Dodaj do ulubionych

Sztuki przyjemne i nieprzyjemne

16.07.05, 16:55
agni_me zupełnie gdzie indziej napisała:

"Dziś właśnie, wracając do domu, usłyszałam w radio, że jeśli chce się
rozmawiać
o kulturze, to powinno się mieć o niej ogólne pojęcie"

co mnie natchło do zadania Wam pytania, byc może cokolwiek drazliwego: jakie
rodzaje sztuk do Was kompletnie nie trafiają, mimo swiadomości, że wedle
wszelakich fachowych opinii, obcujecie z czyms wielkim, z czyms wartościowym
i ważnym? By nie było, że tak tylko zaczepiam, to zaczynam:

1. Balet i taniec w ogólności. Nie kumam tego ni w ząb, nie rozumiem o co
chodzi, nikt mi nie potrafi wytłumaczyc tego sposobu ekspresji twórczej i
najczęsciej, żona musi mnie po 10 minutach kopac w kostke, żebym przestał
chrapać.

2. Opera/Operetka - ale jako widowiska, nie jako muzyka, bo muzycznie wiele
rzeczy mi się podoba, natomiast nie jestem tego w stanie oglądać. kompletny
brak zrozumienia dla tej konwencji.

3. Rzeźba - jak miłosnikiem rzeczy namalowanych jestem od prawie zawsze
(znaczy od pierwszego dowodu na to, że malarstwo to nie tylko Matejko i
Kossak:), tak do rzeczy wykutych w skale, ulepionych z gliny i innych
materii, jakos kompletnie nie mogę sie przekonać.

A jak u Was?:)

Pozdrowienia:)
Obserwuj wątek
    • kawa_malinowa Re: Sztuki przyjemne i nieprzyjemne 16.07.05, 18:10
      A do mnie nie trafia sztuka współczesna- rzeźba, malarstwo, architektura
      (jakiejś wyjątki by się znalazły) i wszystkie działania na pograniczu. Kiedy
      końzczy się secesja, mi włącza się emocjonalna blokada i sztuka mnie nie
      zachwyca... Jedynie jakieś wyjątki, co to potwierdzać mają regułę, ale rzadkie
      bardzo.

      Do dziś pamiętam babkę, która opiekowała się naszą grupą na olimpiadzie i
      powiedziała nam w pociągu (do stolicy długa droga), że kubizm POWIINEN się nam
      podobać. Tak, a Słowacki wielkim poetom był :) Kiwanie pojazdu i jego nami
      potrząsanie skojarzyło mi się z tą kwestią.
    • dr.krisk Balet i opera :( 16.07.05, 18:12
      Tez tak mam - z tym ze balet to zupelnie nie. Kicanie na scenie....
      Co do opery, to podobnie jak braineater: sam spiew owszem, natomiast ten
      entourage...... Papierowe Walhalle, itp... smieszy.
      Natomiast rzezbe lubie - jestem wrazliwy na forme i ksztalty :)))
      W ogrodzie mam kolekcje wielkich kamieni, nierzadko przytachanych wlasnorecznie
      (tj. za pomoca skomplikowanych urzadzen przypominajacych mechanizmy Leonardo da
      Vinci) z calkiem sporych odleglosci. Ulubiony rzezbiarz (chociaz nie tylko) -
      Andrzej Strumillo.
      No i caly czas mam watpliwosci co do sztuki filmowej.
      • kawa_malinowa Re: Balet i opera :( 16.07.05, 18:14
        > No i caly czas mam watpliwosci co do sztuki filmowej.

        Chyba rozumiem...
        Czasami łapię się na tym, że filmy są po prostu nużące i najchętniej
        wyłączyabym tv, a pilota wysłała za okno. A książką jakoś tak ciężej się
        rzuca :)
    • staua Re: Sztuki przyjemne i nieprzyjemne 16.07.05, 19:11
      Niedawno (w Muzeum Indian amerykanskich Smithsonian Institute w Waszyngtonie) przeczytalam, ze
      rzezba to najnaturalniejszy srodek artystycznego wyrazu. Moj maz sie z tym nie zgodzil, twierdzac, ze
      malarstwo jest bardziej naturalne. Ale rzezba do mnie przemawia, nie przecze, jesli chodzi o
      wspolczesna, to lubie formy miekkie, takie wlasnie naturalne, zaczynajac od Brancusiego. Ale bardzo
      tez lubie Giacomettiego, Nikki de Saint Phalle, Jean Tinguely.
      Nie mam problemu z rzezba. lubie tez balet i taniec, natomiast do opery jako calosci mam bardzo
      zroznicowane uczucia, bo ladunek sztucznosci jest tam bardzo wysoki. Muzyka to jedno, a reszta...
      czesto podziwiam dekoracje :-) Operetki nie lubie w ogole, bo muzyka mi nie odpowiada.
      Dla mnie zastanawiajacym rodzajem sztuki jest konceptualizm i instalacje, ostatnio w Guggenheim
      bylam na wystawie, ktorej koncepcja byla dosc skomplikowana, mianowicie artysta mial sobowtora,
      ktorego to sobowtora namowil do przebrania sie i pozowania jako Ian Curtis, Michael Jackson i Kurt
      Cobain na portretach, niby-koncertach i wywiadach, co mozna bylo ogladac w kolejnych pokojach. Cel?
      ???
      Nie mowiac o innych fajnych instalacjach, np. facet filmuje siebie na silnym kacu od momentu
      przebudzenia sie rano, wlacznie z wymiotami wokol (to bylo w Centre Pompidou).
      To jest zdecydowanie sztuka, ktorej nie rozumiem. I to wcale nie wynika z estetyzmu, sztuka nie muszi
      byc piekna, musi cos we mnie poruszac, ale ten typ poruszania mam w pewnych dzielnicach za darmo,
      jakbym chciala i jego wykonawcy nie wiedza nawet, ze to sztuka.
      • braineater Re: Sztuki przyjemne i nieprzyjemne 16.07.05, 20:22
        staua napisała:


        > Dla mnie zastanawiajacym rodzajem sztuki jest konceptualizm i instalacje,
        ostat
        > nio w Guggenheim
        > bylam na wystawie, ktorej koncepcja byla dosc skomplikowana, mianowicie
        artysta
        > mial sobowtora,
        > ktorego to sobowtora namowil do przebrania sie i pozowania jako Ian Curtis,
        Mic
        > hael Jackson i Kurt
        > Cobain na portretach, niby-koncertach i wywiadach, co mozna bylo ogladac w
        kole
        > jnych pokojach. Cel?

        Kłania się tu tzw instytucjonalna definicja sztuki, która w dużym uproszczeniu,
        bo nie chce mi sie grzebac po półkach, mówi, że sztuka jest to wszystko, co
        zostało wystawione w miejscu do wystawiania sztuki przeznaczonym. Nie to, że
        chce mi się bronić konceptualistów czy happenerów, bo przez dwa lata historii
        sztuki pod okiem profesora Tadeusza Sławka (bedacego po dziś dzień jednym z
        moich nielicznych autorytetów), wiodłem wraz z jeszce jednym kumplem (grafikiem
        zresztą) nieustający spór z tąż własnie definicją, próbując dowieśc, że
        prowadzi ona do zupełnie niepotrzebnego rozmycia granic między sztuką a życiem.
        Natomiast faktem jest, że niektore dzieła konceptualistów, takie jak na
        przykład Red Flag Judy Chicago (www.mum.org/armenjc.htm )[uwaga
        drastyczne] czy na przykład instalacje w takim stylu:
        faculty.evansville.edu/rl29/art105/img/oppenheim_object.jpg, potrafia i
        wstrząsnąc i w pewien sposób odmienić patrzenie na rzeczywistość. Tylko tak tu,
        jak i w kazdej dziedzinie sztuki, do głosu bardzo czesto dochodza badziewiarze,
        których jednym pomysłem jest obieranie ziemniaków w galerii czy malowanie w
        kółko stad koni. Ale fakt, że sztuka wspólczesna bywa czasmi dośc cięzka w
        odbiorze, nie powinien chyba jej od razu skreslać - po prostu czasmi trzeba sie
        przestawić na inny typ wrażliwośści, bardziej nawet intelektualnej, jak mi się
        zdaje, niż estetycznej.

        Pozdrowienia:)


        > ???
        > Nie mowiac o innych fajnych instalacjach, np. facet filmuje siebie na silnym
        ka
        > cu od momentu
        > przebudzenia sie rano, wlacznie z wymiotami wokol (to bylo w Centre Pompidou).
        > To jest zdecydowanie sztuka, ktorej nie rozumiem. I to wcale nie wynika z
        estet
        > yzmu, sztuka nie muszi
        > byc piekna, musi cos we mnie poruszac, ale ten typ poruszania mam w pewnych
        dzi
        > elnicach za darmo,
        > jakbym chciala i jego wykonawcy nie wiedza nawet, ze to sztuka.
        • braineater poprawka drugiego linka 16.07.05, 20:24
          faculty.evansville.edu/rl29/art105/img/oppenheim_object.jpg
        • broch Re: Sztuki przyjemne i nieprzyjemne 16.07.05, 21:50
          Myślę że jeśli:
          Myślę że w tej sytuacji, jeśli wszystko wystawione publiczne jest sztuką to mamy
          do czynienia ze śmiercią sztuki.
          Nie trzeba czegoś lubieć ale czy naprawdę każde gówno jest sztuką? Tzn jak nisko
          można upaść? Co poświęcić aby tylko znaleźć się w awangardzie?
          Czy naprawdę menstruacja na zdjęciu jest sztuką? Jest wystarczająco dużo
          bondage, sadyzmu, masochizmu, na zdjęciach. Co różni Red Flag Judy Chicago od
          grafiki określonych pism?
          Z resztą nie musi to być nic drastycznego. Oglądając produkcje j.w. i słuchając
          zachwytów/krytyki sztuki, przypomina mi się afera z lat 70'. Na rynku pojawiły
          się nowe znakomite płótna nieznanego prymitywisty. Osiągnęły na rynku wysokie
          ceny. Okazało się że "prymitywistą" był szympans. Nikt do więzienia nie poszedł,
          szło o pokazanie jak beznadziejnie głupi/naiwni są miłośnicy sztuki.

          W muzeach można znaleźć wiele współczesnych dzieł sztuki które oglądając należy
          zastanowić się czy ktoś nie próbuje zrobić z widza idioty?

          Czy naprawdę zdjęcie menstruującej kobiety jest wstrząsające? Tzn faktycznie
          doszukiwanie się intelektualizmu w menstruacji jest wstrząsające. Przepraszam,
          ale normalna fizjologia, nie budzi wstrząsu, nie zastanawiam się nad nią (taki
          płytki już jestem:). Raczej budzi politowanie. Tutaj nie ma się na co
          przestawiać. Można najwyżej dać datki na psychiatrę (dla tfurcy i tzw publiczności).

          Problemem dzisiaj są zarówno artyści cierpiący na tówrczą impotencję i
          publiczność która daje się nabrać. Komu bardziej współczuć?

          Myślę że następnym krokiem w sztuce intelektualnej i konceptualnej byłoby wypaść
          z młotkiem rozbić komuś głowę i zrobić zdjęcia rozpryśniętego mózgu.
          • braineater Re: Sztuki przyjemne i nieprzyjemne 17.07.05, 16:02
            broch napisał:

            > Myślę że jeśli:
            > Myślę że w tej sytuacji, jeśli wszystko wystawione publiczne jest sztuką to
            mam
            > y
            > do czynienia ze śmiercią sztuki.
            > Nie trzeba czegoś lubieć ale czy naprawdę każde gówno jest sztuką? Tzn jak
            nisk
            > o
            > można upaść? Co poświęcić aby tylko znaleźć się w awangardzie?


            Praktycznie wszystko - patrz działalnośc akcjonistów wiedeńskich (po szersze
            info odsyłem do Kuryluk "Wiedeńskiej Apokalipsy"), w skrócie natomiast - mozna
            iść przez miasto Wiedeń obwiązanym bedąc bandażami po czym na głownym placu
            tegoz miasta w obliczu zgromadzonych tłumów mieszkańców i przyjezdnych dokonac
            publicznego aktu onanii, wykrzykując przy tym co jakiś czas 'sieg heil', by w
            ten sposób przypomnieć wiedeńczykom którąś tam, bodaj dwudziestą rocznicę
            hucznego przywitania Hitlera przez mieszkańców Austrii [akcja, która mnie
            przekonuje i rozumiem jej sens]; lub mozna (cały czas o akcjonistach)
            organizowac publiczny spektakl poniżenia - własnego, zakończony aktem obcięcia
            sobie penisa, w celu zwrócenia uwagi na działalnośc represyjnego & kastrującego
            społeczeństwa [akcja która nijak mnie nie przekonuje, i nie rozumiem jej
            sensu]; lub całkiem inaczej - mozna sprowadzić siebie do roli dzieła sztuki, w
            znaczeniu własnie galeryjno - instytucjonalnym - i tu z jednej strony mamy cąły
            ruch body artu, z Orlan na czele, która przy pomocy rozlicznych operacji
            plastycznych upodabnia się do znanych ikon malarskich - od Venus Botticellego,
            do Mony Lisy czy wreszcie do postaci z płocien Bosha - w skład tej działalności
            wchodz i również sprzedaż gadżetów takich jak zapis video całej operacji,
            silikon wykorzystany i nie, chusteczki chirurgiczne, narzędzia etc. [i to tez
            jest akcja, która w żaden sposob do mnie nie trafia, budzac jedynie uczucie
            lekkiej kpiny], ale z drugiej strony mamy cały ruch Cybernetic Modifications,
            który porzez ukazywanie róznych zabiegów na ludzkim ciele, wszczepianie
            dodatkowych protez implantów oraz usuwanie róznych części ciała, stawia ważne
            pytania o granice człowieczeństwa. Więc wracając do tego, co pisąłem w poście
            poprzednim - da się w tych stylach, kierunkach, dokonac rzeczy waznych,
            innowacyjnych i wstrząsających, ale także, da się oddac tę sztuke w ręce
            badziewiarzy, których jedynym celem bedzie szokowac - po prostu klasyczne XIX
            wieczne epater a burgois doprowadzone do granicy, a nawet poza nia.



            >
            > Czy naprawdę zdjęcie menstruującej kobiety jest wstrząsające? Tzn faktycznie
            > doszukiwanie się intelektualizmu w menstruacji jest wstrząsające. Przepraszam,
            > ale normalna fizjologia, nie budzi wstrząsu, nie zastanawiam się nad nią (taki
            > płytki już jestem:).

            Już tłumacze dlaczego Juditch Chicago jest dla mnie wstrzasem. Otóz brochu
            drogi, ja na przykład byłem wychowywany praktycznie przez same kobiety, stąd
            tez jakos mi zostało stawianie kobiet na piedestale i generalnie romantyczno-
            drobnomieszczańskie podejście do tematu płci przeciwnej, wzmacniane jeszce
            odpowiednimi lekturami - od Don Kichota przez wszelakie Julie i O0felie,
            skończywszy na Annie Kareninie i ukochanej Winettou. Stąd tez, kobieta nie była
            dla mnie zjawiskiem biologicznym, tylko czyms co jest ponad biologią - i nie
            jest tylko moje podejście (a przynajmniej tak mi się zdaje:)Nawet oglądane juz
            w wieku późniejszym +/-12-14 lat filmy przyrodnicze produkcji Teresy Orlowski
            pokazujące kobietę w całej biologicznej krasie, łacznie z zaglądaniem jej do
            wnetrza, jakoś nie potrafiły zburzyć we mnie tego cokolwiek wyidealizowanego
            obrazu niewiasty, jako bytu w pół drogi między aniołem a człowiekiem. I byty te
            na pewno nie sikał, nie robiły kupy, nie puszcząły bąków ni nie krwawiły. I tu
            bęc pojawia sie taka Judy Chicago i wali mnie prosto w pysk zakrwawionym
            tamponem, mowiąc 'hej stary - to tez jestem ja'. To naprawde w pewnym sensie
            pozwoliło mi nieco inaczej spoglądac na panie, traktowac je bardziej jak
            cżłowieka (jakkolwiek cynicznie by to nie brzmiało). Dla mnie menstruacja
            upławy, ginekologia stosowana i tym podobne tematy, były po prostu tabu, czyms
            o czym nie mysle, nie zastanawiam się nad tym i generalnie usuwam to z obszaru
            moich zainteresowań - jak cła zresztą kobieca biologię. A tu przychodzi pani i
            mówi, to tez musisz zaakceptowac. No i w końcu to zaakceptowałem, acz nadal
            czasmi głupio się czuję jak wpadam w wir zaprzyjaźnionych dziewcząt, a one leca
            dialogiem o róznych katastrofach ginekologicznych, typu mam ciągły okres od
            dwóch miesięcy:)




            > Problemem dzisiaj są zarówno artyści cierpiący na tówrczą impotencję i
            > publiczność która daje się nabrać. Komu bardziej współczuć?

            Problem tkwi w krytyce, i to jest główne xródło zamazania granic sztuki,
            ponieważ dzis to krytyk jest instancją ostateczną, nie artysta czy publicznośc.
            A krytyk chcąc wypłynąc i pokazać się szerokiemu światu, z reguły znajdzie
            rzecz kontrowersyjną, szokująca i bedzie starał się dac jej jakąs nadbudowe
            ideologiczną, która będzie miała na celu udowodnić swiatu przneikliwości i
            wielkośc mysli krytyka. Tyle, że ten okres powoli sie już kończy, konceptualizm
            po ćwierćwieku swojej dominacji zeżarł swój własny ogon i aktualnie, na
            szczęscie rzeczy najciekawsze pojawiają się w dwóch kierunkach - w net arcie i
            w odrodzonym malarstwie. Tyle, że to już temat na osbny wybitnie długi i
            przegadany wątek:)


            Pozdrowienia:)
            • broch Re: Sztuki przyjemne i nieprzyjemne 17.07.05, 16:43
              Pracy pani Kuryluk nie znam, ale można powiedzieć że ma poważne problemy (sądząc
              z Twojego opisu). Idąc dalej tym tropem: sztuką jest pornografia dziecięca,
              sodomia, sfilmowane akty gwałtów, okaleczeń itp. Oczywiście w tej sytuacji mamy
              również współczesnych męczenników sztuki (siedzących w więzieniach za
              rozpoiwszechnianie powyższych). Z resztą ponieważ moje życie jest sztuką pani
              Kuryluk nie jest mi do niczego potrzebna. Jeśli każdy akt publiczny jest formą
              performance to właściwie czym jest sztuka? Słowem które można zastąpić innym:
              "życie"? Jeśli tak to sztuka nie istnieje ponieważ ludzie żyja a nie uprawiają
              sztukę (tzn przyjęło się mówić "żyję we Wrocławiu" a nie "uprawiam sztukę we
              Wrocławiu")

              Rozumiem że sztukę jest ciężko zdefiniować, jesli jednak ktoś tego nie potrafi,
              to po co pisać książki o tym?

              Ostatnie, czyli onanizm na ulicach Wiednia jako dzieło sztuki.
              1. interesuje mnie czy pani Kuryluk uznałaby sfilmowanie Jej okaleczenia za sztuke
              2. Oczywiście sztuką również było spalenie wszystkich prac Boticellego
              (performance by Savonarola)
              • braineater Re: Sztuki przyjemne i nieprzyjemne 17.07.05, 16:53
                Już lecę bronic Kurylukowej, bo z powodu mojej Błędnej Gramatyki, pewne
                nieporozumienie się wdarło, a nie chciałbym Ci zohydzić jednej z wazniejszych
                pisarek i teoretyczek (pfuj) sztuki XX wieku. Ona to tylko opisuje, sama zresza
                ma do tego stosunek bardzo ambiwalentny, czego zreszta nie kryje, ale stara się
                tez znaleźc jakieś racjonalne wytłumacznie dla tych aktów - co raz jej wychodzi
                a raz nie. To znaczy potrafi dac temu jakieś uzasadnienie społeczno-
                historyczne, natomiast kompletnie nie potrafi się zgodzić na same akty. Trochę
                to bełkotliwie brzmi, ale naprawdę polecam sięgnąć po "apokalipsę" bo nie dośc,
                że ksiązka rewelacyjnie napisana, to jeszcze wiele mądrych treści z soba
                niesie - szcególnie tobie sie może podbać, bo wydaje mi się, że mogła by Ci dac
                nieco inne spojrzenie na źródła tworczości i nienawiści Bernhardta.
                Pozdrowienia:)
                • broch Re: Sztuki przyjemne i nieprzyjemne 17.07.05, 17:31
                  o.k. jeśli jest w merlinie to kupie i przeczytam (ze względu na Bernharda,i
                  dlatego że Ty polecasz). Nie mniej, myślę że dzisiejsze próby zdefiniowania
                  sztuki świadczą o jej (sztuki) słabości/upadku. Można uznać iż sztuka się
                  wyczerpała. Można uznać że dzisiaj sztuka już jest niepotrzebna lub iż stała się
                  jeszcze bardziej elitarna niż dawniej. Można również uznać że tzw sztuka masowa,
                  faktycznie sztuką nie jest, raczej jest odpowiednikiem igrzysk w dawnym Rzymie.
                  Wczoraj w sklepie doświadczyłem sztuki masowej: odbiło sie dwumiesiecznemu
                  dziecku w miejscu publicznym co spotkało się z uśmiechami aprobaty pań w okolicy
                  (jest więc publiczność, co więcej publiczność "akceptuje"). Jeśli jednak ten
                  nieświadomy akt, (właśnie dlatego że jest nieświadomy), sztuką nie jest, to
                  polecam posiłki w towarzystwie Chińczyków którzy świadomie mlaskają i wydają
                  całą masę innych dość nieprzyjemnyuch dźwięków.
                  Oczywisty parodaoks: ktoś mądrze mówi i rozmija się z prawdą. W dyskusjach
                  miedzy laikami, taki paradoks nie ma znaczenia, w wypadku tworzenia teorii to
                  błąd.
                  • monikate Re: Sztuki przyjemne i nieprzyjemne 17.07.05, 19:41
                    Wstyd się przyznać, ale zupełnie nie trafia do mnie muzyka zwana poważną. No,
                    chyba że ilustruje sugestywnie filmowe sceny... Nie rozumiem, nie wiem, o co
                    chodzi.
                    Balet lubię.
                    Rzeźbę lubię.
                    Po latach nieznoszenia opery i operetki, ze względu na wspomniany wyżej ładunek
                    sztuczności, nagle zaskoczyłam i luuubię bardzo! Żałując, iż z powodów
                    obiektywnych nie mam często okazji kontemplowania opery i operetki w stanie
                    czystym, czyli na żywca, w teatrze, wykonywanych przez bardzo dobrych artystów.
                    • kawa_malinowa Re: Sztuki przyjemne i nieprzyjemne 17.07.05, 22:10
                      > Wstyd się przyznać, ale zupełnie nie trafia do mnie muzyka zwana poważną.
                      Żaden wstyd :)
                      Ja właśnie to lubię - Vivaldi, Czajkowski, Gershwin, Mozart - uwielbiam!
          • marquis Re: Sztuki przyjemne i nieprzyjemne 19.11.05, 23:41
            Podobna afera miała miejsce gdzieś w początkach XX wieku, tyle że twórcą był
            osiołek, któremu do ogona podczepiono pędzel. Nie pamiętam juz szczegółów, ale
            czytałem o tym w książce "Bohema" pióra Dana Francka.
          • nenella Re: Sztuki przyjemne i nieprzyjemne 19.09.06, 20:24
            broch napisał:
            "Myślę że w tej sytuacji, jeśli wszystko wystawione publiczne jest sztuką to
            mamy do czynienia ze śmiercią sztuki."

            I tu się będę kłócić. Ze śmiercią sztuki będziemy mieć do czynienia w tym
            momencie, kiedy przestanie ona kogokolwiek w jakikolwiek sposób interesować,
            tudzież poruszać. Sztuka to nie jest tylko dzieło samo w sobie, reakcja
            odbiorcy na dzieło współtworzy je i sztuka rodzi się tam, gdzie spotykają się
            dwa umysły, odbiorcy i twórcy. Najpiękniejszy wiersz nie mówi nic, dopóki ktoś
            go nie przeczyta, choćby sam autor, najlepsza rzeźba to tylko jakaś bryła
            określonego materiału, dopóki oko oglądającego nie wyłowi w niej kształtu. Stąd
            desperacja w sztuce współczesnej, rozpaczliwe dążenie do tego, żeby poruszyć
            odbiorcę w jakikolwiek sposób, choćby wstrząsając nim i powodując protesty.
            Fakt, że to bywa jakby chybione i że krytycy chyba nic dobrego w tej sprawie
            nie zrobili, ale ja bym nie była taka kategoryczna w ocenach jak kolega.
            • skajstop Re: Sztuki przyjemne i nieprzyjemne 19.09.06, 20:40
              nenella napisała:

              > I tu się będę kłócić. Ze śmiercią sztuki będziemy mieć do czynienia w tym
              > momencie, kiedy przestanie ona kogokolwiek w jakikolwiek sposób interesować,
              > tudzież poruszać.

              Tu zgoda, Nenello :)

              > Sztuka to nie jest tylko dzieło samo w sobie, reakcja odbiorcy na dzieło
              > współtworzy je i sztuka rodzi się tam, gdzie spotykają się
              > dwa umysły, odbiorcy i twórcy. Najpiękniejszy wiersz nie mówi nic, dopóki ktoś
              > go nie przeczyta, choćby sam autor, najlepsza rzeźba to tylko jakaś bryła
              > określonego materiału, dopóki oko oglądającego nie wyłowi w niej kształtu.

              A tu niezgoda. Wiem, że obecnie krytyka kładzie akcent na odbiorcę, ale to jest
              właśnie ta słabość, która pozwoliła Brochowi sformułować jego zarzut. Bo w
              istocie moim zdaniem dzieło powstaje dwa razy: najpierw w umyśle i rękoma twórcy
              - i wtedy nabiera jakiegoś kształtu, uprośćmy, że staje się dziełem sztuki w
              kształcie takim, w jakim je sobie wymarzył twórca. A potem przychodzi
              widz/czytelnik/słuchacz - i powstaje dzieło sztuki numer dwa. Nie zawsze
              pokrywające się z tym, jakie sobie wyobraził twórca.

              (Psiakość, mam wrażenie, że niemal cytuję mimo woli Parandowskiego :))
    • beatanu Re: Sztuki przyjemne i nieprzyjemne 17.07.05, 22:38
      Pytanie o tyle drażliwe, że do wymienionej przez Braieatera listy (oprócz
      rzeźby, która trafia od mnie, czasami nawet bardzo) dorzucić niestety muszę
      teatr... Ciągały mnie na przedstawienia wszelakie (a w Krakowie zawsze było
      wiele rzeczy do obejrzenia) koleżanki i koledzy, a później - w Sztokholmie,
      teściowie i... nic z tego nie wyniknęło. Strasznie rzadko w teatrze opuszczało
      mnie przekonanie, że to wszystko jest tylko umowną konwencją, czymś sztucznym i
      tylko sztucznym. Prawie nigdy nie udało mi się zapamiętać w oglądaniu i
      przeżywaniu, co często zdarza mi się w trakcie oglądania filmu... Jednym z
      wyjątków była "Szalona lokomotywa" w reżyserii Jasińskiego. Aż wstyd
      powiedzieć, ale kiedś przysnęłam na "Pieszo" Mrożka... No i co ja na to poradzę?
      Ale lubiłam oglądaś dawne poniedziałkowe spektakle w teatrze telewizji... Czy
      jeszcze ciągle takie są, czy przeminęły razem z epoką PRL-u?

      Z podobnych względów nie rajcuje mnie opera/operetka, chociaż jestem w stanie
      posłuchać muzyki z płyt i czasami mi się podoba :)

      Na temat baletu chyba jednak nie powinnam się definitywnie wypowiadać, bo o ile
      pamiętam, to byłam tylko na jednym, "poważnym" widowisku - słynnego baletu
      nieżyjącej już niestety Birgit Cullberg. To było wspaniałe przeżycie,
      aczkolwiek intuicyjnie jakoś mnie ku baletowi nie ciągnie. Ale jak ktoś kiedyś
      będzie chciał mnie na balet zaprowadzić (na pewno nie mój mąż, który ma awersję
      okrutną do tego typu ekspresji) - to mogę spróbować.

      A najbardziej przemawia do mojej wyobraźni fotografia i malarstwo, epoka nie
      gra roli - albo coś się we mnie poruszy, albo nie. No i muzyka oczywiście, i
      tutaj też istny groch z kapustą, po poruszyć do głębi, tak, że czuję mrowienie
      albo jakieś inne niezindyfikowane sensacje fizyczne - i Bach i Miles Davis i
      indiepopowy Kent i Anna Ternheim, szwedzka pieśniarka w dylanowskich
      klimatach...
      O literaturze chyba nie wypada na TWA wspominać...

      No i wyszło na to, że znów nie do końca na temat, bo miało być tylko o
      sztukach, które do nas kompletnie nie trafiają...
      B rozgadana :)
      • braineater Re: Sztuki przyjemne i nieprzyjemne 17.07.05, 22:49
        no dobra, porzyznam się, z teatrem tez miewam pod górkę, szczególnie z tym
        cąłkiem klasycznym, w strojach epoki i zapodawanym tekstem bez
        uwspólcześnienia. Są rzeczy genialne w czytaniu - Szekspir, Marlowe, Racine,
        których praktycznie nie da się oglądac w scenicznych wersjach - albo mam pecha
        i trafiam na fatalne spektakle. Natomiast bezproblemopwo udaje mi się trafiac
        na doskonałe rzeczy z dramaturgii antycznej i wspólczesnej, na których się nie
        nudze i nie muszę zmagać z samym sobą by przyjąc tę konwencję. Czyli w sumie
        chyba dlatego nie dopisałem teatru, bo kilka rzeczy podobało mi się bardzo.
        A co do teatru TV to bywa jeszcze ale coraz rzadziej niestety, nadal jednak
        udaje im się trzymać dobry poziom.
        Pozdrowienia:)
        • broch ulubione formy sztuki 17.07.05, 23:27
          jeśli się zastanowić to po prostu mam swoich faworytów, niezależnie od formy
          sztuki. Myślę że bardzo dużo zależy od nastroju, choć są formy do których wracam
          częściej lub rzadziej. Oczywiście dostępność też gra ważną rolę.
          Pamiętam że przed witrażami Chagalla spędziłem wiele godzin (bo byl spokój), w
          muzeum van Gogha w Amsterdamie spędziłem niewiele czasu, ponieważ był straszny
          tłok, ale za to znowu podumałem nad płótnami van Gogha w innym muzeum gdzie nikt
          mi nie przeszkadzał. Dobór muzyki zależy od nastroju, film i książka wydają się
          "najłatwiejsze"
          Teatr lubię ale oczywiście zależy od jakości wykonania, czytanie dramatów jest
          mniej wymagające.
          Za nic w świece nie oddałbym "posiedzeń" z Delvaux, Seuratem, ale nie
          potrafiłbym oglądać ich "jak leci", a ogłądanie na przemian z Groschem czy
          Kokoschka byłoby "zbrodnią". Inne nastroje które dla mnie sie wykluczają. To
          samo dotyczy muzyki, rzeźby itp.

          Sądząc z oryginalnego tytułu wątku, myślałem braineaterze że właśnie wyszło
          wznowienie G.B. Shawa :))
    • agni_me Sztuki same przyjemne. 17.07.05, 23:42
      Bogowie, dalej się w sobie sprzeczam z tym zdaniem. Tyle argumentów za, a
      jeszcze więcej przeciw. Ale wracając do naszych sztuk.

      Wszystkie są mi przyjemne. Tyle, że w każdej mam kochane i nie cierpiane
      okresy, w tych - kochanych i nienawidzonych artystów, i dalej - dzieła
      wielbione i lżone.

      Gdyby zastosować kryterium "co masz do powiedzenia o" - to najmniej miałabym do
      powiedzenia o balecie, ale już nie o tańcu. Przy zastosowaniu kryterium " ile
      poświęcasz czasu" - to najmniej czasu poświęcam filmowi. Kryterium "nie mogę
      żyć bez" - wiadomo, książki. Ale "najpiękniejsze chwile" - to muzea i galerie.
      Ot takie pomieszanie - wszystkiego po trochu, nic w całości i ze znastwem :)
      • stella25b Re: Sztuki same przyjemne. 18.07.05, 10:45
        Bardzo sobie cenie teatr i niewazne czy to jest teatr absurdu czy klasyczny.
        Mieszkajac w Polsce, w czasie studiow czesto w sobote wsiadalam do pociagu i
        jechalam do Krakowa do teatru. Tam wybor scen byl wiekszy niz w biednych
        kulturalnie Katowicach lat -80- tych. I ta milosc pozostala. W czasie studiow w
        Niemczech mialam niesamowita satysfakcje, kiedy to podczas Festiwalu Teatrow
        Kukielkowych w Erlangen, bielska Banialuka wystawiajaca sceny ze 'Sklepow
        cynamonowych' Schulza, zebrala owacje publicznosci.
        Muzyka klasyczna zarazil mnie moj tato, niesamowity meloman. W domu mam
        kolekcje 'klasycznych standardow' i lubie, naprawde lubie chodzic na koncerty
        ale malych form, qwartetow, qwintetow , ktore odbywaja sie w ogrodach lub
        parkach.
        Malarstwo. Niektore epoki bardziej niektore mniej mnie interesuja. Jedno jest
        pewne nie popuszcze zadnemu muzeum malarstwa w zwiedzanym przeze mnie miescie.
        Sklaniam sie do zdania, ktore zacytowala Staua, ze najpiekniejsze rzezby tworzy
        natura. Mialam okazje wspinac sie na Korsyce, gdzie tzw. przyklad szkolnego
        tafonii, czyli rodzaj wietrzenia granitu, przyjal niezwykla forme. Na Sardynii
        jest takze rejon, gdzie skaly przyjely surrealistyczny wyglad, ktory moze
        zmylic najbardziej wyrafinowanego historyka sztuki.
    • aaneta Re: Sztuki przyjemne i nieprzyjemne 18.07.05, 13:35
      Trudny temat zadałeś, przynajmniej dla mnie, bo tak jak mogłabym godzinami
      rozmawiać o tym, co lubię i co mi się podoba, tak strasznie nie lubię i nie
      potrafię mówić o tym, co mi nie podchodzi. Nie mam żadnych oporów typu wstyd,
      że nie podoba mi się to, co wszyscy uważają za wielkie i przed czym powinnam
      paść na kolana, bo od dawna chodzę własnymi ścieżkami i mam gdzieś, co inni na
      mój temat myślą. Problem w tym, że skoro coś odrzucam czy nie dociera do mnie,
      z jakichkolwiek względów, to niewiele mogę na ten temat powiedzieć. Nie
      potrafię też zmusić się do obejrzenia, przeczytania bądź wysłuchania czegoś, co
      mi się nie podoba, po to tylko, żeby się przekonać, dlaczego mi się nie podoba.
      Zwyczajnie szkoda mi czasu, poza tym jeśli już coś robię, to po to, żeby mieć z
      tego jakąś przyjemność, a nie dyskomfort.
      Niezależnie od powyższego oczywiście mogę wskazać takie obszary kultury, które
      mnie zupełnie nie interesują, nie pociągają ani trochę, albo wręcz odrzucają.
      Jest tak zarówno w muzyce, kinie jak i literaturze, bez których żyć nie mogę,
      ale pewnych rzeczy chyba nigdy nie strawię. Tak jest np. z całą współczesną
      muzyką poważną, dla mnie jest to kakofonia, po prostu jeden okropny hałas nie
      do zniesienia, zupełnie nie rozumiem, jak można to nazywać muzyką. To tak jak z
      tą małpą, która malowała obrazy, o której pisał Broch. W przypadku muzyki
      współczesnej, zwłaszcza że zapisuje się ją w formie jakichś dziwnych i
      śmiesznych znaków graficznych, też mam wrażenie, że ktoś zrobił parę kleksów na
      papierze, a inni przerabiają je na zupełnie przypadkowe dźwięki, tu akord, tam
      gwizdnięcie, gdzie indziej wielkie bum, w sumie hałas, nie muzyka.
      W kinie z kolei za żadne skarby nie mogę się dopatrzyć niczego ciekawego w
      takim np. Fellinim czy Bergmanie. Próbowałam, daję słowo, i nie mogę.
      Nudziarstwo (Fellini) albo odchyły (Bergman). Nie dla mnie. Jak byłam młodsza,
      myślałam, że może nie dorosłam, ale ostatnio znów próbowałam i dalej to samo,
      więc chyba już nie dorosnę.
      No i jest cała wielka dziedzina, o której nie mam zielonego pojęcia, i która w
      ogóle mnie nie pociąga: sztuki plastyczne, poza nielicznymi wyjątkami, bo
      oczywiście są jakieś obrazki, które mi się podobają, nawet współczesne, lubię
      też fotografię, i to bardzo różną, portrety, krajobrazy, abstrakcje, ale to
      wszystko tylko wtedy, kiedy coś mi wpadnie w oko, absolutnie nie czuję potrzeby
      jakichkolwiek poszukiwań w tej dziedzinie. Nie znoszę chodzenia po muzeach,
      galeriach i tym podobnych miejscach, wydaje mi się to nieskończenie nudne, może
      dlatego, że jak dla mnie są to miejsca martwe, sztuczne, nie toczy się w nich
      normalne życie. Wiem, wiem, w takiej filharmonii też nie toczy się normalne
      życie, ale przynajmniej muzyka jest wykonywana na żywo, i jest to coś, co się
      zmienia w czasie, nie jest statyczne, jak obrazy czy inne dzieła sztuki w
      muzeach. Zastanawiam się też, czy ten mój brak zainteresowania sztukami
      plastycznymi nie bierze się stąd, że jestem kompletnym beztalenciem w tej
      dziedzinie, nie umiem i nie cierpię rysować, malować itp., a lekcje plastyki w
      szkole były dla mnie męczarnią. Co o tym myślicie?
      • beatanu Re: Sztuki przyjemne i nieprzyjemne 18.07.05, 18:59
        aaneta napisała:

        >Nie znoszę chodzenia po muzeach,
        > galeriach i tym podobnych miejscach, wydaje mi się to nieskończenie nudne,
        może
        > dlatego, że jak dla mnie są to miejsca martwe, sztuczne, nie toczy się w nich
        > normalne życie.

        Aaneto, nie odbiorę Ci Twojego przeżywania i odczuwania martwoty muzeów, nie
        chcę Cię też przekonywać, że może być inaczej - bo pewnie większość ekspozycji
        muzealnych z definicji jest czymś przebrzmiałym, czymś co należy do historii,
        co umarło. Co nie znaczy, że bywają ekspozycje fascynujące, nawiązujące do
        współczesności, przemawiające nawet do nastolatków :) Nie twierdzę, że
        uwielbiam snuć się po muzeach, ale fascynuje mnie ich różnorodność na
        przykład... I prawie zawsze coś dla siebie znajdę, nawet jeżeli 3/4 ekspozycji
        w ogóle mnie nie interesuje . Nigdy nie silę się na systematyczne "zwiedzanie",
        idę na żywioł, czasami pod prąd, czasami dość szybko, zanim dotrę do czegoś,
        przed czym zatrzymam się na dłużej, czemu poświęce chwilę uwagi i refleksji.
        Zresztą podobnie jest z galeriami, czy tymi częściami muzeów, które eksponują
        malarstwo czy grafikę. Wśród dziesiątek mniej lub bardziej podobnych portretów
        17-wiecznych przedstawicieli stanu wyższego zatrzymam się przed jednym, bo coś
        mnie w twarzy portretowanego zaniepokoiło... Wśród kilkunastu dzieł Breugla
        wstrzymam krok i oddech przed zapamiętanym ze szkolnej czytanki "Upadkiem
        Ikara", płótnem genialnym... W ubiegłym roku wyciągnęłam całą rodzinę na
        wakacyjną wycieczkę do odległego o jakiś dwieście kilometrów zameczku, bo
        spodobała mi się idea zebrania przez kilku pasjonatów (pasjonatek?) dorobku
        szwedzkich 19-wiecznych, zapomnianycz lub niedocenianych malarek. Ekspozycja
        pt. "Ona niestety ma talent" nie rzuciła mnie na kolana, ale nigdy nie wydała
        mi się martwa i nudna, a gdy przyszło do fantazjowania na temat losów tych
        kobiet, którym dany był talent, ale nie do końca możliwości rozwoju i
        pilęgnowania tegoż, właśnie ze względu na płeć - to już absolutnie żadna nuda
        nie mogła wchodzić w rachubę...

        >Zastanawiam się też, czy ten mój brak zainteresowania sztukami
        > plastycznymi nie bierze się stąd, że jestem kompletnym beztalenciem w tej
        > dziedzinie, nie umiem i nie cierpię rysować, malować itp., a lekcje plastyki
        w
        > szkole były dla mnie męczarnią. Co o tym myślicie?
        Też się teraz zastanawiam, bo nie ma na ten temat żadnych wcześniejszych
        przemyśleń, nic na ten temat nie czytałam, chociaż na pewno ktoś na ten temat
        napisał niejedną rozprawkę naukową... Ale przyszła mi na myśl poruszana już
        przez nas wcześniej szkoła nasza kochana i jej niszczycielski wpływ na
        spontaniczną i przez to radosną twórczość dzieci... Mam dwie przyjaciółki,
        które do tej pory mają pewne zahamowania gdy przyjdzie im coś zaśpiewać, a jako
        przyczynę podają kpiące/głupie komentarze nauczycielki w trakcie lekcji
        muzyki... Nie zdołowała Cię kiedyś jakaś nadgorliwa pani w szkole/przedszkolu
        gdy przybiegłaś do niej z może krzywym ale z zapałem narysowanym domkiem? Takie
        nieopacznie wydane opinie mogą zabić radość tworzenia, może i na całe życie?
        Opowiadała mi jeszcze inna przyjacióła o koledze syna, któremu pani od plastyki
        postawiła pałę za to, że odważył się - idąc za przykładem "prawdziwych"
        malarzy - umieścić swój podpis w lewym dolnym roku dzieła, a nie na odwrocie,
        jak nakazała pani. A ja żyłam w przekonaniu, że takich metod w szkole już się
        nie stosuje...

        Pozdrawiam serdecznie :)))
        • aaneta Re: Sztuki przyjemne i nieprzyjemne 19.07.05, 13:04
          Oj, stosuje się, stosuje, takie metody i jeszcze gorsze nawet. W szkole
          oczywiście, współczesnej polskiej szkole. Ciesz się, że Twoje dziewczyny to
          ominęło, bo to, co ja widziałam i pewnie jeszcze zobaczę w związku z karierą
          szkolną moich chłopaków, woła o pomstę do nieba. Tzn. Cezar już szkolny etap
          swojej edukacji zakończył, ale na studiach też nie ma tak, jak sobie wyobrażał
          i jak być powinno, a Młodemu zostały jeszcze dwa lata do matury i na dodatek
          jego objęła reforma, więc w jego przypadku jest jeszcze gorzej. Ale to temat na
          odrębną dyskusję, która już właściwie na tym forum miała miejsce, a na którą
          nie zdążyłam się załapać, ale może jeszcze kiedyś dorzucę swoje trzy grosze. W
          każdym razie nasza szkoła, Beatko (zdawałam maturę rok po Tobie, dlatego
          pozwalam sobie na takie uogólnienie), była zupełnie inna, pomimo że trafiały
          się tam takie egzemplarze jak moja pani od plastyki właśnie, która rzeczywiście
          zniechęciła mnie do rysowania zadaniami typu: prace jesienne w polu, piętnaście
          sylwetek ludzkich, pięć maszyn rolniczych. Bez pokazania jakichkolwiek technik
          czy sztuczek, których można się nauczyć, nawet jeśli się nie ma żadnych
          plastycznych uzdolnień, wiem to z książek, które kupowałam moim dzieciom, kiedy
          były małe. Oczywiście taka podstawowa wiedza nie sprawi, że ktoś od razu stanie
          się wielkim artystą, ale można przynajmniej uniknąć takiej traumy, jaką ja
          przeżyłam w szkole. I jeszcze jedno: nie chodziłam do przedszkola, opiekowała
          się mną babcia, a rodzeństwa ani nikogo, kto by mnie w okresie przedszkolnym
          zachęcał do rysowania, nie miałam. I o ile czytać nauczyłam się sama w wieku
          czterech lat bez niczyjej inspiracji, o tyle do rysowania nie ciągnęło mnie
          kompletnie, zresztą trudno się dziwić, skoro nikt w domu nie rysował; czytanie
          jest jednak bardziej powszechną czynnością niż rysowanie. Tak że tu też może
          tkwić przyczyna mojej niechęci do sztuk plastycznych, bo być może jeśli w
          dzieciństwie człowiek czegoś nie załapie, to później wprawdzie może się to
          zmienić w sprzyjających okolicznościach, ale nie musi, zwłaszcza jeśli tych
          sprzyjających okoliczności - i zdolności - brak. Ze mną jeszcze jest tak, że
          wcale nie musi mnie nikt krytykować ani stawiać dwój za krzywo narysowany
          domek, wystarczy, że sama nie jestem zadowolona z efektu swojej pracy, po
          prostu jeśli widzę, że coś mi nie wychodzi, albo jeśli się męczę z czymś, nie
          udaje mi się, wiem, że nie jestem w czymś dobra, to rzucam to w cholerę i potem
          trzymam się już od tego z daleka.
      • daria13 Re: Sztuki przyjemne i nieprzyjemne 18.07.05, 19:42
        Ha, wreszcie mogę popolemizoważ z Aanetką:) Podoba mi się Twoje podejście,
        które nie każe Ci się wstydzić, bo ja do niedawna (starzy forumowicze to
        wiedzą;) potrafiłam się okropnie wstydzic pewnych upodobań lub pewnych
        nieznajomości. Na szczęście dzięki Wam i niektórym osobom na FK, udaje mi się z
        tego powoli wychodzić. Moja polemika z Tobą dotyczy za to postawy odrzucającej
        to, co się nie podoba i niechęci do podejmowania prób zrozumienia dlaczego się
        nie podoba,bo jak można odrzucić z góry coś, czego się nie sprawdziło. Są
        przecież gatunki sztuki, które nie przemawiają do nas jako całość, ale mogą się
        wśród nich znaleźć wyjątki. I takim najlepszym przykładem jest wskazana przez
        Ciebie współczesna muzyka poważna, czy dlatego że nie lubisz nie sięgniesz po
        Góreckiego, który taki właśnie rodzaj sztuki uprawia? Jeśli nie, to tracisz
        baaaardzo dużo. Ja na przykład nie lubię melodramatów, ale widziałam w życiu
        kilka, które mnie wzruszyły. Wiem, że generalizuję, ale ja wyznaję zasadę:
        krytykuję i odrzucam to, z czym się zapoznałam i wyrobiłam sobie własne zdanie,
        a nie dlatego, że większość krytykuje.Żeby sprawdzić swoją osobistą opinie na
        temat Coelho zadałam sobie trud przeczytania aż dwóch jego książek, a co:)Teraz
        wiem, co krytykuję.
        Co do braku zaintersowania sztukami plastycznymi, z racji własnych
        nieumiejętnośći to chyba też wniosek nie do końca trafiony. Byłam takim
        beztalenciem plastycznym, że żeby nie dostawać słabych ocen i nie zaniżać
        średniej, większość prac robiła mi mama, jak Boga kocham:))) Na malarstwie i
        ogólnie sztukach plastycznych znam się raczej pobieżnie, ale lubię, doceniam i
        mam jeszcze zamiar się podciągnąć. Cały dom mam obwieszony oprawionymi
        plakatami z wystaw (nie śmiejcie się) Beksińskiego, bo lubię, a co! Ale nie
        tylko lubię śp. Zdzisława.. Gdybyśmy wysnuwali takie wnioski, o lubieniu tylko
        tego w czym sami jesteśmy dobrzy, to nie słuchałabym muzyki wcale, bo słoń
        nadepnął mi na ucho i jestem osobą totalnie niemuzykalną, no może jeszcze od
        biedy słuchałabym muzyki tanecznej, bo tańczyć uwielbiam i wyczucie rytmu ponoć
        mam, a przecież od rana do późnej nocy słucham muzyki bez przerwy niemal, w
        pracy po cichutku też.
        Tyle do Aanety. Baletu prawie nie znam, operetki nie trawię, bo to dla mnie
        straszny kicz i kicha na całego, przepraszam;(. Opery nienawidziłam w
        dzieciństwie, choć mama mnie katowała, ale dla mnie to zawsze było huczenie.
        Olśniło mnie dopiero,kiedy mąż przyniósł kiedyś album dwupłytowy z największymi
        ariami wszechczasów w najlepszych wykonaniach i wow! Toż te arie zawierały w
        sobie tak nieprawdopodobne dawki emocji, że nic chyba nie jest w stanie się z
        tym równać, takie Śmiej się pajacu! Rewelacja. Albo niewyobrażalna Callas w
        Tosce. Nawet maleńki Kubuś chodził i chciał słuchać Księznicki Tulandot:)) (do
        tej pory nie lubi żadnej muzyki niestety, a wtedy lubił:)Na fali tych zachwytów
        kupiliśmy sobie kilka oper w całośći i to już niestety nie było to; nie trawię
        patetycznych partii chóralnych, nie cierpię oper po niemiecku i generalnie za
        dużo w tym jak dla mnie patosu. Dlatego też nie skusiłam się jak do tej pory na
        pójście na żywą operę (okropnie mi wstyd), ale w myśl zasady sprwdzenia
        wszystkiego pewnie to nadrobię. Bardzo żałuję, że płyty z ariami nie mam, bo
        była pożyczona i to w czasach, kiedy o nagrywaniu jeszcze nie było mowy, a na
        domiar złego nie pamiętam wytwórni ani tytułu składanki, wiem tylko, że była
        chyba wydana w Stanach i stamtąd przez kogoś przywieziona. Ale to było naprawdę
        coś, mimo, że składanek jako takich nie lubię, to było najlepsze, co
        kiedykolwiek powstało w dziedzinie opery. Dla mnie super.
        Teatru nie trawię w formie tradycyjnej, Szekspir podobał mi się jedynie (mam na
        myśli inscenizację nie tekst pisany) w wykonaniu Ryoal Shakespeare Company z
        Londynu wystawiany sto lat temu w Stodole. Poruszają mnie najbardziej sztuki
        awangardowe, a za niedościgłych mistrzów uważam Szajnę z absolutnie, totalnie
        genialną Repliką i Kantora. W swoim czasie chcialam nawet zostać krytykiem
        teatralnym, wybierałam się na Wydział wiedzy o teatrze w warszawskiej PWST, ale
        skrewiłam. Teraz rzadko chodzę do teatru, bo mało jest przedstawień, które
        mogłyby mnie zaineresować, mam ochotę wybrać się na coś z Julką, ale ciągle nie
        mogę wybrać odpowiedniej dla mnie i dla niej sztuki, bo przecież nie zabiorę
        jej jeszcze na Końcówkę Becketta? A może powinnam zaryzykować?
        Okropnie się rozpisałam, bo mialam przerwę od piątkowego popołudnia i muszę
        teraz wszystko nadrabiać. Mogłabym jeszcze długo o teatrze, ale może innym
        razem.
        Pozdrawiam:)
        • aaneta Re: Sztuki przyjemne i nieprzyjemne 19.07.05, 15:00
          Ależ, Dario, proszę Cię, nie posądzaj mnie o to, że odrzucam cokolwiek z
          założenia i nawet nie próbuję. Ależ próbuję, Felliniego Dolce vita całe pół
          godziny wytrzymałam, i Coelho kilka rozdziałów, gorzej było z muzyką, bo więcej
          niż kilka taktów nie zniosłam, o ile w tym przypadku można w ogóle mówić o
          taktach. Górecki, droga Dario, jest przynajmniej melodyjny, choć żeby mnie
          jakoś specjalnie zachwycił, to nie powiem. Ale spróbuj czegoś takiego jak Maw
          albo Neuwirth (to nazwiska kompozytorów, mam nadzieję, że dobrze pamiętam, bo
          natknęłam się na nich przypadkiem na jakiejś składance dawno temu), wtedy
          pogadamy.
          Więc dowcip polega na tym, że próbuję, a jakże, ale jeśli po jakimś czasie już
          wiem, że mi się nie podoba, to nie doczytam, nie dosłucham ani nie obejrzę na
          siłę do końca, żeby tylko mieć później podstawy do krytyki. Raz jeden mi się to
          zdarzyło, w przypadku filmu "Neonowa biblia", który był strasznie wychwalany, i
          wyglądało na to, że jest z tego gatunku, który bardzo lubię: nieśpieszny,
          subtelny, poetycki wręcz. Więc wysiedziałam w kinie do końca, licząc na to, że
          może jednak coś w nim wypatrzę i poczuję, niestety, od początku do końca nie
          było w nim nic, co by zasługiwało na takie peany krytyków, z jakimi się
          spotkałam. Od tamtej pory nie czekam na objawienie, tylko wychodzę z kina albo
          wyłączam telewizor.
          A kto Ci powiedział, że nie masz słuchu muzycznego? Gdybyś nie była muzykalna,
          to po pierwsze nie umiałabyś i nie lubiłabyś tańczyć, cudów nie ma, nie da się
          tańczyć, nie słysząc muzyki, chociaż w moim ulubionym filmie "Dzieci gorszego
          boga było pokazane co innego", a poza tym muzyka nie sprawiałaby Ci takiej
          przyjemności, bo byś jej po prostu nie słyszała, a przynajmniej nie słyszałabyś
          tego wszystkiego, co sprawia, że bez muzyki żyć nie możesz. Moim zdaniem tutaj
          działa inny mechanizm niż w moim przypadku, choć nie potrafię w tej chwili tego
          wyjaśnić, bo ja też dzisiaj nie jestem w najlepszej formie intelektualnej.
          A co do opery, to oczywiście mogłabym długo i namiętnie, ale to byłoby nie na
          temat (tak jakby reszta mojego gadania była na temat, hahaha), a żeby było na
          temat, to przyznam się, że chyba nigdy w życiu nie wybiorę się na żadną operę
          na żywo, pomimo że od kilku lat opera jest u mnie na pierwszym miejscu w
          muzyce. Niestety, żaden głos w tej chwili nie zasługuje na to, żeby go słuchać
          na żywo, a jeżeli nawet jeden dobry wykonawca się trafi w danym przedstawieniu,
          to już na pewno reszta nie będzie się nadawała do słuchania, a ponadto ja też
          nie znoszę tej klasycznej operowej oprawy, scenografii i kostiumów, że już nie
          wspomnę o takim drobiazgu jak zbyt obfite kształty, eufemistycznie rzecz
          ujmując, zdecydowanej większości śpiewaczek i spiewaków, które sprawiają, że
          nawet jeżeli da się ich słuchać, to oglądać już na pewno nie. Oczywiście są
          wyjątki, jak na przykład niedawno pokazywany w Mezzo "Don Giovanni" Mozarta w
          inscenizacji Petera Brooke'a sprzed paru lat, które mnie zachwyciło, choć dla
          mnie opera zaczyna się od Belliniego, więc za operowym Mozartem nie przepadam,
          ale to była absolutna rewelacja, przede wszystkim z uwagi na niezwykle skromną,
          symboliczną wręcz scenografię (kilka prostycb, kolorowych ławek, udających
          różne rzeczy w zależności od treści sceny, kwadratowa rama jako okno lub drzwi,
          kilka pionowych prętów, też pełniących różne funkcje, i tyle) oraz umiejętności
          aktorskie wykonawców. Dzięki temu muzyka i emocje były na pierwszym planie, nie
          ginęły przytłoczone bogactwem kostiumów i scenografii, jak np. w
          przedstawieniach La Scali, bo i takie ostatnio próbowałam oglądałać, więc mam
          świeże wrażenia, bardzo negatywne, niestety - klasyczny przykład przerostu
          formy nad treścią. A już na wychwalanego ostatnio jako światowa czołówka tenora
          Salvatore Licitrę w "Balu maskowym" Verdiego patrzeć po prostu nie mogłam, a i
          słuchanie go nie należało do najprzyjemniejszych wrażeń w moim życiu.
          Podobnie też, jak w Twoim przypadku, Dario, odpadają u mnie w przedbiegach
          opery po niemiecku, jak również po francusku, z wyjątkiem drobnych
          fragmentów "Carmen" i "Poławiaczy pereł" Bizeta. Natomiast co do reszty, tzn.
          włoszczyzny, też bardzo trzeba uważać, bo poszczególne nagrania różnią się
          między sobą tak znacznie, że ta sama opera w jednym wykonaniu może Ci się wydać
          arcydziełem, a w innym możesz nic ciekawego w niej nie usłyszeć ani nie poczuć.
          Ale nie jest tak, że tylko poszczególne arie są warte uwagi, są opery piękne w
          całości, od uwertury do ostatniej nuty, ze wszystkimi chórami włącznie. Służę
          podpowiedziami, jeśli będziesz jeszcze kiedyś chciała spróbować.
          • daria13 Re: Sztuki przyjemne i nieprzyjemne 19.07.05, 15:34
            Ja tak z tym polemizowaniem, to rzecz jasna, w celach towarzysko-zaczepnych:)))
            Co do mojego słuchu, to przysięgam, że nie powtórzę bezbłędnie żadnej linii
            melodycznej, nawet takiego Wlazł kotek na płotek, serio. Ale wyczucie rytmu to
            ponoć inna para kaloszy i nieistnienie jednego nie wyklucza istnienia drugiego,
            tak mi mówiono. Tańczyc lubię, ale mam jedną przypadłość; lubię w tańcu
            prowadzić i niektórych partnerów to denerwuje, chyba że trafi się partner,
            który prowadzi naprawdę dobrze i stanowczo, acz bez używania siły;) a to nie
            jest łatwe, zwłaszcza ze mną:).
            Z polecankami operowymi sie polecam, bo bardzo mi imponuje możliwość
            pochwalenia się znajomością tej sztuki i uważam ludzi znających się za wyższy
            gatunek ludzki;)))
            Przy okazji dziękuję za polecenie cukierni na Chmielnej, wyślę męża, bo pracuje
            w centrum.
            Przy okazji rozmowy o tańcu, nie tym oglądanym, ale samodzielnie wykonywanym,
            to może się pochwalicie, lub wyżalicie, jak to u Was wygląda. Powiem tylko, że
            nie znoszę tańca towarzyskiego w wersji konkursowej. Takie pokazy nawet mnie
            nie śmieszą, tylko porażają kiczowatością. Dla mnie koszmarek.
            Pozdrawiam:)
    • nienietoperz Re: Sztuki przyjemne i nieprzyjemne 01.08.05, 14:03
      Powrot z 2-tygodniowego szlajania sie tu i tam, i od razu:
      - trzysta spraw typu bankowego/zakupowego/biletowego/domowego do zalatwienia na
      wczoraj
      - glebokie poczucie winy w zwiazku z praca niewykonana przez dni ostatnich 14
      - niespecjalna ochota do rzucenia sie do nadrabiania tychze zaleglosci
      - no i na domiar zlego jakies 300 nowych TWApostow.

      Postanowilem na razie wybrac sobie jeden watek. I tak - w moim przypadku jedyna
      sztuka absolutnie nieakceptowalna to oopera/ooperetka. Zanim nadleca kamienie
      wielbicieli zwlaszcza tej pierwszej, przedstawiam swoja liste zarzutow:
      a) zle rozumiany elitaryzm - nie jestem w stanie zaakceptowac aktywnosci
      kulturalnej, ktorej powazna czescia jest garniturek, voyer z krysztalowym
      zyrandolem, gleboka samoswiadomosc bycia ODBIORCA SZTUKI + w efekcie obrzucanie
      podlym spojrzeniem goscia w dzinsach siedzacego na schodach przed teatrem.
      b) nie jest to nawet przyzwoity teatr - bo nie przekonacie mnie, ze 'aktorstwo'
      operowe jest chocby na znosnym poziomie. W wiekszosci muzyka operowa sama z
      siebie tez do mnie nie przemawia; niewatpliwie nie dalem jej nigdy zbyt wielu
      szans.

      A na drugim biegunie - teatr. Moze oslablo juz moje mlodziencze przekonanie, ze
      jest to sztuka ostateczna, absolutna i bezkonkurencyjna (literatura tez sie
      nadaje :-), ale wciaz mnie zaskakuje i porusza. Wciaz chodzi w nim o opowiadanie
      historii w danym miejscu i czasie, o zywe spotkanie tworca-odbiorca, o kreowanie
      swiata, do ktorego wchodze w calosci, z ograniczonymi mozliwosciami wydostania
      sie. Ksiazke w kazdej chwili mozna odlozyc, potem do niej wrocic. Przedstawienie
      wydarza sie raz. W szczegolnosci uwielbiam formy teatralne mniej lub bardziej
      alternatywne, ale tez tzw. klasyka. Oczywiscie pod warunkiem, ze jest
      wystawiana z koncepcja i w jakims celu, a nie wylacznie dlatego, ze 'cus panie
      trzeba grac'.

      Wasz
      powrotny
      nntpz
    • marquis Kocham operę 20.11.05, 00:01
      Zdaje się, że robię tutaj wielki wyłom. Zasmuciła mnie nieco wasza niechęć do
      opery. Bo ja bez opery nie wyobrażam sobie życia. Opera jest sztuką totalną,
      takim mixem teatru, muzyki i sztuk plastycznych. Opera jest sztuczna, owszem,
      taka konwencja, trzeba ją zaakceptować, żeby móc się zachwycać. Otoczka jest też
      sztuczna, choć ta cała elitarność, o której wspomniano w wątku jest w wielu
      przypadkach czystym pozoranctwem: mam nawet wrażenie, że im lepiej/drożej ktoś
      ubrany, tym większe prawdopodobieństwo, że przyszedł w zupełnie innych celach
      niż delektowanie sie muzyką, przeżywanie sztuki. Pełno na widowni prostackich
      byznesmenów i ich utapirowanych małżonek, ale ja się tym nie przejmuję. Dla
      kontrastu przychodzę najczęściej w rubinowoczerwonym sweterku, co przykuwa uwagę
      i wywołuje oburzone spojrzenia tych "obytych". A ja się w duchu uśmiecham,
      siadam sobie w pierwszym rzędzie i daję się pochłonąć przedstawieniu.
      i jeszce jedna anegdota: kiedyś mój znajomy, nie tylko miłośnik (jak ja), ale i
      wielki znawca sztuki operowej, trafił na dwie "babcie operowe" (takie starsze
      panie, demonstracyjnie wyfiokowane w złoto, rubiny, cekiny, kapelusze i
      wachlarze), które się cały czas zachwycały och, ach, jak pieknie. na co znajomy
      zapytał grzecznie: "Gdzie pięknie?" (bo jakość spektaklu była fatalna) a babcie
      operowe: "No cóż, od razu widać, że pan nie bywa w operze, to i pan nie wie". Ot
      i tyle w temacie publiczności i jej kulturalnego poziomu. Jak dla mnie - ZOO,
      które z lubością obserwuję ;)
    • marquis Re: Sztuki przyjemne i nieprzyjemne 20.11.05, 00:14
      W sztuce uwielbiam impresjonizm i secesję. Nie znoszę performansów itp. Bo to mi
      pachnie od razu brakiem warsztatu (znaczy się, ktoś nie umie malować ani
      rzeźbić, to uprawia co innego). Najwyżej cenię malarstwo. Nie lubię dziwactw w
      stylu dwa kwadraty, bo dla mnie nie ma to sensu. Sztuka ma działać na zmysły. A
      kwadraty nie działają. Nie jestem przeciwnikiem sztuki niefiguratywnej,
      "abstrakcja" też może być zachwycająca. Pod warunkiem, że odwołuje się do emocji.
    • braineater A może komuś 19.09.06, 19:59
      się odmieniło?:)

      P:)
      • daria13 Re: A może komuś 19.09.06, 20:06
        Bosz, kiedyś to naprawdę długie posty pisaliśmy:)
        I styl jakiś taki inny się miało:)))
        To tylko uwagi na marginesie'
        P:)
      • kubissimo Re: A może komuś 20.09.06, 00:25
        nie wiem, czy mi sie odmienilo, bo sie wczesniej nie wypowiadalem ;)

        w kazdym razie znienawidzona, jak widze, opera zdecydowanie do mnie przemawia,
        przy jednym zastrzezeniu: nie lubie takich najbanalniejszych inscenizacji typu
        papierowa cepelia. Lubie jezeli tworcy (zwlaszcza strony wizualnej) szukaja
        wyzwan i nowych rozwiazan. Pod tym wzgledem bardzo cenie produkcje Roberta
        Wilsona, czy w przypadku polskiego podworka Trelinskiego

        troche inaczej jest w przypadku baletu, ktory cenie rowniez w przypadku
        totalnie klasycznych i konwencjonalnych inscenizacji (a przynajmniej jezeli
        chodzi o klasyczna choreografie), co nie znaczy, ze nie lubie rzecy
        wspolczesnych. (jakies pol godziny temu wyszperalem sobie w youtubie
        znakomitego mlodego tancerza Daniila Simkina, zreszta strasznie
        androgynicznego, musialem pogrzebac w sieci, zeby ustalic jego plec. Tutaj
        tanczy kawalek z "Don Kichota" Minkusa www.youtube.com/watch?
        v=vvMOvsXZXY4 i jest znakomity)

        o operetce chyba nie ma co mowic, bo to gatunek sztucznie utrzymywany przy
        zyciu, wiec chyba wiekszy sens ma mowienie o musicalach, ktore tez jak
        wszystkie formy teatru muzycznego lubie. klasycznym zarzutem pod adresem
        musicali jest ich sztucznosc i to przechodzenie od normalnego aktorstwa do
        piosenek, ale ja taka konwencje kupuje bez zastrzezen. moje zycie jest tak
        pelne muzyki, ze w 80% PŻR (Poważnych Życiowych Rozmów) tak naprawdę miałem
        ochote leciec cytatami z piosenek. Tyle, ze w musicalach nie znosze tandety i
        mizerii produkcyjnej, a niestety w Polsce z tym bywa kiepsko (chociaz bywaja
        znakomite wyjatki - nie wiem, czy ktos widzial Opere za trzy grosze w Teatrze
        Muzycznym we Wroclawiu. perełka)

        w kwestii sztuk wizualnych rzezba faktycznie jakos malo mnie kreci, znacznie
        bardziej malarstwo, chociaz ostatnio odwiedzane muzea w Madrycie przekonaly
        mnie, ze ja jednak jestem przywiazany do sztuki mniej lub bardziej
        figuratywnej, a przede wszystkim takiej, ktora przekazuje jakies emocje. Cala
        reszta jest dla mnie mniej lub bardziej estetyczna dekoracja.
        (rozwalil mnie np. obraz przedstawiajacy kilka czarnych kropek na bialym tle, a
        ktory zostal zatytuowany "Bez tytulu". rewelacja. cala jego wartosc oparta jest
        o podpis autora: Miro)

        uwielbiam filmy artystyczne, aczkolwiek zdarza mi sie czegos nie zrozumiec ;)
        uwielbiam fotografie.
        wychodzi na to, ze strasznie kulturalny jestem ;)

        jedyne co do mnie nie trafia to roznej masci happeningi, czy inne instalacje
        gdzie artystka siedzi w galerii i obiera ziemniaki. Nie twierdze, ze sztuka to
        takie cos, co sie spotyka wylacznie w muzeum i nie wolno podchodzic bez
        krawata, ale patrzac na kobiete z garnkiem ziemniakow jakos nieszczegolnie
        czuje sie poruszony, zaintrygowany, ani zainspirowany, a tego wlasnie
        oczekiwalbym od sztuki
    • wiksadyba1 Re: Sztuki przyjemne i nieprzyjemne 19.09.06, 23:43

      >
      >
      > 1. Balet i taniec w ogólności. Nie kumam tego ni w ząb, nie rozumiem o co
      > chodzi, nikt mi nie potrafi wytłumaczyc tego sposobu ekspresji twórczej i
      > najczęsciej, żona musi mnie po 10 minutach kopac w kostke, żebym przestał
      > chrapać.
      >
      > 2. Opera/Operetka - ale jako widowiska, nie jako muzyka, bo muzycznie wiele
      > rzeczy mi się podoba, natomiast nie jestem tego w stanie oglądać. kompletny
      > brak zrozumienia dla tej konwencji.
      >
      > 3. Rzeźba - jak miłosnikiem rzeczy namalowanych jestem od prawie zawsze
      > (znaczy od pierwszego dowodu na to, że malarstwo to nie tylko Matejko i
      > Kossak:), tak do rzeczy wykutych w skale, ulepionych z gliny i innych
      > materii, jakos kompletnie nie mogę sie przekonać.
      >
      > A jak u Was?:)
      >
      Ad 1 - Balet - przyznam szczerze, że dopiero od eksperymentów XX w. zaczyna się
      ciekawie, czasem bardzo ciekawie.Balet klasyczny - jak u Gombrowicza -
      zachwyca, ale nie zachwyca:) Z wyjątkiem paru rzadkich epizodow, kiedy zdarzyło
      sie załapywać wyjątkowo podatny, ale przy tym trudny do przybliżenia nastrój:))
      Co do tańca - taniec potrafi zachwycać, potrafi sprawiać problemy. W ciągu
      ostatnich lat, jako ktoś pełen czasem dobrych chęci ale raczej niezborny ruchowo
      na parkiecie, miałem 3 razy osobliwe szczęście do zdecydowanie bliskiej
      znajomości z dość utytułowanymi tanecznymi profies- epizody ekscytujące, chociaż
      i zawstydzające do pewnego stopnia:))

      Ad 2 Opera - muzyka jak najbardziej zachwyca (w niektórych przypadkach mało
      powiedziane:) w bardzo wielu przypadkach, chociaż akurat nie np. jeśli chodzi o
      operę włoską. Sama koncepcja spektaklu teoretycznie jak najbardziej też, ale z
      inscenizacjami jest rzeczywiście często problem - "tradycyjne" są nudne i
      realizowane przez ludzi bez polotu, podczas gdy co lepsi znani reżyserzy, kiedy
      zabiorą się za operę starają się czasem za wszelką cenę niepotrzebnie i
      przesadnie udowodnić, że mamy XXI wiek:) Często to wychodzi pretensjonalnie.
      Operetka, w małych dawkach, budzi we mnie czasem coś w rodzaju skrajnego ubawu
      połączonego z perwersyjną fascynacją:) Ale znajomosć operetki, to może klucz do
      historii XIX i wczesnego XX w.. Podobno Wąsik pozujący na wagnerystę, naprawdę
      najbardziej lubił "Wesołą Wdówkę":)

      Ad 3 Rzeźba zachwyca:), chociaż, biorąc pod uwagę, że w ciągu ostatnich kilkuset
      lat na Zachodzie na jednego wielkiego rzeźbiarza przypadało n- malarzy,
      malarstwo siłą rzeczy ma przewagę. Mimo tego, przywołując moje różne podróże,
      np. Berniniego w Villa Borghese, Rodina w Paryżu, czy Giacomettiego w kilku
      kolekcjach sztuki nowoczesnej, zaliczam do największych orgazmów muzealnych w
      życiu:)
      • wiksadyba1 Re: Sztuki przyjemne i nieprzyjemne 19.09.06, 23:49
        Ps. przez "operę włoską" rozumiałem klasyków XIX w.
        • obly Re: Sztuki przyjemne i nieprzyjemne 20.09.06, 08:08
          sztuki są bardzo sztukowane
          nie lubię sztuk z których wyłazi prymitywna motywacja uczestniów wydarzenia.
          nie lubię kurde bałwanów i bałwochwalców i szeptaczy schizoidalnych
          nie lubię egotycznych narcyzów z zadęciem na cesarzy światła
          nie nawidzę zastanych form od wieków w których poruszac siemozne li jedynie po
          utartych scieżkach
          nie lubię gdy artysta uzależnia swoje dzieła od okreslonego strumienia
          finansowego.
          lubię gdy artysta pierwszy opuszcza swe dzieło pozostawia je puste tak aby
          kazdy napotkany mógł bez wynaturzeń werbalnych autora skonsumować na swój
          własny sposób
          lubię gdy sztuka wydarza sie niewymuszona i powstawala na zasadzie piątego
          palca u ręki. (kurde teraz wszystko pasuje)
          lubię gdy artysta ma poziom wiedzy, współczucia i współodczuwania, większy od
          typego obrazu artysty który zezwala mu intuicyjnie tworzyć dziela mieszczące
          się w "prawdzie naszego świata" a nie poza marginesem tworzac stałe wyobrażenia
          o niezachodzących zjawiskach.
          nie lubie kantowania, lubię pewien rodzaju boski intelekt w sztuce, gdzie nie
          widząc i nie słyszać autora z jego pracy odczytujemy i odkrywamy niesamowite
          ciagi zdarzeń czy przemysleń
          lubię gdyz sztuka wykracza poza rozrywkę ale i nie czuje sieod niej być
          odgrodzona
          nie lubięodkrywania starych prawd na nowo w formie wielkiego odkrycia, nie
          lubięzbędnego szokowania, lubię rzeczy piekne i zwariowane
          lubie szaleństwo w sztuce gdyżjako nieobliczalen szaleństwo jest skrzydłami
          sztuki i ucieka się od przewidywań wtedy i zawsze mozemy liczyc na
          moment "aaach"
          lubie brak ograniczeń i odczuwalny brak narzucania sobie róznych nienaturalnych
          granic.
          lubię seks ;)))
          lubię jak artysta przełamuje niewidzialne dla mnie rzeczy i w trakcie działań
          widocznie ewoluuje, że dane dzieło też go zmienia, gdyz na zimno separowana
          sztampa pod konkretne oczekiwania jest stratą czasu.

          lubię bardzo:
          komiks, filmy, książki też, malarstwo, rzeźba, i wszystko to co jest na
          pograniczu i zwłaszcza uwielbiam piosenkę(sztuka pisania dobrych piosenek
          proszę państwa jest juz zapomniana, kazdy kto posłucha Henryka Warsa i zaraz
          potem De Mono wie o czym mówię) i muzykę lubię, lubię jak artysta para siez
          każdego rodzaju forma aktywnosci i nie widzi różnicy między nimi (themerson,
          Witkacy) lubię mocne osobowości poszukujace
          nie lubię
          performansów, akcji, wspólnot artystów, krytyków, blogow, opery, operetek,
          benefiKsów, aury i bohemy, autorytetów i nie lubie sztuki internetowej w sensie
          wiecej jest robiona przez informatyków w wolnym czasie niz artystów którzy
          majacos do powiedzenia, bełkotu nie lubię, nie lubię młodych zdolnych
          ambitnych, nie lubię poniedziałków i kurde nie lubię parcia na efekt, nie lubię
          sztuki opartej jedynie na zaskoczeniu

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka