Niedziela 24 dzień czerwca 2007r- jedenasty dzień pobytu na przepięknej
Krecie. Plan na dziś naprawdę ambitny- Jagoda już od kilku dni mi nadaje, że
do tej pory tylko zachód i południowy zachód wyspy zwiedzamy- a trzeba
znajomym się pochwalić, że wschodnia Kreta też nie jest nam obca. Z kolei Igor
uwielbiający mity greckie truje mi o Knossos. Dzisiaj więc naprawdę poważna
eskapada. Stąd pobudka już o ósmej. Nieodzowne oczywiście śniadanie na tarasie
(tzitziki wciąż na szczęście tzitzikują, fale szumują). Sok z pomarańczy przez
chłopaków wyciśnięty. Basenik też przed podróżą na nabranie sił i energii z
całą pewnością się przyda. 9.30 w samochód, go to east. W Soudzie na National
Road i w lewo. Pedał gazu raczej przy podłodze. Kilka kilometrów przed
Rethymnonem przy drodze widzimy sprzedawców pomarańczy. Zatrzymujemy się przy
ostatnim, by malutkie zapasy zrobić. Na stojaku powieszone siatki z
zawartością tych soczystych owoców. Ze skleconej z desek budki wychodzi
starszy Grek. pokazując na siatki mówi „three euro” (okazuje się, że to chyba
jedyne słowa jakie zna po angielsku). Tak na oko i na rękę siatka waży z 5
kilo. Oczywiście biorę. Grek patrząc do wnętrza naszego samochodu dorzuca
jeszcze cztery mandarynki. Wkładając siatkę do bagażnika. myśl mnie naszła
taka, żeby jeszcze choć chwilę z nim pobyć, „pogadać”. Podchodzę ponownie do
niego wyciągam paczkę papierosów i częstuję go. Widać, że lekko zaskoczony,
ale z wyraźną przyjemnością gest przyjaźni przyjmuje. Od razu ze swojego
kantorka wyciągnął drugie krzesło i pokazał, bym usiadł. Paląc, gestami i na
migi uznajemy, że dziś naprawdę ciepło jest, że ruch na drodze chyba mniejszy
niż zwykle. Pokazując na swoich chłopaków informuję go, że młodszy ma lat 9, a
starszy 14. Och- jakby to fajnie było tak dłużej z nim pobyć; może zaprosiłby
nas do siebie, pokazał jak żyje? Mam nadzieję, że następne pobyty (a będą na
pewno) pozwolą mi w choć trochę większym stopniu poznać Greków. Gdy już się
zwijam, uroczy pan podaje Jagodzie przez otwarte okno samochodu jeszcze chyba
3 mandarynki. Naprawdę wzruszający gest. Niestety czas jechać dalej.
Na wysokości Iraklionu skręt w prawo na Knossos. Bilet wstępu 6 euro (dzieci
free). Kilkakrotnie na forum czytałem, że ruiny pałacu w Knossos to jedno z
większych rozczarowań Krety. Dla nas takim nie było. Ruiny starożytnej
siedziby królów minojskich wprawdzie częściowo odbudowane przez Arthura Evansa
na nas naprawdę zrobiły wrażenie. Według mnie warto odwiedzić to miejsce. W
sklepiku na terenie muzeum kupujemy w cenie 6 euro po polsku wydaną książkę
„Knossos. Minojska cywilizacja” (widocznie wielu rodaków tu przyjeżdża).
Po mniej więcej godzinie zwiedzania (czas nagli, bo droga jeszcze daleka) w
samochód i dalej na wschód. Tu już droga dla nas zupełnie nieznana. Dlatego
pomimo, że to National Road gaz już nie „do dechy”. Mijamy Malię, dalej z
prawej strony wyglądające na przemiłe miasteczko Neapoli. Tuż przed Agios
Nikolaos uznajemy, że upał jest zbyt duży na zwiedzanie miasta, dlatego
jedziemy dalej- w drodze powrotnej tu zajedziemy. Za AN, po minięciu Pahia
Ammos skręcamy w prawo na Ierapetrę. Z mapy wynika, iż przecinamy najwęższy
odcinek Krety. Po drodze z lewej strony przecudny widok na Ha Canyon ( w
wysokim masywie górskim poprzeczna szczelina- jakby jakiś Cyklop kiedyś w
dalekiej przeszłości w geście wściekłości wyrąbał sobie przejście). Odcinek
faktycznie krótki i po ok. 15 min. dojeżdżamy do podobno najdalej na południe
wysuniętego bastionu Grecji (tak wyczytałem w przewodniku Marco Polo).
Samochód zaparkowałem w pobliżu portu. Upał dalej ogromny, mimo to idziemy
choć trochę pozwiedzać. W porcie widzimy chłopców greckich skaczących z
nabrzeża do wody. Dalej wzdłuż nabrzeża do widocznej fortecy (niestety
zamknięta, bo w remoncie). Rodzinka chcąc się ochłodzić do jednej z tawern
przy plaży udaje się na lody. Ja wybieram inną metodę- zostawiam ich i idę się
wykąpać. Najpierw w morzu przy plaży głównej (ach- jaka ta woda przyjemnie
chłodna przy tej temperaturze i jaka przejrzysta), a następnie idąc śladem
wcześniej widzianych chłopców skok na główkę z nabrzeża oddałem (nie chwaląc
się oczywiście). Powrót do kawiarni po rodzinkę i dalej do samochodu. Droga z
Ierapetri do Siti przez pierwszych 20-30 km biegnie wzdłuż morza, mniej
więcej na wysokości Makrigialos skręca na północ. Trasa bardzo urokliwa,
krajobraz jakby troszkę inny niż w zachodniej części wyspy. Po przejechaniu
ok. 75 km dojeżdżamy do Siti- przepiękne, urokliwe miasteczko; białe domy,
błękitne morze, krystaliczna woda. Może półgodzinne zwiedzanie i dalej w
drogę. Trasa do Agios Nikolaos ma 73 km. Jak zwykle na Krecie biegnie w mocno
górzystym terenie. Po drodze zapierające dech w piersiach widoki, bodajże dwa
tunele, niezwykle urokliwa droga. Około 19-tej dojeżdżamy do Agios Nikolaos.
Nie chcąc marnować czasu na szukanie miejsca parkingowego, tuż przy jeziorze
na prywatnym parkingu, po uprzednim uiszczeniu opłaty 3 euro pozostawiamy
samochód. Z cała pewnością Agios także swój niepowtarzalny klimat ma. Śliczne
kamieniczki, urokliwy port, cudowna okolica jeziora ( tu trochę śmieszna
historia: Igor pokazując na jezioro mówi „tato patrz jaka tu brudna woda- 4
metry od brzegu a dna nie widać”; gdy odpowiedziałem, że ten malutki akwen ma
64 metry głębokości nikt z rodziny mi nie uwierzył; dopiero po powrocie do
samochodu i zajrzeniu do przewodnika uznali moją rację). Po naprawdę pobieżnym
zwiedzeniu miasta, skuszeni widokiem i atmosferą decydujemy się na posiłek w
jednej z restauracji przy jeziorze- jedyny błąd kulinarny na Krecie- drogo i
niezbyt smacznie. Jednak nawet to nie jest w stanie zatrzeć w pamięci widoku
zachodu słońca i zmierzchu w Agios Nikolaos. Kilka minut po 21-szej ruszamy w
drogę powrotną. W Heraklionie kilkanaście minut tracimy w niewielkim korku.
Ruch na National Road do samej Soudy nadspodziewanie duży. W Stavros meldujemy
się około północy.
Tutaj po raz pierwszy pozwolę sobie na kilka dygresji. Wycieczkę tą wspominam
z mieszanymi uczuciami, to znaczy widoki, mijane miejsca i miasteczka
przecudne. Ale ileż pominąć musieliśmy zjazdów do jakiś ruin, zamków,
miasteczek, urokliwych miejsc. Dosłownie co kilka kilometrów albo z mapy, albo
z drogowskazu wynikało, że po prawej lub po lewej stronie znajdują się jakieś
punkty warte zobaczenia. Poza tym nie da się ukryć, że te przejechane 700
kilometrów to dla kierowcy zupełnie inna odległość niż taki sam dystans
pokonany na np. nizinach Polski. Trasa o wiele bardziej wymagająca uwagi. Mimo
wszystko jednak nie polecałbym podobnej wycieczki właśnie ze względu na
zmęczenie wszystkich uczestników. To było typowe „zaliczenie Krety”
(„wynająłem samochód na trzy dni i zwiedziłem całą wyspę”

. Był jednak z całą
pewnością plus tej eskapady- nabrałem pewności, że wschodnia Kreta warta jest
dłuższego pobytu. Może za rok? Może uda mi się jednak namówić rodzinkę?
Trzymajcie za mnie kciuki!
Chłopaki byli już tak padnięci, że wyjątkowo nocnego basenu nie było. Jednak
Jagoda i ja nie mogliśmy sobie odmówić przyjemności posiedzenia na tarasie
przy blasku księżyca, szumie fal i cykających stworzonkach, ze szklaneczką
wina w dłoniach. Och- żeby to było neverending story- bajko- nie kończ się.