Dodaj do ulubionych

Pamiętnik Michałka

07.08.06, 21:10
Postanowiłam napisać pamiętnik o Michałku, o ciąży, o porodzie, jego chorobie, rehabilitacji i ogólnie o jego życiu...
Obserwuj wątek
    • izabela1976 Ciąża cz.1 07.08.06, 21:22
      Decyzję o dziecku podjęliśmy m-c przed ślubem. Stwierdziliśmy, że nie ma na co już czekać, co będzie to będzie. Bo na dobrą sprawę odpowiedniej chwili ma bejbusia długo by nie było. Bo powinniśmy poczekać na odbiór mieszkania, wykończyć je, odkuć się finansowo itd. A tak zdaliśmy się na to co przyniesie nam los.

      Na to, że spóźniał mi się okres nie zwróciłam zbytnio uwagi. Akurat byliśmy na Majorce. A tu wiadomo, zmiana klimatu, odpoczynek po długim stresie. Byłam pewna, że dostanę po powrocie do kraju.

      A jednak nie. Mąż kupił mi test i kazał od razu go zrobić. Chciałam go wziąć trochę na przetrzymanie, ale nie mogłam przecież być taka okrutna :)

      Upragnione dwie kreski pojawiły się bardzo szybko. Bardzo się z tego cieszyłam, bo ostatnie miesiące wcale nie były dla mnie łatwe. A tu zdarzył się cud. A był to właśnie maj. Dziecko poczęliśmy prawie natychmiast po podjęciu decyzji.

      Teściom powiedzieliśmy parę dni później (nie mieliśmy jeszcze potwierdzenia oficjalnego, tylko test), cieszyli się bardzo.

      Na początku czerwca pojawiły się u mnie mdłości. Nie były jakieś tragiczne, ale wypadało pójść już do lekarza by wypisał zaświadczenie o mojej ciąży dla zakłądu pracy. Tak na wszelki wypadek, by mnie nie zwolnili.

      Lekarz wysłał mnie na USG, bo samo badanie nic jeszcze nie wykazywało. Usg zrobiłam jeszcze tego samego dnia, prywatnie, bo tak nie cierpliwie czekałam na potwierdzenie, że już za parę m-cy będę mamą.
    • izabela1976 Ciąża cz.2 07.08.06, 21:45
      Tyle, że po USG wcale nie było mi tak wesoło. Fakt, byłam w ciąży. To się potwierdziło. Ale badanie wykryło coś jeszcze. Torbiel. Obrzydliwą torbiel na lewym jajniku. Lekarz stwierdził, że on na to nic nie poradzi i dał mi skierowanie do szpitala.

      Przelatywały mi po głowie straszne scenariusze. To, że poronię. To, że torbiel będzie śmiertelna dla mnie. To wszystko było dla mnie jak wyrok. Mój mąż cały czas mnie pocieszał, a ja po prostu przeryczałam cały wieczór i całą noc. Przez to wszystko nawet nie miałam siły się cieszyć, że noszę pod sercem swojego własnego prywatnego dzidziusia. Cały czas bałam się, że go stracę, zanim tak naprawdę zaczęłam go mieć.

      W szpitalu na Karowej trafiłam na świetnego lekarza. Świetnego pod każdym względem. Jego podejście do pacjentek, kompetentność, umiejętność odpowiadania na głupie pytania. Dopiero on mnie uspokoił. Powiedział, żebym sie nie martwiła. Taka torbiel może się wchłonąć podczas ciąży. A gdyby nawet urosła do rozmiarów zagrażających dziecku, to istnieje mozliwość przeprowadzenia zabiegu niezagrażającego dziecku. Trzeba to poprostu monitorować.

      Dopiero wtedy sie uspokoiłam i zaczęłam myśleć optymistycznie o moim dzidziusiu. Pierwsze co zrobiłam to podjęłam decyzję o zaprzestaniu ubierania się na czarno. To było co prawda tylko 3 m-ce od pogrzebu mojej Mamy, ale myślę, że by zrozumiała moją decyzję. Nie chciałam już ubierać się w czarne kolory bo to działało na mnie przygnębiająco, a ja powinnam tryskać radością, żeby moje dziecko doświadczało tylko tych pozytywnych doznań. A żałobę nosiłam w sercu.

      Ale tych negatywnych doznań było jednak dużo więcej niż bym chciała. I to przez cała ciążę. Cały czas mieszkałam w moim rodzinnym domu, wszystko dookoła przypominało mi Mamę. I fakt, że ona nigdy nie pozna mojego synka czy córeczki był dla mnie nie do wytzymania. Nawet nie dotrwała do mojej ciąży, nie doczekała do mojego ślubu.... A ona tak kochała dzieci. Odkąd tylko pamiętam dokoła niej kręciły się zawsze jakieś maluchy. One też ją uwielbiały. Nie zdążyła być babcią. Nie mogłam patrzeć na zdjęcia na których była z maluszkami, bo wiedziałam, że moje dzieciątko jest skazane na brak babci.

      Dzięki torbieli na jajniku miałam robionych więcej zdjęć USG niż innne cieżarne. Mogłam podpatrywać jak rośnie mój maluszek. Po trzech m-cach już nawet mdłości nie miałam a i tak lekarz trzymał mnie na zwolnieniu. Mogłam w końcu leniuchować bez ograniczeń. Całymi dniami tylko laba i laba. I pewnie dlatego tak dużo przytyłam. Prawie 20 kg.




      • gabrynio Re: Ciąża cz.2 07.08.06, 21:57
        Ciekawie sie zaczyna i świetny pomysł.
        A czy możesz zdradzić jak nazywa się ten lekarz z Karowej ja też tam trafiłam
        na przedewszyszystkim człowieka z sercem w tychciężkich dla mnie chwilach

        Czekam na kolejne części.
        • izabela1976 Re: Ciąża cz.2 09.08.06, 09:34
          Z tego co pamietam to nazywał Tomasz Lipiński i na przełomie 2003-2004 był
          kierownikiem przychodni.
    • izabela1976 Ciąża cz. 3 07.08.06, 21:53
      Około 22 tygodnia na USG już wyraźnie było widać płeć dziecka. Tak prawdę powiedziawszy to ja chciałam dziewczynkę. Ale mąż twierdził, że wiedział co robi i to napewno chłopiec. I wyszło tak jak on chciał. Chłopak. W sumie przy pierwszym dziecku to wszystko jedno co się się urodzi, dopiero przy drugim ma się jakieś preferencje. Ja tylko chciałam by urodził się zdrowy. Nie chciałam mieć niepełnosprawnego dziecka.

      Zanim wyszłam od lekarza już wszyscy wiedzieli, że to będzie syn. Rozradowany tatuś obdzwonił wszystkich :):) Myslę, że z córeczki też by się cieszył.

      Do wyboru dla synka dostałam dwa imiona. Michał i Konrad. Konrad odpadł w przedbiegach, bo mi się strasznie to imię nie podoba. Więc został Michaś.

      Ale każdą radość musi coś zmącić. Na lewej nerce u Michasia pokazało się jakieś zwężenie. Lekarz znów kazał mi nie panikować, bo u wielu to dzieci wyprostowuje się do porodu. Ale trzeba monitorować.

      A mojej torbieli już nie było. Wchłonęła się.
    • izabela1976 Ciąża cz.4 09.08.06, 08:45
      Uwielbiałam być w ciąży. Bez przerwy głaskałam mój brzuszek i obmyslałam sobie
      jak to będzie jak mój synek się urodzi. Byłam dumną mamą i wszędzie wypinałam
      swoje brzucho.

      Koło 26-27 tyg. okazało się, że mam cukrzycę ciężarnych i muszę być na diecie.
      I sprawdzać sobie poziom cukru - 4 razy dziennie. Masakra. Przez te parę
      tygodni do porodu palce miałam tak strasznie pokłute, że prawie nie miałam w
      nich czucia. Ale przecież robiłam to dla mego niunia, by był zdrowy.
      Dodatkowo trafiłam pod opiekę pani dr od ciąż cukrzycowych. I przez ostatnie
      tygodnie miałam dwóch lekarzy prowadzących.

      Poziom cukru utrzymywał się stale w normie, nie było z tym problemu. Z nereczką
      Michałka nadal nie było wiadomo co będzie, bo zmiany z każdego USG się ciut
      pogłębiały. Lekarz kazał mi tylko pamiętać o tym problemie i przedstawić go
      pediatrze. Bo w szpitalu w ferworze innych badań itd. mogą nie zauważyć tego
      problemu.

      Termin porodu miałam na 23 stycznia. A już w grudniu zaczęlismy robić
      przygotowania, tak na poważnie. Kupilismy wózek, fotelik. Ubranka dokupilismy
      do tych co już miałam (część dostałam po rodzinie), uprałam, wyprasowałam. Na
      wszelki wypadek spakowałam torbę, bo a nuż...

      Pojechaliśmy do znajomych obejrzeć ich nowonarodzonego bejbusia. I wtedy
      stwierdziłam, że chyba boję się trzymać na rekach takiego malucha. Nie mówiąc
      nic o ubieraniu go, czy przewijaniu. Do tej pory opiekowałam się raczej
      starszymi maluchami, takim koło roku. Podniesiona na duchu, że jak urodzę swoje
      własne dziecko, to cały strach przy pielęgnacji mi przejdzie, wróciłam do domu.

      Święta spędziłam w domu, razem z mężem i moimi braćmi. To były pierwsze święta
      podczas naszego małżeństwa i pierwsze święta bez Mamy. I wcale nie były łatwe.

      W styczniu na wizycie u lekarki dowiedziałam się, że będe musiała znaleźć się w
      szpitalu przed terminem i przed terminem urodzić. Z racji mojej cukrzycy.

      Całą ciążę znosiłam bardzo dobrze. Nie mogłam tylko jeździć, ani samochodem,
      ani komunikacją miejską. Poza tym OK. No i całą ciążę byłam na zwolnieniu. Do
      końca nie wiem dlaczego lekarz po każdej wizycie wręczał mi zwolnienie pomimo
      moich zapewnień, że czuję się dobrze. Ale wykorzystałam ten czas na odpoczynek.
    • izabela1976 Poród 09.08.06, 08:56
      Do szpitala trafiłam na 4 dni przed planowanym porodem. Na patologię. Nie
      czułam ani żadnych skurczy przepowiadających ani nic.

      Skierowanie miałam na Karową, ale tam jak zwykle nie było miejsc. Więc trafiłam
      na Madalińskiego. I nigdy sobie nie wybaczę tego wyboru. Czasem się zastanawiam
      co by było, gdybym wybrała inny szpital. Czy moje życie, a przede wszystkim
      życie Michałka potoczyłoby się inaczej? Nigdy sie juz tego nie dowiem. I
      staram się zbyt często nie zadawać sobie takiego pytania.

      To był poniedziałek. Na oddział oprócz mnie trafiła ciężarna w 4 m-cu. Chora. Z
      gorączką 40 stopni. Nie wiem dlaczego chorą położyli ze zdrową ciężarną. Leżała
      ze mną jeden dzień, bo nazajutrz przenieśli ją do sali bliżej pielęgniarek.
      Nigdy nie dowiem się czy to własnie to nie miało wpływu na mojego malucha. Nie
      wiem na co była chora. Jej stan nie polepszył się po dostaniu leków i
      kroplówek. To jest drugie pytanie którego staram się nie rozpamietywać. Co by
      było, gdybym zaprotestowała by przebywac na jednej sali z chorą dziewczyną. Czy
      zmieniłoby to nasze życie?

      Porodu balam się strasznie. Już zawczasu z mężem ustalilismy, że wezmę
      znieczulenie. Bo nimy dlaczego ja mam cierpieć. Ja jestem mało odporna na ból.

      We wtorek wieczorem poinformowano mnie, że nazajutrz trafiam na porodówkę i że
      będę mieć wywoływany poród.

      Wiecie, co innego iść na porodówkę w bólach, bo juz się zaczęło i nie ma
      odwrotu. A ja przecież nadal nie czułam żadnych skurczy. Dla mnie to było tak
      jakbym miała isc na operację.

      Owszem cieszylam się bardzo, bo nie mogłam już się doczekać maleństwa. Ale
      balam sie strasznie.

    • izabela1976 Poród 2 09.08.06, 09:18
      Środa. Na porodówce byłam już o 8 rano. Położono mnie na łóżku, podano
      oksytocynę i czekałam. I czekałam. W międzyczasie spałam, bo skurcze sie wcale
      nie chciały pojawić. Później powolono mi łazić po korytarzu i tak czas mi mijał
      aż do 13.

      O 13 byłam badana przez panią doktór. I nie wiem czy to ona przebiła mi pęcherz
      czy po tym badaniu sam pękł, w każdym razie odeszly mi wody.

      Wtedy to nie omieszkałam uświadomić połozne, że ja mam mieć znieczulenie itd. i
      żeby czasem o tym nie zapomniały. Przed 14 rozpoczeły się skurcze. I dopiero
      wtedy poczułam ból. Zwijałam sie na tym łóżku i z niecierpliwością czekałam na
      to 4cm rozwarcie. I tak przez półtorej godziny. Nad sobą miałam zegar więc
      widziałam jak powolutku posuwa się czas... to było dobijajace.

      W końcu rozwarcie było juz OK i przyszedł anestozjolog. Zaaplikował mi
      znieczulenie i zrobiło mi się błogo. Znieczulenie miało mnie trzymać do 2 godz.
      Więc co jakiś czas zerkałam na zegarek ile błogiego czasu mi jeszcze zostało.
      Gdy mijał (a nie bołało mnie jeszcze) upomniałam sie o kolejną dawkę. I tak na
      znieczuleniu pociągnęłam do końca porodu.

      Przed 19 położne stwierdziły, że juz najwyższy czas bym urodziła. Bo przecież
      nie na darmo chodziły koło mnie cały dzień bym miała urodzić dziewczynom na
      kolejnej zmianie. Ubrały się nawet w specjalne fartuszki. Aż smiać mi się
      chciało, jak tak zebrały się w kółeczku koło mnie. Niestety nie chciało mi sie
      jeszcze rodzić. Żadna pozycja mi nie odpowiadała. Już od biedy najlepsza była
      ta na leżąc. I oczywiście na tej zmianie nie urodziłam.

      o 19 lekarz podjął decyzję. Jak nie urodzę w ciągu pół godziny to wyciągają
      kleszcami. Musiałam się zmobilizować, bo taki poród to mi sie nie usmiechał. Bo
      wielu trudach i męczarniach Michałek urodził się o 19.25, siłami natury. Dostał
      8 pkt. Położono mi go na piersi, a ja byłam taka szczesliwa z mojego smyka.
      Pamietam jaką czarną miał czuprynkę i to, że nie płakał.

      Zabrali go go zważenia i zmierzenia. 3.950 kg i 58 cm. Duzy chłopak. Zabrali go
      do inkubatora, bo jak stwierdzili, musi troszkę odpocząć po takim długim
      porodzie.

      I ja też musiałam dojść do siebie. Zaraz po porodzie dostalam wysokiej
      temperatury. 40 stopni. Podali mi antybiotyk i jeszcze ponad 2 godz. leżałam na
      porodówce. Potem przewieziono mnie na salę, to było już tuż przed północą. Całą
      noc przespałam. Było mi trochę smutno, że nie miałam swojego synka, ale
      obiecano mi, że dostanę go rano. Więc ta myśl trzymała mnie na duchu.
    • izabela1976 I doba zycia 09.08.06, 09:31
      Czwartek. Cały ranek z zazdrością patrzyłam na inne mamy, które zajmowały się
      swoim dzieciaczkami. Poszłam w końcu się zapytać co i jak. I zobaczyć mojego
      synka.

      Leżal sobie taki biedny i sam w inkubatorze. Nawet nie mogłam go dotknąć.
      Pilegniarki kazały mi czekać do obchodu lekarzy. Ale na obchodzie lekarze mi
      nic nie powiedzieli, tylko tyle, że musi mieć zrobione jakieś badania itd.

      Około 12 poszłam do lekarki by mi w końcu coś powiedziała. Dowiedziałam się
      tylko, że czekają na wyniki i nic poza tym. I tak mi czas mijał, nakrótkich
      odwiedzinach u Michałka, bo cały czas bylam tam zbędna.

      Ok. 16 przyszla do mnie na sale lekarka i powiedziała, że stan Michałka jest
      bardzo ciezki i że muszą go przewieźć do innego szpitala na OIOM, bo tu nie
      maja specjalnej aparatury do ratowania życia dla noworodków.

      I wtedy moje życie starciło sens. Ja byłam w jednym szpitalu, moje dziecko
      walczyło o życie w drugim szpitalu. Byłam tak załamana. W jednej chwili
      znienawidziłam matki leżące ze mną na sali. I ciągle się pytałam: dlaczego mnie
      to spotkało, dlaczego spotkało to mojego synka?
      • kaha1 Re: I doba zycia 09.08.06, 14:11
        :(
        • joanna273 Re: I doba zycia 09.08.06, 15:49
          Super temamt.Musze sie zmobilizowac i tez napisac.
          kaha czekamy z niecierpliwoscią na cd.
          • kaha1 Re: I doba zycia 09.08.06, 17:10
            to iza pisze :)
            • joanna273 Re: I doba zycia 09.08.06, 18:39
              Sorki za zamieszanie,ale oczywiście czekamy na cd. Iza
    • izabela1976 I doba życia 2 09.08.06, 19:50
      Tak byłam zrozpaczona tą sytuacją, że nie mogłam w ogóle trzeźwo mysleć. łaziłam do chwila do lekarki, która obiecała mi zadzwonić na OIOM i spytać się o stan małego. Cały czas było źle. Stan bardzo ciężki.

      Przepłakałam wiele godzin. Wieczorem dzwonił do mnie mąż, a ja nawet nie byłam w stanie odebrać telefonu. Żadne słowo nie chciało mi przejść przez gardło. cały czas myślałam co będzie jesli go stracę. W końcu smsami przekazałam męzowi straszną wiadomość. Odpisał mi krótko: jadę do niego. Musiał się zwolnić z pracy (byl akurat na noc) i w ciągu 40 min miałam już informację bezpośrednio od niego. Owszem stan ciężki, ale stabilny.

    • izabela1976 II doba 09.08.06, 19:56
      Nastepnego dnia rano zostałam wypisana ze szpitala i od razu pojechaliśmy do Michałka na OIOM.

      Stan bardzo cięzki. Posocznica, ropne zapalenie opon mózgowych, zapalenie płuc, anemia i wysoka gorączka. Lekarze zastanawiali się jak można było dopuścić do takiego stanu.
      Lekarze na IOIM-ie byli dla nas bardzo mili. Objaśniali rzeczowo stan małego co i jak, co zamierzają robić i starali się pocieszać.

      A Mały? Leżał biedny, nagusieńki w cieplarce. Pod respiratorem, z móstwem kroplówek, podłączony do cewnika. Uśpiony - dostawał leki nasenne, by odciążyć organizm. Łzy same leciały mi z oczu, gdy tak na niego patrzyłam. Tego widoku nigdy chyba nie zapomnę.
    • izabela1976 OIOM 09.08.06, 20:10
      Potem wróciłam do domu. Moja sąsiadka jak tylko dowiedziała się o moim powrocie od razu przyleciała z prezentem dla Michałka. Nie wiedziała jeszcze o tym, że on jeszcze długo nie zawita do mojego domu.

      Wszyscy z rodziny dzwonili z gratulacjami z okazji urodzenia dziecka, a j anie byłam w stanie nawet odbierać telefonu. Nie chciałam z nimi rozmawiać. Bo niby co miałam mówić? Że nie wiem czy moje dziecko przezyje kolejną godzinę? Całe informowanie rodziny spadło ma mojego męża. Wiem, że jemu też było bardzo trudno, ale ktoś musiał to przecież robić, a ja nie byłam w stanie.

      Od tej chwili nasze życie składało się z paru telefonów dziennie na OIOM i wizyt u Michałka. Każdego telefonu bałam się jak diabli i to też mąż musiał dzwonić. Ja się bałam.

      W sobotę dowiedzieliśmy się, ze w poniedziałek Michaś będzie miał robiony badanie komputerowe i zastaniowią się czy podać mu tez wtedy nowy, silniejszy antybiotyk. Super drogi lek.

      W międzyczasie teściowa uruchomiła swoje kontakty i okazało się, że teścia siostra zna ordynatora z OIOM-u i też postara się wszystko co się da maksymalnie przyspieszyć. I tak: badanie komputerowe miał w niedzielę, nowe leki (te super drogie) miał już zaaplikowane w niedzielę. Nigdy nie dowiem się czy gdyby nie było tej protekcji co stałoby się z synkiem. czy próbowali \by najpierw leków słabszych, a dopiero gdy te by nie pomagały uzyli by tych lepszych. Dziekowałam za tę ciotkę. Dzieki niej mieliśmy więcej informacji i pewność, że lekarze uczynią dla mego bobaska wszystko co będzie tylko możliwe.
    • izabela1976 OIOM 2 cz. 09.08.06, 20:26
      Stan Michałka był cały czas cięzki, mimo podawanych mu antybiotyków. Codziennie liczylismy ilość kroplówek. Osiem, dziewięć. Cały był pooplatywany kabelkami, w nosku też miał rureczki. Karmiony był przez rurkę, dojelitowo. I to nie moim mlekiem. Było zbyt duże ryzyko podania go, bo mały nawet ich mieszanki nie bardzo chcial trawić. Jadl po 3 ml, a czasem nawet i tego nie. A ja w domu walczyłam z utrzymaniem laktacji, dla niego, bo cały czas wierzyłam, że wygra tę walkę. Czasami delikatnie go głaskałam po główce i mówiłam mu jak bardzo go kochamy i żeby walczył, żeby się nie poddawał.

      Jego cięzki stan utrzymywał się bardzo długo. Jak ja nienawidziłam słów lekarzy: stan cięzki, ale stabilny. Jego wyniki były caly czas złe. Leukocyzty w płynie mózgowordzeniowym oscylowały koło 12 tys., podczas gdy norma sięga maks. do 50.

      W końcu wyniki zaczęły się polepszać. Cytoza zaczęła spadać, najpierw do 8 tys., potem jeszcze trochę w dół. Zaczął sam siusiać, już był w pampersie :) jego organizm zaczął trawić mleko. A gdy zaczeli go ubierać w jego ubranka to robiło mi się duzo lzej na sercu. Po ok. 10 dniach odłączyli go od respiratora, już rurek w nosku przynajmniej nie miał. Po ok. 14 dniach, w końcu odstawili mi leki nasenne.

      Nie da się opisać co czułam, gdy w końcu mogłam mu popatrzeć w oczka. To właśnie wtedy lekarz powiedział nam, że teraz może powiedzieć nam, że dziecko pokona tę straszną chorobę, że wcześniej nie był tego pewien.

      Pod koniec trzeciego tygodnia dostałam na ręce mojego upragnionego, wyśnionego synka. To nic, że cały był w kabelkach, ale mogłam trzymać go w ramionach i przytulać do siebie. I pozwolono mi go przystawić do piersi. dopiero wtedy poczułam się szczęśliwą mamą. Jak na szkrzydłach wracałam do domu, bo miałam sie przecież czym pochwalić.

      Gdy przyszłam do Michałka 20 dnia jego pobytu na Oiomie - usłyszałam: Ale przeciez nie ma tu juz pani synka.

      • sewerynki Re: OIOM 2 cz. 09.08.06, 21:25
        iza pisz pisz. choć prawie płaczę.
      • izabela1976 OIOM 2 cz. 10.08.06, 13:30
        Przez cały czas pobytu na OIOM-ie lekarze mówili nam, że będzie nas czekać
        długa rehabilitacja i dużo pracy będziemy musieli poświęcić Michałkowi. Jego
        rokowania na przyszłość oceniali w sposób porównując chorobę do MPDz. Są dzieci
        z MPD, które chowają się zdrowo, nic im nie dolega ani fizycznie ani
        psychicznie i tylk ojakiś tam papierek przypomina, że mają MPDz. A są też takie
        dzieci z MPDz, które są całkowicie uzależnione od rodziców: nie poruszają się,
        nie mówią, nie kontaktują z otoczeniem. I tak jak w MPDz jest szeroki wachlarz
        stanu choroby, tak i u Michałka nie wiadomo jakie szkody poczyniła choroba i
        jaki będzie jego stan w przyszłości.

        W tym okresie dla mnie liczyło się tylko to by przeżył. W ogóle nie myślałam o
        skutkach choroby, o rehabilitacji itd. To było poza mną. Nie docierała do mnie
        informacja o tym, że moje dziecko może być upośledzone. Przecież nie moje,
        ukochane i upragnione maleństwo. Czyjeś owszem tak, ale nie Michałek.

        Ile ja łez wylałam przez te 20 dni jego pobytu na OIOM-e, ile nocy nie
        przespałam...
        • izabela1976 Ola 10.08.06, 13:35
          Razem na sali z Michałkiem leżała mała dziewczynka, wcześniaczek. Miała na imię
          Ola, ale o tym dowiedziałam się dopiero dużo później. Leżała sobie taka
          biedniutka, też z różnymi kabelkami. I nikt jej nie odwiedzał. Nawet pani dr
          się jej tak żałowała, że nie ma kontaktu z rodzicami za bardzo.

          Zawsze będąc tam podchodziłam i do niej na chwilkę. Było mi jej żal, że mama do
          niej nie przychodzi i dziekowałam w duchu, że mój Michałek ma taką dobrą
          mamę :) która do niego przychodzi i się o niego martwi i bardzo go kocha.

          I tak sobie myślałam, że nie chcę aby już na patologi noworodka leżała razem z
          moim Michasiem na sali. Byłoby mi po prostu bardzo przykro patrzeć jak tak cały
          czas leży samiutka i nikt jej nie odwiedza.
      • anula_j Re: OIOM 2 cz. 15.08.06, 22:22
        Rany, skąd ja to wszystko znam... prawie jakbym czytała o sobie...
    • izabela1976 Oddział patologii 10.08.06, 13:50
      W 21 dobie Michaś trafił na patologie noworodka. To było to na co czekałam, bo
      tu na oddziale mogłam już przebywać z synkiem cały czas.

      Po odesłaniu mnie z OIOM-u na oddział weszłam do jego sali i wiecie co? Wcale
      nie byłam przygotowana na bycie z Michasiem. Ani psychicznie, ani w ogóle. Na
      oddział miał być przeniesiony 3 dni później, a tu takie zaskoczenie.

      Usiadłam koło niego. Już nie miał tylu kroplówek. Tylko jedną, z glukozą. A
      antybiotyk dostawał do żylnie kilka razy dziennie.

      Jak dziś pamietam jak przyszło mi go przewinąć pierwszy raz. No bo ile mogłam
      tylko przy nim siedzieć. Ręce mi drżały, denerowałam się czy to co robię robię
      prawidłowo czy nie. I pielęgniarka przyniosła butlę dla niego. I stres był taki
      ogromny, bo przecież dopiero teraz tak namacalnie poczułam się mamą, która musi
      opiekować się swoim maleństwem. Siedziałam na oddziale do 22. Potem musiałam
      pojechac do domu. trzeba było załatwić sobie fotel rozkładany do spania w
      szpitalu, spakować parę rzeczy dla siebie. Cała byłam w euforii.
      • kaha1 Re: Oddział patologii 11.08.06, 08:32
        jestem i czytam :)
        • joanna273 Re: Oddział patologii 11.08.06, 14:39
          Ja też jestem..czytam i czekam na cd.
          • ida191 Re: Oddział patologii 11.08.06, 18:39
            czekam z niecierpliwością na Cd. Sama jestem mamą synka z MPDZ ; 2 miesiące na
            Neonatologii ; tragiczne przejścia , może też kiedyś opiszę ...Póki co jest mi
            lżej jak czytam Twój pamiętnik i przeżywam pewne chwile raz jeszcze... I
            uświadamiam sobie jak bardzo Go kocham ; mimo wszystko.... W końcu to nie Jego
            wina ,prawda??? Dziękuję za te zwierzenia mimo że tak mi smutno .......
            • gabrynio Re: Oddział patologii 11.08.06, 23:03
              Iza
              i w taki oto sposób zaśmieciłyśmy ci pamiętnik Michałka ale to naprawdę wciąga
              i ja też czekam na ciąg dalszy
              a co do tego lekarza z karowej to nam bardzo pomógł profesor Czajkowski
              Pozdrawiam
    • kasiamarysia1 Re: Pamiętnik Michałka 16.08.06, 17:34
      Twoje wspomnienia są bardzo podobne do moich.Moja córeczka to samo przeszła.Do
      dziś nie wiem jak doszło do zakażenia posocznicą w rezultacie zapalenia ropnego
      opon mozgowych.
      Na tamten dzień nikt nie umiał nam powiedzieć jakie rokowania będą co
      dorozwoju małej.Niestety w jej wypadku choroba ta pozostawiła trwały ślad do
      końca życia.
      • michalin_ka16 Re: Pamiętnik Michałka 16.08.06, 21:08
        Witaj, czytając Twój pamiętnik wszystko wraca, od chwili urodzin Agi aż do
        końca naszych wizyt w szpitalu, może to kiedys też opiszę...
        Serdecznie Cię pozdrawiam
        Ola
    • mamaboryska Re: Pamiętnik Michałka 18.08.06, 14:14
      Czytam Twój pamiętnik i powracają do mnie takie same koszmarne wspomnienia, te
      same emocje, bezsilność, ból, strach...Boże, jak to dobrze,że to już za nami.
    • izabela1976 Oddział patologii 2 24.08.06, 13:00
      I przeprowadziłam się do szpitala na stałe :) Pielegniarkom było to teżna rękę,
      bo jedno dziecko do opieki mniej. Nie, żeby się uchylały od pracy, ale
      obserwując je co musiały zrobić w ciagu dnia - to za nic w świecie nie
      chciałabym pracować na takim oddziale. Na 40 dzieci było ich max 3, a dzieciaki
      trzeba obrobić, wykąpać, karmić i przewijać co 3 godz., pobierac krew, mocz,
      rozdzielać leki, podłączać kroplówki, latać z dziećmi (z tymi bez mam) a to na
      usg, a to na rtg. Przechlapane.

      Dlatego też były wdzięczne każdej mamie, która sama opiekowała się dzieckiem.

      A moje dni od przeprowadzki wyglądały bardzo podobnie. Karmienie co 3 godz. -
      flaszkę przynosili gotową (przez pierwsze dni nie mogłam karmić małego piersią -
      odgórny zakaz by nie obciążać organizmu), spanie, przewijanie, przytulanie,
      chodzenie z małym na badania itd. Codziennie na 2 godz. jechałam domu, by umyć
      się i coś porządnego zjeść. Bo nawet w nocy byłam w szpitalu. MIałam taki
      rozkładany leżak i od biedy dało się na nim przespać. A Michałek w nocy spał
      idealnie, nawet musiałam umawiać się z pielęgniarką by mnie budziła na
      karmienie :)
      • izabela1976 Igorek 24.08.06, 13:20
        Pisałam wczesniej, że nie chciałam by z nami na sali leżała Ola. I nie była. Za
        to był Igorek. Wcześniaczek już mający 3 m-ce. Juz praktycznie zdrowy, poza
        naczyniakami, które miał na główce i pleckach (takie nie za duże, więc go nie
        szpeciły).

        Igorek był z ciąży bliźniaczej, jego braciszek urodził się martwy. I juz na
        samym początku życia został pozbawiony bliskiej osoby.

        Do Igorka mama nie przychodziła. Przepraszam, raz była. Spędziła z nim godz.
        Jedną godzinę podczas naszego wspólnego pobytu na sali trwającego przeszlo m-c.
        I nie odwiedzała go nie dlatego, że miała np. drugie małe dziecko, była chora
        itp. Nie odwiedzała go, bo nie chciała. Nie wiem, może skomplikował jej życie -
        miała ze 20-22 lata.

        Igorek całymi dniami byl sam. Jedyną jego rozrywką i zarazem przyjemnością były
        chwile spędzane z pielęgniarkami podczas przewijania, karmienia, mycia itp.

        Bywały chwile, a było ich bardzo dużo, że płakał. Nie dlatego, że go coś
        bolało, tylko dlatego, że był sam. Nikt go nie przytulał, nie całował, nie
        mówił jak go bardzo kocha. Było mi bardzo przykro patrzeć na jego cierpienie.
        Nie miałam jak mu ulżyć. Pytałam się pielęgniarek czy mogę go czasami brać na
        ręce. Odradziły mi to. Mówiły, że Igorek pewnie trafi do Domu Dziecka i
        powinień przyzwyczajać się, że nikogo nie będzie miał na swoją wyłącznosć. Bo w
        domu dziecka panie też nie będą miały dla niego czasu - nie będzie jedynym
        dzieckiem.

        Od jego lekarki wiedziałam prawie, że na bieżąco o staraniach by mały jednak
        wrócił do mamy. Że chodziła do niej opieka społeczna itd.

        W końcu mały Igorek trafił do Domu Dziecka. A mnie było przykro, że nikt go nie
        chciał, że nikt go nie kochał. Zabrał ze sobą parę ubranek i zabawek, jedyna
        pamiątka po tym, że miał mamę.
    • izabela1976 Oddział patologii 3 07.09.06, 10:57
      Najgorsze z całego okresu na patologii było cotygodniowe pobieranie małemu
      płynu rdzeniowego. Zabierali go z sali do zabiegowego i tam nasza lekarka
      pobierała mu płyn. Bałam się tego badania za każdym razem. Wystarczyło przecież
      drgnienie ręki i nie wiadomo czym by to mogło się skończyć. Po każdym takim
      zabiegu Michaś musiał leżeć na płasko przynajmniej przez godzinę, a ja
      siedziałam koło niego i płakałam razem z nim.

      W sumie spędziliśmy na patologii 40 dni. Już nawet parę razy mielismy wychodzić
      do domu, ale wyniki płynu rdzeniowego cały czas były nie zadawalające.

      Mąż codziennie do nas przychodził i tak sobie siedzielismy we trójkę.
      Najpieknięszy widok to gdy mąż z dzieckiem w ramionach usnął na fotelu i tak
      sobie spali wtuleni w siebie. Aż byłam zazdrosna, że Michałkowi nie tylko u
      mamy jest tak dobrze.
      • izabela1976 Ola 2 07.09.06, 11:05
        Ola (ta mała dziewczynka z OIOMu) nie trafiła do nas na salę, tylko do sali
        obok. A że ściany w szpitalach są szklane to miałam na nią podgląd.

        Oli mama przyjechała nastepnego dnia po jej przejściu z OIOMu. Z leżakiem. I
        zamieszkała z córeczką tak jak i ja.

        I nawet się zaprzyjaźniłysmy (razem chodziłyśmy na obiady). I to od niej
        dowiedziałam się dlaczego nie odwiedzała małej na OIOMie.

        Trzy lata wcześniej starciła córeczkę, nawet nie tyle co straciła co urodziła
        martwą. I dlatego też będąc w kolejnej ciąży robiła wszystko by z kolejnym
        dzidziusiek było wszystko OK. Do Warszawy przyjechala na kontrolne badania
        połączone z pobieraniem jakiegoś płynu (już nie pamietam dokładnie). W pewnym
        momencie okazało się, że nie słychać tętna dziecka. Szybko na salę i
        operacyjnie na świat przyszła Ola.

        Oli mama po cesarce wróciła do domu, 100 km za Poznań. Kawał drogi. I to
        właśnie ta odległość spowodowała, że nie mogła odwiedzać córeczki. A przecież
        nie każdego stać na hotel itp.

        Ola z mamą wyszły przed nami. Zresztą przed nami wszyscy wychodzili tylko nie
        my.
      • izabela1976 Justynka 07.09.06, 11:23
        Za to na naszą salę trafiła trzymiesięczna Justynka, przewieziona z Karowej.
        Urodziła się jako wcześniaczek. W 25 tygodniu i ważyła 630 gram. Istne
        maleństwo.

        Do Justynki rodzice przyjeżdżali tylko i wyłacznie w odwiedziny. I to nie
        dlatego, że mieli jakieś zobowiązania, pracę, drugie dziecko. Mama Justynki
        miała coś ok. 19 lat, tata chyba tyle samo. Oboje uważali, że to za ciężko
        przebywać cały czas przy małej. Widać inne priorytety mieli.

        Byli zresztą najbardziej nie lubianą parą rodziców przez cały personel.
        Czepiali się, że za długo ich dziecko leży w szpitalu - lekarze cały czas
        czekali na osiągnięcie przez Justynkę 2 kg i zrobienie pełnej diagnostyki płuc.
        Mała miała cały czas problem z nauczeniem się pić z butelki, ciągle się
        krztusiła.
        Cały czas czepiali się pielęgniarek, że za dużo pieluszek idzie dziennie (całe
        szesć, bo więcej nie zostawiali i na dodatek wszystkie były podpisane), za duzo
        chusteczek do pupy. Pielęgniarki miały problem w co przebrać dziecko jak np.
        się przesikało, bo zawsze był tylko jeden komplet ubranek w szafce i nic więcej.

        Pamietam sytuację jak mała po narkozie (miała robione badanie komputerowe)
        przestała oddychać. Oczywiście cała akcja lekarzy itd. Kiedy stan małej wrócił
        do normy, rodzice odczekali słownie 5 minut i pojechali do domu.

        Ja bym tak nie mogła zostawić swojego dziecka. Nawet nie mogę sobie wyobrazić
        takiej sytuacji. Ale widać są rodzice i rodzice.

        Justynka także wyszła ze szpitala przed nami.
    • izabela1976 Oddział patologii 4 07.09.06, 11:36
      Michałek następnego dnia po zapaści Oli też miał robione badanie komputerowe z
      narkozą. cały czas o niego drżałam, bo widok zsiniałej Oli miałam świeżo w
      głowie. Po badaniu gdy jeszcze spał cały czas wpatrywałam się w niego czy
      oddycha. Moje wyjście do łazienki to była gehenna dla mnie. Biegiem wracałam na
      salę. Oddychał.

      Problem z Michałkiem zaczął się gdy się obudził. Głodny, bardzo głodny i z tego
      powodu bardzo zły. A z jedzeniem miał czekać do 15 przynajmniej ( a jadło o 4
      rano). Pół porcji glukozy wybębnił w minutkę i dalej darł się, że głodny. W
      końcu dostalismy oficialne zezwolenie na jedzonko. Brzuszek był już pełny.
      Michaś zadowolony :)

      W końcu po wielu wielu dniach przebywania na oddziale pozwolono nam wyjść na
      przepustkę - na całe 3 dni do domu by trochę zmienić klimat. Badania płynu
      rdzeniowego nie były jeszcze najlepsze, ale pani ordynator stwierdziła, że
      można spróbować zobaczyć jak organizm Michałka reaguje bez leków. Bo być może
      organizm sam powolutku zwalczy podwyższoną cytozę płynu.
    • izabela1976 Oddział patologii - lekarze 07.09.06, 11:41
      Chcę tylko napisać, że na patologii mieliśmy wspaniałą opiekę lekarską. Michaś
      był pod opieką przesympatycznej pani doktór i pod opieką pani ordynator. Czemu
      miał podwójną opiekę nie wiem do tej pory. Obie doktórki tłumaczyły mi po co i
      na co jest każde badanie. Kiedy będzie zrobione i czego po nim oczekujemy i co
      zrobimy w przypadku pozytywnego czy negatywnego wyniku. Nigdy nie dały mi
      odczuć, że się narzucam.

      Z pielęgniarkami miałam tak samo. I do pogadania i do pośmiania się. Gdy o coś
      pytałam w związku z pielęgnacją Michałka, zawsze mi odpowiadały. Gdy o coś
      prosiłam, zawsze pomogły.

      Także w całym tym nieszcześciu mieliśmy szczeście, że trafiliśmy na taką dobrą
      kadrę.
    • mamakk1 Re: Pamiętnik Michałka 26.09.06, 21:37
      Izo - dlaczego nie piszesz? zaglądam tutaj codziennie, z nadzieją na ciąg dalszy
      Waszej historii, a tu cisza. Mam nadzieję, że wszystko u Was w porządku.
      Serdecznie pozdrawiam
      • kasia285 Re: Pamiętnik Michałka 27.10.06, 02:49
        Izo co u was slychac ?jak Michalek sie czuje? Napisz Czekamy
    • dorisek3 Witaj Izo 09.11.06, 14:34
      Napisz proszę ciąg dalszy Twojego opowiadania a w zasadzie pamietnika !!!
      Już tak długo nic nie pisałaś, chyba nie stało się nic złego?? Mam nadzieję.

      Pozdrawiamy.
      • inga71 Re: Witaj Izo 14.11.06, 00:19
        o dalej?:((
    • izabela1976 Nareszcie w domku 22.11.06, 14:55
      Po dwóch miesiącach nareszcie jesteśmy w domu. Moja radość była przeogromna.
      Mogłam go w końcu połozyć koło siebie na łóżku (mój biedny skołatany kręgosłup
      już by pewnie więcej nie wytrzymał spania na rozkładanym krzesełku) i wpatrywać
      się w niego. I zasypiać przy nim i budzić się mając go wtulonego w swoje
      ramiona.

      Michałkowi też się podobał nasz pokój, bo był zupełnie inny niż ten szpitalny.
      cały kolorowy i pełen rózności. Oczka tylko biegały w każdą stronę, tak nie
      mógł się napatrzeć.

      Pierwsza kąpiel w domu oczywiście pośród krzyku i wrzasków, bo mój mały
      meżczyzna nie był przyzwyczajony do wieczornej kąpięli. W szpitalu robiliśmy to
      rano.

      To były dla mnie najcudowniejsze dni. Gdzieś w sercu na dnie pozostał tylko
      żal, że te dni tak późno nastały a powinny być przecież zaraz po urodzeniu.

      I moje szczęście mąciła też mysl o nieuniknionym powrocie do szpitala. Lekarka
      naszego synka zdążyła nawet parę razy do nas zadzwonić, czy aby z Michasiem
      jest wszystko w porządku. Mimo, iż mieliśmy przykazane, że w razie czego
      wracamy na oddział natychmiast. Myślę, że przywiązała się do naszego malucha,
      bo chyba nie tak często zdarza się taki długodystansowy pacjent.
      • dorisek3 Re: Nareszcie w domku 23.11.06, 13:30
        No wreszcie są wiadomości od Was !!! W dodatku DOBRE wiadomości !!! Cieszymy
        się bardzo.
        Powodzenia.
        ps. Pisz dalsze odcinki pamiętnika, lektura to pasjonująca.
        • mata811 Re: Nareszcie w domku 21.03.07, 09:22
          Przeczytałam Waszą historię jednym tchem. Bardzo, bardzo się cieszę, że
          wszystko wporządku, bo chwilami miałam łzy w oczach. Cieplutko pozdrawiam
          Michałka i rodziców:-)
          • jakoma Re: Nareszcie w domku 27.03.07, 23:51
            Ja również przeczytałam ze łzami w oczach,tym bardziej,że historia mojego synka
            była podobna,nawet podobnych ludzi spotkałam.Choć już wszystko za nami
            wspomniena wróciły.
            Życzę Michałkowi dużo zdrowia.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka