W końcu! Zostałem zatrzymany przez policję i zaproszony do dyskusji na temat obowiązku jazdy drogą dla rowerów. Drogą, która znajduje się po lewej stronie jezdni. Nie powiem, czekałem na to od dwóch lat, czyli od czasu nowelizacji przepisów dla rowerzystów. No i się doczekałem :-)
Najpierw zarys sytuacji:
goo.gl/maps/UTlhZ
Ruszam ze świateł, skręcam w lewo w ul. Dywizjonu 303. Kątem oka rejestruję radiowóz, który wykonuje ten sam manewr. Mknę prosto jak droga prowadzi, oczywiście po jezdni. Policja trzyma się z tyłu. Wiatr we włosach, słońce, radość pełną gębą. Dojeżdżam do skrzyżowania z ul. Powstańców Śląskich. Radiowóz też tutaj jest. Właściwa akcja rozpoczyna się właśnie w tym momencie:
- Pan rowerzysta nie wie, że trzeba jechać ścieżką?
- A tu jest gdzieś ścieżka?
- Była, a pan jechał jezdnią.
- Nie było żadnej ścieżki.
- Tak? A może chce pan o tym podyskutować?
- Czemu nie?
- To zapraszam. Proszę przejechać skrzyżowanie i zatrzymać się.
Faktycznie, fizycznie istnieje tam ścieżka. Jak sugeruje tytuł wątku oczywiście po lewej stronie jezdni (patrząc z mojej perspektywy). Pierwszy możliwy (legalny) zjazd na DDR jest tutaj:
goo.gl/maps/F1fO7
Jazda ścieżką może i jest komfortowa, ale za chwilę zostaję z rowerem nie dość że na chodniku, to jeszcze po przeciwnej stronie jezdni:
goo.gl/maps/RBrus
No nic. Władza każe, obywatel musi. Zjechałem na bok, zsiadłem z roweru i czekam. Załoga radiowozu w liczbie trzech osób już szykuje bloczki mandatowe. Wysiada kierowca - kobieta - i idzie do mnie pewnym krokiem.
- Dlaczego nie korzysta pan ze ścieżki rowerowej?
- Nie mam takiego obowiązku.
- Myli się pan, skoro jest ścieżka, to musi pan nią jechać.
- Owszem, o ile jest wyznaczona w kierunku w którym się poruszam. Wyznaczona, czyli znak drogi dla rowerów znajduje się po prawej stronie jezdni. Tam znak jest po lewej, czyli mnie - jako kierującego - nie dotyczy.
- Nie jest pan kierującym, tylko rowerzystą.
Tutaj pozwolę sobie pominąć mało emocjonującą pyskówkę z panią "władzą", wymienię tylko kilka rzeczy o których się dowiedziałem:
- rowerzysta nie jest kierującym (to już wiem)
- powinienem mieć kask (!) i oświetlenie (było, aczkolwiek tylna lampka została zasłonięta przez fotelik - w ciągu dnia i tak nie ma to znaczenia)
- ogólnie jestem niestosownie ubrany - w końcu rower to sport ekstremalny, jazda w białych trampkach i zielonych rurkach (bez rękawiczek!) jest skrajną nieodpowiedzialnością
- jadąc rowerem przez wiadukt blokowałem ruch (podwójna ciągła uniemożliwiała sprawne wyprzedzenie)
- jeśli droga dla rowerów biegnąca obok jezdni kończy się, to wcale nie muszę zjeżdżać na jezdnię
- rowerzysta może jeździć po chodniku gdy chodnik ma przynajmniej 1,5 metra (żadnych warunków dodatkowych)
Z tym chodnikiem wyszła dość ciekawa sprawa, bo pani policjantka cytowała mi artykuł 33, z którego podobno wynika, że z braku drogi dla rowerów rowerzysta może jechać chodnikiem. Poprosiłem o odnalezienie tegoż artykułu w podręcznym "kodeksie", który pani policjantka trzymała w ręku. Na początku było ciężko, ale tutaj akurat się nie dziwię, bo przepisy zamieszczone są w PoRD, a nie w taryfikatorze. Koniec końców stosowny artykuł się odnalazł. I w tym momencie temat chodnika został zastąpiony kaskiem, oświetleniem i resztą mojego wyposażenia. Czyli jednak z tym chodnikiem nie było tak różowo..
Na zakończenie raz jeszcze dowiedziałem się, że jestem nieodpowiedzialny (fotelik, kask), że prędzej czy później zginę marnie pod kołami bogu ducha winnego kierującego (ale nie rowerzysty, który kierującym nie jest) i że powinienem pouczyć się przepisów, bo w d*pie byłem i g*wno widziałem. Ogólnie obyło się bez mandatu. W sumie szkoda, bo byłem przygotowany na odmowę przyjęcia i skierowanie sprawy do sądu. Może następnym razem..
Na koniec gwóźdź programu. Policjantką okazała się.. moja sąsiadka z rodzinnego bloku, z którą znam się od dobrych 20 lat. Niestety okazała się nieczuła na rzucone przeze mnie luźne "cześć" i od początku odnosiła się do mnie per "pan". Nie pozostałem jej dłużny i już do końca dyskusji oboje sobie panowaliśmy. Pamiętam, że kiedyś nie zaprosiłem jej do domu na "komputer", bo "była dziewczyną". Zemsta smakuje najlepiej na zimno?
Oprócz pani policjant w radiowozie siedziało dwóch panów policjantów. Już po pierwszym moim argumencie odnośnie obowiązku jazdy drogą dla rowerów i znakami znajdującymi się po prawej stronie jezdni, zaczęli oglądać swoje paznokcie. Przez chwilę jeden z nich wertował w pośpiechu jakąś książeczkę, stawiam że było to Prawo o Ruchu Drogowym. Na koniec zapisał coś w swoim kapowniku, zapewne sugestię, aby policjantowi wychodzącemu na rozmowę wręczać PoRD, a nie od razu taryfikator.
Na zakończenie moja sugestia. Załoga radiowozu o numerze bocznym "Z 402" to prewencja. Bardzo proszę, aby prewencja zajmowała się tym, do czego została powołana. Jeśli brakuje wam pomysłów, to zapraszam na skwer przed pocztą na ul. Rozłogi. Codziennie przesiaduje tutaj grupka meneli, którzy od rana do nocy raczą się tanimi alkoholami, zaczepiają przechodniów, robią dookoła siebie syf, drą mordy, sikają gdzie popadnie, a wszystko to pod czujnym okiem kamery monitoringu miejskiego. A kontrolę ruchu drogowego zostawcie drogówce. Oni przynajmniej wiedzą o czym mówią.
Na odchodne pani policjant rzuciła, że ona też jeździ rowerem. Droga sąsiadko, powtórzę to raz jeszcze: rower nie robi z Ciebie rowerzysty. Wiem, że tego nie czytasz, więc przy najbliższej okazji - już prywatnie - powrócimy do tematu. Tak jak obiecałem.
Rada dla czytelników: poznajcie swoje prawa i korzystajcie z nich. A w razie kontroli, spokojnie i stanowczo tłumaczcie swoje racje. Jeśli byliście "na prawie", nic wam nie grozi. Nic, oprócz bólu brzucha. Ze śmiechu :-)
I jeszcze poglądowe foto:

Załączam pozdrowienia i różne wyrazy :-)