robin_z_hut
10.02.19, 18:39
Dobry wieczór wszystkim. Śledzę to forum, ale się nie wywewnętrzniam. Nazbierało się jednak tyle, że muszę ulać, żeby nie zwariować. Aktualnie nie mam innej możliwości, bo uwierzcie mi, gdybym mógł, biegiem ruszyłbym na terapię, żeby nie zwariować. Ale nie mam takiej możliwości w tej chwili. Na wstępie napiszę, że nie mam intencji atakować nikogo, ani personalnie, ani jako grupy.
Otóż jestem w związku z osobą, która prawdopodobnie zmaga się z borderline, diagnozy nie ma, jest w trakcie diagnozowania.
Związek jest wieloletni. Wiele razy w ciągu naszej kariery rozchodziliśmy się i schodziliśmy na powrót. Z jej albo z mojej inicjatywy. Ostatnio, kiedy nie widziałem już możliwości dalszego wspólnego życia, z jej inicjatywy. Zaczęła chodzić na terapię, brać leki, obiecała wiele. Powoli wracała wiara, zaufanie. Były trudności, ale wszystko działo się w miarę znośnie. Ślamazarnie, ale szliśmy jednak do przodu. Zacząłem myśleć o ślubie (bo prawda jest taka, że mimo dziwacznych jazd i pewnych niedogodności było całkiem normalnie, a ja byłem nadal cholernie zakochany i co gorsza - teraz uwaga: nadal jestem) dzieciach, długim i szczęśliwym wspólnym życiu. Wierzyłem, że leki plus terapia to panaceum na problemy. Żeby wyeliminować nieporozumienia i żeby lepiej spełniać swoje potrzeby i żeby lepiej się dogadywać planowaliśmy nawet pójście na wspólną terapię. Do czasu, do teraz. A właściwie do momentu, w którym potrzebowałem mocno jej wsparcia (nadal potrzebuję, ale już nie chcę), kiedy bałem się o siebie, kiedy byłem zdany na nią. No i właśnie w takim momencie posypało się. A dokładnie, w sytuacji, kiedy wspomnianego wsparcia potrzebowałem najmocniej, dostałem taki wpierdol, taki festiwal okrucieństwa, pogardy, zdrady, upokorzenia, że zastanawiam się, czy to naprawdę możliwe. Bo chyba nie. Przestaję wierzyć faktom, własnym zmysłom, świruję. Nie wierzę sobie, bo chcę wierzyć jej. Ale fakty są inne, obiektywne i mówią: spierdalaj człowieku, nie oglądaj się, bez względu na wszelkie poniesione dotychczas koszty emocjonalne. Bo wszystko wskazuje na to, że rachunek jest taki, że nie jestem w stanie go unieść. Boli. Jak skurwysyn. Boli, kiedy wydawałoby się najbliższa osoba robi takie moralne salto, że pękają mury Jeruzalem. Chciałbym móc włączyć teraz pauzę, stop dla mojej rozkminy. Wiem, nie powinienem o tym myśleć, ale na teraz nie potrafię. Gniecie mnie to okrutnie. Powoli uspokajam się, planuję, układam mapę na najbliższe dni, ale co chwilę wraca chaos, że może to ja nie mam racji, tylko ona.