16.06.05, 10:38
aktywności forum

1200 postów

wychodzi po 200 postów na dzień (popraw Toperzu, jeślim cos pomylił)

Może powinniśmy założyć regularną gazetę - materiału jak widać nam nie
brakuje:)

Pozdrowienia:)
Obserwuj wątek
    • daria13 Re: 60 dni 16.06.05, 10:47
      Jam co prawda nie Toperz, ale mi wyszło 20 dziennie. Oj kolega chyba za bardzo
      entuzjasta:) A myślałam, że to tylko ja tak mam:)
      Aleć 20 dziennie to chyba też nie mało, zważywszy, że bywały dni bezpostowe,
      zanim się na dobre rozkręciliśmy.
      Serdecznie pozdrawiam:)
      • braineater Re: 60 dni 16.06.05, 10:52
        wiedziałem, że trzeba było wziąść karkurator:)
        ale 20 to też całkiem nieźle:)
        Pozdrowienia:)
        • nienietoperz Re: 60 dni 16.06.05, 10:58
          Popieram Darie, a na przyszlosc radzilbym sie mnie o rachunki zadne nie pytac.
          Jak wiadomo, sa trzy rodzaje matematykow: ci, ktorzy liczyc potrafia, i ci,
          ktorzy nie.
          Pozdrowienia,
          nntpz
    • kwiecienka1 Re: 60 dni 16.06.05, 12:25
      :-)
      20 postów dziennie to i tak sporo
      nie wiem ile nas tu jest - aktywnych chyba nie więcej niż 20...
      a co do gazety... czy ktoś z was kiedyś chciał być dziennikarzem? do jakiej
      rubryki chcieliście/chcielibyście pisać?
      rozumiem, że Ojciec Założyciel objąłby recenje :-)
      ale i tak bylibyśmy mu się wtrącali...

      moje doświadczenie dziennikarskie: baaardzo specyficzna gazetka wydziałowa (2
      wywiady i 1 recenzja + garść oryginalnych przepisów)
      pozdr
      K.
      • braineater Re: 60 dni 16.06.05, 12:43
        heheh - ja własnie od dwoch dni probuję uzyskac wywiad dla "Ultramaryny"
        (kwiecieńka zna, reszcie tłomacze, że to bezpłatny podłogowiec kulturalny
        katowicki) z naczelnikiem wydziału ruchu w Katowicach na temat ściezek
        rowerowych a dokładniej ich braku. I juz znam wszystkie sekretarki, wszystkie 5
        numerów telefonów i w ogóle, a pana naczelnika jak nie było tak nie ma:)
        Natomiast dziennikarka jako taka jest zabawna jako zajęcie dorywcze typu hobby
        natomiast nie widze się, jak łaże i gadam z ludźmi, dopytujać się ich np o
        poglądy na politykę czy inne tam takie.
        A recenzję wole pisac, ot tak, dla siebie głownie, bo po pierwsze lepiej wtedy
        zapamietuję co czytałem, po drugie, jak piszę to mi się przeczytane w głowie
        układa, i po trzecie - pisanie dla kogoś lub za pieniądze, zawsze się wiąze z
        pewnymi dyskretnymi probami nacisku zaburzającymi subiektywizm oceny - a to
        nieładnie:)
        Pozdrowienia:)
        • noida Re: 60 dni 16.06.05, 13:06
          Hehe, a moje doświadczenie dziennikarskie obejmuje pisanie psychozabaw, ale nie
          powiem, do jakiej gazety :-)

          Czyli mamy już dział kulinarny, recenzje i psychozabawy. Kto da więcej?
          • daria13 Re: 60 dni 16.06.05, 13:37
            Ja bym dodała dział o dzieciach, ale po pierwsze boję się trochę Brocha, a po
            drugie na TWA chyba jednak przeważają osobniki bezdzietne. Ok, spoko,
            żartowałam:)
            Ale skoro tak wiele było o fryzurach, to może dział porad fryzjerskich:)))
            :)
          • braineater Noida 17.06.05, 08:28
            a możesz zdradzić sekret, na czym polega pisanie tych psychozabaw i co to tak
            właściwie jest?:)
            Pozdrowienia:)
            • daria13 Re: 60 dni 17.06.05, 10:19
              Wydaje mi się, że nie tylko dynamika naszego forum jest zadawalająca, to znaczy
              ilość postów, ale przede wszystkim ich jakość! Zdarza mi się z ciekawości
              zaglądać na inne fora, które też są w jakimś sensie towarzyskie, ale tam nikt
              nie pisze tak "przydługich" a przede wszystkich tak interesujących postów.
              Może to tylko moje wrażenie i sprawdza się tu porzekadło, że każda sroczka swój
              ogonek chwali, ale myślę, że my naprawde jesteśmy nieźli:))) I tak trzymać!!!!
              Pozdrowienia w piękne piątkowe przedpołudnie:)
              • daria13 Re: 60 dni 17.06.05, 13:50
                Nasze forum ma jeszcze jedną wyższość nad innymi forami, nawet nad najlepszym
                FK.
                Oprócz ilości i jakości postów wszyscy się tutaj szanujemy, dzięki czemu żadne
                pytanie praktycznie nie zostaje bez odpowiedzi (no prawie żadne;), dyskusja na
                jakiś temat umiera śmiercią naturalną z powodu wyczerpania tematów i nikt
                nikogo nie zostawia w połowie rozmowy, jak tego już dwukrotnie doświadczyłam na
                FK i to od osoby, z którą rozmawiałam długo i namiętnie. W pewnym, niczym nie
                poprzedzonym, najmniej oczekiwanym momencie po prostu koniec rozmowy, całkowite
                wyciszenie, zero odzewu. Wiem, że taka może być specyfika forum, ale nie jest
                to komfortowa sytuacja, czuję się niemal jak porzucona, hmmm ...nie wiem kto.
                Za pierwszym razem myślałam, że może stałam się już zbyt nudna, ale po co w
                takim razie ten ktoś zaczął ze mną kolejną, żywą i długą rozmowę, żeby ją potem
                bez zdania racji nagle zrywać? Może bawi się moim kosztem? Ja to w każdym razie
                odbieram trochę jako brak szacunku do rozmówcy. A może za bardzo się przejmuję?
                Jak myślicie?
                Btw. zastanawiam się dlaczego tad9 przestał się odzywać w wątku Jak wyjść z
                szafy. MOże do tego stopnia poruszył go wiersz Nastolaty, że go zatkało. Chyba
                wątpię, ale w jego przypadku, kiedy tak lubi mieć ostatnie słowo, to trochę
                dziwne, nie sądzicie?
                :)
                • braineater Re: 60 dni 17.06.05, 13:54
                  Za bardzo się przejmujesz:)
                  A aluzję odebrałem, i na pytania z wczoraj odpowiedziałem wczoraj - patrz wątek
                  Śmieciowisko:)
                  A urwane dyskusje...hmmm - zawsze można do nich wrócić.
                  Pozdrowienia:)
                  • daria13 Re: 60 dni 17.06.05, 14:17
                    Przepraszam. Wielkie dzięki za odpowiedzi, nie wiem dlaczego przeoczyłam, ale
                    jakaś taka okropnie przemęczona ostatnio jestem:(
                    Błagam o jakieś namiary na płytę Viana. Ja to po prostu muszę mieć, bo Vian
                    jest jedną z moich największych miłości:)
                    A co do urwanych dyskusji, to raczej trudno jest je podjąć samodzielnie, bo w
                    dyskusji to trzeba jednak przynajmniej dwojga:)
                    Jeszcze raz dziękuję. Murakamiego wczoraj skończyłam i przynajmniej zakończenie
                    mnie nie rozczarowało, bo lubię otwarte, nie do końca dopowiedziane
                    zakończenia, choć muszę przyznać, że bardzo chciałam się dowiedzieć czegoś o
                    losach Shimamoto, ale tak też jest fajnie, można się pobawić w domniemywania:)
                    Kronikę i Owcę przeczytam też z pewnością.
                    Pozdrowienia:)
                    • staua Re: 60 dni 17.06.05, 16:43
                      Moze Tad stwierdzil, ze juz zwyciezyl w tej wymianie zdan...Tez mnie zdziwila jego nieobecnosc, bo on
                      sie chyba nigdy nie poddaje, a tutaj... niespodzianka.
                      • daria13 Re: 60 dni 18.06.05, 00:24
                        Ja też myślałam, że może go znudziła wymiana zdań z osobami, które rozumują
                        inaczej, a niektórzy rozmówcy mieli niezłe, moim zdaniem argumenty, ale
                        zauważyłam,że on zawsze lubi mieć ostanien słowo, nawet jeśli ma się za
                        wygranego, a w sumie przecież tak jest zawsze. Troche to dziwne i szczerze
                        mówiąc niepokojące, a co najgorsze brakuje mi tej niedokończonej rozmowy:( Czy
                        coś ze mną nie tak?
                        Pozdro:)
          • beatanu Re: 60 dni 19.06.05, 19:26
            Moje "doświadczenia" dziennikarskie ograniczają się do iluś tam (nie więcej niż
            dziesięciu) listów do redakcji czasopism różnych, nawet parę - uwaga! chwalę
            się okrutnie! - zostało wydrukowanych jako list tygodnia, miesięca czy jakoś
            tak. Temat - feminizm of course, czy może bardziej jego (pojęcia)
            odczarowywanie. Chociaż sto lat temu pisałam o ekologii...Ale w NASZYM
            periodyku mogłabym mękolić o uprawianiu roślinek różnych i przy okazji
            propagować kuchnię wegetariańską (spokojnie, nie jestem fanatyczką ;)

            A tak w ogóle, to na samę myśl o tym, że jakby zebrać nasze doświadczenia i
            wiedzę i umiejętności... to ho ho! No kurczę, nie wiem jak to zdanie
            zakończyć... W każdym razie cieplutko i miło mi się robi :)
            Wasza B, chwilowo w domu (dziecię jedno z rockowania ostrego trzeby było
            odebrać, drugie - na drugi koniec kraju wyprawić. Ale to tylko preteksty -
            przecia tak naprawdę, to musiałam nadrobić zaległości forumowe ;)) I - odebrać
            prawo jazdy, bo stare na nowe wymienić trzeby było...
            • nienietoperz Re: 60 dni 20.06.05, 13:37
              Dziennikarsko mialem sie okazje wykazac wylacznie majac lat 15 minifelietonem
              napisanym po powrocie z wymiany miedzyszkolnej i opublikowanym w Dzienniku
              Lodzkim. Zostal on zreszta w sposob jak najbardziej zasluzony ciezko
              skrytykowany przez moja owczesna pania do polskiego.

              Jesli chodzi o rubryke w TWA-miesieczniku, podjalbym sie ewentualnie pisania o
              sporcie. Ponizej kilka argumentow:
              - nikt inny nie chcialby zajac sie tak prymitywnym tematem
              - w wieku lat 7, kiedy pani wychowawczyni kazala nam wybrac wymarzone zawody,
              zdecydowalem sie na dziennikarza sportowego (nic innego nie wydawalo sie byc
              lepszym)
              - uprawialem dosc niepowaznie jedna powazna dyscypline sportowa
              - uprawialem dosc powaznie jedna nie do konca powazna dyscypline sportowa (to
              znaczy ja zawsze uwazalem, ze jest powazna, ale np. pielegniarka przy badaniach
              przed pojsciem na studia nie chciala mi jej wpisac do karty zdrowia)
              - wiadomosci sportowe sa zawsze na ostatniej stronie, i latwo do nich dotrzec w
              zwiazku z tym.

              A jak sportowe doswiadczenia TWA ogolem? Pasujemy do stereotypu okularkowych
              mizerot? Czy tez wrecz przeciwnie?

              Wasz
              nienietoperz
              • braineater Sporty 20.06.05, 14:43
                Sporty wyznawane przeze mnie:
                bilard
                szachy (nader amatorsko)
                te dwa jako głowne, bowiem jako jedyne nie wymagają odłożenia papierosa

                rower - głownie wściekła jazda po mieście z adrenalinową muzyką na uszach -
                podstawowy środek transportu po prostu.
                skałki - o tym już pisałem
                i pływanie - ale tylko w akwenach sztucznych, zadaszonych i zamkniętych bo wody
                nieokiełznanej cywilizacją jakoś się obawiam.

                No i oczywiście liga Counter Strike'a:)

                natomiast w dziecięctwie miałem pomysł zostania gimnastykiem sportowym i
                kolegom dwa lata zajeło przekonanie mnie, że to sport dla 'lasek i pedałów' i
                zainteresownie mnie (krótrkotrwałe na szczęście) odmianą karate - z czego po
                dwóch tygodniach z dziką ulgą zrezygnowałem.

                Natomiast jedyny sport któremu wiernie kibicuje, to tylko i wyłacznie boks.

                Pozdrowienia:)
                • nienietoperz Rower w miescie 20.06.05, 15:20
                  Z dedykacja dla cyklistow miejskich link do felietonu z roznymi poradami.
                  Osobiscie jeszcze nie zaczalem jezdzic w kabaretkach (nienietoperzowa twierdzi,
                  ze tak to = fishnets sie po polsku nazywa)

                  www.guardian.co.uk/weekend/story/0,3605,1487422,00.html
                  Wasz
                  nntpz
              • daria13 Re: 60 dni 20.06.05, 15:01
                Okularkowa mizerota, ładne. Czy się załapuję? Hmmm, nie do końca. Od maleńkości
                nie przejawiałam nigdy zainteresowania sportem, ani czynnym ani biernym, zero,
                null. Tylko książeczka, cichy kącik i tyle zawsze mi do szczęścia było
                potrzeba. Teraz to zamiast cichego kącika, cholera, musi mi często wystarczyc
                zatłoczony autobus podmiejski, bo w domu dzieci i inne obowiązki nie pozwalają
                się zaszyć. Jestem kaleką, w pewnym sensie, nawet pływac się nie nauczyłam.
                Mizerotą nie jestem, bo 174 cm wzrostu jak na kobietę to nawet sporo, i z tego
                powodu zawsze byłam dyskryminowana przez nauczycieli wf-u. Bo jak to, takie
                masz dziewczyno warunki i nie chcesz uprawiać koszykówki/ siatkówwki i co tam
                jeszcze. Brrr. Największą traumą mojego dzieciństwa i wczesnej młodości były
                gry zespołowe na wf-ie. Zawsze, zawsze byłam wybierana jako ostatnia do
                drużyny. Kto tego nie zaznał, nie ma pojęcia jakie to przykre uczucie. Byłam po
                prostu najgorsza i tak zostało do dziś. Może to stąd ta kompensacja książkami:).
                Choć chyba jednak przez to, że książki były zawsze na pierwszym miejscu,
                zabrakło czasu dla sportu.
                Dobrze chociaż, że mimo zaawansowanego wieku, nie imają się mnie choroby bedące
                wynikiem siedzącego trybu życia. Zero problemów z kręgosłupem i takie tam. A
                ogólnie wyznaję zasadę, że im większa odporność na stres, tym mniej chorób.
                Jestem tego żywym przykładem, w przeciwieństwie do mojego małża, który w
                młodośći sport uprawiał czynnie, a do dziś cierpi z powodu jakichś urazów
                kręgosłupa,jakich się natenczas nabawił, a w życiu dorosłym jeszcze stresująca
                praca, co w sumie sprawiło, że boli go coś nieustająco.
                Więc sama już nie wiem, czy jestem taką kaleką, przez to że nie uprawiałam, nie
                uprawiam i pewnikiem uprawiać nie będę. Tylko czasem przed dziećmi trochę
                wstyd, bo one na szczęście nie odziedziczyły po mamusi niechęci do sportu.
                Fenks god! A czytać, czytają na szczęście też.
                Jestem ciekawa, czy ktoś z Was zaznał tej traumy dzieciństwa, związanej z
                wybieraniem do drużyny i czy też wspominacie tu z takim bólem:(
                Pozdrawiam serdecznie:)
                • nienietoperz Re: 60 dni 20.06.05, 15:14
                  Jesli chodzi o zdrowie, to oczywiste jest, ze wszelakie uprawianie sportu i
                  ruszanie sie moze tylko zaszkodzic. I tak w piatek najpierw wieczorem gralem w
                  siatkowke (bolesnie skrecona kostka prawa), a potem wracalem rowerem do domu
                  (zderzenie czolowe, na szczescie z rowerzysta i przy malej predkosci, potluczone
                  dokladnie kolano lewe). W efekcie weekend spedzilem glownie na kanapie,
                  pojekujac od czasu do czasu oraz meczac na zmiane asymetryczne formy Dirichleta
                  i Wscieklosc i wrzask (wbrew wypowiedziom Brocha na FK, latwiej mi chyba
                  przychodzilo wykreowanie czegos nowego w pierwszym temacie, niz percepcja
                  Faulknera).

                  Bycia wybieranym na koncu specjalnie nie pamietam, pamietam za to dotkliwie
                  bycie najgrubszym i najpowolniejszym chlopcem w klasie i znienawidzone `biegi
                  dlugie'...
                  Pozdrowienia,
                  nntpz
                • braineater Re: 60 dni 20.06.05, 15:34
                  O tak!
                  Piepszone 'zajęcia w podgrupach', czyli koszmar który rozpoczął się już w
                  przedszkolu, od pani Jadzi co wypędzała nas, bahorki okutane niemożebnie w
                  lutowy przymrozek na boisko i zachęcała rykiem i wrzaskie do zabawy w 'stary
                  niedźwiedź mocno spi' albo stosowała okrutne metody wprost z sowieckich lagrów
                  pod tytułem 'a teraz ustawiamy się w kółeczko i spiewamy, spiewamy'. Żesz w
                  mordę...
                  (dygresyjka-dykteryjka z podstawówkowych wspomnień: Jako, że szkoła moja do
                  szlachetnych tysiąclatek nalezała, zapewniała także nauczycielom lokum, w tzw
                  Domu Nauczyciela, położonym nieopodal. I tak jakos pewnej pieknej zimy, pani z
                  ZTP-te, zgarnęła dzieciaczki wszystkie w jakąs sobotę, typu 'odrabiamy lekcje'
                  i zapowiedziawszy, że idziemy szukac skarbów, zawlokła nas na Domu Nauczyciela
                  podwórzec. Podwórzec przysypany jakąs okrutna warstwą śniegu i wiecznej
                  zmarzliny, a pańcia radośnie komenderuje - no to teraz przekopcie się przez ten
                  śnieg, tam NA PEWNO sa skarby! No to dzieciaczki dawaj, nurzac jednopalcowe
                  rękawice w zaspach okrutnych, tarzać się jak bałwany na wolności, aż tu nagle!:
                  spopod sniegu wychyla się jakaś płaszczyzna i jest jej coraz więcej i więcej.
                  Zaangażowanie pełne, możesmy odkryli jakies tajemne malowidło albo co i pokarza
                  nas w "Piatku z Pankracym"!. Nie minęła kolejna godzinka radosnych wykopków
                  przy wtórze entuzjastycznych porzykiwań pańci i już odkopaliśmy oba dywany
                  przemyślnie sniegiem w celu oczyszczenia przez sprytna uczycielkę przysypane.
                  Jeszcze tylko trzeba je było zrolować, wnieśc na pierwsze piętro i już mogliśmy
                  sie cieszyć zasłużoną sławą odkrywców i eksploratorów ziem nieznanych...)

                  Koszmru ciąg dalszy - podstawówka i tam chłopięta, co za piłą mogły się cały
                  bozy dzień uganiać, a ja do dziś nie wiem co to 'spalony', tudziez 'dwutakt'
                  vel 'smecz przy siatce' i dlatego, tak jak Daria, zawszeć byłem ten loser, co
                  to na samym końcu go pan od wu-efu wpycha mocniejszej drużynie, żeby wyrównać
                  szanse...No i stałem tak osiem lat na bramce, albo pod swoim koszem i czekałem
                  czy ktoś mnie zauważy a zauwazali tylko wtedy, gdy trzeba było powiedzieć 'no
                  co ty, k..wa, tej piłki nie widzisz?!!!" a ja w sumie średnio byłem torem tej
                  piłki zainteresowany i wcele nie wiedziałem czemu się bulwersują, że wpadła do
                  siatki. Przecież jakbym ją łapał to bym sie pobrudził... Na szcęście w edukacji
                  średniej już wiedziałem jak dogadac się z lekarzem i przez całe licea udziałem
                  w wu-efie sie nie skalałem:)
                  Pozdrowienia:)
              • dr.krisk Okularkowe mizeroty.... 20.06.05, 15:57
                Jak najbardziej! I to jeszcze troche grubawe: chorowitosc + intensywny tucz
                domowy. Ta wiec wpisuje sie w ogolny obraz aktywisty TWA jako osobnika
                przesladowanego przez wf w szkole. Szkolny WF to byla moja dziecieca trauma -
                nie umialem grac w zadne gry zespolowe, totej podobnie jak szanowni przedmowcy
                bylem jako ostatni wybierany do gry w druzynie. Przez co upokorzenia
                straszliwe.....
                Ale potam jakos zaczalem sie ruszac - najpierw turystyka piesza, a z czasem
                inne dyscypliny. Do dzis jednak nie uprawiam zadnych gier zespolowych, albowiem
                jestem zbyt dobrze wychowany aby sie przepychac w tlumie. Raczej sporty
                wymagajace wytrzymalosci: plywanie w akwenach wszelkich i to raczej na dlugich
                dystansach, biegi, jazda na rowerze (mam dwa: trekkingowy i gorski, zaczynam
                skladac triathlonowy), w zime narty biegowe (tez dlugie dystanse), tenis
                (kiepsko ale jakos gram). Mam wielka satysfakcje jak widze moich kolegow z
                liceum, ktorzy kiedys pogardzali mna jako partnerem do gry, a teraz ledwo
                potrafia brzuchy do samochodu upchnac....
                Lubie takze kupowac i grzebac przy sprzecie sportowym. Jestem dosyc
                zaawansowanym mechanikiem rowerowym - sam sobie naprawiam i skladam sprzet. Ale
                to inna historia!
                Pozdrawiam wszystkie byle lamagi szkolne!
                KrisK
                P.S. Natomiast zaden ze mnie kibic sportowy. Ogladanie mnie nudzi smiertelnie...
              • beatanu Re: 60 dni 20.06.05, 16:03
                nienietoperz napisał:
                > A jak sportowe doswiadczenia TWA ogolem? Pasujemy do stereotypu okularkowych
                > mizerot? Czy tez wrecz przeciwnie?

                A mnie się okularkowe (mizeroty) skojarzyły z pływackimi (okularkami):) Takie
                już zboczenie mam. Odkąd się jako mała szkrabica nauczyłam pływać czuję się
                równie świetnie w wodzie jak na lądzie, no może nie w zimie, ale w zimie siedzę
                w domu albo pływam na krytym basenie. Trenowałam pływanie w dziecięctwie przez
                lat pięć albo jakoś tak. Otylią J. nigdy nie zostałam, wręcz przeciwnie, na
                zawodach międzyklubowych różnej maści najczęściej zajmowałam ostatnie, albo
                przedostatnie miejsce, ale jakoś mnie to do codziennych (!) treningów nie
                zrażało, miałam fajne koleżanki i kolegów, jeździliśmy na zgrupowania i obozy
                itp itd i szalenie miło wspominam te lata... Ale kiedyś mi się odechciało,
                doszły upierdliwe zapalenia uszu i... przerzuciłam się na piłkę ręczną (na
                siatkówkę, moją ulubioną grę zespołową, no co ja zrobię, że lubie? - byłam za
                niska) ale to już nie było to...
                Na studiach wróciłam do pływania, ale tylko po amatorsku, i ciągle pływam i
                szalenie to lubie:) i trzymajcie, please, kciuki 10 lipca, bo wtedy startuję w
                3-kilometrowym maratonie (woda w rzece ma już 14,9 stopni i ciągle się
                nagrzewa!!!)
                A o rowerze to już chyba też pisałam... Mój codzienny środek lokomocji przez
                okrągły rok. Niech żyją Szwedzi za ich dbałość o cyklistów i odśnieżanie dróżek
                rowerowych w pierwszej kolejności!

                Raczej wysportowana B :)
                • dr.krisk No i znowu zazdroszcze.... 20.06.05, 16:16
                  beatanu napisała:

                  > A o rowerze to już chyba też pisałam... Mój codzienny środek lokomocji przez
                  > okrągły rok. Niech żyją Szwedzi za ich dbałość o cyklistów i odśnieżanie
                  dróżek
                  >
                  > rowerowych w pierwszej kolejności!
                  >
                  > Raczej wysportowana B :)

                  Tez jezdze rowerem okragly rok: tak jak beatanu mam nawet opony zimowe,
                  windstopperowa kurtke & utensylia. Ino ze z tym odsniezaniem to juz jest
                  roznie, o sciezkach rowerowych nie wspomne.
                  Ale jazde na rowerze uwielbiam (zreszta pisuje czasem na forum Rowery tez).
                  Choc dostarcza innych wzruszen niz np. motocykl, ale tylko rowerem mozna
                  dojechac nad lesne jeziorko poplywac. A jak fajnie jest np. w pazdzierniku
                  szybko przejechac 20 km przez las, wskoczyc w wetsuit, przeplynac jezioro,
                  przebrac sie cieply polar, zezrec kanapki, wypic herbate i z powrotem na rower!
                  Przez trzy dni czlowiek czuje sie jak nowo narodzony.
                  Oprocz szybkiej jazdy na moim goralu, lubie tez powolne turystyczne pedalowanie
                  po wioskach i miasteczkach.... Rower jest na tyle szybki ze umozliwia pokonanie
                  bez wiekszych problemow kilkudziesieciu kilometrow, natomiast na tyle wolny, ze
                  mozna ogladac sobie dookolna rzeczywistosc.
                  Zreszta motocyklem tez lubie sie wolno toczyc - po co sie spieszyc?
                  No wlasnie - po co?
                  KrisK

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka