestanę znowu pisać, bo źle mi to robi. Nie pomoże, a często gorzej się czuję, czytając Wasze żale. Jakaś cholerna inkwizycja tutaj panuje.

                      "Twój facet był spontanicznym i rozrywkowym chłoptasiem idealnej urody, zabawką na łąkę, nie człowiekiem z bagażem wad i niedoskonałości. Nie trzeba być psychologiem po studiach, żeby to dostrzec. Szaleć, pobiec, beztroska... Chciałabyś uciec od problemów, odpowiedzialności za siebie i kogoś, od siebie samej, wjebać się w kolejną sytuację, w której na chwilę zapomnisz, a potem w kolejną i kolejną."

                      Cholera, to tylko wyobrażenie, spełniłam prośbę bsp, czy to k*rwa moja wina, że było takie a nie inne????? Miałam kłamać ??? Ja pierdole.... Chcecie naprawiać świat to się zgłoście do jakiegoś wolontariatu, albo pomagajcie swoim obecnym/byłym, a nie mi na psychę wjeżdżacie, psychoanalizy robicie, diagnozy stawiacie. Wiem co ze mną nie tak, wiem jaka zła ze mnie kobieta. Wiem co robię źle (niemal wszystko).

                      Aha, jeszcze apropos tego "wynajmowania" sobie chłoptasiów za kasę, itd. Ci, którzy chcieli ze mną być, pchali się k*rwa sami, i jaka jestem wiedzieli. To oni mieli nasrane, pchając się w relację ze mną, oczekując czego innego. Bo kurwa wszyscy myśleli, że mnie zmienią, chcieli mi pomóc, nawrócić mnie. TO CHORE. Ja wolałam się spotkać z żonatym czy zajętym, oni zdradzają takie święte żonki dbające o opinię na zewnątrz. Nie znajdują porozumienia. Dziękuję bardzo za związek będący iluzją. Ciągnięty na siłę. Żygam tym, naprawdę. Dla mnie ludzie, między którymi nie ma namiętności (a więc i ostrych konfliktów), nie będą szczęsliwi, związek będzie martwy. A te wszystkie terapie i stabilizatory chcą nas właśnie tak wyjałowić. I wali mnie to co myślicie, sorry, ale się wkurwiłam, bo totalnie mnie nie rozumiecie. Znam swoje słabości, mam Wam wymienić czy co? Czuję się jak na kazaniu, od księdza czy starych, co jest żadną różnicą, bo i tu i tu, chce na mnie wpłynąć ktoś dla mnie obcy.
                      Powodzenia, tylko nie zapomnijcie, że jeszcze żyjecie. Jesli dla Was ten mój chaos i kierowanie się masą emocji, zrywanie związków, euforia i cierpienie, jest wegetacją, to dla mnie jest nią takie tkwienie w miejscu, medytowanie nad każdym ruchem, słowem, zdaniem, wyznaniem, gestem, wieczne analizowanie partnerów (kandydatów na nich), wieczne narzucanie sobie wymagań, wyrzeczeń, jakiś cholerny perfekcjonizm (bez urazy Perfekcjonizm ;)) .... I jeszcze coś: inteligentny, zdrowy i świadom swojej wartości człowiek nie pozwala się ranić/wykorzystywać. Nie da sobą pomiatać. Także te zarzuty to sobie wsadźcie. Poczucie winy mam, spokojnie. Ale z doświadczenia widzę, że tylko czubki mi się trafiały. Dość tego.
                      Każdy jest inny. Świat nie mógłby istnieć, gdyby wszyscy byli tacy sami. Nie jestem psychopatką, pedofilką, ćpunką. Po prostu nie chcę związku. Dajcie mi żyć jak chcę.
                      • spaprany Re: spaprany i extranova : 30.01.12, 18:56
                        Czita, spokoluz, nic się nie dzieje. Nie oceniam Cię ani nie wartościuję. Próbuję Cię zrozumieć, dlatego piszę w Twoim wątku. Dla mnie możesz być i pozostać, kim Ci się żywnie podoba. Po prostu chciałbym, żebyś była odrobinę szczęśliwsza, bo Cię w jakiś sposób wirtualnie polubiłem, chociaż jesteś taka zła.

                        "> Ja tego pragnę, zrozumcie. I szukam kogoś, zaakceptuję kogoś, kto też ma takie
                        > potrzeby. Jebanych czwórek czy nawet bpd, jest wbrew pozorom mnóstwo na świecie
                        > . Nie wszyscy są tacy wielce normalni, rozsądni, pragnący zinstytucjonalizowany
                        > ch, przemyslanych związków. Sorry. I to co Was tak strasznie boli, co zdaje się
                        > być dla Was gardzeniem, odrzuceniem, poniżeniem, dla mnie jest zrozumiałe."

                        Jasne, ja to bardzo rozumiem, ale na nieszczęście moje, Twoje i nasze takie osobowości, jak Twoja przyciągają takie osobowości, jak moja. Ani Ty, ani ja nie czuję się dobrze w cukierkowym związku, gdybym tak się w takim czuł - taki bym zbudował, kobiet jest mnóstwo a ja nie jestem trędowaty, brzydki, głupi ani biedny.

                        " Chyba przestanę znowu pisać, bo źle mi to robi. Nie pomoże,
                        > a często gorzej się czuję, czytając Wasze żale. Jakaś cholerna inkwizycja tuta
                        > j panuje. "

                        A tego to nie rób. To nie pisanie Ci źle robi, tylko widocznie takie komentarze, jak moje. Obiecuję Ci, że powstrzymam się od tego.

                        "> Cholera, to tylko wyobrażenie, spełniłam prośbę bsp, czy to k*rwa moja wina, że
                        > było takie a nie inne????? Miałam kłamać ??? Ja pierdole.... Chcecie naprawiać
                        > świat to się zgłoście do jakiegoś wolontariatu, albo pomagajcie swoim obecnym/
                        > byłym, a nie mi na psychę wjeżdżacie, psychoanalizy robicie, diagnozy stawiacie
                        > ."

                        Fakt, za to należą Ci się uczciwe przeprosiny. Nic mi do tego, co sobie wymyśliłaś, jestem za cienki w uszach i nie uprawniony do tego, żeby Cię analizować.

                        "Dziękuję bardzo za związ
                        > ek będący iluzją. Ciągnięty na siłę. Żygam tym, naprawdę. Dla mnie ludzie, międ
                        > zy którymi nie ma namiętności (a więc i ostrych konfliktów), nie będą szczęsliw
                        > i, związek będzie martwy. A te wszystkie terapie i stabilizatory chcą nas właśn
                        > ie tak wyjałowić. "

                        Widzisz, Ty dziękujesz bardzo za taki związek, ja też dziękuję. Tutaj mamy ostre konflikty, wielkie namiętności i całą resztę, to jest spoko. Jedyne, na czym mi zależy to żeby moja kobieta była w stanie spędzić ze mną te dwa jebane dni w tygodniu, a jeżeli nie jest w stanie pokonać lęków - żeby mi uczciwie o tym powiedziała, nie zawracała dupy, nie ryczała, że sobie nie radzi, nie wydzwaniała, nie wypisywała i nie wymagała atencji. Podziwiam Cię za to, że umiesz zrywać relacje, które są dla Ciebie niewygodne. Ja tam jakoś mam opory, żeby kopnąć w dupę kobietę, która jest dla mnie ważna i dla której co drugi dzień też jestem najważniejszy na świecie.

                        "> Powodzenia, tylko nie zapomnijcie, że jeszcze żyjecie. Jesli dla Was ten mój ch
                        > aos i kierowanie się masą emocji, zrywanie związków, euforia i cierpienie, jest
                        > wegetacją, to dla mnie jest nią takie tkwienie w miejscu, medytowanie nad każd
                        > ym ruchem, słowem, zdaniem, wyznaniem, gestem, wieczne analizowanie partnerów (
                        > kandydatów na nich), wieczne narzucanie sobie wymagań, wyrzeczeń, jakiś cholern
                        > y perfekcjonizm"

                        Czita, zauważ jedno: teraz piszesz w tonie "taka jestem i dobrze mi z tym", ale kiedy się tutaj zarejestrowałem było zupełnie inaczej. Nie przypieprzam się i nie oceniam, pamiętaj o tym, po prostu pamiętam Cię z innym nastawieniem i innym postrzeganiem siebie. Ty możesz nie rozumieć mojego podejścia i mojego nastawienia do związku, bo Ty nie szukałaś w swoich facetach rozpaczliwej pomocy i wsparcia, żeby za kilka dni się izolować za wszelką cenę. Ja nie jestem matką Teresą ani tatusiem, mam w dupie fochy i manipulacje, ale widzę cierpienie, autodestrukcję i ogólną lipę najbliższej mi osoby. Nie jestem frajerem, zakochanym po gówniarsku chłoptasiem, czubkiem, stalkerem ani prześladowcą. Jestem świadomy tego, że to nie musi być sytuacja bez wyjścia i staram się sam to wyjście znaleźć. Na razie sam, czekam, aż ona znajdzie ten pieprzony kawałek siły, żeby sięgnąć po pomoc. Prawdopodobnie się nie doczekam i lata tydzień to pierdolnie, bo moja cierpliwość już się kończy, ale to zupełnie inna historia.

                        Nie chcesz związku i taka jest Twoja decyzja - ja to bardzo szanuję. Jeżeli moja kobieta byłaby w stanie szczerze i uczciwie powiedzieć "stary, jednak nie chcę związku" - krzyżyk na drogę i pa-pa. Ale widzisz, ona w poniedziałek chce związku, we wtorek nie chce, w środę chce znowu, a w czwartek znowu nie chce. Nie mogę mieć do niej pretensji, bo "ma problem" i chuj, ale muszę od niej czegoś wymagać, żeby ta relacja miała jakikolwiek sens. Każda jedna rozmowa na poważny temat kończy się inaczej, bo w zależności od stanu i nastroju sprawy wyglądają w jej głowie zupełnie inaczej. Tak się fizycznie nie da.
                        Nie dziw mi się, proszę, że bywam niezbyt miły. Też mam swoje emocje i swoje rozterki, bierze mnie wkurw nie raz i nie dwa. Wiesz, dlaczego? Bo wychodzi na to, że muszę zostawić kobietę, którą bardzo kocham. Wbrew jej i swojej woli, świadomy tego, że oboje będziemy cierpieli.
                        • extranova Re: spaprany i extranova : 30.01.12, 19:27
                          :)
                          Czita, jako osoba świadoma swojej wartości nie da się obrazać, ja równiez nie jestem na to jakoś specjalnie chętna. Skoro tak jest dobrze i namiętnie i nie-martwo, to może faktycznie szukamy dziury w całym,albo mamy "nasrane". Niech bedzie i tak. Dziękuje za taką rozmowe. pozdrawiam;)
                        • czita88 Re: spaprany i extranova : 31.01.12, 20:32
                          Jebie mnie totalnie, nie mam już siły ;(((.
                          Jak ja mogę ku*wa m*ć na jakiekolwiek uczucie dając dupy gdy tylko oni tego chcą ??????? Jak mogę nazywać związkiem coś co rozpoczęło się seksem ??? Traktują mnie jak przedmiot, WSZYSCY bez wyjątku chcą tylko jednego ;(, wszyscy p[chają te swoje łapy i ch... tam gdzie nie powinni a ja na to pozwalam, a potem gdy chcą sie dalej spotykać, pierdolone gnoje, to ja sobie wlewam ;((.... JAk mogę się szanować i swoje ciało, nienawidząc go ;(( ;((( ????!!!!!
                          Nienawidzę seksu, to obrzywdliwe, wy jesteście obrzydwliwi ;( ;( ;(((( ;( nienawidzę facetów nienawidzę po prostu kurwa nienawidzę!!!! Tak sie kurwa kończy myślenie!!! musiałam sovie teraz to zrobić, ulżyć sobie, ukarać ;( ;(, tak się kończy niepicie @! ;(!!! Brzydzę się sobą, jestem najgorszym ścierwem jakie można sobie wyobrazić ;(... Dlaczego ja się godzilam, dlaczego mialam wszystko w dupie, dlaczego wali mnie to co oni ze mną robili ????? Dlaczego sprawialo mi to przyjemność l;((( ????? Dlaczego lubię dawać ulgę tym śmieciom??? Do niczeo innego się nie nadaję ?? Dlaczego dla normalnych kobiet seks na pierwszym spotkaniu jest niedopuszczalny a facet nalegający na to jest dla nich oczywiste o co mu chodzi???? Dlaczego ja jestem taka głupia ??? Jak mogłam sie zakochać w gnoju który chciał sobie poruchać idiotke, gówniare ??????????? Miał pewnie frajdę że rozdziewicza ;[ ! JAk mogę byc taka rozjebana ;((( ??? Mam dość życia, dość siebie.... Dlaczego wczoraj czulam sie wspaniale a dzisiaj nie wyrabiam, mam ochotę rozwalić swój łeb o ścianę, zabić się, chce mi sie wymiotować na myśl o seksie, chociaż nic sie nie stalo. Trochę poczytalam nic poza tym. wspomnienia ruszyly, mysli pobiegly za nimi i wyszedl gnoj za przeproszeniem ;(((.. Mam ochotę się najebać i naćpać, wciągnąć parę kressek i pójść przed siebie, uciec stąd ;((... Nienawidze tego domu, tego życia, siebie...
                          Jutro myśli się obrócą, wrócą na właściwe, tzn na posrane inaczej, tory i będę się zastanawiala co mi dzisiaj odj*bało ;((((. A przecież k*rwa czy ja w tej chwili kłamię ;(((( ??? Przeceiz mówię prawdę, przecież mam racje ;( ;( ;( to dlaczego jutro będe myslala inaczej ???
                          Możecie mnie sobie oceniać własnie do woli, i tak nikt mnie nie oceni gorzej niz ja sama.
                          Nie wiem cholera czego chce, ile razy mam pisac, to skąd ździwienie że raz chcę się zmieniać, walczyć, rozwijać, a potem mam wszystko w dupie, pierdole to, i tak sie przeciez nie uda!! NIE JEStEM NORMALNA !!!!! Nie wymagajcie tego ode mnie. Jestem popierdolona. Kurwię się, nie szanuję, wyrywam sobie włosy, miałam anę, obżerałam się, chlastałam, miałam p.s., kocham pić i to najlepiej w samotności, jak jest ćpanie to nie odmawiam, wiec k*rwa o co wam chodzi ;( ?????? JAk takie coś może w związki kurwa wchodzić ;( ;( ;( p;(??
                          Tylko T mnie kochał bo jest idiotą, zresztą na początku tez chcial sie tylko mną zabawić. I wszystkie związki jakie mialam to z cpunami, ludźmi z zawiasami, nigdy z kims normalnym. Normalnych od razu odrzucałam.
                          Nie wyrabiam juz ze sobą. Konsekwentnie się niszcze, nie kocham, i nie pozwalam by ktoś mogl mnie pokochac, zresztą wiem że to nie mozliwe, jak można kochac nie znając się, w takim razie jak mozna mmnie pokochać wiedząc o mnie to wszystko ??? KJuż zawsze będę sama. Najszczesliwsza bylam sprzedajac sie, wtedy mialam to na co zasluguje, dawalam to co umiem dać. Wiekszosc z nich szanowala mnie o niebo bardziej niż ci z którymi spotykalam się za darmo. Faceci to ch*je. Tylko łażą i sprawdzaja która łatwa i da dupy ( a jak daje to biorą!!!!! bo im wolno!!! i mają fun) a z którą można by coś stworzyć bo sie szanuje. Jebane k*tasy, śmiecie. Nienawidzę was. Kiedyś któregos zabije i oberwie mu się za wszystkich. Odnośnie pogardy to kiedy on walił mną o ziemię, kiedy pluł na mnie ;(( , dusil, szarpał, bil itd czulam ze wreszcie ktos traktuje mnie tak jak na to zasługuję ;( !!!!! Nikt mi kurwa nie chcial pomóc ;( ;( ;( ;( ;(. Kurwa jak mi źle ;(, zaraz mi łeb rozsadzi ;( ;( ( ;(.
                          • 3bsp Re: czita 01.02.12, 10:03
                            czita88 napisała:

                            > Jebie mnie totalnie, nie mam już siły ;(((.

                            Proszę Cię Czita wróć na brzeg Rubikonu. Usiądź i pomyśl, że Bóg stworzył Cię jako istotę doskonałą na wzór i podobieństwo swoje.
                            To Ciebie od dziecka deprawowano poprzez wymyślne praktyki wychowawcze począwszy od rodziny poprzez szkołę a na chorym społeczeństwie skończywszy.
                            NIE JESTEŚ TEMU WINNA CO SIĘ Z TOBA STAŁO. Ty tylko NIEŚWIADOMIE na miarę swej wiedzy o otaczającym cię świecie, zaakceptowałaś ten stan, a równia pochyła, to jedynie konsekwencja tych praktyk. Nie jesteś osobą złą ale pogubioną. W głębi duszy jesteś naprawdę dobra.
                            Niech znajdzie się choć jedna osoba, która w takich okolicznościach byłaby święta.
                            Zbyt łatwo oceniamy, zbyt trudno jest nam zrozumieć drugiego człowieka. Niestety, bywa, że mnie też to dotyczy jako, że jestem zwykłym człowiekiem.
                            Czita, zamknij oczy i pomyśl o drugim brzegu rzeki, gdzie stoisz całkiem spokojna i pogodzona ze sobą. Dla samego tego warto, bo dostałaś największy skarb – Twoje życie.

                          • neon.ki Re: spaprany i extranova : 01.02.12, 11:11
                            łaał, ze sposobu pisania wnioskuję, że masz niezłą jazdę w głowie teraz. gdy sobie przypominam podobne w moim wydaniu, to aż mnie ciarki biorą. chyba rozumiem co masz na myśli pisząc o tej inkwizycji ;)

                            spaprany, ja się tak zastanawiam, naprawdę uważasz, że:

                            "Najbliższego człowieka nie da się brać z półki, jak jest potrzebny i odstawiać, jak jego obecność przeszkadza, bo to szczyt egoizmu i niedojrzałości ubrany w zgrabną pelerynkę z napisem "bpd" na plecach."

                            to, co np w ameryce (niby kraj lepiej rozwinięty to i się bardziej znają) uważane jest za "severe mental illnes" to po prostu kwestia decyzji typu "dzisiaj się zabawię inną zabawką bo jestem niedojrzałym dupkiem z wyboru"? gówno miałam, nie wybór (za dziecka), więc owszem, jestem ukształtowana na skrajną egoistkę i niedojrzałą na dodatek i z tego punktu, z tego położenia zaczynam pracę na sobą, zaczynam decydować co wolę, miłość, czy świat bez miłości. ale wierz mi. wierz mi, to nie jest tak, że: od dzisiaj będę już dojrzała i skłonna do poświęceń, szczerych w dodatku. a jak nie wyjdzie, to dyscyplina, linijką po łapach, zły pies i wracam na drogę chwały. bullshit.

                            wybór. brzmi tak pięknie. synonim wolności. zaraz się zachłysnę z wrażenia.

                            to jest kurwa przykre, bo to trochę tak jak w przypadku ludzi, którzy czują, że są obserwowani przez ufo przez kamery ukryte w lampce etc. można oczekiwać, że przestaną wydziwiać, bo to niedorzeczne, ale dla nich to PRAWDZIWE. do póki się nie wyleczą ze stanu chorobowego, tak to będzie. i żadne perswazje.

                            można zapanować nad huśtawkami, nad uciekaniem i zlewaniem się blablabla ale ale ale ale nie w taki sposób jak tobie spaprany się wydaje, że się da.

                            tu gdzieś padło, że akceptacja dla wad jest taka ważna. to super, bo od tego już tylko krok do odstąpienia od walki ze sobą czyli próby płynięcia pod prąd na rzecz płynięcia z nurtem (i nie, nie mam na myśli pozwalania, by nurt robił z nami co jemu się zechce). to dla mnie bardzo cenne spostrzeżenie.
                            • spaprany Re: spaprany i extranova : 03.02.12, 21:33
                              "gówno miałam,
                              > nie wybór (za dziecka), więc owszem, jestem ukształtowana na skrajną egoistkę i
                              > niedojrzałą na dodatek i z tego punktu, z tego położenia zaczynam pracę na sob
                              > ą, zaczynam decydować co wolę, miłość, czy świat bez miłości. ale wierz mi. wie
                              > rz mi, to nie jest tak, że: od dzisiaj będę już dojrzała i skłonna do poświęceń
                              > , szczerych w dodatku. a jak nie wyjdzie, to dyscyplina, linijką po łapach, zły
                              > pies i wracam na drogę chwały. bullshit. "

                              Posłuchaj, powiem Ci tak. Moja kobieta nie pomogła mi nawet w 1% zrozumieć, co się z nią dzieje. "Była ze mną" kilka ładnych miesięcy, dla mnie zostawiła faceta. Tygodniami tłumaczyła mi, że dla niej jeszcze widocznie za wcześnie, że chciałaby mnie prosić, żebym dał jej czas itd. Zdążyła odejśc, wrócić z płaczem, potem porobiło się to samo - wszyscy wiemy, o co chodzi. Coś zaczęło mi się nie zgadzać, sam dotarłem do tego, co mniej-więcej się może dziać. Pogadałem, znowu łzy, wyznania, że sobie nie radzi ze sobą, że rani najbliższych, żeby odeszli, że ogromny lęk, że raz wielkie uczucie, raz pustka, rany na rękach, przepłakane noce. Mieliśmy zaledwie chwile szczęścia, reszta to niepewność, ból i jej paniczne ucieczki od wszystkiego, co chociaż w zarysie przypominało normalny związek. Zostałem pomimo i trwam pomimo. Pomimo tego, że nie raz słyszałem "proszę cię, znajdź sobie normalną dziewczynę..." albo "to bez sensu, za bardzo się ranimy, za dużo nas to kosztuje". Ja wiem i liczę się z tym, że nic się nie dzieje "od teraz", ale... Widzisz, moja kobieta w świadomości, że z lęku rozpieprza związek - wciąż to robi, z coraz większą siłą. Już prawie nie ma czego zbierać. Gadałem z nią o tym nie raz. Ja jej, na Boga, nie dyscyplinuję, nie szantażuję, nie straszę, ale nie mogę tygodniami trwać w sytuacji, w której setki razy wybiera neutralne towarzystwo i ucieka we wszystko - w imprezę, w pracę, w sen, żeby tylko uniknąć spotkania. A jak ryzyko tego spotkania minie, bo ja nie mam czasu - wydzwania, pisze i tęskni.
                              To się zwyczajnie kończy i ona o tym wie. Wie, że będzie lament z obu stron, jak się rozjebie, ale nie jest w stanie się zmusić do niczego, kompletny bezwład. Nie panuje nad niczym i nawet nie próbuje, rozumiesz? Woli gawędzić, że "widocznie do siebie nie pasujemy" i dowodzić w zupełnie bzdurny sposób, dlaczego tak jest. Ja mogę akceptować i wspierać, jestem przy niej i z nią, z jej problemem cały czas. Zaoferowałem jej wszystko, co mogłem - zrozumienie, wsparcie, cierpliwość, przyjaźń. Problem w tym, że zbliżyliśmy się do siebie tak bardzo, że ona już nie jest w stanie się ze mną normalnie spotkać, a ja nie jestem w stanie widywać się raz na miesiąc i udawać, że mam luz. To jest sytuacja nie do wygrania, bo już nic nie zależy ani ode mnie, ani od niej. Ona tygodniami "zastanawia się" nad psychologiem, a ja kurwa sobie patrzę, jak nasza wielka miłość dzień po dniu umiera.
        • spaprany Re: Poszłam głęboko... 29.01.12, 12:24
          " Traktujesz problem dosyć analitycznie, ten post powyżej jest chyba jednym z nie
          > licznych gdzie jednak dochodzą do głosu Twoje uczucia i swego rodzaju bunt wobe
          > c tego co się miedzy Wami dzieje."

          Pisałem tu już o tym: owszem, traktuję problem analitycznie, bo inaczej się nie da. Racjonalizacja to jedyne narządko do walki z nieokiełznaną emocjonalnością. Jestem dość wrażliwy i emocjonalny. Zresztą przecież tylko takie jednostki brną w relację z bp (o ile ona to akurat bp!!). Chory nie jestem i nie będę, właśnie dlatego, że mam świadomość, której się kurczowo trzymam, racjonalizuję. Odpiąłem jakiś czas temu poczucie swojej wartości od tej relacji, bo to jest jedyna droga, żeby nie zwariować. Dużo czytam, dużo myślę i mam sukcesy.

          "Albo walczysz ze sobą albo z tym kimś kogo kochasz i obsesyjnie chcesz jednak n
          > awrócić na dobrą stronę mocy. To tylko kwestia tego nad kim masz większą władzę
          > . Albo raczej, kto nad Tobą..."

          Właśnie. Z dwojga złego wolę walczyć ze sobą. Na siebie mam dużo większy wpływ. Na nią wbrew pozorom też jakiś mam. Potrafię z nią rozmawiać, ale chyba za często pełnię rolę kata - nie milczę o problemie. Za każdym razem, jak przegrywa ze swoimi emocjami i niszczy nas, bezlitośnie, ale na chłodno to punktuję. Pokazuję palcem, jak dziecku. Nie głaszczę, bo nieszczęśliwa i niczemu nie winna, w życiu nie przepraszam za nie moje błędy. "Nie radzisz sobie - lekarz!". To jedyne, co mogę powiedzieć. Nie chce mi się patrzeć, jak się postać pogrąża i próbuje mnie ciągnąć za rączkę w swój dół, ja w to dalej nie wchodzę. Nie mam mocy, żeby wyciągnąć ją, ale mam, żeby nie dać się wciągać samemu.

          Ważne słówko, "obsesyjnie". Myślę, że każdy, kto żywi uczucie wobec bp nie jest wolny od swego rodzaju obsesji. Ja jestem na tym szczęśliwym etapie świadomości, że gówno mogę. Oboje jesteśmy ofiarami jej problemu, bo to nie jest tak, że tylko mi jest niewygodnie. Widzę te wszystkie pieprzone mechanizmy jak na dłoni. Widzę sinusoidę, za każdym razem jak rośnie w niej uczucie, a zaraz za nim idzie patologiczna zazdrość o wszystkie kobiety świata. Wiem, że za moment będą gadki, które mają wzbudzić jeszcze większą zazdrość we mnie. Jeżeli się uda - jest źle, przegrałem. Jeżeli się nie uda - jedziemy dalej, oręż nr 2: "chyba jednak chcę być sama...". "proszę cię, nie mów tak, nie ochodź!" - błąd. To bądź. Patrzę, kiedy idealizacja zamienia się w dewaluację. Sam nie wiem ile razy mówiłem coś bez znaczenia i kończąc orientowałem się, że za moment ta nic nie znacząca głupota ożyje w jej głowie własnym życiem i będzie powodem kilkudniowej lipy. Ona potrafi w ciągu kilku sekund przewartościować na swoje potrzeby wszystko, każdy mój ruch, dlatego najlepszą i jedyną formą reakcji na całe milion sytuacji jest kompletny brak reakcji. Są momenty, w których każdy pieprzony ruch jest zły i wtedy trzeba po prostu stanąć i poczekać.

          Władzę w związku ma ten, komu mniej zależy, to oczywiste. Zrobiłem dla siebie jedno: zdałem sobie sprawę z tego, że na niej świat się nie kończy i zająłem się swoim życiem. Wysłałem szereg ostrzeżeń, rezygnuję z dalszych rozmów, bo nic kompletnie nie dają. Poza tym, że wprowadzają ją w koszmarny nastrój, kończą się koszmarnym płaczem. Nie wydaje mi się, żeby uświadamianie jej co dwa dni problemu było celowe - po tych wszystkich rozmowach ona doskonale o wszystkim wie.

          Wolność to cudowne uczucie. Wspaniale jest móc pomyśleć, że ona będzie albo jej nie będzie, ale ja ze sobą będę i świat się nie skończy. Wiem, że ona wymaga ode mnie takiego myślenia, musi o tym wiedzieć. Z dnia na dzień żegnam się z uzależnieniem i obsesyjnym kochaniem za nic, bo to nikomu nie służy. Kto jest komu tak naprawdę bardziej potrzebny? Ja jestem dość zdrowy, radzę sobie ze sobą. Ona nie bardzo. Ja zaoferowałem jej coś, czego dłuuuugo nie dostanie od żadnego faceta, może nawet nigdy. Zrozumienie i wsparcie. Nauczyłem się rozpoznawać motywy jej najbardziej irracjonalnych ruchów, widzieć jej miłość nawet w nienawiści, deszyfrować te wszystkie pogięte komunikaty. Zrobiłem przez te miesiące kawał dobrej roboty, dla niej i dla nas. Albo to doceni - albo straci i dołączy do grona (bardzo przepraszam) zaburzonych, samotnych do fizycznego bólu płaczków - "miałam cudownego faceta, kocham go do tej pory, ale wszystko zniszczyłam...chlip...". Są sprawy, dla których warto zrobić dużo. Znam wiele historii osób, które dla miłości były w stanie podjąć wieloletnią terapię. Ona ma świadomość problemu. Jeżeli nie zdobędzie się nawet na pierwszą wizytę diagnostyczną - albo potrzebuje końca, żeby przejrzeć na oczy, albo się pomyliłem i to nie jest ta miłość.
      • czita88 Re: Poszłam głęboko... 25.01.12, 16:13
        Wiesz, mi się wydaje, że z nami jest tak, że odrzucamy partnera, wtedy gdy nie spełnia naszych oczekiwań. Nie zachowuje się tak, jak sobie wyobrażaliśmy, że się zachowa. Gdy nas negatywnie zaskakuje. Nie akceptujemy, nie kochamy ludzi takimi jacy są (i przede wszystkim jacy mogą być!) tylko własne ich wyobrażenia... Dlatego na początku jest słodko i ekscytująco... Bo jest bliskość, namiętność a zerowa wiedza o sobie nawzajem... PRzybywa jej stopniowo, co cholernie wciąga, okazuje się że partner też wiele przeżył, też ma słabości, też cierpiał, też jest samotny i nas pragnie... I wyobraźnia pracuje... Na najwyższych obrotach... A potem wizje i oczekiwania zderzają się z rzeczywistością... I się wycofuje, ucieka... Boli... To nie to, pomyliłam się... Zapędziłam się z tymi uczuciami, po cholerę mi to było ??? Czasem furia... Normalnym ludziom nie przechodzi z powodu paru słów czy jednego wieczoru, więc "biegną" za nami, dobijają się, dzwonią, chcą wyjaśnień... I wtedy są (jak piszesz) niechcianymi natrętami... Przyzwyczajają nas do tego, ten mechanizm staje się przewidywalny... Gdy kiedyś nie pobiegną, nie będą chcieli nas ukoić itp. to jest szok, jest ból... Poza tym nie dość, że nie spełniają oczekiwań (co chyba nie jest możliwe) to jeszcze wydają się słabi, dają sobą pomiatać. Tolerują nasze chamstwo, pogardę, lekceważenie, chore jazdy, pociski, obojętność... Przez co tracą w naszych oczach... Można by o tym pisać i pisać... O naszych relacjach z innymi... Porównywać... I tak to nie pomoże :( ... Ja się chyba zaczynam z tym godzić.
        Aha, nie mam zamiaru wzbudzać w was "żalu" itp., tłumaczyć bpd. To gówno, tacy ludzie to poronieni chamscy egoiści użalający się nad sobą i rozwalający sobie życie na własne życzenie. Dla tego nie ma wytłumaczenia.

        Spaprany pisz może co jakiś czas, jak to się rozwinęło ... czy skończyło :(.

        " Nie umiem udawać szczęścia przy niej, a to pow
        > inienem robić. Powinno mnie być dwóch - jeden czuły, najbliższy, wspierający, d
        > rugi - olewający, porzucający, niechętny i obcy."

        Wiesz, ona chyba jest podświadomie przyzwyczajona do tego drugiego, tylko takiego zna - dlatego takiego pragnie. Gdy ją w środku "rozpierdala" (w czasie kryzysu, konfliktu...) to jest pewna, że taki jesteś. Tego pierwszego potrzebuje, koi jej ból i potrzebę bliskości, ale nie jest dla niej wiarygodny. Nie wierzy, że może taki być. Robi wszystko by z owczej skóry wylazł jebany wilk. Nigdy nie zaufa temu pierwszemu.
        • spaprany Re: Poszłam głęboko... 29.01.12, 14:11
          "> Wiesz, mi się wydaje, że z nami jest tak, że odrzucamy partnera, wtedy gdy nie
          > spełnia naszych oczekiwań. Nie zachowuje się tak, jak sobie wyobrażaliśmy, że s
          > ię zachowa. Gdy nas negatywnie zaskakuje. Nie akceptujemy, nie kochamy ludzi ta
          > kimi jacy są (i przede wszystkim jacy mogą być!) tylko własne ich wyobrażenia.."

          To prawda. Bliski związek pełni rolę lustra, w którym odbija się cała Wasza mroczna strona. Przez projekcję pięknie przerzucacie na nas swoje wady tylko po to, żeby nas znielubić - tak jak nie lubicie samych siebie. Odwracacie swoją uwagę od swojej słabości wkładając mnóstwo energii w proces dowodowy mający udowodnić, że my jesteśmy słabsi, z tego czerpiecie chorą pseudo-siłę. Nieustanne porównanie, z którego nie możemy wyjść z twarzą, konkurencja, w której nie możemy wygrać. Sytuacja bez wyjścia. Potrzebny Wam silny partner, ale taki też jest do dupy, bo ciężko mu wcisnąć, że jest słaby. Czasami mam wrażenie, jakby moja kobieta nienawidziła mnie za umiejętność zdrowego kochania...

          "> Wiesz, ona chyba jest podświadomie przyzwyczajona do tego drugiego, tylko takie
          > go zna - dlatego takiego pragnie. Gdy ją w środku "rozpierdala" (w czasie kryzy
          > su, konfliktu...) to jest pewna, że taki jesteś. Tego pierwszego potrzebuje, ko
          > i jej ból i potrzebę bliskości, ale nie jest dla niej wiarygodny. Nie wierzy, ż
          > e może taki być. Robi wszystko by z owczej skóry wylazł jebany wilk. Nigdy nie
          > zaufa temu pierwszemu."

          ...albo tak, jak piszesz - nie wierzy w szczerość mojego uczucia i zdrowe intencje, bo zna taką miłość, jaką sama czuje - niestabilną, zmienną, niepewną, zbyt wymagającą. Widzisz, ja nie wiem, skąd to się w niej wzięło. Pochodzi ze zdrowej, "normalnej" rodziny, z jednym ale. Rodzice mieli i wciąż mają na nią za duży wpływ, pomimo dojrzałego wieku wisi na pępowinie. Nadopiekuńczość, rodzice nie pozwolili jej dorosnąć. Mi się wydaje, że dlatego jej miłość kojarzy się z ubezwłasnowolnieniem i ograniczeniem, chorą zależnością. Z jednej strony panicznie od niej ucieka, z drugiej - tylko takie oblicze miłości zna. Coś jakby jedyna miłość, jaką sobie potrafi wyobrazić to na pozór idealna, w rzeczywistości dla dorosłej jednostki krzywdząca miłość rodzica, który zdejmuje całą odpowiedzialność, nie wymaga, wszystko wybacza. Takiej miłości się po mnie spodziewa, prowokuje mnie do takiej miłości, ale kiedy prowokacja się uda - okazuje się, że jednak nie tego potrzebuje. Jak nie wymagam i toleruję - traci szacunek, jak wymagam - tupie nogą i histeryzuje jak gówniarz. Zapieprza jak chomik w kółku. Z jednej strony skarży się, że za dużo emocji ją kosztuje ta relacja, z drugiej - te chorych rozmiarów emocje powstają w niej same i są tym, co utrzymuje system. To jest błędne koło. Jeżeli nawet spełniam oczekiwania - jest źle, bo to z automatu generuje porównanie i świadomość tego, że ona nie jest w stanie spełnić moich -> jest gorsza -> jest niewarta -> ale to nie może być prawda -> trzeba sobie i mi udowodnić, że to jednak ze mną jest coś nie tak -> dewaluacja. Mam wrażenie, że jestem używany jako katalizator stanów ducha, ona przerzuca na mnie odpowiedzialność za całe zło, które się w niej dzieje. Cierpi na swoją chorobę uczucia, a że uczucie jest do mnie - ja ponoszę winę, na mnie się ogniskują wszystkie emocje. Jak dziecko, które przez swoje gapiostwo uderza się o szafkę i kopie tą kurewską szafkę, bo głupia szafka.

          Jak się rozwinęło? Pff... Jak się może rozwinąć? Przecież to jest wieczna huśtawka. Wczoraj była idealizacja i tęsknota, dzisiaj od pierwszego słowa jestem "denerwujący". Dziewczę spędziło bardzo miły wieczór w towarzystwie, ma zapełniony czas rozrywkami, dobry weekend, ja na razie jestem niepotrzebny. Zredukowany do roli wyrzutu sumienia i niewygodnej świadomości. To się zmieni lada dzień, a potem znowu się zmieni. Za kilka dni będzie nieszczęście, samotność, nieme wołanie o pomoc i ratunek. A co ja mogę?
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka