Dodaj do ulubionych

ZABRALI ++++++++++++++++++++++++++

18.03.04, 05:23
bydgoszcz.naszemiasto.pl/wydarzenia/348705.html

" I po dzieciach....

Czwartek, 18 marca 2004r.

Kto wierzy powiedzeniu, że prawo nierychliwe, ten się myli. Już nazajutrz po
zakreślonym przez sąd terminie, niczym w szwajcarskim zegarku,
przedstawiciele prawa zjawili się u drzwi mieszkania Pińkowskich w Cielu - o
których dramatycznej sytuacji pisaliśmy w piątek, poniedziałek i środę - by
do domu dziecka zabrać pięcioro ich dzieci.

- Zadzwonili do drzwi już o siódmej rano: dwójka kuratorów, kierowniczka
Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej i pracownik socjalny. Nie spojrzałam w
judasza, bo zawsze o tej porze przychodziła teściowa. Wepchnęli się do
środka, pobudzili dzieci. Płakałam, krzyczałam, cała się trzęsłam. Dzieciaki
czepiały się mnie kurczowo, zwłaszcza najmłodsza Marietka. Oni kazali im
ubierać się, a mnie usiąść na krześle w kuchni i się nie ruszać. Przyleciała
z dołu teściowa, płakała w głos. Kamil był tylko w skarpetkach. Złapał
kurtkę, buty do ręki i wyrwał się z przedpokoju. Uciekł. Zamknęli drzwi na
klucz i pilnowali pozostałej czwórki. Wyprowadzili wszystkich mimo naszych
protestów. To było jak egzekucja...- mówi Ewa Pińkowska, matka pięciorga
dzieci, które postanowieniem sądu rodzinnego w Bydgoszczy miały być - do 16
marca br. umieszczone w domu dziecka w Trzemiętowie.

- Najgorzej zachowywała się kierowniczka GOPS. Straszyła i tak zastraszonych,
że jak nie pójdą dobrowolnie, to przyjedzie policja - twierdzi teściowa Ewy.
Z mieszkania najstarsza Julita wyprowadzała za rączkę najmłodszą Mariettę,
reszta szła przy obcych. Matka wyła z rozpaczy

Nasz komentarz: Można dyskutować - lub przyjąć do wiadomości - zasadność
odebrania tej rodzinie dzieci, co szczegółowo rozstrząsaliśmy na łamach ?
Expressu? codziennie od zeszłego tygodnia. Ale egzekwowanie wyroku sądu w
momencie najbardziej krytycznym dla rodziny: targnięcia się na życie ojca i
zapowiedzi powtórzenia tego desperackiego czynu w przypadku utraty dzieci,
rozstroju nerwowego matki i załamania dzieci - rodzi wątpliwości natury
moralnej. Prócz aspektu etycznego sprawa Pińkowskich ma jeszcze aspekt
ekonomiczny. Wiadomo, że kłopoty rodziny zamieszkałej w biednej
popegeerowskiej wsi wynikały z dwóch problemów. Pierwszy to choroba ojca,
inwalidy pierwszej grupy, leczonego psychiatrycznie. Drugi - ustawiczna walka
o pieniądze. Opieka społeczna przyznawała rodzinie niewielką pomoc finansową.
Teraz utrzymanie piątki dzieci w domu dziecka miesięcznie pochłonie
kilkunastokrotnie większą kwotę. Z pieniędzy podatników oczywiście.

Czy nie można było, prewencyjnie, wystarczająco zasilić budżet rodziny oraz
zapewnić im wszelką dostępną pomoc psychologiczną i socjalną? Może wtedy Ewa
Pińkowska, której miłości do dzieci nikt nie zaprzecza, niepochłonięta
sprawami bytowymi i dobrze ukierunkowana, miałaby lepsze możliwości ich
dobrego wychowania? Matka to zawsze matka...

Ewa Adamska-Drgas - Express Bydgoski "
Obserwuj wątek
    • Gość: Marek Re: ZABRALI ++++++++++++++++++++++++++ IP: *.eseenet.com 18.03.04, 07:39
      Przeciez musza sie jakims sukcesem pochwalic bo inaczej ludzie by mowili ze
      biora pieniadze za darmo. W kanadzie jest tak samo jezeli oczywiscie to jakas
      pociecha .
      • sly12 Co jest w Kanadzie tak samo? 18.03.04, 08:18
        • radca Re: Co jest w Kanadzie tak samo? 18.03.04, 12:14
          Autor: leszek.sopot
          Data: 18.03.2004 12:09 + dodaj do ulubionych wątków

          + odpowiedz na list

          + odpowiedz cytując

          --------------------------------------------------------------------------------
          Państwu brakuje pieniędzy na finansowanie domów dziecka. Po wejściu do UE
          wszystkie domy dziecka w Polsce będą musiały być przeorganizowane, gdyż są zbyt
          duże i nie zapewniają właściwej opieki nie tylko socjalnej ale przede wszystkim
          nie daja podopiecznym psychicznego wsparcia. Czy w czasie tej reorganizacji
          cała piątka trafi w jedno miejsce i to blisko miejsca zamieszkania matki? Kto
          zapewni matce środki finansowe na dojazdy do dzieci?
          Jeśli rodzina Pińkowskich w Cielu nie opiekowała się właściwie, zdaniem GOPS,
          piątką dzieci - jak rozumiem nie z braku chęci ani umiejętności lecz z braku
          pieniędzy, to czy nie lepiej było ją potraktować jak rodzinny dom dziecka i
          przyzmnać dofinansowanie na 1 dziecko w takiej wysokości jak otrzymują
          opiekunowie dzieci w rodzinnych domach dziecka?
          Czy jest jeszcze taka możliwość?

          • basia553 Re: Co jest w Kanadzie tak samo? 18.03.04, 12:43
            Ja juz tego durnego lamentu sluchac nie moge. Czy ta wspaniala matka z braku
            pieniedzy nie posylala swoje "pociechy" do szkoly?
            Jedyne zaniedbanie panstwa, czy kto je reprezentuje widze w tym, ze facet ktöry
            20-krotnie podejmowal pröbe odebrania sobie zycia, dopiero teraz znalazl sie
            w zakladzie psychiatrycznym.
            Najpierw martwiles sie, ze dzieci beda rozdzielone, teraz sa razem, ale ty znowu
            jeczysz, ze je na pewno rozdziela. Skad ta pewnosc? A tak jak to ta wyraznie
            brukowa gazetka nastawiona na tania sensacje,a ktöra stale cytujesz -
            przedstawia, lepiej jest dla dzieci, jesli jakis czas pozostana bez kontaktu z
            ta labilna matka, ktöra im bedzie stale wyplakiwac, jacy oni to biedni. W ten
            sposöb bowiem dzieci nigdy nie odzyskaja röwnowagi.
    • starypierdola Re: ZABRALI ++++++++++++++++++++++++++ 18.03.04, 17:05
      Nareszcei beda sie mogly dzieci normalnie rozwijac. Bogu dzieki z to.

      W cywilizowanych krajach (more or less) jest zupelnie inaczej. Zerzniesz
      dzieciaka a nauczyciel zauwazy siniaki czy zadrapania, i dziecko potwierdzi ze
      dostalo od rodzica, to:
      1. Zabieraja Ci dziecko bez zadnej duskusji
      2. Rodzic ma sprawe ktora czesto konczy sie grzywna czy nawet wiezieniem.

      Zaden pomyleniec ani sadysta NIE MA PRAWA do wychowywania dzieci.

      SP


      • szakal25 Radca juz ci pisalem ...... 18.03.04, 19:27
        zajmij sie uchodzcami w Traiskirchen ,bo blisko tam mieszkasz ,masz
        wielkie pole do popisu pomagac tym biednym ludziom siedzacym w obozie
        uchodzczym,bo sam tam kiedys przebywales i wiesz jakie zasrane warunki tam sa,
        Pelniac funkcje ochotnika w pomocy socjalnej dla uchodzcow ,odreagujesz
        wlasne stersy i pomozesz ludziom naprawde,zamiast prowadzic tu na tym
        forum ,do niczego prowadzace i jalowe dyskusje.
        • radca adres 21.03.04, 07:33
          moze znajda sie osoby - ktore chcialyby pomoc tej rodzinie w jej tragedii ?
          oto adres :

          -------------------
          Ewa Pinkowska
          Ciele 55 m 14

          86-005 CIELE
          -------------------

          pozdrawiam serdecznie Drodzy Forumowicze ( Panie i Panowie )
          radca
          • _radca_ i jeszcze jedno,czy ktos wiej jak leczyc glowe? 21.03.04, 07:37
            mam problem i i mi regularnie wali na dekiel. Prosze ozrozumienie.

            Radca
            • radca w tym DOMU DZIECKA 21.03.04, 17:04
              Dom Dziecka

              (0-52) 381 50 24

              86-014 (p-ta Sicienko) Trzemietowo


              radca
              • radca Re: w tym DOMU DZIECKA 25.03.04, 00:53
                bydgoszcz.naszemiasto.pl/wydarzenia/350757.html
                " Mniejsze zło...

                Czwartek, 25 marca 2004r.

                Dzieci są bite i molestowane w domu dziecka, a nas szantażuje opieka społeczna.
                Czy ten koszmar nigdy się nie skończy? My, ludzie biedni, nie wiemy, jak się
                bronić! - alarmują Pińkowscy z Ciela - rodzina, której pod przymusem odebrano
                dzieci, by zgodnie z wyrokiem sądu umieścić je w domu dziecka w Trzemiętowie.

                Jak już wielokrotnie informowaliśmy, sądy zajęły się sprawą na wniosek kurator
                zawodowej, która uznała, że wyczerpała już wszystkie możliwości naprawy
                sytuacji rodzinnej i tylko umieszczenie pięciorga dzieci Pińkowskich w placówce
                opiekuńczo-wychowawczej stworzy dobre warunki do nauki i zapewni im spokój oraz
                prawidłowy rozwój. Nie mógł tego zapewnić dom z niepełnosprawnym, chorym ojcem
                i bezrobotną, niezaradną matką. Mimo sprzeciwu rodziców (ojciec po raz kolejny
                próbował popełnić samobójstwo) dzieci zabrano już dzień po upływie terminu
                określonego przez sąd. Asystowała przy tym dwójka kuratorów i kierowniczka
                Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Białych Błotach, Anna Strzelczyk.

                Jak się pisze sprostowanie

                - Wypowiedziałam się do artykułu, że pani kierownik zachowała się najgorzej, bo
                powiedziała, że jak nie oddamy dzieci dobrowolnie, to przyjedzie policja. I
                zaczęło się. W poniedziałek rano zadzwonili z opieki, żebym natychmiast
                zgłosiła się do kierowniczki. Pojechałam z synem. Myślałam, że w sprawie
                złożonego wniosku. Pytałam, czy dostanę pieniądze na lekarstwa. Panie chciały,
                żebym powiedziała, że było inaczej, niż podałam do gazety, ale ja
                potwierdziłam, że przecież tak mówiła. Wtedy pani Wojtanowska podyktowała mi
                oświadczenie, przy kierowniczce i pracowniczce. Połowy słów nie rozumiałam, mam
                tylko podstawowe wykształcenie. Bałam się, że jak nie napiszę, to już nigdy nie
                dadzą mi pieniędzy. Na zakończenie kierowniczka powiedziała, że mój wniosek
                jeszcze jest w szufladzie - skarży się Barbara Pińkowska, babcia dzieci. Wójt
                gminy, Katarzyna Kirstein-Piotrowska, zajęła się sprawą, o której do tej pory
                kierowniczka GOPS jej nie informowała.

                - Pani kierownik twierdzi, że obie panie Pińkowskie zjawiły się w ośrodku,
                gdzie poproszono je na rozmowę. Ponieważ na miejscu nie chciały zadzwonić do
                redakcji z prośbą o sprostowanie, w obecności pracowników napisały
                oświadczenie - powiedziała nam pani wójt.

                - To nieprawda - oburza się Ewa Pińkowska. - Teściowa była później, sama. Ja
                już z rana odhaczałam się jako bezrobotna. Zawołały mnie, żebym zmieniła prawdę
                w artykule i zadzwoniła do redakcji. Ne zgodziłam się. Kazały mi pisać
                oświadczenie. Wszystko odwracają ogonem. Jak odbierały dzieci, obiecywały że
                nam dadzą 200 złotych, a "na sklep" przyszło 100. Mówiły Marietce, że ma liczyć
                na paluszkach do czterech, to na piąty dzień mama ją zabierze z domu dziecka do
                domu. Miały nam zwracać za bilety do Trzemiętowa na odwiedziny dzieci. A teraz
                powiedziały, że wychodzi za drogo i że wystarczy, jak przyjedziemy raz na
                miesiąc.

                "W czasie odbioru dzieci p. kierownik ośrodka pomocy powiedziała mi, że lepiej
                dla dzieci, jeśli oddamy je spokojnie bez większych stresów, ponieważ jest
                postanowienie sądu. Zostałam poinformowana prze panią kierownik, że słowo
                policja użyte było w celu uświadomienia wszystkich o konsekwencji
                niedostosowania się dobrowolnie do postanowienia o umieszczeniu dzieci do 10
                marca 2004 r. W tej sytuacji dnia 17 marca w obecności kuratorów, kierownika
                ośrodka i w mojej obecności matka Ewa przyniosła torby i ubrania dzieci.
                Najstarszy Kamil uciekł. Faktu odjazdu z przyczyn osobistych nie widziałam,
                ponieważ nie mogłam".

                - Przepisałam to wymuszone oświadczenie - pokazuje mi Barbara Pińkowska.- Mówię
                prawdę. Niech zrobią konfrontację, oczy w oczy. Przecież sprawiedliwość gdzieś
                musi być.

                Czego nie wie dyrektor

                Danuta Flinik, wiceprezes i rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Bydgoszczy,
                powiedziała "Expressowi":

                - Odebranie dzieci rodzinie to ostateczność. Ale jeśli ciąg zachowań ojca
                dezorganizuje życie rodziny, matka nie potrafi prowadzić domu, a do tego jest
                bieda i nie robi się nic, by dzieciom było lepiej, nawet nie posyła do szkoły,
                to trzeba wybrać mniejsze zło.

                Mirosław Urbaczewski, Dyrektor Domu Dziecka w Trzemiętowie, potwierdza, że gdy
                mali Pińkowscy przyjechali, był bunt i łzy, dzieci nie chciały jeść, pić i
                chodzić do szkoły, ale wszystko się unormowało. Do czasu wizyty matki. Jednak
                na pewno do niedzieli nie stało się nic złego, bo dyrektor coś by o tym
                wiedział.

                Poproszona o wyjaśnienie pedagog Teresa Łaba przyznaje jednak, że następnego
                dnia po przyjeździe zdarzył się incydent odebrany przez 17-letnią Julitę
                Pińkowską jako napastowanie. Jeden z wychowanków dotykał ramienia dziewczyny, a
                potem ścisnął jej dłoń jak przy przywitaniu.

                - Chciał zwrócić na siebie uwagę. To czternastolatek, który z powodu opóźnień
                rozwojowych nie zawsze zdaje sobie sprawę ze znaczenia tego, co robi - tłumaczy
                pani pedagog. W notatce służbowej sporządzonej tego dnia przez pedagoga czytamy
                natomiast, że chłopiec ten również pocałował Julitę oraz chciał, żeby i ona go
                pocałowała. Julita jest dzieckiem specjalnej troski. Boi się sama wychodzić z
                domu. Ma 17 lat.

                - Kto ja jestem, żeby mnie dotykać? - oburza się, drżac, Julita. - On mnie
                chwytał za ramiona, za biodra, i pocałował nie raz, tylko kilka razy. Dopytywał
                się, czy mam chłopaka. Przestraszyłam się. Jak go wypraszałam z pokoju, to się
                rzucał i bił najmłodszego brata.

                Paweł Pińkowski potwierdza. Oberwało mu się nie tylko wtedy. W niedzielę,
                podczas wizyty mamy i babci, syn pracowniczki trzemiętowskiego domu dziecka
                uderzył go w twarz. Dopiero po interwencji dorosłych przeprosił Pawła. - Czemu
                ja nic o tym nie wiem? - dziwi się dyrektor. Tłumaczy, że u nich w domu dziecka
                patologii nie ma. A jeśli się zdarzają, to sporadycznie. - Przy 56 wychowankach
                bywa, że ktoś wpadnie na głupi pomysł. I na tym się kończy.

                Za krótko tu są...

                Dom Dziecka w Trzemiętowie jest, jak twierdzi dyrektor, bardzo bogatym domem
                dziecka. Utrzymanie jednego wychowanka kosztuje tu około 1750 zł.

                - W domu rodzinnym te dzieci były wychowywane jak zwierzątka. Chcemy zadbać o
                ich edukację, zdrowie, dać im inne spojrzenie na świat. Realizujemy autorski
                program - gromady wychowawcze - wspomagany przez psychologów i pedagogów.
                Wychowawca zajmuje się najwyżej siedmioma wychowankami i sprawdza wszystko: czy
                ktoś ma chusteczkę do nosa i czy ma zaspokojone wszystkie potrzeby.

                Pińkowscy trafili do pokoi interwencyjnych. Czyściutko, nowocześnie, kolorowo.
                Kuchenka, łazienka, przedpokój. A dzieci płaczą, że im tu źle. Tęsknią za
                rodzicami. Przyznają jednak, że tu jest ładnie, jedzenie dobre, a wychowawcy
                mili.

                Dlaczego więc Żaneta Pińkowska, która od roku znajduje się pod opieką domu
                dziecka, wolała wrócić do przeludnionego pokoju w Cielu?

                - Za krótko tu jest - odpowiada dyrektor. Zdaniem dyrektora Urbaczewskiego, sąd
                uratował dzieci Pińkowskich. Mimo to sam również uważa, że dom dziecka to
                ostateczność:

                - Trafiają do nas dzieci, którym nikt inny nie był w stanie pomóc. Nie wiem,
                czy faktycznie wykorzystano wszystkie formy pomocy gminnej, socjalnej i
                kuratorskiej. Bo po domu dziecka nie ma już nic - prócz zakładów karnych.

                Ewa Adamska-Drgas - Express Bydgoski "


                radca
    • luiza-w-ogrodzie Co to za rodzina? 25.03.04, 02:57
      Co to za rodzina gdzie kobieta decyduje sie na piatke dzieci z chorym
      psychicznie?
      Bieda w domu? To po co bylo tyle dzieci robic? "Pan Bog dal dzieci, da i na
      dzieci"?
      Szkoda dzieci. Zmarnuja sie - ale tak jest we wszystkich krajach z dziecmi z
      patologicznych rodzin. I tacy rodzice, bezmyslni, ograniczeni umyslowo maja
      najwiecej potomstwa czy to Polska, Australia czy Vanuatu.

      Pozdrawiam
      Luiza-w-Ogrodzie

      "have your fun and keep lafing" ©joanna

      .·´¯`·.. ><((((º>`·.¸¸.·´¯`·.¸.·´¯`·...¸><((((º>
      • nocna.mara amen. ntxt 25.03.04, 03:05
        • Gość: max pomozemy IP: 80.121.245.* 25.03.04, 12:21
          smutne
          • radca dlaczego nie pomaga sie rodzicom w trudnej sytuacj 05.04.04, 17:18
            " POMOC. Chętnych brakuje, dzieci czekają
            Przyszywani rodzice

            W Bydgoszczy jest pięć rodzin zastępczych, pełniących zadania pogotowia
            rodzinnego. Są też dwa rodzinne domy dziecka. To wciąż kropla w morzu potrzeb.

            Rodziny zastępcze - w tym dwie utworzone w ubiegłym roku - zapewniły
            opiekę blisko trzydzieściorgu dzieciom, które przebywały w tych pogotowiach
            rodzinnych przeciętnie pięć miesięcy. Z powodu zbyt małej liczby takich rodzin
            aż 49 dzieci do dziewiątego roku życia trzeba było w tym czasie umieścić w Domu
            Dziecka "Filipek" przy Stolarskiej. W tym roku Miejski Ośrodek Pomocy
            Społecznej planuje powołanie kolejnych dwóch rodzin zastępczych typu pogotowie
            rodzinne, na co w budżecie miasta zagwarantowano fundusze. To jednak zbyt mało.
            Lepiej u siebie
            Nie lepiej wygląda sytuacja z rodzinnymi domami dziecka. Obecnie w
            Bydgoszczy są dwie takie placówki: przy ulicy Rozłogi i Morszczukowej. Przebywa
            w nich trzynaścioro wychowanków. Innych miejsc - nie instytucji - dla dzieci
            powyżej 9-go roku życia, w mieście po prostu nie ma. Alternatywą są jedynie
            placówki opiekuńcze w innych powiatach. Bydgoski MOPS jest wówczas zobowiązany
            do ponoszenia kosztów utrzymania tam dzieci. A miesięczne utrzymanie wychowanka
            kosztuje przeciętnie 2-2,5 tys. zł. Dlatego też na ostatniej sesji Rady Miasta
            radna Hanna Bogucka, przewodnicząca komisji rodziny i polityki społecznej,
            wnioskowała o tworzenie w Bydgoszczy rodzinnych domów dziecka.
            - Rzeczywiście bardzo potrzeba nam więcej takich miejsc - przyznaje Ewa
            Taper, zastępca dyrektora MOPS-u. - Dwa rodzinne domy dziecka i pięć rodzin
            zastępczych typu pogotowie rodzinne na takie duże miasto, to niewiele. Problem
            widzimy przede wszystkim w braku rodzin, chętnych do podjęcia się opieki nad
            tymi dziećmi.
            Z otwartymi ramionami
            MOPS szuka kandydatów na rodziny zastępcze - niespokrewnione - dla dzieci
            ponaddziewięcioletnich, które opuszczają "Filipka" i z konieczności trafiają do
            kolejnych instytucjonalnych domów dziecka. - Chcemy tego uniknąć - mówi Ewa
            Taper. - Jeśli są chętni i zdecydują się stać taką rodziną, mogą zgłaszać się
            do naszego Ośrodka Adopcyjno-Opiekuńczego przy ulicy Obrońców Bydgoszczy 1.
            Rodziną zastępczą może zostać małżeństwo (najlepiej, aczkolwiek
            niekoniecznie, mające swoje dzieci), ale także osoba samotna. Kandydaci powinni
            mieć stałe zameldowanie w Polsce, odpowiednie warunki mieszkaniowe, stałe
            źródło utrzymania, w przeszłości nie mogli być karani ani pozbawieni władzy
            rodzicielskiej wobec własnych dzieci. Po zakwalifikowaniu przez komisję ośrodka
            adopcyjnego kieruje się ich na bezpłatny, trzymiesięczny kurs, po którym
            otrzymują - lub nie, bo bywają i takie przypadki - stosowne świadectwo. Rodzina
            zastępcza powstaje na mocy postanowienia sądu, który po zasięgnięciu opinii
            ośrodka pomocy społecznej umieszcza tutaj dzieci.
            Dramaty maluchów
            - Gdyby takich rodzin było w Bydgoszczy więcej, nie byłoby tylu maluchów
            w "Filipku" - podkreśla wicedyrektor MOPS-u. - Prawdziwy dramat zaczyna się
            jednak, kiedy dzieci kończą dziewięć lat i powinny opuścić Stolarską. Trzeba je
            umieszczać w domach dziecka poza Bydgoszczą, bo w naszym mieście placówki dla
            takich starszych dzieci po prostu nie ma. Staramy się nie rozdzielać rodzeństw,
            ale wtedy tez niestety jedynym wyjściem są dla nich domy dziecka. Dlatego tak
            bardzo zależy nam na tworzeniu kolejnych niespokrewnionych rodzin zastępczych.



            Katarzyna Karwat
            5 Kwietnia 2004 GP"

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka