Dodaj do ulubionych

Czy i jak wspieracie byłych partnerów po ucieczce?

19.06.12, 12:39
Pytanie jest skierowane oczywiście do osób z BPD (gdyż o gotowość do wsparcia z drugiej strony raczej pytać nie trzeba...). Czy cokolwiek robicie (a jeżeli tak to co) aby Wasz były partner - zdeptany, odrzucony w ogniu setek zarzutów, oskarżeń i poniżeń - mógł się z tego podnieść? W jaki sposób naprawiacie niezasłużone zło - aby pozwolić mu już nie cierpieć, odzyskać zdeptaną wiarę w siebie (jaką wcześniej miał) i iść dalej przez życie. Jak pomagacie gdy wpadnie w depresję typu PTSD albo np zacznie wszystko co zbudował w swoim życiu niszczyć...? Czy wolicie mieć byłego partnera załamanego, zdeptanego ale "zawsze w odwodzie" i POD KONTROLĄ (?) czy wolicie wesprzeć go jak przyjaciele aby mógł się otrząsnąć, podnieść i zbudować swe życie z kim innym...(?) :)
Obserwuj wątek
    • spaprany Re: Czy i jak wspieracie byłych partnerów po ucie 19.06.12, 13:49
      ja jestem z drugiej strony barykady, ale nie wiem, jakoś odbieram to jako prowokację...

      nie ma czegoś takiego, jak "wspieranie partnera po ucieczce", ani wśród zdrowych, ani wśród chorych. Dostateczne, jedyne i niełatwe wsparcie to zniknąć z czyjegoś życia, dać wolność, po prostu podziękować i odejść, zająć się własnym życiem.
      Jakiej pomocy się spodziewasz? Chcesz, żeby jak nad biednym kotkiem? Oczekujesz jakiejś satysfakcji?

      Nie wiem, czy i do czego Ci potrzebne wielkie słowa, "przyznawanie się do winy", bicie w piersi, świadomość pożogi i miliona błędów. Pamiętaj, że nikt nie ponosi winy za Twoje krzywdy, bo każdemu można zrobić krzywdę tylko i wyłącznie wtedy, kiedy sobie na to pozwoli. Ktoś, kto wychodzi ze związku ze "zdeptaną wiarą w siebie" - miał tę wiarę opartą na niewłaściwych fundamentach, też miał jakieś obciążenia i usterki, które doprowadziły do trwania w chorej relacji i w konsekwencji do utraty tej wiary.

      Każdy, każdziutki układ dwojga bliskich osób jest po prostu funkcjonalny. Skoro taka relacja trwała - to znaczy, że obie strony jakieś korzyści z niej wynosiły. Każdy ma taki związek, na jaki sobie zasłuży i tu nie chodzi o świadome zasługi.
      Czasami z takiej toksycznej relacji można wynieść coś bezcennego - świadomość swoich problemów, o które się siebie nawet nie podejrzewało. Wystarczy się skupić na sobie i przestać się marszczyć nad "zaburzonym partnerem".

      "Nie kupuję psa, który na mnie szczeka" - i basta, nic prostszego :)

      Bliska relacja tam, gdzie jest lęk przed bliskością to brzeszczot obosieczny - ofiary są po obu stronach. Bpd bliskość i rozpierdol też kosztuje, nie martw się o to. Też płaci w sobie za wszystko, co robi ze sobą, z Tobą, z dzieckiem. To nie jest tak, że Ty cierpisz a ona się cieszy, że Ci niszczy.

      Ja rozumiem ogrom żalu i bólu, ale po co? Międlenie w głowie to kontynuacja krzywdy, ci, którzy rozpamiętują wciąż tkwią w krzywdzie, tyle że teraz robią sobie tę krzywdę samemu. A może tak popatrzeć w siebie? Skupić się NA SOBIE? Zdumiewa mnie, jak to niektórzy rozumieją, znają mechanizmy, skalę problemu i jego kształty, ale w rzeczywistości nie umieją stanąć z drugiej strony albo chociaż wyjść chociaż na trochę z siebie i spojrzeć na sytuację bez tego bezkresnego żalu, bez zarzutów. Wiem, wygodniej skupiać się na wielkich krzywdach i robić z siebie ofiarę czyjegoś zaburzenia. Znacznie trudniej zapytać siebie "dlaczego MI się to przytrafiło? dlaczego sobie na to pozwoliłem?". A już najtrudniej znaleźć na to pytanie odpowiedź.

      Ale może to jest klucz do odzyskania wszystkiego, co się straciło a może nawet zyskania nowych wartości dodanych? Droga do budowy trwałego szczęścia, trwałej samoświadomości, silniejszego poczucia własnej wartości, opartego na solidnych fundamentach? Taka droga do rewolucji W SOBIE, która pozwoli przeżyć resztę życia lepiej :)
      • ykrastek Re: Czy i jak wspieracie byłych partnerów po ucie 19.06.12, 14:09
        Zgadzam się spaprany z Tobą w bardzo wielu wypowiedziach. Szacun! Teraz jednak kompletnie sie z Tobą nie zgadzam. Nie przeżyłeś jeszcze tego i może nie wiesz do końca o czym ja piszę... To o czym piszesz to oczywistość nad oczywistościami ale nie po długim związku z bordem, w którym to ty zostałeś nagle pozostawiony sam sam sobie nagle w takim momencie, który najbardziej zaboli... Nie wiesz jeszcze jak to wygląda gdyż na razie sobie radzisz, nie masz bliższego związku ani dziecka (jest bezpieczny dystans) i zero planów "zbliżenia" w przyszłości Bordy chyba lepiej tu czują o czym ja piszę tym razem...;))
    • cierpieniamlodegobordera Re: Czy i jak wspieracie byłych partnerów po ucie 19.06.12, 13:54
      Kiedy zobaczyłam niepokojące symptomy starałam się namówić partnera na indywidualną terapię lub grupową z osobami, które wiedzą czym jest życie z osobami z borderline.

      Myślę, że partnerzy borderów czują się dobrze wtedy, kiedy widzą, że border poświęca się terapii .
      • ykrastek Re: Czy i jak wspieracie byłych partnerów po ucie 19.06.12, 14:14
        Cierpieniemlodegobordera : brawo! ;) O to tu chodzi...! On musi zrozumieć bardzo wiele... Ale pamiętaj, że pewnych słów oczekuje być może przede wszystkim od Ciebie : nie po to aby z Tobą być lecz aby uwolnić się szybciej od Ciebie i od swego uzależnienia...
        • cierpieniamlodegobordera Re: Czy i jak wspieracie byłych partnerów po ucie 19.06.12, 15:14
          Naprawdę myślisz, że mój partner nie mógł się ode mnie oderwać? Ciekawa teoria. Spędzaliśmy dużo czasu osobno, dawaliśmy sobie przestrzeń. Być może w moim związku było inaczej, ponieważ były partner cierpi na inne uzależnienia? :-)
          • ykrastek Re: Czy i jak wspieracie byłych partnerów po ucie 20.06.12, 08:58
            Ok, pewnie masz rację. Za bardzo myślę tu schematami na temat BPD. Na ogół jest tak : jeśli bord nie zostanie sam porzucony, a obawia sie tego, albo z drugiej strony nie wytrzymuje obaw przed nadmierną bliskością : wtedy ucieka. Robi to tak aby zdjąć z siebie jakąkolwiek odpowiedzialność czy podejrzenie, że ucieka z przyczyn leżących po jego stronie. Choćby partner przeżył wówczas szok : bord na ogół nie pomaga lecz sugeruje : "zobacz co się z tobą dzieje, sam jesteś sobie winny" (tzw. samospełniające się proroctwo borda). Taki jest najczęstszy schemat. Ale wiadomo, że wszystko zależy od tego jaki to był związek, jak bliski i jak długo trwał...:)
    • brz_a_sk Re: Czy i jak wspieracie byłych partnerów po ucie 22.06.12, 16:49
      wiem, że są bordy odpowiedzialne
      nie wiem czy potrafią uwolnić partnera
      wiem, że potrafią uwolnić człowieka
      wiem, że cierpią krzywdząc
      wiem
      znam bordy od dobrej strony
      i pozostaję po tej stronie z olbrzymim szacunkiem do nich
      • ykrastek Re: Czy i jak wspieracie byłych partnerów po ucie 22.06.12, 18:08
        Ja także znam bordy z tej lepszej strony. Są niesamowicie fajnymi i ciekawymi ludźmi pod wieloma względami...;) Dlatego z nimi bylismy, chcielismy być i dlatego mają też "branie" u innych....;) Stąd też potem taki szok i niedowierzanie gdy otrzymuje się nagle "cios prosto w szczękę", lądując od razu w szambie, ale nie widząc borda, który byłby gotów podać ci rękę i wyciągnąć cię stamtąd gdzie zostałeś wpakowany... To, że bordy są ciekawe, fajne i uwodzicielskie ich jednak nie usprawiedliwia. Nie zwalnia ich od odpowiedzialności...
        • blurip Re: Czy i jak wspieracie byłych partnerów po ucie 23.06.12, 20:52
          Jestem osobą która ma borderline i z wielką chęcią Ci odpowiem :)
          Prawda jest taka, że zaraz po ucieczce nie ma czegoś takiego jak 'wspieranie', najlepsze co można zrobić to uwolnić się od siebie nawzajem i przejść przez okres rekonwalescencji. Dla osób z borderline jest to okres który trwa zdecydowanie dłużej, zwłaszcza jeśli to one zostały porzucone, w większości przypadków też na własne życzenie. Sensowna i prawdziwa relacja ma miejsce później, jeśli naprawdę komuś zależy - jest to moment w którym zaczynamy budować to co zostało zniszczone. Muszę Cię uprzedzić że dla osób, które nie są i nie były w psychoterapii nie jest to możliwe; nie są one w stanie skonfrontować się ze swoimi uczuciami i tym, co zrobiły drugiej osobie, cały czas czują się jak ofiary i pozostają w tym schemacie. Nie tyle chodzi o to, że one tego nie chcą, co nie są w stanie zobaczyć siebie w roli oprawcy.

          My też płacimy za to swoją cenę, często większą niż porzucone osoby. To my jesteśmy tymi, którzy muszą zmagać się z tym całe życie i faktycznie, tylko w naszych rękach leży to, aby cokolwiek zmienić.
          Ale uwierz mi, to nie jest tak że nie żałujemy. Ja dopiero niedawno zebrałam się na odwagę aby przeprosić swojego pierwszego chłopaka którego wykończyłam psychicznie w rok, ale wiesz co? Był mną tak zmęczony, że jego kolejny związek okazał się tym szczęśliwym, teraz są zaręczeni i jak sam on twierdzi, nie ma mi niczego za złe bo dzięki temu co przeżył, może być teraz szczęśliwy.
          Uczmy się z tego co nas spotyka :)
          Inna historia przytrafiła mi się z chłopakiem, którego raniłam potwornie, ale czułam się przez to autentycznie koszmarnie. Mimo że było to nieziemsko trudne, to przepraszałam go za każdym razem (w końcu musiał nadejść ten dzień że mnie porzuci). On nie wytrzymał jednak długo i szybko się ewakuował. Nie było to miłe doświadczenie, ponieważ ja przecierpiałam swoje a on wolał mieć mnie 'na sznurku', cały czas utrzymywał ze mną kontakt, flirtował, aż w końcu kiedy zapomniał to ja wpadłam w okropny dołek i musiałam przechodzić wszystko od nowa. Nie uniosłam się jednak dumą, poprosiłam o pomoc, którą uzyskałam. Fakt faktem, wykorzystał on tą okazję aby dopieprzyć mi za wszystko co zrobiłam i udowadniał na każdym kroku jak to on cudownie sobie ze wszystkim radzi i jak wszystko cudownie się układa w jego życiu, kiedy ja cierpiałam na depresję.
          Myślę, że on sam ma ze sobą problem. Może i nie byłam idealna, często bywałam impulsywna i raniłam go, ale przepraszałam za wszystko i mimo ogromnego bólu, zaakceptowałam decyzję o nie spotykaniu się z nim więcej. Szkoda że to 'przeciąganie liny' doprowadziło mnie do totalnego upadku psychicznego, a on skorzystał z okazji żeby mi przy tym jeszcze dokopać, no ale cóż, nie wybrałam go bez powodu ;)

          Konkluzja jest jedna - albo my ranimy, albo jesteśmy ranieni. Jak w życiu. Każdy jest odpowiedzialny za siebie i za to, jakie podejmuje decyzje. Nie zawsze jest to uczciwe, zdaję sobie sprawę z tego, że inni nie zasługują na to żeby ich ranić i uwierz mi, czuję się z tym fatalnie. Ale to jest przeszłość, jedyne, co możemy zrobić, to wyciągnąć z tamtych doświadczeń wnioski i starać się bardziej w przyszłości.
          Dzisiaj, po 5 latach, jestem niezmiernie wdzięczna za wszystko co mój pierwszy chłopak dla mnie zrobił, życzę mu szczęścia i sprawia mi przyjemność to, że jest szczęśliwy z tamtą dziewczyną. Zachowałam naprawdę ciepłe uczucia w stosunku do niego, i mam nadzieję, że jak każdy z borderline znajdzie siłę i determinację w sobie samym aby wyzdrowieć i ruszyć do przodu, tak i skrzywdzone osoby potraktują to jako szansę na znalezienie 'usterek' w sobie samych i odnajdą siłę aby je naprawić.
          • astral_pan Re: Czy i jak wspieracie byłych partnerów po ucie 24.06.12, 11:16
            mega fajny post. dzięki.
          • czita88 Re: Czy i jak wspieracie byłych partnerów po ucie 24.06.12, 12:15
            Też się z Tobą zgadzam.
            Warto zauważyć, że nie chyba nie powinno się z miejsca byłego partnera bpd określać ofiarą, skrzywdzoną jednostką. Każdy bpd wchodzi w związki z kim innym, nie zawsze "trafia" na kogoś tak wrażliwego, mądrego i koachającego, jak byli bpd wypowiadający się tutaj.

            Doszłam do wniosku, że nigdy nie byłam w związku z osobą dojrzałą emocjonalnie, normalną, zdrową, z poukładanym życiem. Może prócz pierwszego chłopaka, z którym relacja była tak płaska, nudna i jałowa, że nic z niej nie pamiętam, a do konfliktów i dramatów nie dochodziło (skoro nie było uczuć).
            Też doświadczałam zranienia, bólu, patologii, miliona kłamstw, przemocy, lekceważenia, pomiatania, wykorzystywania, gróźb (oj tego najbardziej nienawidzę!!!!), szantaży, poniżania, ośmieszania. Tu nie chodzi o niewłaściwe słowo czy brak czułości.

            No i co. I myślę, wiem, że sama byłam temu winna. Trzeba było odejść lub nie wracać (setki razy) i potem zawsze żałować. Ale ja widzę, że dla mnie to paradoksalnie było korzystne. Tacy partnerzy. To było wygodne. Nasze jazdy nakręcały się wzajemnie. KAraliśmy się nawzajem. Miałam wytłumaczenie dla swoich patologii, grzechów, emocji, furii. Postrzeganie ich w sposób "czarne - białe" było usprawiedliwione, w końcu raz było dobrze, ciepło, zgodnie, a raz koszmarnie, nienormalnie, patologicznie !! Nienawidząc i kochając na zmianę takich kolesi nie czułam się nienormalna. Bardziej nienormalne było to, że ciągle z nimi byłam (i że oni byli ze mną), takie obustronne popierdolenie bardziej mnie do nich zbliżało. Te wszystkie gromadzone żale (fakty a nie urojenia) pozwalały łatwo przejść od idealizacji do dewaulacji gdy coś nie grało. Nigdy nie zapominałam (tak na dobre). Mój ból i brak szczęścia miały jakiś rzeczywisty powód, miałam kogo o to oskarżać. No i godzenie się... Przecudowna sprawa... Dzięki ciągłym konfliktom wciąż coś się działo, nie było monotonii. A jak przebrała się miarka, jak było już nie do zniesienia, jak przekroczyli pewną granicę, to zabierałam manatki i "uciekałam" jak to tu nazwano. Skutkiem tego to oni czuli się winni.

            Mój ból był usprawiedliwieniem dla zadawania im bólu lub raczej, do nieliczenia się z ich bólem, o! Pewnie, że po czasie widziałam swoją winę, mnóstwo win, w tym najdłuższym związku, z kimś, kto względnie najlepiej mnie traktował przez długi czas, pzepraszałam zawsze, ale co z tego, skoro potem robiłam to samo, nie umiałam inaczej. Ich błędy uniemożliwiały mi bycie dobrą partnerką. Moje - im.

            A najlepszym wsparciem po, wg mnie, jest pojechanie po bandzie tak ostro, by nie chciało mu się już nawet mną pomiatać. By miał mnie za nic. Skoro mi ułatwia odejście przekroczenie przez faceta granic (zabija uczucie), to jemu też powinno to ułatwić skreślenie mnie na dobre, utratę wszelkich nadziei, uznanie znajomości za największy błąd?? Pewnie głupio myślę, myslałam, ale dla mnie to było logiczne.

            Gdybym nie wchodziła w żadne relacje z facetami miałabym tak cholernie spokojne życie... Czyli puste? A może nie, może odnalazłabym się w jakiejś pasji (trochę zainteresowań mam) a tak wszystko spieprzylam dla powielania błędów i niewynoszenia z nich niczego? Dlaczego życie bez uczuć jest tak puste, a z nimi tak wyczerpujące ??
        • astral_pan Re: Czy i jak wspieracie byłych partnerów po ucie 24.06.12, 11:52
          Zastrzeżenie: poniższy post nie odnosi się do bordów bardzo, bardzo zaburzonych, zdradzających, donoszących na policję i co tam jeszcze. Odnosi się do bordów mniej zaburzonych lub po terapii, takich, które potrafią utrzymać stabilne relacje z ludźmi w ogóle, choć wciąż walczą z problemami w relacjach romantycznych.

          Myślę, że w kontaktach z bordem łatwo zacząć z siebie robić ofiarę, bo to bord jest osobą, która zachowuje się w sposób nieakceptowany w społeczeństwie, czyli dostarcza drugiej stronie w miarę obiektywnego argumentu.

          Niedawno rozstałam się z moim partnerem po 6 latach. Przez ostatnie 3 on pracował na potęgę, po kilkanaście godzin dziennie, a jak nie pracował, to uczył się do bardzo trudnych egzaminów. Nasze życie seksualne leżało i kwiczało, ale mimo to nie umieliśmy wziąć się w garść i spróbować go naprawić (choćby pójść do seksuologa). Mieliśmy duży problem z otwartością i akceptacją. On nie akceptował moich huśtawek nastrojów i nie był w stanie ich zrozumieć, a ja miałam problem z jego brakiem spontaniczności, nieumiejętnością dostrzeżenia pewnych problemów czy uwielbieniem dla utrzymywanego za wszelką cenę status quo. Do tego dochodziły nasze przeciwstawne temperamenty, ja - ekstrawertyczka, on - absolutny stoik i racjonalista. Jak dla mnie był to po prostu związek z problemami. W końcu zdecydowałam się wyprowadzić. I co? Wszystko jest moją winą. Bo to ja podjęłam decyzję, ja "zdradziłam jego uczucia", ja "stawiam warunki" i "atakuję" (to, że on też nawygadywał mi mnóstwo przykrych rzeczy, to już nie miało znaczenia). Nie mówię, że jestem kompletnie bez winy, nie potrafiłam dać partnerowi stabilności, zmieniałam zdanie co do naszej przyszłości i trudno było przewidzieć, jak się zachowam. Ale: sam proces rozstania trwał około 3 miesięcy, a mimo to były partner uważa, że było to rozstanie "brutalne" i nagłe. Poza tym odnoszę wrażenie, że przyjęło się traktować emocjonalność jako coś złego, więc mój pełen emocji głos był odbierany jako agresja, nawet wtedy, gdy miał po prostu wyrażać emocje. Moim zdaniem unikanie konfrontacji potrafi być równie niszczące jak nadmierne wchodzenie w konflikty. Ultra stoik pewnie nigdy nie zrozumie borda i za to niezrozumienie obrywa właśnie bord, choć z punktu widzenia jego i większości choleryków to zachowanie stoika jest nienormalne. Naprawdę warto czasem spróbować zrozumieć drugą stronę. Nie każdy dobrze radzi sobie z emocjami, nie każdy potrafi je konstruktywnie skanalizować. Samo podniesienie głosu (bez wyzwisk) jeszcze nie jest końcem świata i mam dość tego, że niektórzy tak je traktują. Mam dość tego, że nie pozwala mi się być człowiekiem emocjonalnym, czasem niepoukładanym, czasem neurotycznym. Ludzi takich jak ja jest naprawdę sporo, więc chyba lepiej ich zrozumieć zamiast ciągle krytykować ("jak ty agresywnie myjesz naczynia", "układasz takie niezorganizowane stosy talerzy"). Naprawdę nie nawołuję do kochania borda z wszystkimi jego przywarami, ale na pewnym poziomie fajnie jest zwyczajnie go zaakceptować.
      • prinzessin_salome Re: Czy i jak wspieracie byłych partnerów po ucie 24.06.12, 11:59
        > wiem, że są bordy odpowiedzialne

        ;))))))))) ???????

        Chyba żartujesz... Unikanie odpowiedzialności to jedna z głównych specjalności bordów... Nie wierzę, że o tym nie wiesz;)

        ...
        • astral_pan Re: Czy i jak wspieracie byłych partnerów po ucie 24.06.12, 12:01
          Niekoniecznie. Są bordy, które tak cierpią z powodu tego, że ranią innych, że biorą na siebie całą odpowiedzialność tego świata.
          • astral_pan Re: Czy i jak wspieracie byłych partnerów po ucie 24.06.12, 12:02
            Odpowiedzialność za grzechy i smutki tego świata, rzadziej za siebie.
          • smarhta Re: Czy i jak wspieracie byłych partnerów po ucie 16.07.12, 08:59
            astral_pan napisał(a):

            > Niekoniecznie. Są bordy, które tak cierpią z powodu tego, że ranią innych, że b
            > iorą na siebie całą odpowiedzialność tego świata.

            To nie jest odpowiedzialnosc, tylko poczucie winy i z odpowiedzialnoscia nie ma nic wspolnego.

            Poczucie winy: to wszystko przeze mnie, wiem, ze to przeze mnie, juz sie przyznalam, dajcie mi spokoj, zasluguje na kare, do niczego sie nie nadaje, moja wina, zawsze wszystko zawale... no przeciez juz sie przyznalam, ze to przeze mnie, czyli wzielam na siebie odpowiedzialnosc!

            Odpowiedzialnosc: wiem, ze ta moja decyzja jest moja decyzja a nie kogos innego i ze bedzie miala te wlasnie, okreslone skutki, moze tez miec takie i smakie skutki - licze sie z nimi i mimo to i/lub wlasnie dlatego tak wlasnie decyduje i nie bede sie potem wypierac ze te konsekwencje, nawet jesli wystapia nie tylko te pozadane, sa konsekwencjami wlasnie mojej decyzji.
    • brz_a_sk Re: Czy i jak wspieracie byłych partnerów po ucie 24.06.12, 12:26
      kochać by cierpieć
      co za przekleństwo
    • wolna_jak_ptakk Do Ykrastek 25.06.12, 19:00
      Ykrastek mam do Ciebie pytanie i prosze o szczerą odpowiedź. Czy gdyby nie dziecko byłbyś nią swoją żoną z BPD?
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka