spaprany
12.11.14, 20:12
Dzień dobry! No tu to ja nie byłem od miesięcy :) Teraz zajrzałem, bo sobie przypomniałem o bordach, a potem o forum.
Kiedyś byłem dokładnie takim anonimowym_79 :) Nawet w podobnym wieku jesteśmy, o ile dobrze deszyfruję. Tymczasem mija jakoś 2,5 roku, od kiedy definitywnie zerwałem kontakt. Zaczepiała mnie jeszcze przez rok od tamtej pory. Taaak, przeżyłem to wszystko, taaaak, miałem papę ze łba, owszem, miałem rozstania, powroty, jej byłego na horyzoncie, jej obietnice i próby leczenia, wszystko miałem. Teraz to jak przez mgłę pamiętam, chociaż to był prawdziwy koszmar. Obejrzałem wiele horrorów od tamtej pory i wszystkie w porównaniu to jak śmieszne kreskówki dla dzieci. Potraciłem wszystko, łącznie ze zdolnością do zarabiania na życie, myślę, że byłem o krok od klinicznej depresji - byłem rozp..dolony do imentu. No, nie miałem "myśli es", ale ja to zawsze bardzo chciałem żyć, podoba mi się tutaj. Mój "związek" też trwał ponad rok. Po tym, jak zdecydowałem się zwiać, przez wiele miesięcy byłem niezdolny do podstawowego ogarniania własnej kuwety - miałem osobowość w kawałkach. A o związku z kobietą nawet nie miałem co myśleć, bo nawet do samego siebie nie miałem za grosz zaufania.
Powoli uczyłem się od nowa wszystkiego, jak dziecko: poprawnie zbierać sygnały od ludzi, zarabiać, cieszyć się drobiazgami i żyć swoim życiem, a nie wiecznym problemem. Uczyłem się przechwytywać odpowiedzialność za moje stany ducha, które z miesiąca na miesiąc były coraz bardziej stabilne. Uczyłem się świadomie, sekunda po sekundzie, kierować myśli w dobre strony. W końcu, co przyszło najpóźniej i z największym trudem, nauczyłem się ponownie bez obaw czuć i ufać kobiecie. Owszem, pierwsze próby relacji nawet po roku od mojej "przygody" były skazane na niepowodzenie - we wszystkich słowach i czynach każdej pani węszyłem podstęp. 24/7 czekałem, aż z czymś wyskoczy, śledziłem wyimaginowane gierki i we wszystkim węszyłem manipulację jak policyjny pies.
Dzisiaj, patrząc z perspektywy, widzę moją relację z zaburzoną kobietą jako coś na kształt grubych manewrów na poligonie. To była dość krótka (w skali życia), cholernie intensywna i bolesna lekcja własnych granic, potrzeb i przekonań. Myślę, że jeżeli los już naprawdę nie wie, jak nauczyć człowieka sensu miłości - stawia mu na drodze partnera z bpd :) Żeby poczuł smak wiernej kopii miłości doskonałej, tyle że pozbawionej dokładnie tego, co stanowi sedno i rdzeń. Drastyczna metoda nauki dla opornych, ale działa wyśmienicie. Dzisiaj doskonale znam moje granice, potrzeby, odczucia, emocje i swoją wartość. I mniej więcej wiem, o co chodzi z tą miłością.
Gdybyście myśleli, partnerzy i byli partnerzy, że na tym się kończy życie - nie myślcie tak. Mi odbudowa realnie zajęła 2 lata. DWA LATA. Przez bite dwa lata codziennie mozolnie zmieniałem różne chore albo uszkodzone schematy myślenia. Dzień po dniu opierałem się przemożnej potrzebie kontaktu i olewałem zaczepki. Łatwo nie było, potrafiła mi się śnić każdej nocy - pełny zakres, od bajek po najgorsze koszmary. Nawet po roku czasami miałem nawroty i dopadały mnie wątpliwości - może się odezwać, może się zmieniła, może zmądrzała, może dojrzała, może skończyła terapię i to zadziałało? Na szczęście zawsze rozsądek wygrywał i ostatecznie wygrał.
W końcu się naprawiłem, udało mi się, dzisiaj mogę to powiedzieć. Nie wiem, może z pomocą psychologa poszłoby szybciej? W każdym razie na pocieszenie wam wszystkim powiem, że niedługo minie pół roku, od kiedy jestem związany z zupełnie zdrową na ciele i duchu kobietą. Wyobraźcie sobie, mam zupełnie za darmo wszystko, na co zasługuje z urodzenia każdy: czułość, troskę, zainteresowanie moimi sprawami, oparcie w problemach i świetny seks. Szczerze - o niebo lepszy, niż miałem z tamtą królewną. Nawet mam ugotowane i ciasto upieczone, macie pojęcie? Nie mam fochów, nie mam huśtawek, mogę wszystko zaproponować i wszystko zaplanować wiedząc, że jak się umówimy - na 100% wcielimy ten plan w życie. Wiem, z kim się jutro spotkam i mam gwarancję, że to będzie ta sama kobieta, z którą się widziałem wczoraj i miesiąc temu. Lekką ręką daję jej wszystko, co mam najlepsze, jest między nami szacunek i wzajemne zaufanie. Ta relacja dodaje mi motywacji i sił do pracy, wyciąga ze złych humorów, potęguje we mnie wszystko, co dobre. W zasadzie jak mi się tak zebrało na podsumowania - myślę, że mam taki związek, o jakim przez lata marzyłem. A wielu może tylko pomarzyć.
Uwierzcie, jakaś sprawiedliwość w naturze jest. BPD jest nienaprawialne / nieuleczalne i jestem o tym święcie przekonany. Tak, to jest jak jebana klątwa. Wiem, że moja była kobieta oddałaby wszystko łącznie z urodą, żeby to od niej zabrać. ALE też osobę bez drastycznie zaburzonej osobowości, taką o jakimkolwiek fundamencie, trudno jest trwale zepsuć. Przy wsparciu bliskich (bardzo dużo zawdzięczam brz_a_skowi - nie ustaję w podziękowaniach), zachowaniu resztek zdrowego rozsądku, kontroli woli i kilku innych warunkach zabójczą relację da się przekuć w doświadczenie, które wiele w życiu zmienia - na lepsze ;)
Podejmujcie decyzje. Decydujcie o swoim losie, bierzcie za siebie odpowiedzialność, nie oddawajcie jej w tak bardzo niepowołane ręce. Nie traćcie czasu na pytania, "czy bpd kocha NAPRAWDĘ, czy na niby?!", "czy można TO wyleczyć?!", "czy to możliwe, że on / ona ma BPD?!" Przecież to wszystko można zastąpić jednym prostym pytaniem: czy jest mi dobrze, czy nie jest mi dobrze? Związek to nie ma być akt miłosierdzia, żeby oddawać wszystko, co się ma w sobie za półdarmo, w imię bezbrzeżnej litości nad czyjąś biedną osobowością. Chcecie bezinteresownie kochać - ogarnijcie koty ze schroniska, od razu ze trzy. Naprawdę, na lepsze wyjdzie.
W życiu nie ma zbyt wiele czasu na bolesne pomyłki. Myślcie. Przecież dookoła jest dostatecznie dużo syfu, żeby sobie dodatkowo serwować drogę krzyżową tam, gdzie powinno się od tego syfu bezwzględnie odpoczywać. Nie ważne, czy tu chodzi o zaburzenie, czy o zwykłe różnice charakterów. Ja ostatecznie i ewidentnie przestałem wierzyć w coś, co się określa mianem "trudna miłość". To jest oksymoron, nie ma czegoś takiego. Swoje przerobiłem, podziękowałem, nie polecam najgorszemu wrogowi. Uważam, że lepiej sobie amputować zdrową nogę w pachwinie, niż się związać na lata dzieckiem / kredytem / czymkolwiek z toksyczną osobą. Bez nogi będzie łatwiej żyć, niż z takim garbem, serio serio. Są ludzie do wódki, do wspólnego sportu, do pracy, na wypady, do przyjaźni, tacy tylko do łóżka i tacy na całe życie, do związku. To jest bardzo przykre, że są osoby skazane na wieczny ból, bez predyspozycji do związku, mam ogrom współczucia dla takich. Ale szukać wielkiej miłości u bpd to tak, jakby wejść w kompletnym rynsztunku nurka na Giewont i płakać, że jeżeli chodzi o nurkowanie, to jednak był chujowy wybór :)
Pax!