hogsmade
24.11.17, 14:20
Cześć, wróciłem po pewnym czasie...
Niezwykła historia, beznadziejna dosyć... tzn beznadziejne jest to, co jest we mnie. Beznadziejne, bo nie widzę nadziei na normalne funkcjonowanie. Dwa lata 2,5 roku minęło od kiedy rozstałem się z borderką (niech jej się układa w życiu jak najlepiej). Zbierałem się rok po tamtym związku. Od tamtej pory miałem miałem kilka relacji z dziewczynami, jakieś takie bez większego znaczenia, nawet jeden kilkumiesięczny związek mi zdarzył, nie miało to na mnie szczególnego wielkiego wpływu. I teraz poznałem ją, kolejną borderkę. Nie mam zamiaru wylewać żadnego błota, bo jak zauważyłem sam mam tendencję do agresywnych zachowań w poczuciu zagrożenia odrzuceniem, ale... w przypływie chwilowego uspokojenia się postanowiłem napisać posta, póki nie jedna fala rozpaczy i depresji odeszła a kolejna jeszcze nie przyszła. Zastanawiam się o co chodzi? Czy to ja w sobie coś takiego mam, czy te dziewczyny z BPD? Dlaczego normalne dziewczyny sobie są i można mieć z nimi jakieś relacje i to trochę pokłuje, a za chwilę przestanie, a te drugie mają tak, że nie można się pozbierać? Tzn ja nie mogę. Wiem, że tutaj całe forum jest na ten temat, ale mam teraz taki namacalny dowód, że albo coś jest we mnie, ale w tych osobach i że to na prawdę jest. Nie, że jakieś sranie w banie, może jest a może nie jest, tylko coś jest i nie za bardzo wiem jak to nazwać. I mieszanie z błotem nikogo nic nie da i nic zmieni i daleki jestem od tego. Tak myślę... teraz naszła mnie taka refleksja, że osoby z BPD są tak bardzo otwarte, dzielą się swoimi przeżyciami, swoim wnętrzem, ten stan euforii, bezpieczeństwa, zrozumienia, jedności jest podkręcony do maksymalnych osiągów... a potem jak to zabierają, bo przecież nie można cały czas być w takim stanie to to tak bardzo boli. Tak... to jest to... piszę na bieżąco o tym co mi się w głowie układa. Problem jest chyba we mnie taki, że ja z kolei traktuję dziewczyny jak narkotyk, jak plaster na bolącą pustkę. I jak wypiję 3 piwa to jeszcze się nie uzależnię tak jak po heroinie. Mocniejszy narkotyk to i mocniejszy ból po odstawieniu. Mocniejszy plaster to i mocniejszy ból po oderwaniu. I wtedy nagle widzisz tą różnicę "wow, tak było zajebiście, a teraz jest tak beznadziejnie". "Nie chcę znów żyć w tym szarym świecie, to już wolę umrzeć". Tak właśnie teraz mam. I co najciekawsze, to byłą tylko wirtualna znajomość, a wrócił mi ten sam stan, co przed dwoma laty. Rozstanie po realnym związku nie zrobiło mi takiego kuku, co po wirtualnej znajomości. Nie uwierzyłbym w to, gdybym sam tego właśnie nie doświadczał. Mam wrażenie, ze całą roczna terapia nic mi nie dała, zero sensu życia. Myślę o jakimś oddziale...