Dodaj do ulubionych

Moje pierwsze greckie wakacje- dzień czwarty

05.07.07, 12:40
Niedziela 17.06. Tym razem nawet mnie już udzieliła się wakacyjna atmosfera.
Wstałem wprawdzie pierwszy, ale było już bliżej 9.00 ( a już myślałem, że się
przepoczwarzam w rannego ptaszka). Zdążyłem wstawić wodę na kawę i dołączyła
do mnie Jagoda. Chłopaki dalej śpią- a niech śpią w końcu pora kanikuły, a my
się nigdzie nie spieszymy. Żonka robi śniadanko, ja wyciskam sok ze
świeżutkich pomarańczy (wyciskarka również na wyposażeniu kuchni). Pomimo, że
owoce wyciągnięte z lodówki na pewno dobrze im zrobi kostka lodu. Siedzimy we
Dwoje na tarasie, chwila ciszy, a raczej stałych odgłosów natury. Taki widok
zastępuje najlepszy film w telewizji. To niby tylko morze, w oddali widoczny
półwysep Rodopu, po lewej wyspa Agii Theodori (także w dużym oddaleniu), ale
to morze, widoki, odgłosy są miodem na nasze dusze ( a propos miodu- na
śniadanko dla mnie numerem jeden był jogurt z miodem tymiankowym, ale nie
dajcie się nabrać- jogurt musi być ten gęsty, aż kapiący od tłuszczu,
dziesięcioprocentowy- broń Boże wersja light). Niestety- wszystko co dobre
szybko się kończy, błoga cisza też. Szkodniki dały znać o sobie. Tym razem
przed śniadaniem nie ma basenu, bo takowe już czeka, ale po.... oczywiście.
Chłopcy nieco zmęczeni wczorajszą wyprawą wymogli na nas dłuższe basenowanie.
Więc cała rodzinka na dół- znowu sami. Igor pracuje nad poprawieniem stylu
swojej żabki. Bartek deskę odkłada definitywnie na bok (i po kiego grzyba
targaliśmy ją przez całą Europę?!). Młodszy na razie jeszcze niepewnie, ale
już pływa na głębokiej wodzie, wprawdzie blisko brzegu, ale jednak. Odkrywa
także frajdę skoków do wody. Słońce pali już mocno. Oczywiście jeszcze przed
wyjściem posmarowaliśmy ich filtrami (30), teraz też co jakiś czas uzupełniamy
kremy na ich ciałach. Tak upłynął czas do wczesnego popołudnia. Potem do
pokoju. Tam z lodówki pachnący i ociekający sokiem, słodziutki arbuz. Chyba
połowa z siedmiokilowego owocu zniknęła w naszych żołądkach (był to pierwszy i
ostatni arbuz kupiony, podkreślam kupiony na Krecie- wszystkie pozostałe już
dostaliśmy od Pana Manolisa). Króciutka siesta. Rzucam temat, że może gdzieś
pojedziemy. Na dalszą wyprawę już trochę za późno, ale przecież na półwyspie
Akrotiri też są atrakcje. Dalej do samochodu (ten kto wymyślił klimatyzację
powinien dostać Nobla). W Horafakia zjazd na monastyr Agia Triada. 6 może
osiem kilometrów dalej skręt w lewo i piękną udrzewioną aleją dojeżdżamy. Po
wyjściu z samochodu na parkingu wita nas przedstawiciel bardzo licznej na
Krecie populacji kotów. Chłopaki oczywiście do głaskania, a Jagoda do zdjęć.
Po chwili do klasztoru (jak zwykle dorośli 2 euro, dzieci gratis). Nie jestem
specjalistą od opisów budowli, mogę tylko powiedzieć, że wart obejrzenia.
Przepiękne ikony i fresk na suficie kopuły w kościele- wizerunek Chrystusa
patrzącego z góry robi wrażenie. Po kilkudziesięciu minutach jedziemy dalej,
do Moni Gouvernetu. Tu już wąska asfaltowa droga prowadzi w górę wśród skał.
Kilka kilometrów dalej parking i tabliczka z napisem „ tu zostaw samochód i
dalej per pedes” (tłumaczenie zupełnie dowolne). Około pięćsetmetrowy spacerek
nie jest wyzwaniem, droga asfaltem lekko do góry. Akurat trafiamy na koniec
nabożeństwa ludzie wychodzą z kościoła. Ten także jest urokliwy, i tu za nic
się nie płaci. Tuż przy klasztorze widoczna przełęcz. Ciekawe co za nią? A cóż
by innego- spomiędzy skalistych gór w oddali wyłania się błękitne morze. Dalej
widoczna górska ścieżka. Skoro ścieżka to trzeba tam iść. Trzeba i warto.
Kilometr, może półtora dalej docieramy do ruin i dużej jaskini, wewnątrz
której znajduje się kapliczka. Do tej pory nie jestem pewien- czy to aby nie
jest Grota Katholikou?. Za ruinami ścieżka prowadzi dalej, ale tam zaczyna się
już znacznie trudniejszy szlak. Chłopaki mają już dość chodzenia. Jagoda się
nade mną lituje i zostaje z nimi (spotkamy się przy samochodzie). Ja idę
dalej. Szlak zaczyna być naprawdę dosyć trudny. Kamienna ścieżka wijąca się
serpentyną wśród skał na stromym zboczu, coraz niżej i niżej. Żadne zdjęcia
ani opisy nie oddadzą otaczających mnie widoków- wysokie skały, głęboki wąwóz-
nie widać dna. Pomiędzy górami morze. Po około 15-20 minutach dochodzę do ruin
klasztoru- to chyba Moni Katholikou. Mimo, że to ruiny ich wielkość, nawet
monumentalizm robią wrażenie (dobrze, że od Jagody wziąłem aparat). Pomiędzy
ścianami wąwozu rozpościera się jakby kamienny most. Z jego krawędzi do dna
jest jakieś dwadzieścia metrów. Chyba ze względu na porę (choć to dopiero ok.
18-tej) nie ma tu żywej duszy, jestem zupełnie sam. Zarówno gdzieś w oddali
pode mną, jak również wysoko powyżej mnie słyszę charakterystyczne dzwoneczki
jakie tutejsze kozy mają przywieszone do szyi. Po chwili kilka zwierząt
dostrzegam na wysokich skałach (za każdym razem zastanawiam się jak te cholery
tak zgrabnie i zwinnie poruszają się po prawie pionowych zboczach?). Obok ruin
prowadzi maleńka ścieżka w dół. Strasznie mnie korci, by iść dalej, ale
przecież rodzinka została na górze, a mnie czeka jeszcze droga powrotna.
Dlatego rezygnuję (do dziś tego żałuję- Jacku- co jest tam dalej?). Droga
powrotna prowadzi w górę, co w istotny sposób wydłuża czas potrzebny na
dotarcie do samochodu. Ale narzuciłem sobie ostre tempo. Nie czekali na mnie
zbyt długo. W samochodzie okazuje się, że Bartka boli skóra na plecach.
Niestety pomimo ciągłego smarowania, gdy byliśmy na basenie doznał lekkiego
oparzenia na ramieniu. Na szczęście nie wygląda strasznie, choć zapewne jest
bolesne. No to do naszego hoteliku na leczenie (po dwudniowej kuracji
panthenolem- czy jak się to pisze- wszystko wraca do normy). Jedną z form
leczenia oczywiście jest kąpiel w basenie przy już zachodzącym słońcu.
Następnie w samochód i do „centrum” Stavros na kolację. Dziś wybór pada na
tawernę Zorbas (polecam- niedrogo i dobrze dają jeść). Powrót, basen, dzieci
kąpiółka i spać. My winko (tzn winko żona, ja raki), tarasik, fale, cykady-
już standard. Mam nadzieję, że ta bajka się nie zakończy.
Obserwuj wątek
    • hania404 Re: Moje pierwsze greckie wakacje- dzień czwarty 05.07.07, 12:59
      siedze w pracy, zimno jak czort, kawa wcale nie frappe, ale Twoje wspomnienia
      sprawiają ze czuje smak.... tymiankowego miodusmile i leciutki promien slonca na
      karkusmile dziekismile
    • jacek1f dalej:-)) czasem w szałasie siedzi Stary Janis 05.07.07, 13:00
      i czestuje raki.
      Rozmowa na migi, bo mowi w jakimsdziwnym nazwisku. To jego kozy widziales
      pewnie.
      • megalonissos Monastyr Katholico .... 05.07.07, 17:20
        Też miałam wątpliwości, który to monastyr Katholico ale po powrocie jeszcze raz
        poczytałam w przewodnikach, w tym kieszonkowym Discovery Channel. Otóż idąc
        wąwozem po ok. 10 min dociera się wpierw do Jaskini Niedźwiedziej, która pełniła
        funkcję miejsca kultu religijnego juź w czasach neolitu i epoki minojskiej.Po
        dalszych ok. 25 min marszu dociera się do ruin monastyru Katholico, który został
        założony w XI w. przez św.Jana Pustelnika- Aghios Ioannis Erimitis - wyżej
        monastyru znajduje się erem. Także nie dotarłam do tego miejsca tylko kawałek za
        Jaskinią ale mój siostrzeniec wdrapał się na skałkę gdzie znajduje się erem. Ja
        natomiast z oddali ze strachem obserwowałam ja się tam wdrapuje a później schodzi.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka