kriss_de_valnor
24.08.07, 16:29
Dawno, dawno temu żyła sobie szczęśliwa dziewczyna. Zakochała się,
wyszła za mąż. Kupili malutkie, ale własne M. Zaszła w ciąże.
Ostatnią beztroską datą, jaką pamięta był 31 grudnia 2004 r.
Dowiedziała się, że jest w ciąży.
Nie ma już tamtej dziewczyny.
Mój mąż odszedł 10 grudnia 2005 r. Po roku walki z nowotworem.
Choroba spadła na nas nagle, diagnoza: białaczka szpikowa. Lekarze
twierdzili, że szanse są na najwyżej pół roku życia. Nadzieją był
silny organizm. Wcześniej nie chorował, kochał sport.
Był ze mną do końca ciąży, poczekał na naszego syna, który urodził
się 1 września. Wiem, że dokonał heroicznego wysiłku, bowiem w lipcu
jego stan był tak poważny, że lekarze nie dawali już żadnych szans.
Myślę, że czekał na Kajtusia. Pod koniec zabrałam go do domu, by nie
odchodził w szpitalu, tylko w domu.
Przepraszam, nie mogę dalej pisać :(
Witajcie. Dominika.