Dodaj do ulubionych

Z nudów...

07.07.04, 15:37
Kochani!

Umieram z nudów na tym Forum!

Oczywiście nie mam o to do nikogo pretensji, zwłaszcza, że ci, którzy czują
to samo, mogą równie dobrze mieć pretensje do mnie, że siedzę jak ten ch... i
nic nie napiszę.

Niemniej coś z tym trzeba zrobić.

Nie wiem, może kogoś jeszcze tym pomysłem zarażę... Otóż był kiedyś i się
pięknie rozwijał, po czym zmarł nagłą śmiercią z niewiadomych przyczyn wątek
pn. "Z nudów odwiedziłem parę spelun". Na szczęście to i owo zdązyłem
skopiować.

Poniżej zamieszczam obszerne fragmenty. Niestety nieskromnie, bo znaczna
część postów jest moich (wtedy nie byłem zalogowany i pisałem się przez
1 'r'). Niektóre opowieści w odcinkach posklejałem.

Jeżeli w ciągu tygodnia nie będzie nowych wpisów, zwłaszcza z nowymi menelsko-
knajpiano-alkoholowymi opowieściami, proszę administratora o uznanie, że
historie mają taaką brodę, nikogo już poza mną nie kręcą i nadaje się tylko
do skasowania.

z nudów odwiedziłem parę spelun
alcest1 06-04-2003 13:14 odpowiedz na list odpowiedz cytując

Ludzie! Przeszedłem się kiedyś z ciekawości po kilku "spelunach", czyli
barach piwnych bądź pijalniach ostatniej kategorii. Rzeczy, które tam
można
zobaczyć są czasami prześmieszne, czasami tragiczne, a przede wszystkim
dają
wielką wiedzę o społeczeństwie. Np. w każdym barze faceci plotkują gorzej
niż
baby i pieprzą trzy po trzy o rzeczach o których nie mają pojęcia. Teraz
modny jest temat wojny w Iraku. I tak np. dowiedziałem się, że Bagdad
liczy
50 tys. mieszkańców. Najlepsze jednak jak "parka" czyli zniszczony
bezzębny
facet i podniszczona kobita po paru browarkach zaczynają się kłócić a
potem
przepraszać i wyznawać miłość - na głos (co za texty!). Ale mnie rozwaliła
baba, która się napruła i zesikała siedząc gościowi na kolanach. Opiszę
jeszcze parę przykładów, ale później bo nie chce mi się już pisać. Macie
jakieś podobne przygody? Pozdrawiam


• Z nudów i nie tylko odwiedziłem setki spelun
Gość: Fred 07-04-2003 13:23 odpowiedz na list odpowiedz cytując

Speluny są cool, zwłaszcza katowickie... Pół studiów tam spędziłem.
Gdzie te
czasy, kiedy na Warszawskiej kwitł Bar Warszawski, przy którym Bar Apis
z
filmu "Miś" był jak Marriot? Piwo lali ze szlaucha (zresztą
nienajgorsze), a
główny wykidajło łaził w kufajce (ale był sympatyczny - trzeba by chyba
było
rzucać kuflem, żeby użył argumentów silniejszych niż słowne). Kolega,
znany z
żelaznej logiki i precyzji wypowiedzi, działacz UPR zresztą, zrobił tam
kiedyś
aferę, że na ścianie jest tabliczka "picie własnego alkoholu wzbronione
pod
karą kolegium", a przecież jak on kupił piwo i setkę, to te szlachetne
trunki
już są jego własne. Na drugi dzień napis brzmiał "picie alkoholu NIE
ZAKUPIONEGO W TUT. ZAKŁADZIE... itd." - to był kultowy lokal, jedyny w
swoim
rodzaju, a teraz robią tam cyberkafejkę czy inne dziadostwo, jakich
wiele...
Łza się w oku kręci. Albo "Górnicza", 500m dalej, gdzie kiedyś po
ćwiartce na
twarz odbyliśmy Wielką Debatę O Sensie Świata i Życia - ludzkość
straciła wiele
przez to, że jej nie nagraliśmy; a potem pijana pielęgniarka chciała
robić
striptiz, choć warunków delikatnie mówiąc nie miała...

To również były, że zacytuję Gorkiego, "Moje uniwersytety"...

Gdzie te czasy...


• Re: Z nudów i nie tylko odwiedziłem setki spelun
Gość: GOSC 08-04-2003 10:33 odpowiedz na list odpowiedz cytując

Fred, a laziles tyz do koniara na Dabrowce, Zyda, Hawierza na
Bogucicah,
rzepichy we Szopcienicoch(zdoej sie tero robsiz we Szopienicoch
pra?),deczko
tych szynkow jescza oustolo, ala mosz recht to juz niy to heheehehehe


• odwiedziłem setki spelun... i nie tylko
Gość: Fred 08-04-2003 12:27 odpowiedz na list odpowiedz
cytując

(...)

Był też jeden kultowy sklepik (nie podaję gdzie, żeby nie narobić kłopotu
właścicielom - może jeszcze go prowadzą), gdzie zawsze zaopatrywaliśmy się w
piwo (ogromny wybór) i grzmociliśmy je z gwinta na przyległym podwórku, dosyć
głośno się przy tym zachowując (zwykle było to ok. godziny 10 rano). Raz z
jednej z kamienic wyskoczył na nas jakiś dziadek z siekierą i ewidentnie
usiłował nam coś wytłumaczyć językiem siły (tzn. miał na tyle siły, że jak
machał tą siekierą nad głową, to się nią sam nie zabił). O co mu chodziło -
nie powiedział, a w każdym razie nie w sposób zrozumiały. Jak się zmęczył tym
machaniem, a myśmy się trochę uspokoili (głupia sprawa, przecież nie będziemy
go bić, a próba odebrania mu siekiery może się przykro skończyć dla każdej ze
stron), to dopiero sobie poszedł.


• Re: Z nudów i nie tylko odwiedziłem setki spelun
Gość: fan? 09-04-2003 13:44 odpowiedz na list odpowiedz cytując

Pamietam ten Bar z Warszawskiej.Fakt lali tam piwo ze szlaufa ;-).I
drugi taki
na rogu,bez stołów ,tylko blaty do konsumpcji na stojaco.Byłem tam
raptem parę
razy za szkolnych czasów ,tak z jednej strony folkloru troche łyknąć
a i ze
wzgledów finansowych.Będąc obiektywnym.Strasznie obskurne
speluny.Raczej
straszno niż smieszno.Teraz w poblizu tego Baru na rogu (nie wiem
czy jescze
istnieje)stoi najbrzydsza prostytutka Katowic wygladająca troche jak
znisczony
alkoholem ,50 letni ,bezdomny bokser. Jej klientami sa chyba tylko
klieci tego
baru obok albo osoby którym jest juz naprawde wszystko jedno.

• Re: Z nudów i nie tylko odwiedziłem setki spelun
Gość: tomson 10-04-2003 21:30 odpowiedz na list odpowiedz cytując

U mnie na osiedlu jest taka jedna speluna. Nawet nie wiem jak się
nazywa ale
ludzie z osiedla nazywają ją "chlew". To wiele mówi o klimacie tam
panującym.
Stoję kiedyś z kumplem pod blokiem, rozmawiamy sobie i widzę
zbliżającego się
do nas kumpla, którego mama pracuje w tym "lokalu", niosącego coś na
ramieniu.
Patrzę, a tym czymś okazują się narty z PolSportu. Po prostu jeden z
klientów
przyszedł z nimi do "chlewu", podszedł do baru i powiedział: "Za
piwo" :).
Tranzakcja doszła do skutku, kolega wzbogacił się o narty i
stwierdził: "Zawiozę je na wieś, dam dzieciarom to se bedą po
kamieniach
jeździć." :)


• Re: Z nudów i nie tylko odwiedziłem setki spelun
Gość: Krzyś 11-04-2003 10:46 odpowiedz na list odpowiedz cytując

(...)

Mosz recht!
Z opowiadań moich dziadków, potem ojca, aż sam się później
przekonałem (to już
był schyłek tego co opisłeś i nie za duż już zdążyłem zobaczyć).
U nas w Piotrowicach była taka "knajpka" nazywana Gubernią, lała tam
baba z
przezwiska Truskawa (miała całą twarz w pryszczach, także jak ktoś
chciał piwo
z sokiem to nie było problemu :-)), jak ktoś obcy zawitał do bufetu
po małe
jasne to mógł se stać i stać w kolejce, a jak się odezwał to
dostawał w pysk,
łaziła tam też taka baba-chop, jej celem była zaczepka, podchodziła
do klienta
i myk szybko mu wypijała zawartość kieliszka, chłop miał problem to
cała knajpa
na niego. Fajnie było zimą, dlatego, że na przeciw wyjścia (cztery
schodki)
stało potężne drzewo, ile tam można było zębów znaleźć :-)))).
Teraz tam jakiś gość sprzedaje AGD....

Pozdro for all z Katowic.


• Re: z nudów odwiedziłem parę spelun
Gość: GOSC 11-04-2003 07:36 odpowiedz na list odpowiedz cytując
Obserwuj wątek
    • kamaoka Re: Z nudów... 07.07.04, 16:16
      nie wiem czy ci wcielo tego posta czy co, ale jakos tak zakonczyl sie jakby
      wcale sie nie mial zakonczyc:)
      heh, fajne posty, ja niestety takich przybytkow nie dowiedzam a to ze wzgledu i
      na wiek i na plec, takze jedyne co moge sie o takich lokalach dowiedziec to
      wlasnie z podan kolegow, takze drogi Frredzie, blaaagam cie o wiecej jako ze
      tez sie nudze a i spragniona wiedzy jestem:)
      • frred Re: Z nudów... 08.07.04, 08:14
        Kamaoczko, dokładnie tak - urwało go w środku, bo po prostu usiłowałem
        przekopiować kilkanaście stron tekstu, a tu jest jakiś limit objętości postu.

        Dzięki za miłe słowa :) Poniżej ciąg dalszy.

        • Re: z nudów odwiedziłem parę spelun
        Gość: GOSC 11-04-2003 07:36 odpowiedz na list odpowiedz cytując

        Pyrsk!
        A jo kiedys sliszol, co taki gosc( niy jo heheeheh) wynosil wszistko ze
        chaupy do szynku, to telewizor,radioki, dywony, nu wszistko, ala przeszol
        som
        siebie jak sie pytol czy ftos niy chce kupic parkietu buahahahaah


        • Re: z nudów odwiedziłem parę spelun
        Gość: Fred 11-04-2003 08:36 odpowiedz na list odpowiedz cytując

        Z podobnego cyklu:

        Przechodzę kiedyś koło jednego wsiowego sklepiku (we wsi Kąty
        Piotrowickie,
        czyli tzw. Gać, czyli peryferia Katowic - ale w ich granicach adm.;
        500 m dalej
        po lesie biegają dziki).

        Wokół sklepiku jest podwórko, otoczone żywopłotem.

        I przez dziurę w tym żywopłocie widzę, że spod sklepu wystaje... goła
        męska
        dupa.

        Zaciekawiony, co się dzieje, wchodzę na to podwórko. Patrzę, jakiś
        facet klęczy
        przed drzwiami do sklepiku na schodku, a spodnie mu zjechały tak
        gdzieś do
        połowy dupy.

        Myślę sobie "Jakiś robotnik coś tam naprawia. A, jak już tu jestem, to
        wejdę po
        gazetę".

        Tuż przed wejściem do sklepiku mijam tego gostka i mu mówię:
        "Panie, kurcze, podciągnij pan te spodnie, bo jest listopad, nerki pan
        przeziębi".

        A gość podnosi wzrok i widzę, że jest nawalony jak messerschmitt, tak
        na oko co
        najmniej ze trzy jabole przez nerki przepuścił.

        Dobra, srał go pies, wchodzę do sklepiku... i dopiero z wewnątrz,
        przez
        oszklone drzwi, widzę, co facet robi.

        Przypuszczalnie chciał zarobić u właściciela sklepiku na kolejnego
        jabola.

        Więc...

        ... rozsmarowywał po schodku mokry piasek i usiłował na nim mocować
        przyniesione z pobliskiego śmietnika kafelki.

        • Re: z nudów odwiedziłem parę spelun
        Gość: Fred 25-04-2003 09:40 odpowiedz na list odpowiedz cytując

        Dzięki, KM, za słowa uznania i nie tylko. :-
        ))))))))))))))))))))))))))))))))))

        No to o 'małym fandangu':

        Był sobie luty, może marzec 1994r.

        Było nas trzech, w każdym z nas inna krew... a wieczór był chujnia
        mrok
        sukinkot choć suchy... Nie, coś mi się chyba popieprzyło. Jeszcze raz.

        Było nas sobie trzech kumpli: Marcin, Wiktor (imiona zmienione) i ja.
        Wiktor studiował historię,
        my dwaj politologię. I w tymże lutym/marcu wszystkim trzem coś się w
        życiu
        bardzo ostro popierdoliło:

        Wiktor był na wylocie z historii przez przekopy z łaciną i ze
        starożytnością.

        Mi trochę nie poszła sesja i wprawdzie dało się to wyprostować, ale
        straciłem
        naukowe i zostałem bez kasy.

        Marcin po dziś dzień nie chce się przyznać, o co chodziło, ale (o czym
        wtedy
        nikt oprócz niego nie wiedział), wyznaczył sobie termin że dajmy na to
        1
        kwietnia...

        ... popełnia samobójstwo (i rzeczywiście próbował),

        ... a póki co, postanowił skończyć życie imprezowo.


        Tak, że wszyscy trzej mieliśmy przejebane, a pogoda też nie nastrajała
        do
        radości życia.

        Czyli: ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic - to właśnie
        tyle, ile
        trzeba mieć, żeby zrobić ostrą imprezę.

        Zaczęło się wszystko od tego, że, na razie we dwóch z Marcinkiem, po
        szkole,
        bardzo grzecznie, wybraliśmy się na 1 piwo. Z jednego piwa zrobiło się
        coś koło
        6-ciu no i tacy już strzeleni idziemy sobie na autobus (najbliżej było
        przez
        dworzec kolejowy).

        Na dworcu łapie nas gość o wyglądzie tamtejszego mieszkańca, ale
        takiego z
        kulturką, no i bardzo grzecznie prosi, czy moglibyśmy go wspomóc.

        No i dostał bodajże 10000 ówczesnych złotych, co równało się cenie
        piwa (to
        było przed denominacją).

        W tym momencie gostek mówi: 'To ja się wam odwdzięczę...' i wręcza
        nam...
        pudełko z zielem. 'Taka samosiejka, ale do papieroska ją i bardzo
        fajnie
        wchodzi...'.

        No to na drugi dzień - robimy imprezę. Od 8 rano.

        Najpierw grzmociliśmy od 8.00 piwko w sklepiku, póki Wiktor nie
        dojechał ok
        10.30 (zawsze mu się było ciężko zwlec z betów, za to teraz lubi
        urządzać sobie
        i innym pobudki o 7 i wcześniej; tak to jest, jak komuś odbije i
        zamiast się
        zająć czymś normalnym, idzie uczyć w szkole).

        Poszliśmy jarać do parku, ale było za zimno. No to do knajpy o
        nazwie 'Cogitatur' (knajpka artystyczna i teatr, nie speluna, zresztą
        teraz
        doceniam tamtejszą kuchnię; wtedy była malutka i mieściła się gdzie
        indziej niż
        dziś).

        Zamówiło się po browarze czy drinku no i co chwila któryś do kibelka,
        ziele do
        lufki, ognia i parę machów. I zmiana.
        Stoję tak sobie w kibelku i jaram, aż tu słyszę, że gwałtownie
        otwierają się
        drzwi.

        'O kurwa, pały' - pomyślałem i postanowiłem się pozbyć trefnych
        przedmiotów, co
        zrobiłem tak inteligentnie, że wyrzuciłem lufki i zapalniczkę do
        muszli, za to
        ziele schowałem do kieszeni, bo mi go było szkoda.

        Na szczęście to tylko Wiktor.

        'Spierdalamy!'

        Wypierdoliliśmy z knajpy z prędkością światła.

        'Co się stało?' - pytam na ulicy
        'Właściciel doszedł i powiedział: Panowie, zrywka!'
        'Za co?'
        'Za Mariana!'

        Faktycznie, Marianem woniało z kibla na kilometr, a gość podobno
        miał przekopy
        z sąsiadami, którzy chcieli go wywalić z budynku, co im się chyba w
        końcu udało.

        No to co: powrót do źródeł, czyli "Pod Strzechę", gdzie
        tankowaliśmy dzień
        wcześniej. I ten sam scenariusz: piwko + wódka na stole, marian w
        kibelku.

        Wszystko fajnie. Naszym kultowym filmem były w tym okresie "Psy",
        no więc tam
        latają od razu teksty w stylu "Myślę, że jesteś niezła dupa i
        chcesz mnie
        bardzo","Pierdolisz moją kobietę", "Bo to zła kobieta
        była", "Kurwa, to ja
        jestem policja" itp.

        I wszystko skończyłoby się spokojnie, tylko że Wiktor zaczął nagle
        świrować.

        Najpierw usiłował być dżentelmenem i otworzyć jakimś laskom drzwi
        od kibla.
        Pech tylko chciał, że drzwi były zamknięte na klucz i bez klamki,
        więc ponieważ
        bardzo chciał je otworzyć, to je prawie rozpieprzył.
        (na szczęście udało się go spacyfikować)

        Następnie wlał mi gorzałę do fusów z kawy i mówi 'A teraz to wypij:-
        )))'

        A na koniec padł.

        Po prostu padł.

        Siedział przy stole i padł, buźką prosto do popielniczki.


        Marcin w ramach wygłupów postanowił udawać cwaniaka:

        'Ty, on nie żyje, spierdalamy!'

        'Chłopaki' - jęczy Wiktor - 'Brzu
        • frred Re: Z nudów... 08.07.04, 08:16
          C.d.
          Marcin w ramach wygłupów postanowił udawać cwaniaka:

          'Ty, on nie żyje, spierdalamy!'

          'Chłopaki' - jęczy Wiktor - 'Brzuch mnie napierdala, wynieście mnie
          na świeże
          powietrze!'

          No to zapłaciliśmy rachunek, wychodzimy na miasto, niosąc Wiktora
          (jest jakoś
          koło południa) ... i nagle chórem, w środku miasta:

          'Na drzwiach ponieśli go Świętojańską
          Naprzeciw glinom, naprzeciw tankom
          Myśmy tam stali, dzielnie rzucali,
          Janek Wiśniewski padł! CZTERY!... JANEK WIŚNIEWSKI PADŁ!'

          (po drodze powiedzieliśmy 'dzień dobry' co najmniej jednemu
          pijanemu
          wykładowcy...
          co ty Fred kurwa wypisujesz, 'mijanemu', nie 'pijanemu'... chociaż
          z drugiej
          strony nigdy nic nie wiadomo...)

          I tak zabłądziliśmy do kolejnej knajpy, gdzie spotkaliśmy Dorotkę,
          koleżankę z
          mojej grupy, do której Marcin trochę uderzał. Jest to bardzo
          inteligentna i
          pełna ciepła dziewczyna (niestety później wyszła za mąż, a co
          gorsza jest
          wierna), która w tym okresie miała bardzo nietypowe jak dla kobiety
          hobby:
          mianowicie potrafiła chlać do upadu przez tydzień i zjeść przez
          cały ten czas
          np. 1 kanapkę.

          I właśnie na taki tydzień w jej życiu trafiliśmy.

          Byliśmy już bez kasy, więc Dorotka postawiła nam po krwawej Mary
          (Wiktor w
          międzyczasie doszedł do siebie), a my wyjęliśmy trawę.

          Dorotka stopniowo zaczęła nam odpadać. Najpierw mówiła normalnie...
          potem już
          tylko odpowiadała nam 'No, tak...'...

          ... a potem to już nic nie mówiła.

          Na to wszystko przyszła taka Anetka, która wtedy z Dorotą
          mieszkała. I mówi:

          'Dorotka, jedziemy do domciu'

          Brak reakcji.

          'Chłopaki, wynieście ją...'

          Usiłuję zarzucić sobie (upitą na miękko) Dorotę na plecy (wygląda
          to jakby
          dwoje najebanych usiłowało tańczyć)... i ona pada na mnie,
          przygniatając mnie
          do gleby.

          Cała knajpa w ryk.

          Wiktor wstał, chwycił Dorotkę z drugiej strony i razem prowadzimy
          ją po
          schodach do góry (lokal mieścił się w piwniczce). U szczytu schodów
          Dorota pada
          ponownie, tylko tym razem przygniata Wiktora (nie jest gruba, ale
          wyższa od
          większości koleżanek i typowo męskiej budowy, pomijając tzw.
          szczegóły).

          W międzyczasie pijany i ujarany jak smok Marcin wykłóca się z
          Anetą, bo
          koniecznie chce jechać z nimi do Siemianowic (celem uwieńczenia
          powodzeniem tak
          mile rozpoczętej imprezy). Aneta nie jest pewna reakcji Doroty
          następnego dnia,
          więc się nie zgadza. Solidarnie z Marcinem obrażamy się na obie i
          donosimy
          Dorotę tylko do tramwaju. W tramwaju Anetka przeżywa koszmar, bo
          musi sama
          utrzymywać w pozycji względnie pionowej Dorotę, która jest dwa razy
          większa od
          niej. Na szczęście to tylko 5 przystanków ;-)

          A my co? Trawa skończona, to jeszcze po piwku i do domu.

          Następnego dnia około 10.00 szkoła huczy od plotek. Podobno Dorota
          na
          kilkunastometrowym odcinku od przystanku do domu wywaliła się
          kilkanaście razy,
          a ja, nawalony, rozpieprzyłem knajpę (???).

          Wykłady zaczynają się 11.25. Idę w kierunku właściwej sali...

          ... a koło sali siedzi Dorota.

          Makijaż na 3 centymetry, potrójna kawa, dwudziesta któraś fajka,
          trzy swetry
          jeden na drugim... i wzrok suczki, która wraca do domu po tygodniu
          szlajania
          się ze wszystkimi psami z całej okolicy. Z jednej strony całkowicie
          przepraszający, z drugiej nie pozostawiający wątpliwości, że fajnie
          było.

          Podchodzę do niej i zaczynam rozmowę słowami:

          'No, tak...'



          THE END


          • Rok po małym fandangu
          Gość: Fred 28-04-2003 15:32 odpowiedz na list odpowiedz cytując

          No to po tak miłych zachętach do dalszego pisania czuję się w
          obowiązku
          napisać, co było w rok i parę miesięcy później:

          Wspomniałem wyżej kolegów z historii, w tym Wiktora i Paszczaka. Było
          ich
          więcej: Pyza (wielkości Pyzy z serialu dla dzieci, stąd ksywa -
          mówiono o nim,
          że jest jak sikorka, bo pije więcej niż waży), Strogow, Kuba (niestety
          obecnie
          już ś.p.). Byli też najwięksi pijacy politologii - Paweł (od III roku
          już nie
          pił, został kimś w rodzaju AA, ale o jego wyczynach jeszcze napiszę),
          Piotrek i
          przede wszystkim wspomniany już Marcin. No i Dorotka, która na
          pamiątkę małego
          fandanga otrzymała ksywę 'Celina Tryper', od tej Celiny z piosenki
          Kazika i
          przez skojarzenie z nazwiskiem; a wkrótce potem niestety przestała
          pić. Były
          też, ale nie zawsze uczestniczyły, tzw. Ilonki, czyli paczka 4
          przejebistych
          dziewczyn z Mysłowic (większość imion niestety zmienionych)

          Najlepsze jest to, że z wyjątkiem 2 osób wszyscy te studia skończyli.

          Ale do rzeczy:

          Pewnego pięknego dnia, chyba w czerwcu 1995r., zdałem coś na bdb i
          odebrałem
          stypę. No to co? Słońce świeci, ptaszek kwili, cosik byśmy obalili.

          Być może popełniłbym jednak jeden z większych błędów w życiu i
          pojechał do
          domu, gdyby nie to, że już po wyjściu ze szkółki spotkałem Kwiat
          Historii, tj.
          Wiktora, Paszczaka, Strogowa, chyba także Pyzę i jeszcze parę osób.
          Niewiele
          myśląc, zdecydowaliśmy się zwiększyć dochody budżetu państwa z tytułu
          akcyzy.
          Wprawdzie Kołodko był daleko, ale za to monopolowy był blisko.

          I na łączkach koło stołówki, tam, gdzie Rawy srebrne fale... na
          kilometr
          śmierdzą, a gdzie dziś na pohybel radości życia studenckiego Wydział
          Prawa i
          Administracji powstaje, rozłożyliśmy się na trawce.

          Płynęły fale Rawy, płynęły godziny i płynęły flaszki. Stopniowo
          odpływali też
          ludzie, aż została tylko stara, w bojach z litrem zaprawiona wiara, w
          składzie:

          Wiktor

          Strogow

          Paszczak

          i Fred.


          Aha, co jest jeszcze dla tej historii istotne:

          Niedługo wcześniej albo niedługo później Paszczak wykonał nieudane
          podejście do
          powszechnej XIX i XXw. Podejście o tyle nie mogło być udane, że zaczął
          się
          uczyć jakieś 15 minut przed samym podejściem. I w trakcie tej
          intensywnej nauki
          zapytał koleżanki i kolegów z roku:
          - Yyy... a co to była ta bitwa pod Kuszimą? -
          (cóż, średniowiecza zaczął się uczyć z nieco większym wyprzedzeniem i
          dzięki
          temu o bitwę pod Kedynią nie pytał).

          Wracając nad Rawę:

          Było około 15.30. Z nieba lał się żar.

          Ponieważ po piątej flaszce już mi się dokładnie nigdzie nie chciało
          iść,
          wysłałem Wiktora i Paszczaka (sponsorowi wolno, nie?) po szóstą
          flaszkę,
          popychacz, i jakąś zakąskę ('najlepiej bułki, kiełbasa i musztarda').

          Chłopcy przeszli mostkiem w stron
          • frred Re: Z nudów... 08.07.04, 08:18
            C.d.
            Było około 15.30. Z nieba lał się żar.

            Ponieważ po piątej flaszce już mi się dokładnie nigdzie nie chciało
            iść,
            wysłałem Wiktora i Paszczaka (sponsorowi wolno, nie?) po szóstą
            flaszkę,
            popychacz, i jakąś zakąskę ('najlepiej bułki, kiełbasa i musztarda').

            Chłopcy przeszli mostkiem w stronę Warszawskiej i na razie tyle ich
            widziałem.

            Po piętnastu minutach przychodzi sam Wiktor.

            'Kurwa, chłopaki, Paszczak zniknął!'
            'Jak to zniknął, co ty dupisz?'
            'No kurwa zwyczajnie. Najpierw wymyślił, że się dołoży do flaszki,
            więc złapał
            jakąś skrzynkę po wódce, co się poniewierała po ulicy i chciał ją w
            sklepie
            sprzedać za 5 złotych. No i dostał opierdol, bo ta skrzynka była z
            tego sklepu.
            No to kuźwa po flaszkę weszliśmy do innego, bo tu już byłby obciach,
            jak
            kupowałem, to Paszczak się stracił.'
            'Dobra, kurwa, siedzimy tu, na pewno zaraz przyjdzie.'

            Po paru minutach atwierdziliśmy, że wódka się grzeje na słońcu, nie ma
            co
            czekać na Paszczaka z otwarciem, a zresztą jak przyjdzie, to dostanie
            karniaka.

            Minęło pół godziny, flacha pusta, kiełbasa zjedzona, a Paszczaka niet.

            Trzeba iść, szukać kolegi.

            Wstaliśmy, przeszliśmy przez mostek na Wodną, tamtędy na Warszawską.
            Paszczaka
            nigdzie nie widać... I nagle, wszystkim trzem naraz, z młodej piersi
            się
            wyrwało... aż echo po dachach niosło:

            'Złoty pierścionek pierdolnął Bronek z wystawy,
            Za ten pierścionek posiedzi Bronek do sprawy,
            Złoty pierścionek, taki zwyczajny, dziecinny,
            Pierdolnął Bronek, bo myślał, że to jest inny!

            Wiła wianki i wrzucała je do falującej wody,
            Wiła wianki i rzucała je do wody!
            Wiła wianki i rzucała je do falującej wody,
            Wiła wianki i rzucała je do wody!

            Złoty pierścionek pierdolnął Bronek z wystawy...'

            I tak kilkanaście razy pod rząd.

            A ludzie na Warszawskiej reagowali różnie, z reguły rozbawieniem,
            czasem dużym
            zdziwkiem, oburzeniem na szczęście rzadko. A zresztą chuj nas to
            obchodziło!


            Historia ta miała dwie pointy:

            1) Paszczak się znalazł. Okazało się, że wyczeprany walką z litrem
            padł bez
            ducha... na wysepce tramwajowej pomiędzy torami. Tramwaje sobie
            jeździły,
            dzwoniły... a Paszczak sobie słodko spał...

            2) Jakiś tydzień później skończyłem sesję. Oddając indeks w
            dziekanacie,
            usłyszałem:
            - Aaa, to pan. Wiła wianki i rzucała je do wody...-

            ...


            ...

            Po chwili babka rzuciła okiem w indeks i stwierdziła, że za śpiew to
            może
            niekoniecznie, ale za średnią przysługuje mi naukowe.
            Cóż mogłem powiedzieć? Tylko to, że w takim razie w październiku znów
            będzie
            impreza.

            Aha, a od czasu tej imprezy wysepki tramwajowe nazywają się Kuszimy
            (przez
            analogię do kuszetki).


            • toruńskie przypadki
            Gość: Lapusz 29-04-2003 10:14 odpowiedz na list odpowiedz
            cytując

            Perwsza część obiecanej opowieści:

            Otóż około 8 lat temu trafiło się, że zamieszkaliśmy we
            trójkę w 19-metrowej
            kawalerce. Trzech kumpli z ełckiego ogólniaka rozpoczęło
            studia – prawo,
            socjologia i ekonomia. W niniejszej przypowieści wspomnieć
            pragnę urodziny
            jednego z kolegów. O tyle znamienne, że na dzień przed
            imprezą jubilat bardzo
            źle się poczuł i pojechał do domu. Instynkt samozachowawczy
            zagrał – tak to
            teraz interpretuję. Ale, ale. Jako prawdziwi przyjaciele
            poczuliśmy się w
            obowiązku urodziny chorego kolegi zorganizować mimo jego
            nieobecności – tym
            bardziej, że staranniejsze niż przy zwykłej popijawie
            przygotowania poczynione
            zostały. Rzeczą oczywistą jest, że każdy z gości przynosi
            swój alkohol. Już od
            15.00 (piątek) pojawiali się pierwsi zawodnicy. Gusta były
            różne: dominowały
            winiacze po 3,20 (Tornado) oraz tak zwane „Wiśniówy” w
            butelkach 0,75. Przy
            nabywaniu tych ostatnich należało wykazać wzmożoną czujność i
            nie polegać na
            zwykle mylących, a rzucających się w oczy napisach
            typu „Mocna” albo „18%” na
            etykiecie. Jedynym wiarygodnym źródłem informacji w przypadku
            wiśniówy była
            banderola. Widniejący tam przedział procentażu musiał być 12-
            15, a zapewniam,
            że znakomita większość oferty sklepowej charakteryzowała się
            haniebnym
            przedziałem 9-12. Oczywiście pojawiała się też wóda. Ja
            osobiście popisałem się
            inicjatywą i przyrządziłem brązowiaka – pół litra ruskiego
            spirytu przemieszane
            z rańca z wodą. Spiryt nie był chyba pierwszego sortu i
            trunek strasznie jebał
            ropą – dodałem więc kawy. Nie dość, że niepokojący zapach
            został przytępiony,
            to jeszcze napitek nabrał szlachetnej barwy. Tak powstał
            brązowiak. Byłem
            dumny. Koniec końców około 18.00 impreza rozpoczęła się na
            dobre. Punkrockowa
            muzyczka i kilkunastu uczestników często wznosiło toasty ku
            czci nieobecnego
            jubilata. Po pewnym czasie następowała pierwsza rzecz
            znamienna, powtarzalna w
            imprezach w tym gronie, świadcząca o tym, że spotkanie się
            wyraźnie rozkręca.
            Mianowicie jeden z moich sublokatorów, Starzom,
            zaczynał ”obligować”. Czynność
            owa polegała na tym, że rozkręcony przyjaciel nalewał sobie
            pełen kubas
            wiśniówy, tudzież pół kubasa wódy, wypijał jednych haustem i
            tego samego
            oczekiwał potem od wszystkich uczestników spotkania. Nie
            spoczął dopóki każdy
            nie dopełnił obowiązku, po czym Starzom ponownie obligował. I
            tak w kółko.
            Łatwo zgadnąć, że impreza nabierała o tego momentu znacznego
            przyspieszenia i
            przenosiła się na balkon. Cdn...
            ...Od razu uprzedzam, że mieszkanie
            było na parterze, tak że wykluczona była
            śmierć po skoku z balkonu... Na balkonie obligowanie
            znajdowało swoją
            kontynuację, w międzyczasie przewijało się przez
            chałupę kilkanaście osób,
            jedni zostawali, inni wychodzili, nikt zbytnio nie
            zważał. Balkonowy etap
            imprezy musiał budzić niemały respekt u sąsiada
            mieszkającego nad nami, jak
            również u ludzi zamieszkujących blok naprzeciwko.
            Diablo – stały gość naszej
            chałupy (prawo) zawsze wspinał się po balkonie do
            sąsiada i gdy ten go zauważył
            wiszącego na kratach to Diablo przystępował do
            przepraszania za to że jest i
            jeszcze długo będzie głośno. Cud, że nigdy nie spadł,
            może dlatego, że zawsze
            był najebany jak szpadel... Naturalną rzeczą jest, że
            podczas takiej popijawy
            często się chce szczać – ale mimo, że kibel był raptem
            góra 2 metry od balkonu,
            to cały czas był pusty. D
            • frred Re: Z nudów... 08.07.04, 08:21
              C.d.
              ...Od razu uprzedzam, że mieszkanie
              było na parterze, tak że wykluczona była
              śmierć po skoku z balkonu... Na balkonie obligowanie
              znajdowało swoją
              kontynuację, w międzyczasie przewijało się przez
              chałupę kilkanaście osób,
              jedni zostawali, inni wychodzili, nikt zbytnio nie
              zważał. Balkonowy etap
              imprezy musiał budzić niemały respekt u sąsiada
              mieszkającego nad nami, jak
              również u ludzi zamieszkujących blok naprzeciwko.
              Diablo – stały gość naszej
              chałupy (prawo) zawsze wspinał się po balkonie do
              sąsiada i gdy ten go zauważył
              wiszącego na kratach to Diablo przystępował do
              przepraszania za to że jest i
              jeszcze długo będzie głośno. Cud, że nigdy nie spadł,
              może dlatego, że zawsze
              był najebany jak szpadel... Naturalną rzeczą jest, że
              podczas takiej popijawy
              często się chce szczać – ale mimo, że kibel był raptem
              góra 2 metry od balkonu,
              to cały czas był pusty. Dlaczego? Odpowiedź jest
              prosta. Dyskurs toczony na
              balkonie był tak interesujący, że nikt nie chciał
              pozwolić sobie na opuszczenie
              choćby fragmentu. Każdy lał po prostu przez balkon.
              Nadmienię, że ten etap
              rozpocząć się musiał ok. 21.00, było lato, więc jeszcze
              widno. Niemniej jednak
              nikt sobie nic z tego nie robił i wszyscy imprezowicze
              takie zachowanie
              traktowali jak normalkę. Zapewne w przeciwieństwie do
              przechodniów, którym
              okazywał się widok grupki kolesi, z których np. dwóch
              leje przez balkon nie
              przerywając konwersacji. Tak jakby np. otrzepywali
              spodnie czy coś takiego. Po
              prostu pełna swoboda i normalka. W pewnym momencie
              zostało nas tylko trzech:
              ja, Starzom i Diablo. Inni się rozeszli, cześć do
              słynnej Bazy (nieistniejący
              już klub w miasteczku akademickim), gdzie mieliśmy się
              ponownie później
              spotkać, część po prostu zczezła. Ja muszę tu przyznać
              się do pewnej rzeczy.
              Miałem (i wciąż mam) jeden feler – otóż często jak
              dobrze popije wstępuje we
              mnie agresor. Tak było również tym razem.

              Z pierwa zacząłem napylać jedynym naszym nożem kuchennym w
              ścianę balkonu wydając jednocześnie
              nieatrykułowane krzyki, po czym w trawę
              poszły zapasy żarła, co je trzymaliśmy na
              balkonie – lodówki nie posiadaliśmy
              jeszcze (pojawiła się później – a to temat na
              koleją przypowieść). Powodem
              mojej złości była nieobecność chorego jubilata.
              Postanowiliśmy się więc
              przewietrzyć i udaliśmy się do Bazy. Po drodze
              zakupiliśmy po 2 winiacze (Baza
              była klubem przyjaznym studentowi i wniesienie
              wina nie stanowiło problemu). W
              Bazie miał miejsce szaleńczy tan, największy
              respekt wśród uczestników imprezy
              wzbudził Starzom pląsając radośnie z niemal pełną
              butelką wina w zębach. Ok. 3
              w nocy klubik zamykali, więc trzeba wracać na
              chatę. Wracaliśmy we trójkę – ja,
              Diablo i Starzom. Agresor znów dał znać o sobie.
              Na przejściu dla pieszych z
              naprzeciwka szła sobie niewinna kobiecina i na
              nasz widok zaczęła się starać
              omijać nas łukiem. Zdenerwowałem się dlaczego się
              nas boi. – Czego się Pani
              boi? – zapytałem więc uprzejmie. W tym momencie
              kobieta nie wytrzymała nerwowo,
              zarzuciła próby omijania łukiem i najzwyczajniej
              zaczęła uciekać w przeciwnym
              kierunku. Powoli dochodziliśmy do domu i mój
              agresor zaczął się intensyfikować.
              Pierwszą ofiarą była wycieraczka spod drzwi –
              wyrzucona przed klatkę. Zaraz po
              wtargnięciu do chaty zostały pobite wszystkie
              puste butelki (było ich trochę) o
              zlew w kuchni. Starzom to relacjonował w ten
              sposób, że zacząłem lamentować nad
              chorobą Pitera i napierdzielałem butelkami z
              pokoju w zlew kuchenny. Cudem
              było, że każda z ciśniętych butelek omijała
              telewizor. Butelki w pewnym
              momencie się skończyły – więc jak to
              relacjonowali koledzy „zapragnąłem
              zamienić słówko ze stołeczkiem” – czyli cisnąć w
              zlew stołkiem. W tym momencie
              kumple byli już zmuszeni mnie spacyfikować i po
              niedługim czasie poszliśmy
              spać. Pobudka była około południa, oczywiście
              wszyscy w kompletnej garderobie i
              z potężnym kaczorem. Do kuchni wleźć się nie
              dało – równy, gruby na centymetr
              dywan ze szkła. Cóż było czynić – ciągniemy
              karty, kto wylosuje najmłodszą
              pomyka do sklepu po wiśniówy (przedział na
              banderoli 12-15 %). Wypadło na mnie.
              Wraz z południowym słońcem ruszyłem do monopolu.
              Kumple śmieli się potem, bo z
              drogi usunęło się towarzystwo gości, którzy
              przyjechali w odwiedziny do
              sąsiadów. Nie wiem czemu. Zakupiłem 6 sztuk x
              0,75. Starzom od razu obligował.
              Po kubku. Po drugim albo trzecim Diablo rzucił
              pawia na dywan. Znamienne było
              to, że nie wzruszyło nas to w ogóle. Ot,
              polecialo. „Skocz Diablo po jąkąś
              szmatę, przetrzyj i masz tu kubek wiśniówy –
              popij”. Wytrł i popił.
              Kontynuowaliśmy spożycie grając w 3-5-8. Kto
              przegra – po następne wiśniówy.
              Tak do wieczora, potem do bazy. W niedzielę
              obudziłem się w domu sa, nie
              wiedziałem co stało się z kolegami. Jak się
              okazało – jeden trafił do hotelu
              wojskowego, drugi nocował w akademiku. Było
              fajnie.


              • Gliwickie przypadki
              Gość: Fred 06-05-2003 14:24 odpowiedz na
              list odpowiedz cytując

              Kumpel z Gliwic (obecnie od ok. 8 lat
              trzeźwy), jak jeszcze pił, lubił tzw.
              piwo po moskiewsku. Piwo po moskiewsku polega
              na tym, że bierze się duży kufel,
              wlewa się do niego piwo + setę + ok. sety soku
              z cytryny i wali się na eks (no
              powiedzmy w ciągu 10min). Wali w łeb jak
              legendarny 'Cygański biały miś' (czyli
              spirol z winem musującym).

              Problem w tym, że on lubił walnąć 2 takie piwa
              o 8 rano, zamiast porannej kawy,
              i potem jechał na uczelnię.

              Pociąg osobowy z Gliwic do Katowic jechał
              wtedy ok. 40 minut.

    • pitolek Re: Z nudów... 08.07.04, 08:51
      ehehehe
      fajne, ale w sumie jak wszędzie... kiedyś jak nabiorę do tego większego dystansu to może coś napiszę :) było trochę imprez w akademiku i wokoło, które warte były zapamiętania jak i parę tzw występów gościnnych :)
    • lahliq Re: Z nudów... 08.07.04, 12:07
      Najważniejsze podczas odwiedzania spelun, knajp i dyskotek w "uchachanym"
      nastroju to nie zawierać nowych znajomości... ;)
      Bo czasem inteligentny i przystojny chłopak,może okazał się kolegą koleżanki z
      podstwaówki, który miał kibel w pierwszej klasie i ogólnie uchodził za
      opóźnionego w rozwoju... ;)
      • frred Re: Z nudów... 08.07.04, 14:03
        Z racji płci nie mogę się z tym problemem utożsamić, ale faktycznie może to być
        ryzykowne.
    • kamaoka Re: Z nudów... 08.07.04, 12:19
      Frred - jestes boski! tylko tyle jestem w stanie powiedziec ze szczescia:)
      • frred Re: Z nudów... 08.07.04, 14:01
        Jestem wzruszony i szczęśliwy
        • kamaoka Re: Z nudów... 08.07.04, 15:02
          no dobra, dobra, dosyc wzruszen - masz jeszcze?:P
    • ugo Re: Z nudów... 09.07.04, 12:18
      frred napisał:
      Otóż był kiedyś i się
      > pięknie rozwijał, po czym zmarł nagłą śmiercią z niewiadomych przyczyn wątek
      > pn. "Z nudów odwiedziłem parę spelun".

      Wątek został zarchiwizowany. Oto link do niego
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=384&w=5521433&a=5521433
      • frred Re: Z nudów... 09.07.04, 15:54
        ugo napisał:

        > frred napisał:
        > Otóż był kiedyś i się
        > > pięknie rozwijał, po czym zmarł nagłą śmiercią z niewiadomych przyczyn wąt
        > ek
        > > pn. "Z nudów odwiedziłem parę spelun".
        >
        > Wątek został zarchiwizowany. Oto link do niego
        > forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=384&w=5521433&a=5521433

        To mam propozycję: czytajcie bezpośrednio tam, a komentarze i nowe opowieści
        dawajcie tu, bo tam już się chyba nie da.

        Dzięki serdeczne Ugo. Co ja się tego naszukałem... Na szczęście część opowieści
        przekopiowałem wcześniej do Worda, stąd mogłem was nimi uraczyć.

        PZDR

        • ugo Re: Z nudów... 09.07.04, 20:36
          Nie ma za co :-)
          Pewnie szukałeś na forum a do zarchwizowanych wątków da się dotrzeć jedynie
          przez wyszukiwarkę. Z forum znikaja.
          Pozdrawiam
    • mrnoone Re: Z nudów... 09.07.04, 13:02
      Tak sobie siedzę i czytam, i tak sobie myślę (po lekturze) - czy myśmy kiedy
      razem nie degustowali? Klimaty te same, Pi x drzwi te same akcje, tylko
      kierunki (naukowe (he, he)) różne. Mnie raczej nach Sosnowitz pasowało...
      Pewne "fakty" się zgadzają, miejsca i lata.
      Chyba, że wszystkim "koneserom" to się zdarza, co być może. Tiaaa, w końcu:
      wszystko już było.
      PoZdrówka.
      • brunosch Re: Z nudów... 09.07.04, 15:49
        Lingwista-humanista? :)))
        czy humanista-polonista?
        A swoją drogą - czy nikt nie odwiedził "Fregaty"? "Czarnego łabędzia"?
      • frred Re: Z nudów... 09.07.04, 15:55
        Zajrzyj do skrzynki. Nach Sosnowitz to się też zgadza, bo tam mieszkam.
    • conena Re: Z nudów... 09.07.04, 19:58
      dobry wątek:)

      nie wiem jak u was z tradycją alkoholizowania się na pracowniczych ogródkach
      działkowych? ze znajomymi do dziś płaczemy ze śmiechu wspominając to i owo...
      moja ulubiona historia dotyczy dnia działkowca, kiedy to zarząd POD organizował
      rozmaite atrakcje, m.in. wieczorki taneczne:) my stwierdziliśmy, że tam tylko
      będą starzy, disko polo i ogólnie nuda więc olewamy imprezę, robimy swoją.
      łączka, procent, jakiś kocyk, karty potem piwo potem jakiś papieros i nagle
      świat zrobił się piękny a ta muzyczka na potańcówie nawet calkiem fajna! no to
      walimy na parkiet trzeba sobie troche też potańczyć. idę sobie z moim wtedy
      najlepszym kolegą i żartujemy sobie a co to będzie jak na rodziców wpadniemy.
      zaznaczyć trzeba, że ów kolega jest dosyć niski i sięga mi zaledwie do
      ramienia, podobnie jak jego tata - taki ich urok. dotarliśmy do imprezy, przy
      mikrofonie szaleje szazza-2 a my zaczynamy pląsy. nagle znikąd zjawia się tata
      mojego kolegi, też dobrze zrobiony i wrzeszczy do mnie "TAŃCZYMY!!"
      jednocześnie biorąc mnie za rękę i ciągnąc na środek imprezy. udało mi się
      przetrwać może z dwa takty ale po pierwszym piruecie jaki wykonał mną mój
      partner zrobiłam tzw. biedronę, czyli gleba na plecy:) mając świadomość, że
      może mnie widzieć ktoś znajomy trzeźwy podjęłam błyskawiczną decyzję, że muszę
      w tej chwili spierniczać na alaskę, więc jak już się podniosłam to szybko myk w
      bezpieczne miejsce. no i najlepszego nie widziałam:) drugi mój kolega
      stwierdził, że mój tancerz zorientuje się że coś jest nie tak jak się okaże że
      ja zginęłam i jeśli nie będzie miał z kim tańczyć to będzie wielka awantura i
      już nigdy nie będziemy mogli wziąć ani kropelki do ust, więc aby nas od tego
      ratować wymyślił, że trzeba podstawić kogoś zamiast mnie, nikt nie zauważy
      różnicy, tata kumpla będzie sobie tańczył i będzie wsio ok. kiedy więc tata
      kolegi zaczynał się rozglądać za kimś do obtańcowania kumpel błyskawicznie
      rozwiązał jego problem i pchnął mu w ramiona pierwszą osobę, która stała obok,
      czyli ... kolegę nr 1 :) tym oto sposobem na działkowej potańcówie wesoło sobie
      tańcowali ojciec z synem, a ja tego nie widziałam!
    • conena tro mi się podoba :) 09.07.04, 20:51
      Gość: Fred 02.06.2003 13:02 zarchiwizowany


      Aaa... To będzie fajna historia, i chyba spodoba się Alcestowi, bo chyba o
      takie mu najbardziej chodziło:

      Jest ładny czerwcowy dzień, godzina ok. 16. Siedzimy kiedyś z tatą i bratem w
      tzw. ogródku piwnym (w którym często bywamy, bo jest 100m od domu taty, i mamy
      tam opinię stałych i względnie forsiastych klientów). Pijemy piwo i gramy w
      karty. Parę stolików dalej, przy płocie, siedzi para, ewidentnie z dołów
      społecznych, ale tego dnia mają nawet trochę kasy. Baba gruba jak baobab, facet
      niski, ale żylasty, potatuowany, obcięty na jeżyka, oboje koło 50. Konsumują
      jakieś mięsko z grilla, popijają piwem... i nagle baba startuje do płotu i
      zaczyna jechać równo:

      - Ty chuju, ty pedale, ty cwelu jebany, żebyś zdechł...- itp.

      Było to skierowane do przechodzącego ulicą faceta, przypominającego z wyglądu
      Hitlera, tyle, że (w przeciwieństwie do pierwowzoru) nikczemnego wzrostu i
      obficie wytatuowanego.

      Tenże osobnik wszedł do ogródka usiadł przy nich i, dosyć przestraszony,
      usiłował coś wyjaśnić. Chodziło, o ile zrozumiałem, o jakiś przeterminowany
      dług - ona udzieliła mu pożyczki w zaufaniu, ze skoro pochodzą z jednej wsi, to
      jej na pewno odda, a on, chuj jebany, nie oddaje itp. Jego dialogi z tą babą to
      były perełki polszczyzny (nie śląszczyzny!), niestety ich nie zanotowałem.
      Pamiętam tylko, że ona mu mówiła na "ty", a on jej z pełnym respektem na "pani".

      W międzyczasie jej adorator kilka razy startował do krzywdziciela damy swego
      serca w celu wymierzenia mu sprawiedliwości, ale dama za kazdym razem
      zaprowadzała Treuga Dei.

      Na koniec rozmowy dłużnik coś tam im powiedział w sensie, że nie zapłaci czy że
      zrywa znajomość i wyszedł. W tym momencie adorator wystartował za nim, by za
      zniewagę damy swego serca wyzwać go na udeptaną ziemię na walkę konną lub
      pieszą (lepiej pieszą, bo obaj byli najebani jak szpadle i z koni by
      pospadali). Dopadł go przy bufecie i już na nim dłużnika położył... ale barman
      ich rozdzielił.

      No i ocalony przed niechybną zgubą dłużnik wyszedł na ulicę i zaczął wydawać z
      siebie coś, co w założeniu miało zapewne stanowić ironiczny śmiech, w praktyce
      jednak stanowiło głównie prezentację prawie całkowitego braku uzębienia (może
      miał więcej wierzycieli?). Ściślej biorąc, miał dokładnie 4 zęby.

      Nic dziwnego, że dama, w dalszym ciągu na cały głos nazywająca swego dłużnika
      słowami oznaczającymi przede wszystkim niektóre części ciała, a nieco rzadziej
      osoby o nietypowych upodobaniach seksualnych, nagle zmieniła ton wypowiedzi i
      wrzasnęła za nim (na całą knajpę):
      - Ty wampirze jebany!-

      Określenie to było tak trafne, że natychmiast razem z braciszkiem znaleźliśmy
      się pod stołem ze śmiechu, a adorator, dotychczas niezwracający na nas uwagi,
      zaczął się nam przyglądać, analizując uważnie, czy aby czymś nie uchybiliśmy
      czci damy jego serca.

      Nie będąc w nastroju do walki o honor damy (na której widok zresztą rzygać mi
      się chciało) wyjaśniłem spiesznie, że takie wrażenie zrobiła na mnie jedynie
      niezwykła celnośc jej wypowiedzi.

      Adorator uspokoił się, uznał, że dama jego serca została nie tylko nie
      znieważona, ale wręcz skomplementowana... i w ramach odprężenia sam uśmiechnął
      się od ucha do ucha.
      Przy tym pokazał zdumionemu światu, że...

      ...że...

      ...że...

      ...że sam ma DWA ZĘBY!

      I tu spadliśmy z krzeseł ponownie.

      Na szczęście nie zajarzył od razu, o co chodzi, a jak po paru minutach (chyba)
      zajarzył, to jego luba go jakoś spacyfikowała (ale nie mam pewności, czy chciał
      się trzaskać ze mną, czy pójść w ślady Blade - Wiecznego Łowcy i ścigać
      wampira).

      I jakoś się to wszystko rozeszło po kościach.

    • Gość: alcest Re: Z nudów... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.07.04, 11:47
      Witam, hehehe przeczuwałem, że wątek ten wcześniej czy później wróci...w końcu
      wakacyje :) A zatem do dzieła ludziska! Opisujcie zjawiska przez Was zauważone
      w "lokalach", czyli lumpiarniach. Ostatnio spodobał mi się text zasłyszany od
      niezbyt "wyjściowej" kobieciny do jej kompana: "Zenek, ja od ciebie odchodzę,
      bo ty mnie zdradzasz z żoną". Niezłe klimaty muszą mieć. Pozdrowienia dla
      łykaczy.
      • Gość: yvona Re: Z nudów... IP: *.rivrw2.nsw.optusnet.com.au 10.07.04, 14:26
        Frred, jestes wielki!!!!
        ;))))))
    • crazyhorse80 Re: Z nudów... 10.07.04, 21:41
      "FRRED", wprawdzie miałam już okazję słyszeć te opowieści od Ciebie osobiście,
      ale i tak z miłą chęcią przeczytałam ten post,nawet nie wiesz jak mnie to
      rozbawiło siędzę teraz przy kompie i śmieję się sama do siebie(Elza siedzi obok
      mnie i patrzy na mnie jak na wariata :)...gratuluję talentu literackiego i
      pozdrawiam wszystkich
      crazyhorse80
    • mrnoone Re: Z nudów... 12.07.04, 07:57
      Sie mi przypomniało.

      Okolice Nowego Sącza, wiocha 150 dymów, ale kościół tak na 1500 ludzi. Może
      rodziny liczne w okolicy? Mniejsza.
      Kulturnie wchodzimy z kumplem (od żłobka się znamy) do miejscowego (i jedynego)
      kuflolutu pod egidą lokalnego GSu. Za ladą "wiotki" jegomość ze szmatą na
      ramieniu, jedyny stolik ze stołkami i "wzorzystą" ceratą na blacie zajęty.
      Pozostają tylko miejsca tramwajowe.
      W ladzie chłodniczej (wyłączonej) rządek przechodnich meduz i jajeczek la
      brązowy majonezzz. Brrry! Połowa lat osiemdziesiątych, piątkowe, wczesne
      popołudnie, wakacje, żar okrutny. Jest piwo!
      No to po dwa lane. Ile płacimy? Wiotki - kałcja za kufel X, piwo X/2. Kałcja
      płatna teraz. Za piwo zapłacą panowie po spożyciu (tak, tak, kultura przede
      wszystkim). Kwaśnawe, wodniste, ale nic innego nie było. No to jeszcze po dwa.
      Gadamy, palimy, gadamy, jeszcze po dwa. Wiotki zapisuje, my zamawiamy, palimy,
      gadamy, od czasu do czasu odcedzamy. Jakoś idzie. Świat różowieje, argumenty
      coraz głośniejsze, odcedzanie coraz częstsze. Nikt nas się nie czepia, nikomu
      nie przeszkadzamy, Wiotki donosi jedynie piwo - pełna kultura. Pijemy,
      gadamy... Nieźle już wstawieni, ale jeszcze w miarę kumaci, dochodzimy do
      wniosku, że powinniśmy skończyć. Turlamy się płacić,
      Wiotki - 36 piw, płacą panowie YY.
      My - ILE???
      - No, YY za 36 piw minus kałcja... Bez konsumpcji... [a(c)h, ta kultura!]
      - Nie to, ile piw???
      - No, 36. Mam zapisane.
      - To niemożliwe! 18 piw na twarz!?!
      - No, zapisane jest, ja się nie mylę.
      - Panie, to jest (chwilka obliczeń, już na palcach) 9 litrów płynu na ryj!!!!!
      To niemożliwe!!!
      - No, mnie też się tak wydawało... Będziecie panowie jutro?
      - Eheee..., z rana....
      Szok. Płacimy wychodzimy.
      Dej after, sobota, idziemy się leczyć. Wchodzimy do knajpy, w środku chyba ze
      20 chłopa. I ktoś rzuca hasłem:
      - O! Nowi rekordziści przyszli!
      Drugi szok, który potwierdził ten pierwszy. Wypiliśmy chyba po cztery. Za
      darmo. Taaa... kiedyś byliśmy kulturalnym narodem...
      • mrnoone Re: Z nudów... 13.07.04, 12:42
        Ktoś zwrócił mi uwagę na priv, że kłowo "kaucja" pisze się "kaucja", a ja
        napisałem "kałcja". Zrobiłem to rozmyślnie. Na te poszczerbione i nie zawsze
        domyte kufle, które były w owych czasach używane, słowo "gówniane" byłoby
        odpowiednim określeniem. Moją winą jest to, że nie użyłem cudzysłowu. Że też
        się komuś chciało...

        Ale nie ma tego złego... Historyjka następna.

        Przełom ustrojowy. Wraz z kumplem remontowaliśmy domki letniskowe "za michę i
        wyrko". Każdego popołudnia człapaliśmy dwa kilosy do knajpy (już ajent, a nie
        GS, jednak "warunki" konsumpcji jak za nieboszczki - komuny). Piwo marki piwo,
        chrzczone i kwaśnawe, ale dało się pić. Serwowane (a co! jak kultura, to
        kultura!) w poobijanych i wyszczerbionych kuflach.
        Przy pierwszej wizycie zauważyliśmy, że lokal dysponuje wysokimi szklankami a
        0,5 litra w ilości sztuk 4. Były domyte, nieposzczerbione i ładnie prezentowały
        się na półce za barmanką. W dniu następnym poprosiliśmy o piwo "w cienkim
        szkle". Nasz klient, nasz pan - zapewne z takiego założenia wyszła barmanka,
        lejąc na piwko do szklanek. Rytuał ten powtarzał się przez prawie dwa tygodnie.
        Przy kolejnych wizytach pani barmanka przejmowała inicjatywę i zapodawała nam
        piwo do tych czystych, ładnych szklanek. Miłe.

        Rok później, grupą (powiedzmy 8 osób) zawitaliśmy w letnie popołudnie to tejże
        knajpy. Zamówiliśmy piwo, pani barmanka poprosiła na o zajęcie miejsc - "Bo
        zanim naleję tyle piw, to panowie mogą miejsca zająć, ja przyniosę." No, no,
        no. Byliśmy zachwyceni. Siadamy, jaramy. Idzie barmanka z dużą tacą i 6 kuflami
        na niej. Rozstawia napój przed nami pomijając mnie i wcześniej wzmiankowanego
        kolegę. Z naszej strony niema konsternacja. Barmanka: "Chwilkę, jeszcze dwa
        piwa będą." I ku naszemu zdziwieniu, na osobnej tacy przynosi dwa piwa "w
        cienkim szkle"... "Panowie w szklankach zawsze piją?" i stawia je przed nami.
        Reszta ekipy miała oczy jak spodeczki. My - jak koła młyńskie.

        Się prowadzi światowe życie, to ludzie człowieka znają.
        • frred Re: Z nudów... 14.07.04, 15:51
          Wiesz, czystość tych lokali jest czasem taka, że zapis 'KAŁcja' jest wręcz
          właściwszy... :)

          W jednym z takich kuflomiotów kiedyś po pijaku usiadłem na kiblu i
          przysnąłem... A kumple płacili po 30 gr za kibel tylko po to, żeby mnie w tej
          pozycji zobaczyć...


          Na tę pamiątkę sam o sobie ułożyłem piosenkę:

          "I tylko szkoda, że w dzień deszczowy
          Było to chyba we wtorek
          W klozecie zasnął nie głupi (nazwisko nielubianej osoby)
          A mądry, biedny (moja druga ksywka, kończąca się na -orek)"

          Z kolei koleś, występujący w moich postach jako Wiktor, został za jeden ze
          swoich wyczynów (skok przez okno z I piętra celem kontynuacji imprezy)
          uwieczniony podobną:

          "I tylko szkoda, że w noc lutową,
          Gdy spała już cała wiocha,
          Oknem wyleciał nie głupi (nazwisko nielubianej osoby)
          A biedny, mądry (nazwisko 'Wiktora')"
    • mrnoone Re: Z nudów... 15.07.04, 12:20
      Trening czyni mistrza.

      www.wagenschenke.ch/
      48 metrów w czwartym podejściu. Życzę powodzenia.
      • uran4 Re: Z nudów... 15.07.04, 14:06
        Taa, jak wspominać, to wspominać. W 81 lub w 82 roku w Otmuchowie żywiliśmy się
        zupą chmielową w knajpie, której nazwy niestety nie pomnę. Kto bywał, ten
        będzie wiedział: znajdowała się gdzieś w okolicach "Baccary", składała się z
        kiosku i iluś tam lastrikowych stolików. W każdym razie odwiecznym problemem
        tegoż przybytku był chroniczny brak kufli. Przychodziło nas tam dziewięciu
        chłopa, co przy zamówieniu "po 4 na twarz" dawało niebagatelną liczbę 36
        potrzebnych naczyń. Któregoś dnia postanowiliśmy zaradzić temu i przyszliśmy z
        wiadrem (kupionym w GS-ie)oraz półlitrowymi metalowymi garnczkami. Trzeba było
        widzieć minę "barmanki", kiedy kumpel postawił rzeczone wiadro na blacie i
        zażądał:"do pełna, proszę..."


        Pzdr 4all
        • fassolka O tym jak mężczyżni damskich akcesoriów używają 16.07.04, 23:37
          Moja opowiastka dotyczy konsumpcji nie tyle barowej co na świeżym powietrzu,
          przy ognisku. Daawno temu, będzie z 10 lat,pracownicy pewnego regionalnego
          oddziału instytucji, która firmuje czytaną własnie przez Państwa stronę
          internetową, wybrali się za miasto nad jeziorko w ramach zaciesniania
          pracowniczych więzi międzyludzkich. Szefostwo sredniego szczebla wtopiło sie w
          tłum, poszła w ruch gitara, kiełbaski i wódeczka. Po paru godzinach
          przestaliśmy już zważać na komary i chłód, a butelki krązyły wokół ogniska
          metodą 'z gwinta'. O świcie stwierdziliśmy, że chyba pora spać. Po drodze do
          wynajętych domków jeden z kolegów poczuł nieodpartą fizjologiczną potrzebę tzw.
          grubszą. Resztką sił wcisnął sie w jakieś krzaczory. Po chwili usłyszałam jego
          jęk: dajcie papier! Tylko skąd tu papier??? Nieźle zamroczona obmacałam
          kieszenie w poszukiwaniu chusteczki, ale znalazł się tylko... tampon ob. Ha! W
          początkowej fazie obecności ob na polskim rynku wiele użytkowniczek obawiało
          sie zerwania sznureczka. Wychodząc tym obawom naprzeciw firma w spotach TV
          zademonstrowała jak można rozwinąć tampon na płasko i przekonac się o fest
          zamocowaniu sznureczka. Ledwo sie na nogach trzymałam ale udało mi się tego
          dokonać, co uratowało nieszczęśnikowi resztki godności. Rok pózniej był juz
          moim mężem :DD
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka