zgredek_ojejku
01.03.05, 15:38
Michael Moore od dawna uchodzi w filmowym świecie za
twórcę bardzo kontrowersyjnego. Światową sławę przyniósł mu
dokument "Zabawy z bronią", nagrodzony w 2002 r. Oscarem. W
przypadku filmu "Fahrenheit 9/11" temperatura polemik osiągnęła
jednak apogeum. Oliwy do ognia dolało jury festiwalu w Cannes,
które przyznało Moore'owi w 2004 r. Złotą Palmę. Ponadto reżyser
otrzymał tam jeszcze nagrodę FIPRESCI. Nikt nie miał wątpliwości,
że były to nagrody "polityczne".
Moore nakręcił bowiem film propagandowy, którym w roku
wyborów prezydenckich w USA prowadził swoją własną krucjatę
przeciwko prezydentowi George'owi Bushowi, ówczesnemu i - jak się
okazało w listopadzie - także obecnemu gospodarzowi Białego Domu.
Krytycy i publiczność "Fahrenheita" również od razu podzieliła się na
dwa obozy.
Jedni widzieli w dziele Moore'a niewybredny pamflet, nachalną
żonglerkę faktami i filmową materią, a jego samego porównywali do
takich ideologicznych manipulatorów na usługach reżimów
totalitarnych, jak Leni Riefenstahl. Inni nazywali go utalentowanym
twórcą mającym oko do szczegółów, świetne pomysły i ogromne
poczucie humoru, działającym w imię misji, "budzącym amerykańskie
dziennikarstwo z letargu politycznej poprawności", zmuszającym
widzów do refleksji i zajęcia wyraźnego stanowiska.
Podczas gdy zwolennicy reżysera podkreślali, że "Fahrenheit"
podejmuje fundamentalne kwestie: demaskuje interesy rodziny Bushów
z Saudyjczykami, w tym z rodziną ben Ladenów, wytyka nieudolne
prowadzenie wojny w Iraku, obnaża oszustwo dotyczące rzekomych
związków Saddama Husajna z al Kaidą czy posiadania przez Irak
broni masowego rażenia, a wreszcie pokazuje, jak firmy naftowe
powiązane z ludźmi ekipy Busha robią interesy na irackiej ropie, inni
ripostowali, że na wiele z tych zarzutów nie ma dowodów, bądź że
dowody, którymi posługuje się reżyser, są zwykłym kłamstwem.
Moore nie ukrywał zresztą, że jest stronniczy i stosowane przez
niego chwyty służą konkretnemu celowi. Pozostał przy tym do końca
wierny wypracowanej konwencji satyrycznej impresji, quasi-
dokumentalnego kabaretu. Odpowiednio dobierając zdjęcia i dodając
do nich swój komentarz zza kadru sprawia, że równie często śmiejemy
się podczas projekcji, jak nieruchomiejemy z wrażenia czy przejęcia.
W polskich kinach film miał premierę w środku wakacji.
Pewnie to m.in. zaważyło na niezbyt dużej frekwencji. Teraz trafia do
szerokiej widowni. Bez względu na to, czy zgodzimy się z poglądami
autora, czy też nie, z pewnością warto go zobaczyć.