pmro
24.03.09, 13:13
Wróciłem do Polski raczej z przymusu niż z wyboru.
Przeniosłem się z trzypokojowego mieszkania (2-bedroom apartment) z basenem na
terenie osiedla do jednopokojowego mieszkania na Warszawskim Mokotowie.
Po jakiejś depresji i wieczną walką z właściwie nikim i niczym a raczej stanem
zdenerwowania zacząłem się uczyć.
1. Nauczyłem się że człowiek musi patrzeć głębiej wewnątrz niż na zewnątrz.
Narzekałem na polityków, narzekałem na nierowne chodniki, narzekałem na
wszystko na co można było narzekać. I co przez to miałem? Oprócz stresu i
nerwów nic. Nie zmieniło to mojej rzeczywistości. Zamiast narzekać trzeba działać.
2. Nauczyłem się że narzekanie w mojej rodzinie odbywało się wszędzie bez
względu na okoliczności. "W Los Angeles nie ma czterech por roku a w Polsce
są." a potem w Polsce "Nie lubie zimy" To nie moje cytaty tylko rodziców.
Bardzo, ale to bardzo się staram nie narzekać bo to i tak do niczego nie prowadzi.
3. Nauczyłem się, że osiągnięcie czegoś w Polsce wcale nie musi
być trudniejsze niż w USA jeśli pomyślimy i będziemy ciężko pracować. Polska
jest świetnym krajem dla tych którzy potrafią robić interesy, a to dlatego że
poziom obsługi klienta jest jeszcze daleko za USA. Konkurencja jest, ale nie
jest ona wystarczająco silna a klient nie jest aż tak wybredny i nie walczy
tak o swoje jak w USA. Poziom usług często też pozostawia wiele do życzenia.
Wystarczy że zaczniemy oferować usługi do których ludzie w USA przywykli i
zazwyczaj interes się kręci.
4. Nauczyłem się, że "szczekanie" na ludzi z pierwszej linii, np. na
Panią która nas obsługuje w supermarkecie ponieważ cena jest inna niż
reklamowana właściwie nie ma żadnego skutku. Do tego byłem przyzwyczajony w domu.
Wiele innych rzeczy się nauczyłem, ale tyle narazie wystarczy.
4a. (DODATEK) Na szczęście nie na własnej skórze, ale nauczyłem się że alkohol
działa tak samo destruktywnie w Polsce jak i w USA.
5. Moi rodzice powiedzieli mi że w USA nauczyli się pracować. Jeszcze za
czasów PRLu ojciec miał do pracy na 6, a przychodził o 8 bo mi tak dziadek
opowiadał. Kiedy była PRLowska "wyprzedaż" (innymi słowy, przyjechały buty a
ilośc ograniczona) mama się wyrywała z pracy na 4 godziny a następnego dnia
mogła to zrobić koleżanka. To tylko niektóre przykłady. W dzisiejszej Polsce
nawet sobie tego nie wyobrażam.
Chwila, jednak chyba w pewnym sensie jest łatwiej w USA. Tam można spokojnie
żyć wykonująć jakąś czarną robotę. Praca na najniższych stanowiskach wcale nie
jest aż tak źle płatna w porównaniu z kosztami utrzyamania, a za nadgodziny
bardzo dobrze płacą. W Polsce jednak bardzo mało się zarabia na podstawowych
stanowiskach, za mało żeby sobie komfortowo żyć. Natomiast Ci którzy mają
jakiś fach i dobrze wykonują swoją pracę nie mają problemów.
Za wszystkie błędy ortograficzne przepraszam, ale w Polsce skończyłem tylko
pierwszą klasę szkoły podstawowej.