chaladia
08.08.04, 21:22
Na różnych innych forach padają wypowiedzi, że "wiadomo, jacy ludzie jeździli
za granicę w czasach PRLu". Ponieważ z takich właśnie jednozancznych
wypowiedzi wynika, że nie bardzo wiadomo, zwłaszcza tym, co podobne bzdury
piszą, to pozwolę sobie wyjaśnić.
Otóż, pomijając obsługę rynku ZSRR i Bułgarskiego, gdzie z reguły zatrudniano
zdeklarowanych komunistów i rusofili (sam wymóg biegłego posługiwania się
językiem rosyjskim powodował, że tacy sie tam zgłaszali), na innych rynkach
upartyjnienie było mizerne i z reguły ograniczało się do stanowisk, na
których było to kategorycznie wymagane. A że było "wymagane" to ludzie
zapisywali się z musu, nie z przekonań i nie słyszałem, by ktoś
z "Energoexportu" kna kogoś donosił, albo nawet udzielał się na egzekutywach.
Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja w CHZ-tach, gdzie inżynierów praktycznie
nie było, za to zatrudniano tłumy urzędników i urzzędniczek do prowadzenia
buchalterii. Ci ludzie "podgryzali" się nawzajem na każdym kroku i donos był
najpowszechniejszym sposobem na usunięcie konkurenta.
Na wielkich budowach komunizmu (KW Jächwalde, KKW Nord, Rl. Prunerov)
występowało stanowsko "asysyenta dyrektora budowy", które było w praktyce
zarezerwowane dla agenta wiadomych służb. Podobnie było ze stanowiskami
KOwców na campach. Partia musiała widzieć, o czym ludzie mówią... Natomiast
wśród rzeczywistych fachowców członków PZPR (i jak sądzę agentów służb
tajnych) było mniej, niż w Polsce. Po prostu wymóg dobrej
znajomości "imperialistycznego" języka połączony z koniecznością wykazania
się dobrą znajomością zawodu i samodzielnością myślenia (im mniejsza budowa,
tym większą) był dla ludzi robiących kariery po linii partyjnej "nie do
przeskoczenia".
Czasami trafiali się partyjni kierownicy budów, robót itp. ale to byli
ludzie, któzy po prostu tak awansowali w Polsce i w końcu "dosłużyli się"
wyjazdu "na eksport". Pomijając korzyści finansowe byli to ludzie głęboko
nieszczęśliwi z powodu oderwania od rodzimych komórek p.o.p. W kraju p.o.p.
za nich myślała, dawała jasne wytyczne, a tam, no obcej ziemi trzeba było
myśleć samemu.
Trafiali się także partyjni robotnicy. Na budowę Khartoum North Power Station
przysłano elektryka, który był wcześniej delegatem na któryś-tam zjazd PZPR.
Gość był po pierwsze trochę za stary na pracę w upiornym klimacie, poza tym
nie potrafił ułożyć sobie stosunków z podległymi mu Murzynami, którzy
przerastali go w IQ o rząd wielkości. Na koniec, w ramach jakieś awaryjnej
naprawy na campie źle połączył kable i "rzucił" na sieć 220V "siłę", czyli
380 V. Efekt był upiorny: wszystkie świetlówki zaświeciły jak reflektory
przeciwlotnicze, zrobiło się jasno, jak w dzień, potem równie gwałtownie
wszystko zgasło. Rano Project Managera odwiedzli wszyscy zamieszkali na
campie expatriaci, Brytyjczycy, Irlandczycy, Austriacy, Słoweńcy, Chorwaci,
no i Polacy - okazało się że "padły" wszystkie komputery i radioodbiorniki.
Dobrze, że klimatyzatory i lodówki jakoś ten kataklizm przetwały. Żądania
były dwa. natychmiastowe sporwadzenie zamiennego sprzętu (najbliższy punkt
zakupu - strefa wolnocłowa w Amsterdamie) oraz wywalenie z pracy ze skutkiem
natychmiastowym sprawcy. Rok był 1989, więc nasz Project Manager, choć
przerażony, wywalił gościa. O ile się jednak nie mylę, to nie obciążył go
kilkoma tysiącami dolarów strat, jakie spowodował. A Polacy nie dostali
żadnych odszkodowań.
Polaków zatrudnionych na indywidualnych kontraktach wogóle PZPR i służby
tajne nie miały jak inwigilować. Bardzo były z tego powodu nieszczęśliwe. W
Asjut piliśmy piwo wszyscy expaci w jednej knajpie (Hotel Badr), jako że
innej nie było. Tzn. był jeszcze drugi hotel, ale tam urzędowali Japończycy
Toshiby i toarzystwo nam nie odpowiadało. Ponieważ było nas sporo Polaków,
tak na zbiorowych kontraktach Polimexu, jak i indywidualnie zatrudnionych
przez Polservice, a kilku wogóle już się "urwało" i było emigrantami z
paszportami USA - to z ambasady przyjeżdżał Peugeotem jakiś smutny pan i
popijał sok z mango przy sąsiednim stoliku. Nie trzeba było dużo czasu,
żebyśmy się zorientowali, że nas podsłuchuje. My nic zrobić nie mogliśmy, ale
jeden z Polish-Americans po drugiej czy trzeciej wizycie wyszedł, wsiadł do
swojej półciężarówki (3,5 tony) i dość gwałtownie cofnął się wprost na tego
Peugeota na numerach Ambasady PRL. Po dokonaniu tego wrócił i dlaej pił z
nami piwo. Agent wypadł z hotelu, zobaczył, co się stało i zaczął się
wściekać - podchodzi do naszego stolika i mówi, że za to, cośmy \zrobili, to
nam zabiorą paszporty. Na to nasz Polish-American powiada, że jak się
cokolwiek stanie, to gość jest już martwy, bo on zna wszystkich Braciszków
Muzułmańskich w Asjucie i starczy, że doniesie do nich, że jest w mieście
agent komunistyczny. A paszport to on ma amerykański i niech mu go spróbuje
odebrać. Gość zrobił się blady jak papier, bo a Asjucie istotnie za bycie
agentem komunistów można było marnie zginąć. A nasz kolega woła do kelnera o
telefon i istotnie dzwoni do swoich kupli, zaczyna z nimi konwersować w
łamanej arabszczyźnie... Gość wypadł z kanjpy, chciał odjechać, ale
półcieżarówka przyciskała mu samochód do ściany, więc uciekł, złapał taksówkę
i podobno taksówką kazał się zawieźć aż do Kairu. A samochód zabrał po dwóch
dnaich jakiś Egipcjanin. Od tego czasu nie mieliśmy w Asjut wizyt agentów.