zbieram_szkielka
20.06.08, 13:46
obawiam sie, że tylko ja moge odpowiedzieć sobie na to pytanie,
niemniej jednak, proszę, podzielcie sie ze mną swoimi opiniami...
mam "podejrzenie" BPD i zdaje sie, że bardzo pasuję do obrazka.
czego zresztą nie mam ;) Ale jeszcze się nie poddam, choćby dla tych
lucida intervalla, kiedy czuję się dobrze. Ok. I teraz moj problem
(oczywiście, nie jedyny ;) : związki. Podejrzewam, że wchodzę w
związki z facetami, w ktorych nie jestem tak naprawdę zakochana, u
ktorych natomiast wyczuwam dużo ciepła/uczuć/opiekuńczości pod moim
adresem. Potem się w te związki angażuję, staram się dawać ciepło,
dbać o komunikację, mimo zastrzeżeń lubię tych facetow, pociągają
mnie (chociaż z podobaniem się to już jest zwykle gorzej, waha mi
się) itd. Ale nie jestem w nich szczęśliwa - od początku do konca,
bo oprócz silnych uczuć na tak mam też silne uczucia na nie.
Zadziwiająco ciężko i jednoznacznie (mało pozytywnych uczuć typu:
ulga, że koszmar się końćzy) przeżywam natomiast rozstania (nawet
jeśli moje ego jest nadal zaspokojone, bo facet za mną tęskni). Sama
już nie wiem, czy to choroba powoduje, że psuję potencjalnie fajne
związki, czy po prostu one od początku nie mają szansy. Wiem, że
pytam Was w sumie o istotę milości - czy milosc to tylko pelna
akceptacja, zauroczenie, podziw, czy też bardzo tak i bardzo nie
jednocześnie. Ale może ktoś ma/miał podobnie i napisze coś, co mi
rzuci trochę światła na tę mgłę. Pozdrawiam wszystkich :)