Dodaj do ulubionych

Hey, pizdulka the second, hey

23.09.03, 14:26
ANDREAS KOSSERT
Po europejskiej rewolucji z roku 1989 wojna w Iraku i związane z nią
niezwykłe koalicje po raz drugi w ciągu niewielu lat mocno wstrząsnęły
stosunkami niemiecko-polskimi. Warszawa należy do nowej Europy Rumsfelda i
przejmuje w tych dniach dowodzenie nad jedną ze stref okupacyjnych w Iraku.
Polska, z zachodniego punktu widzenia robiąca wrażenie niewydolnej, czasem
wręcz zanarchizowanej, awansuje do rangi średniego mocarstwa.
Zachodnioeuropejscy przeciwnicy wojny zareagowali zaskoczeniem, a niekiedy
otwartym oburzeniem. Szczególnie wśród Niemców zapanował niepokój. Niełatwo
zaakceptować, że Polska ma prawo do własnej, samodzielnie obieranej drogi,
nawet takiej, jaka niektórym Niemcom nie odpowiada. Szczególny problem ma z
tym niemiecka lewica, choć - zgodnie z polityczną poprawnością - od czasu do
czasu podkreśla ona wagę więzi niemiecko-polskich.

Kraj nieznany i niemodny

Nieoczekiwanie powrócił temat wypędzenia i wypędzonych: w ubiegłym roku przy
okazji książki Güntera Grassa o zatonięciu statku "Wilhelm Gustloff" z
uciekinierami na pokładzie, a teraz znów w dyskusji o Centrum przeciw
Wypędzeniom, niemieckim albo europejskim, w Berlinie, a może we Wrocławiu. W
Polsce odbyła się debata nad polską winą w mordowaniu żydowskich
współobywateli i nad polskim antysemityzmem, które w sposób jaskrawy
przejawiły się w masakrze w Jedwabnem w 1941 roku.

Tylko czy niemieckie zainteresowanie tymi historycznymi kwestiami jest
równoznaczne z zainteresowaniem Polską? Ten kraj jest dla nas główną sceną
Holocaustu, a zarazem, na swój skomplikowany sposób, dziedzicem dawnych
niemieckich terenów wschodnich. Historyczne obciążenia i powiązania prawie
kompletnie przesłaniają Polskę współczesną. Kosmopolityczna Warszawa, dzięki
swej wiodącej roli na rynkach wschodnioeuropejskich, stała się areną nowego
rozwoju. A tymczasem ponad dwie trzecie berlińczyków nigdy nie było w
Polsce.
W całych Niemczech jest ledwo garstka profesorów polonistyki. Polski język i
kultura nie są w modzie, choć tyle samo Europejczyków mówi po polsku, co po
hiszpańsku.

Również historyczne spojrzenie na Polskę jest jednostronne. Znamy powstanie
w
getcie warszawskim w 1943 roku. Ale co wiemy o powstaniu ludności Warszawy
przeciwko niemieckiej okupacji w roku 1944? Gdy ktoś szuka w mieście
mieszkania w starym budownictwie, natychmiast zauważa brak ładnych kamienic
z
czasów przedwojennych
Kiedy w Niemczech nikomu się jeszcze nie śniło o wielkich nalotach
bombowych,
w Polsce, we wrześniu 1939 r., w samej Warszawie pod gradem niemieckich bomb
zginęło 20 tys. ludzi; 10 proc. zabudowy miejskiej uległo zniszczeniu.
Wszędzie na ścianach budynków widać tablice upamiętniające masowe egzekucje.
Polska deportacje i wypędzenia przeżywała od września 1939 roku.
Barbarzyństwa niemieckich i radzieckich reżimów okupacyjnych wykrwawiały
kraj. Do lipca 1944 roku 32 tys. warszawiaków padło ofiarami egzekucji, 45
tys. zmarło w niemieckich obozach śmierci. Latem 1942 roku rozpoczęła się
deportacja 310 tys. warszawskich Żydów z getta do obozu w Treblince, wiosną
1943 roku kolejnych 60 tys. mieszkańców getta posłanych zostało na
straszliwą
śmierć. Powstanie z roku 1943 było ostatnim zrywem zdesperowanych przeciw
temu, czego nie mogli powstrzymać.

Tylko popiół i gruz

Na likwidacji getta się nie skończyło: w 1944 roku Warszawa ostatecznie
legła
w gruzach. Pragnienie wolności nieżydowskich mieszkańców miasta kosztowało
życie 16 tys. poległych, 150-180 tys. zabitych cywilów, z których 40 tys.
padło ofiarami egzekucji: taki jest bilans powstania z 1944 roku. Niemcy
następnie splądrowali i spalili pozostałości polskiej stolicy, a później
zrównali je z ziemią. W zbiorowej świadomości Niemców nie ma jednak takiej
polskiej miejscowości, jak czeskie Lidice czy francuskie Oradour, która
byłaby symbolem polskich ofiar. W Warszawie w czasie wojny zginęło dwa razy
więcej ludzi niż w całej Francji. W Polsce są setki Oradour i Lidic.
Mordowanie niewinnych cywilów było we Francji i w Czechach raczej wyjątkiem
w
niemieckiej polityce okupacyjnej, podczas gdy w Polsce było na porządku
dziennym.

Z tradycyjnym prawicowym antypolonizmem zaczynają konkurować uprzedzenia
lewicowych intelektualistów. Polskę postrzega się głównie pod kątem wrogości
wobec Żydów i katolickiego fundamentalizmu. A z drugiej strony, na krótko
przed przyjęciem Polski do Unii Europejskiej, polska opinia publiczna z
obawą
patrzy na zagranicę. I nie stary upiór niemieckiego rewanżyzmu, tylko
zachodnia obojętność i mentorski ton tendencyjnych dyskusji toczonych na
Zachodzie rozbudzają rozmaite obawy. Od czasu debaty nad wymordowaniem
żydowskiej ludności Jedwabnego mnożą się tylko relacje o antysemickich
pogromach, katolickich proboszczach-nacjonalistach, Radiu Maryja i o
skrajnie
prawicowych partiach.


Obserwuj wątek
    • monachium1 Re: Hey, pizdulka the second, hey 23.09.03, 14:29
      ... ciąg dalszy

      Mentorom dziękujemy

      A przecież w społeczeństwie polskim nie brak inicjatyw zmierzających do
      poważnego zmierzenia się z problemem antysemityzmu. Kiedy zagranica krytykuje
      wszystko hurtem, daje tylko broń do ręki eurosceptykom. Oczywiście
      komunistyczne państwo i Kościół katolicki przez długie lata nieświadomie (ale
      zgodnie) wspomagały się w oportunistycznym utrwalaniu antysemickich
      stereotypów. Dyskusja na ten temat jest ważna, ale zasadniczo powinna pozostać
      polską dyskusją wewnętrzną. Jeżeli Zachód będzie się do niej wtrącał, łatwo
      może doprowadzić do tego, że będzie postrzegany jako przemądrzały i
      apodyktyczny.

      Arogancja wobec Polski nie jest niczym nowym. Tak było już w przypadku
      opozycyjnego związku zawodowego Solidarność i jego roli podczas stanu
      wojennego
      w 1981 roku. Zachodni intelektualiści mieli wówczas duże problemy z
      wypracowaniem postawy wobec tego zdecydowanie katolickiego i
      antykomunistycznego ruchu. Niemieccy politycy często szukali raczej zbliżenia
      z
      komunistycznymi bonzami, niż identyfikowali się z demokratycznymi celami
      opozycji. Dla kochającej wolność Polski było to głębokie upokorzenie. Polskie
      doświadczenia niemieckiej i radzieckiej okupacji z lat 1939-1945, po których
      nastąpiły lata stalinowskiego terroru i socjalistycznej dyktatury,
      ukształtowały w Polsce sposób pojmowania wolności całkiem inny od
      niemieckiego.
      Zniewolenie Polski nie jest jeszcze zbyt odległe w czasie, pamięć o krwawo
      tłumionych powstaniach robotników i zamordowaniu księdza Popiełuszki przez
      służby specjalne komunistycznego reżimu jest żywa.

      Pamiętając o tym, można zrozumieć polską solidarność ze Stanami Zjednoczonymi.
      Dlaczego Warszawa miałaby być bardziej przekonana do nagłego i dość pokrętnego
      niemieckiego, francuskiego i rosyjskiego umiłowania pokoju niż do
      amerykańskiej
      woli położenia kresu panowaniu Saddama Husajna? W Polsce pamięta się o
      fatalnych skutkach zachodniej uległości wobec Hitlera w Monachium w 1938 roku.
      A niedopuszczalna wypowiedź Chiraca o niewdzięcznych wschodnich Europejczykach
      musiała umocnić w Polsce podejrzenie, że europejskiemu stronnictwu
      antywojennemu nie chodzi tylko o pokój.

      Bez monopolu na cierpienie

      Z dala od prasowych nagłówków polsko-niemieckie stosunki osiągnęły jednak
      zadziwiający stopień zaufania. Intensywne kontakty naukowe są oczywistością.
      Dyskusja nad wypędzeniem Niemców jest akurat w Polsce bardzo zaawansowana i
      spotyka się z ogromnym zainteresowaniem społeczeństwa.

      Wbrew sugestiom niektórych działaczy ziomkostw, niewątpliwym faktem jest, że
      wypędzenie Niemców po roku 1945 nie było zdarzeniem jedynym w swoim rodzaju.
      Zrównanie niemieckich i polskich wypędzonych, jako po prostu ofiar
      totalitarnych reżimów, byłoby jednak pomysłem fatalnym. Podczas "spokojnych"
      lat wojny, jakie w Prusach Wschodnich trwały do jesieni 1944 r. (opisuje je
      hrabina Marion Dönhoff w swojej książce "Ritt durch Masuren"), wypędzenia i
      terror okupacyjny były w Polsce codziennością już od pięciu lat.
      Niemieccy wypędzeni nie mają monopolu na bycie ofiarami, tak samo jak nie mają
      go Polacy ani żaden inny naród. Kiedy trafiony pociskami z radzieckiej łodzi
      podwodnej "Gustloff" szedł na dno Bałtyku z dziewięcioma tysiącami cywilów, SS
      mordowało pięć tysięcy żydowskich więźniów KZ Stutthoff, którzy po marszu
      śmierci wzdłuż wschodniopruskiego wybrzeża Sambii dotarli w okolice
      Palmnicken;
      w miejscu odległym w linii prostej o niewiele ponad 100 kilometrów od
      tonącego "Gustloffa", w tym samym czasie, nad tym samym Bałtykiem, Niemcy
      rozstrzeliwali zrozpaczonych Żydów.

      Antyniemiecka propaganda komunistyczna była spoiwem, które jakoś tam wiązało
      rządzących z narodem. Wobec pełnej cierpień historii Polski tylko na tym polu
      mogła panować zgoda między państwem, Kościołem i społeczeństwem. Tym
      ideologicznym pozornym konsensusem próbowano zasypywać wewnątrzspołeczne
      przepaści.

      Dlatego każdy podręcznik, każdy pomnik głosił rzekome historyczne prawa Polski
      do Śląska, Pomorza i Mazur jako ziem "prapolskich". W straszliwie zniszczonym
      kraju po 1945 roku sztucznie zaszczepiano niechciany ustrój. Polska dalej
      doświadczała demoralizacji i beznadziei. Polacy wypędzeni przez Związek
      Radziecki z kresów wschodnich nie otrzymali żadnych rekompensat, które
      ułatwiłyby im integrację. Swoje ojczyste strony mogli wspominać tylko
      potajemnie.

      Niszczono też odrębność regionów. Komunistom zależało wyłącznie na stworzeniu
      jednolitego socjalistycznego społeczeństwa, powiązanego z monolitycznym
      państwem narodowym. Osobna tożsamość kaszubska, góralska czy górnośląska przez
      rządzących w Warszawie traktowana była podejrzliwie. Dopiero teraz Pol ska
      powoli odkrywa swoje stare i nowe regiony; ten ważny proces obejmuje też
      decentralizację administracji. Regionalna tożsamość, identyfikacja lokalnej
      ludności ze swoją "małą ojczyzną" oznacza poszukiwanie śladów. Doświadczają
      tego też niemieccy wypędzeni, kiedy odwiedzają swoje ojczyste strony. We
      Wrocławiu niemiecką przeszłość spotyka się na każdym kroku, eksponowaną z
      wyraźną dumą przez obecnych mieszkańców miasta.

      I to akurat wypędzeni, którzy u światłych, nowoczesnych Niemców tradycyjnie
      nie
      cieszą się wielkim poważaniem, co roku w liczbie setek tysięcy jeżdżą do
      Polski
      odwiedzać miejsca z lat dziecinnych na Śląsku, na Pomorzu czy w dawnych
      Prusach
      Wschodnich. Choć zwróceni są głównie ku przeszłości, bez nich i bez ich
      potomków, poszukujących śladów przodków, w codziennych stosunkach Niemców z
      Polakami byłoby dużo mniej życia. Wielu z nich przez dziesięciolecia nawiązało
      osobiste kontakty z obecnymi mieszkańcami ich stron rodzinnych. Angażują się w
      bardzo owocne partnerstwo z polskimi gminami i parafiami, w wymianę młodzieży
      albo w restaurowanie wspólnego dziedzictwa kulturowego.

      Więzi z Polską, naszym sąsiadem, zostały swego czasu oficjalnie
      pobłogosławione, niemalże uświęcone traktatami wschodnimi. Ze stopniowym
      odprężeniem w stosunkach niemiecko-polskich wiązało się nastanie całkiem
      zrozumiałej "polono-euforii", po której (po roku 1989) nadeszło stopniowe
      otrzeźwienie. Niemiecka liberalna lewica, niegdyś przodująca w dążeniach do
      rozwijania więzi niemiecko-polskich, nagle stanęła skonsternowana wobec coraz
      bardziej złożonej i coraz bardziej normalniejącej Polski.

      Ci, co dawniej walczyli z antypolskimi uprzedzeniami, teraz dostrzegali w
      Polsce wiele rzeczy im niemiłych. Wojna w Iraku stanowi jak dotąd kulminacyjny
      punkt oziębiania się wzajemnych stosunków. Polska stała się obiektem
      zawiedzionej miłości. Niemiecko-polskie stosunki potrzebują teraz nowych
      impulsów, nowej, prawdziwej ciekawości i uwagi.

      Być może rozbieżności w polityce zagranicznej wobec Iraku i USA okażą się
      pożyteczne, bo zmuszą Niemców, by zaczęli wreszcie traktować swego sąsiada
      poważnie. Niemcy będą musiały koegzystować z samodzielną Polską, dbającą o
      własne interesy. Lepiej, żebyśmy się zawczasu zaczęli do tego przyzwyczajać.

      tygodnikforum.onet.pl/1133931,0,5654,922,4,artykul.html

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka