matka.adama
19.06.08, 10:14
Do tej pory nigdy na żadnego Niemca nie powiedziałam, że jest
rasistą. Ale teraz nie mogę inaczej. Mój synek (4 lata) sepleni.
Lekarz wysłał mnie więc do logopedy-foniatry, by sprawdzić, czy nie
jest to związane z problemami ze słuchem. Pani foniatra zbadała mu
słuch, a potem zaczęła sprawdzać wymowę. Pokazywała kartki z
rysunkami, a on miał mówić, co to jest. Na dwadzieścia obrazków, syn
nie znał nazw czterech rzeczy. Pani była oburzona. Zapytała, kiedy
wracamy do Polski, bo jak nie wracamy, to mam koniecznie rozmawiać z
dzieckiem po niemiecku. Niedouczona baba, pewnie od wieków nie
czytała literatury o dwujęzyczności. Wytłumaczyłam jej grzecznie, że
dziecko jest Polakiem, więc musi znać język swojego kraju. Że nasz
nieperfekcyjny niemiecki nie ułatwi mu życia, że im lepiej dziecko
zna swój język ojczysty, tym lepsze będzie w drugim języku, a pani
nadal swoje. Że muszę mówić do dziecka w domu po niemiecku, albo
wyjechać z Niemiec. Że dziecko ma ubogie słownictwo. Nie pomogło
tłumaczenie, że w przedszkolu jest wspaniała pomoc językowa, że
przychodzą do niego starsze dzieci z sąsiedztwa, by czytać mu
bajki...ta dalej swoje. Powiedziałam więc jej, że wiem, że moje
dziecko nie jest Niemcem i że nie przyszłam do niej po to, by mi to
uświadomiła. Przyszłam po poradę. (wysłał mnie do niej lekarz
dziecięcy, więc być może i on ma takie zdanie).
Znalazłam inną logopedkę, która zacznie pracę z synkiem za rok, bo
wcześniej nie koryguje się seplenienia. Ale ile najadłam się nerwów,
to moje.
A do tej pory żyłam w błogiej świadomosci, że wszyscy wokół są
życzliwi.