kriss67
27.11.06, 15:27
Wyczytane w necie:
"Men in black
Mieszkają wśród nas. W dzień niby normalni, starają się nie zwracać na siebie
niczyjej uwagi. Ale gdy słońce zachodzi, wypełzają ze swoich jam i ruszają na
łowy. Polują na kierowców...
Piotr R. Frankowski, 2006-11-27 11:30
Gdy zmierzch zapada, na boczne drogi w Polsce, bez względu na porę roku,
wyruszają falangi rowerzystów. Czarnych lub szarych, usuwających pracowicie z
ubrań elementy odblaskowe, malujących rowery na kolor bombowca B-2,
demontujących resztki fabrycznego oświetlenia. To czarna sekta rowerowa,
wyznawcy bogini Kali, którzy chcą w spektakularny sposób popełnić rytualne
samobójstwo i złożyć swe ciała w ofierze okrutnemu bóstwu.
Bo jak to inaczej wytłumaczyć? Jadę sobie wieczorem do domu (mieszkam na wsi
pod Warszawą i zjawisko występuje tu powszechnie), na długiej równej prostej
zabieram się do wyprzedzania zestawu ciągnik siodłowy-naczepa cysterna. W
połowie długości naczepy z przerażeniem zauważam, że z przeciwka nadjeżdża
dwójka nieoświetlonych i ciemnych rowerzystów, którzy jadą obok siebie (!),
zajmując cały pas ruchu. Gestykulują, więc pewnie jadą, kretyni, obok siebie,
aby porozmawiać. I co dalej? No cóż, ja ich nie zabiłem. Czyli rytualne
samobójstwo tym razem się nie powiodło.
Kiedyś owe czarne duchy reprezentowały tylko jeden typ socjologiczny. Pijany
w trupa rolnik na rowerze Ukraina, ubrany w czarne od brudu paletko. Tacy
potrafią w mojej okolicy nawet zimą jeździć po ciemku, po lodzie, pod prąd,
oczywiście bez śladu choćby odblasku. Kiedyś właśnie takiego samobójcę
ocaliłem, unieszczęśliwiając go zapewne, gdy na drodze E67 zobaczyłem go po
mojej stronie pasa zieleni, po mojej LEWEJ, jadącego w przeciwnym kierunku.
Gatunek jest endemiczny, na polskich drogach czuje sie znakomicie.
Ale pojawił się nowy gatunek, nowy typ wyznawców srogiej bogini. To ludzie,
którzy próbują zginąć nie z biedy, nie z desperacji i nie z powodu
alkoholizmu. Mają supernowoczesne górskie rowery za kilka tysięcy złotych
każdy, supernowoczesne rowerowe ciuchy (oczywiście w ciemnych kolorach) i nie
wydają nawet dziesięciu złotych na lampki do tych swoich rowerów. To
oczywiste, że nie czynią tak z biedy. Świateł w rowerach unikają z powodów
ideologicznych.
Ich ideologia, zapożyczona od weteranów cyklistycznego seppuku, jest na
dodatek pełna hipokryzji - przypuszczam, że przychylnie myślą o tzw.
rowerowych masach krytycznych w Warszawie i uważają, że kierowcy samochodów
to wrogowie, oczywiście myślą tak tylko wówczas, gdy akurat nie zasiadają za
kierownicami swoich służbowych wehikułów. Ich też nie zatrzymuje policja,
załogi radiowozów udają, że rowerzystów nie widzą. Czemu? Bo to kłopot. Może
trzeba będzie pijanemu rower zabrać, nie będzie miał dokumentów, kupa nudnej
roboty. Lepiej udawać, że ich nie ma.
Słusznie, czarnych rowerowych duchów w ogóle nie ma. Ale czy na pewno chcą,
abyśmy my, kierowcy, jeździli tak, jakby ich nie było? Hm... to jednak zły
pomysł. Przecież oni chcą zginąć - a nie mam zamiaru ich uszczęśliwiać.
Uważajmy zatem po ciemku na bocznych drogach: czarna sekta czuwa."
Pozdro
Krzysztof