lemuriza
16.07.07, 08:33
Tak jak pisaliśmy wczesniej spędzilismy weekend w Pieninach. Jak sobie
policzyłam to po tym weekendzie mamy zaliczone 5 tras w prawdziwie góskich
warunkach,w terenie.
5 górskich tras w nasyzm kolarskim życiu:).
Mam na myśli głownie to , ze chociaż w naszych okolicach wzniesień i
trudniejszych technicznie odcinków nie brakuje, to jednak najwyższe
wzniesienie w okolicy ma coś ponad 500 m, a to jednak różnica niż górki w
Beskidzie Sądeckim.
No i kamieni u nas jakby mniej:).
Stwierdzam więc, ze przydałoby się częściej jeździć w takie górki bo jednak
tam to człowiek może się nauczyć jeździć na rowerze górskim:).
Niby maratony robi się i na nizinach, niby też mogą być zróznicowane i
trudne, ale czy człowiek jeżdżący na nizinach bez problemy poradzi sobie
potem w górach ( zwłaszcza na tych trudnych zjazdach?). Nie sądzę.
Chociaż niby wczoraj w Tour de France alpejski etap wygrał Duńczyk, co to
góry widzi jak wyjedzie za granicę... No ale generalnie naprawde inaczej
jeździ się po lesie na nizinie, inaczej w górach, co pewnie w znakomitej
większości wiecie, więc za bardzo nie muszę wyjąśniać o co chodzi.
Widoki przepiekne, zapierające dech, duzo miejsc niestety , gdzie musieliśmy
pchać rowery pod górę bo droga niedość że bardzo stroma, to wyłozona
kamieniami wielkości koła od samochodu.
Może ktoś potrafi po tym jechać, ja nie.
Wjazd na Przechybę poza jednym odcinkiem ( droga jak wyżej) chociaż długi to
jednak dość łagodny z nienajgorszą nawierzchnią. I chociaż było 12 km pod
górę, to gorzej pod względem trudności wpsominam Jaworzynę i Wlk. Rogacz ( te
luźne kamienie:)).
Duzo wąskich leśnych ścieżek na skraju zbocza, co sprawiało mi trudności
duże, duzo korzeni i kamieni.
Dużo zjazdów na których jednak bałam się jechać...
Jedna wywrotka ale niezbyt bolesna, chociaż podobno malownicza i to o dziwo
znowu nie na zjeździe a na podjeździe ( najechałam na mokry patyk).
Kilometrów zrobiliśmy niewiele, ale za to intensywne były.
Reasmując: chyba ze mnie bardziej biker półgórski ( pagórkowaty) niż górski (
dużo się jeszcze muszę uczyć, zwłaszcza na tych cholernych zjazdach, och
gdyby można było tylko pdojeżdżać, byłabym szczęśliwsza:))).
No więc życzyłabym sobie mozliwości jak największej ilosci wyjazdów w Beskid
Sądecki chociażby ( zdecydowanie mamy najblizej), , bo i pieknie i trasy
trudne, więc sporo się mozna nauczyć.
Generalnie weekend na wielki plus. Cieszę się, że mamy o rzut beretem takie
góry, cieszę się, że mamy nasze rowery MTB, bo jednak crossami cięzko byłoby
akurat na tych trasach , cieszę się, że mamy wspólna pasję i możemy razem ją
realizować.
P.S. Po tym weekendzie stwierdzam, że mój mąż powinien zaczać organizowac
obozy przetrwania, bo były takie momenty, ze nie dawałam rady pod górę pchać
roweru tak było stromo i taka była nawierzchnia.
Ale lepsze to , zdecydowanie lepsze ( choć człowiek mam momentami dość i
mamroczę pod nosem) niż wylegiwanie się na plaży i smażenie w słońcu.