Mam zagwostkę. Młody mnie wczoraj zaczął wypytywać o Niebo.
Tytułem wstępu wyjaśnię, że nie jesteśmy specjalnie religijni, do kościoła
chodzimy sporadycznie, ale że Młody jest ochrzczony, staramy się go zapoznawać
z wiarą chrześcijańską, tradycjami, wierzeniami itp. Do tej pory Młody mało
pytań zadawał. O śmierci wie tyle, że każdy umiera, ciało się chowa na
cmentarzu (nikt jeszcze za jego "świadomego" życia nie umarł, tzn. nie pamięta
pradziadka, którego grób odwiedzamy), a dusza "leci do Boga, do nieba".
Wczoraj czytałam mu przed snem Króla Lwa. W końcówce było coś o przodkach
spoglądających z gwiazd. Młodemu przypomniało się całe to niebo i zaczął
wypytywać, jak tam jest w tym niebie. Dużo nie zastanawiając się
odpowiedziałam, że nie wiem, bo nikt tam nie był. I Młody się poryczał
natychmiast, że on nie chce do żadnego nieba, bo tam nie będzie jego zabawek,
jego łóżka, poduszki, lampki i wszystkiego!
Jak Wy tłumaczycie takie sprawy? Jak Wasze dzieci reagują? Ja się przeraziłam
jego reakcją, widać, że bardzo się przejął tym całym niebem, dziś rano też o
nim ciągle wspominał. Kurcze, nie chcę, żeby się bał

Podpowiedzcie coś... plis!