Dodaj do ulubionych

osiagniecia (tylko dla dzieciatych) :)))

04.01.06, 02:04
Ha!
Aska dostala wlasnie list iz dostala sie do National Honor Roll za wyniki w
szkole. Tzn gubernator Californii, US senat zostana o Jej osiagnieciach
poinformowani a Jej naswisko trafi domlokalnej gazety.
My sieszymy sie z innych powodow:
Dziecko cieszy sie z tego ze Schwarzenegger Ja pozna a my z Ania z faktu ze
pieniadze odkladane na scholarship bedziemy mogli przeznaczyc na wycieczke na
Hawaje i okolice :))

Dobry poczatek 2006
Obserwuj wątek
    • mamarcela Re: osiagniecia (tylko dla dzieciatych) :))) 04.01.06, 02:56
      Wow, czyli łał. :) Gratulacje dla zdolnej Aśki oraz szczęśliwych przyszłych
      zdobywdów Hawajów i okolic.
      A Asia zanim jej gubernatol Arnie uściska prawicę, niech przyjmie uścisk tejże
      od mamarceli pod wielkim wrażeniem. :)))
      • broch Re: osiagniecia (tylko dla dzieciatych) :))) 04.01.06, 03:40
        dzieki Marcela,
        przekaze :)
        • beatanu Re: osiagniecia (tylko dla dzieciatych) :))) 04.01.06, 10:30
          Przekaż również Brochu gratulacje ode mnie!

          Tylko coby pan gubernator rączki jej uściskiem nie zmiażdżył ;)

          B
          • daria13 Re: osiagniecia (tylko dla dzieciatych) :))) 04.01.06, 10:45
            Jestem z Was dumna! Piszę "z Was", bo jestem głęboko przekonana, że osiągnięcia
            naszych pociech są w dużej mierze naszą załugą i mam na myśli nie tylko kwestię
            genów. Z dobrych i mądrych rodziców z reguły wyrastają dobre i mądre dzieci,
            wiem coś o tym:)
            Co nie zmienia faktu, że żeby osiągnąć to co osiągnęła Aśka, musiała włorzyć z
            pewnością dużo pracy i wysiłku.
            Jeszcze raz gratuluję i stwierdzam, że będziemy głęboko rozczarowani, jeśli nie
            prześlesz nam zdjęcia córki z Arnim. Toż to gratka i pamiątka na całe życie:)))
            Pozdrawiam gorąco i serdecznie:)
          • mamarcela Re: osiagniecia (tylko dla dzieciatych) :))) 04.01.06, 11:34
            z tymi jego mięśniami to jedna wielka ściema i "bardzo stara bluzeczka". :)
            Nie, żeby mi cos ściskał.
            P.:)
    • dr.krisk Niezwykle gratuluje!!! 04.01.06, 12:34
      Bardzo się ucieszyłem, bo nic mnie tak nie raduje jak takie właśnie
      osiągnięcia!
      Niedawno odwiedził mnie przyjaciel z lat młodości, od lat przebywający wraz z
      żoną na emigracji. Niestety, jego potomkowie są zupełnie nieudani: brak chęci
      do nauki oraz robienia czegokolwiek oprócz picia piwa i strojenia się w "ekstra
      ciuchy". Widzę też, jak go to gryzie, bo akurat reszta naszych znajomych ma
      normalne dzieci - coś potrafią, coś robią, czegoś chcą.

      Serdecznie gratuluję!!!!
      KrisK Rozpromieniony
      • 3promile Re: Niezwykle gratuluje!!! 07.01.06, 23:46
        "Widzę też, jak go to gryzie, bo akurat reszta naszych znajomych ma
        normalne dzieci - coś potrafią, coś robią, czegoś chcą."

        Dottore, bez przesady! Jak możesz?! Może akurat ci chętni do "picia piwa i
        strojenia się w ekstra ciuchy" zostaną niezależnymi producentami muzycznymi albo
        otworzą kultowy butik z akcesoriami dla zbuntowanych dziecków gwiazd Holiłudu...
        Jak można tak a priori - "potomkowie nieudani"? Proponuję prywatną rewizję
        definicji normy - w przeciwnym razie niezbędny stanie się z czasem postulat,
        żeby Kalifornię całą uczynić np. campusem Stanforda - czyżby kolega
        sentymentalnie przemycał wiarę w transsubstancjację przemian ilościowych w
        jakościowe? Ameryka zbogacieje? Da się krzywą Gaussa nagiąć? Żarty, żarty...

        Promil wobec młodzieży pokorny i o pokorę upraszający
        • dr.krisk A jednak... 09.01.06, 15:55
          3promile napisał:

          > Może akurat ci chętni do "picia piwa i
          > strojenia się w ekstra ciuchy" zostaną niezależnymi producentami muzycznymi
          alb
          > o
          > otworzą kultowy butik z akcesoriami dla zbuntowanych dziecków gwiazd
          > Holiłudu..
          Tak też moim strapionym znajomym nieszczerze tłumaczę, starając się ich
          pocieszyć. Ale jakoś marnie to wszystko wygląda.
          Natomiast musze sprostować, że nie chodzi mi absolutnie o zdobycie tzw.
          formalnego wykształcenia. Są rozmaite drogi realizacji swoich marzeń - trzeba
          je tylko mieć. A ci młodzi nieszczęśnicy pomysły na życie mają na poziomie
          jakiegos bezkręgowca chyba.
          Czy naprawdę wierzysz, że młodego kretyna wyrośnie kiedyś coś nieskretyniałe?
          Bo ja nie sądzę.
          • 3promile Re: A jednak... 09.01.06, 16:10
            Ujmę to w ten sposób:
            Mój siedemnastoletni syn połowę swojego życia spędza na basenie, a drugą na
            koszykarskim parkiecie, bo ciągle nie może się chłopina zdecydować. Jakieś tam
            ksiunszki i ojcowskie rozterki ętelektualne ma głęboko w... poważaniu - nawet
            ocząt przed komputerowym monitorem sobie specjalnie nie psując. Co gorsza,
            zaczął resztki wątroby ojcowskiej deptać, że jak mu się na AWF nie uda dostać
            (bo co tu dużo mówić - anatomię na AWF zakuwać trzeba, jak na medycynie), to
            sobie pomyśli o karierze wojskowej. Wojskowej! A jego ojciec anarchista przed
            wojskiem uciekał, ile sił w nogach!

            I co mam powiedzieć, że nieudany? Dlatego, że nie zaczytuje się w
            dziewiętnastowiecznej klasyce, a o Windowsie wie mniej, niż jego zdziadziały
            rodzic z epoki Mera-Odra i perforowanych kart?

            Nie znam co prawda tych smarkaczy, o których piszesz, ale żeby tak naprawdę nic
            ich nie pasjonowało? Wierzyć się nie chce...


            Promil mimo wszystko z synalka dumny
            • dr.krisk A skąd! 09.01.06, 16:48
              3promile napisał:

              > I co mam powiedzieć, że nieudany? Dlatego, że nie zaczytuje się w
              > dziewiętnastowiecznej klasyce, a o Windowsie wie mniej, niż jego zdziadziały
              > rodzic z epoki Mera-Odra i perforowanych kart?
              Zauważ jednakowoż, że twoje dziecię na basen chodzi, pod koszem gania, a nawet
              ma pomysł, żeby Armię naszą dzielną zasilić, jako dobrowolec. No i bardzo
              dobrze! Mogą ci się te pomysły nie podobać, ale je ma. Jak mu będzie pasować
              ganianie po błocie z glauberytem w garści, to why not?



              > Nie znam co prawda tych smarkaczy, o których piszesz, ale żeby tak naprawdę
              nic
              > ich nie pasjonowało? Wierzyć się nie chce...
              No nie chce, ale to prawda. Głównie ściągają filmy z internetu jak tez wszelkie
              możliwe wirusy, trojany, spy-ware i co tam jeszcze jako bonus do tych filmów
              dodają. Żeby chociaz byli tzw. trudną młodzieżą... ale nie. Wygląda na to, że
              usiłują żyć zużywając jak najmniej energii. Na myślenie, na przemieszczanie, na
              wygłupy do wieku młodzieńczego stosowne.
              Żal mi ich rodziców, którzy zawsze mieli wiele zainteresowań, wspaniałe
              poczucie humoru - i skąd takie niemrawe potomstwo?
              Ot zagadka!

              >
              > Promil mimo wszystko z synalka dumny
              No pewnie!
              • mamarcela Re: A skąd! 10.01.06, 09:26
                Drogi i wielce szanowny doktorze,
                juz od wczoraj gnębi mnie chęć przemozna, aby sobie poważnie z szanownych
                doktorem poduskutować(coby nie powiedzieć pokłócic się) w temacie młodzież.
                Walczyłam z chęcią tą całe wczorajsze popoludnie, wieczór i noc całą i w końcu
                dzisiaj rano postanowiłam skapitulować. Wygarnę dochturowi Kriskowi, a co nie
                wolno mi.

                Krisk napisał:
                No nie chce, ale to prawda. Głównie ściągają filmy z internetu jak tez wszelkie
                > możliwe wirusy, trojany, spy-ware i co tam jeszcze jako bonus do tych filmów
                > dodają. Żeby chociaz byli tzw. trudną młodzieżą... ale nie. Wygląda na to, że
                > usiłują żyć zużywając jak najmniej energii. Na myślenie, na przemieszczanie,
                na wygłupy do wieku młodzieńczego stosowne.
                > Żal mi ich rodziców, którzy zawsze mieli wiele zainteresowań, wspaniałe
                > poczucie humoru - i skąd takie niemrawe potomstwo?
                > Ot zagadka!

                A przepraszam, skąd dochtur wielce szanowny, to wszystko wie? Od rodziców?
                Kurczę naprawdę nie spotkałam się, aby normalni, dowcipni ludzie mieli więcej
                niz jedno "niemrawe" dziecko, chyba, że jakiś chów wsobny. Podejrzewam, że są
                to zupełnie normalne dzieciaki ze wszystkimi upierdliwosciami i miazmatami
                stosownymi dla wieku młodzieńczego (przecież nastolectwo to straszny w sumie
                wiek!), którym albo rodzice przyprawili gębę nieudaczników, albo ci sami
                rodzice mają ze swoimi dziećmi tak mały kontakt, że nic i prawdziwych
                zainteresowaniach i problemach tychże dzieci pojęcia nie mają.
                Doktorze kochany, większość rodziców (szczególnie nas dotkniętych młodością w
                komunistycznej biedzie) ma wobec swoich dzieci nierealne i kompletnie od czapy
                wymagania. To, co oni z tymi swoimi biednymi dziećmi wyprawiają to naprawdę
                woła o pomstę do nieba. nic więć dziwnego, że zmęczone starymi dzieciaki
                wycofują sie na z góry obrane pozycje i udają głupków. Też by doktor udawał,
                gdyby ktos lepiej wiedział, co doktorowi do szczęścia potrzebne.
                W tym szczególnym przypadku zarzut ściągania filmów z internetu (poza względami
                etycznymi tego procederu) jest nieco naciągnięty, bo po co oni te filmy
                ściągają? Żeby oglądać chyba, a więc czymś sie jednak interesują.

                Z wieloletniego doświadczenia macierzyńskiego oraz z faktu, że większość moich
                znajomych ma dzieci, o których opowiada, nauczyłam się jednego nie należy
                bezkrytycznie wierzyć w to, co rodzice mówią o swoich dzieciach, bo niezwykle
                rzadko potrafią się zdobyć na obiektywizm. I albo nadmiernie te dzieci
                idealizują, albo wprost przeciwnie narzekają na nie, bo nie potrafia te biedaki
                unieść tychże rodziców wysublimowanych oczekiwań.
                Zaznaczam, że jeśli piszę o nadmiernym idealizowaniu dzieci i chwaleniu się
                nimi przed obcymi , to nie mam w żadnej mierze na myśli Brocha i jego
                pochwalenia sie realnym osiągnięciem córki. W takim wypadku to każdy by sie
                pochwalił, bo jest czym!
                pozdrawiam serdecznie
                mamarcela - matka (choć broń boże mamuśka) ze swoich dzieci zadowolona i dumna,
                chociaż często mająca ochote wysłać je gdie nibyć, byle dalej od siebie
                • aaneta Święta racja, Mamarcelo! 10.01.06, 10:20
                  A w dodatku jeśli rodzice narzekają na własne dzieci, że "panie, te dzieciska
                  takie niedobre", to źle świadczy o nich samych. Dzieci mamy takie, jak je sobie
                  sami wychowaliśmy, ot co.
                  • daria13 Re: Nie do końca święta racja, Mamarcelo! 10.01.06, 12:19
                    A ja pozwolę sobie popolemizować z Paniami. Ale nieco później, bo zaraz idę na
                    lunch, a mam doś dużo do powiedzenia:)
                    P:)
                    • daria13 Re: Nie do końca święta racja, Mamarcelo! 10.01.06, 14:20
                      Uważam, że dzieci same z siebie nie są i nie będą pracowite, sumienne i
                      wytrwałe, a są dziedziny życia, w których takie cechy są niezbędne. Dzieci
                      pozostawione sobie nie mają ram, w którcyh mogą się poruszać, tracą poczucie
                      bezpieczeństwa i tylko ogromna doza szczęścia pozwala wyjść takim osobnikom na
                      ludzi (ciekawie napisał o tym ostatnio Trier w wywiadzie dla Polityki).
                      Wygórowane ambicje rodziców, nadmierna kontrola i wymagania stawiane dzieciom
                      niewspółmierne często z ich możliwościami są oczywiście drugim końcem kija,
                      który może spowodować jeszcze większe spustoszenia wychowawcze.
                      Przyznam się, że jestem matką nieco nadopiekuńczą; sprawdzam wyniki w nauczaniu
                      moich dzieci, ba, nawet czasami niepokoję się tym, że wcale się nie uczą a mają
                      same prawie piątki;). NIeustająco staram się je stymulować intelektualnie
                      podsuwając im odpowiednie lektury, oglądając z nimi ciekawe filmy (koniecznie
                      wspólnie), czy podsuwając Julce dobrą muzykę (Kuba jeszcze nie uznaje żadnej
                      muzyki, przecież go nie zmuszę;). Dzieci mają też wyznaczone ściśle ramy praw i
                      obowiązków.
                      Ja byłabym jednakowoż skłonna podejrzewać dzieci, o których pisze dottore o to,
                      że mają rodziców typu pierwszego, czyli wychowujących potomstwo na luzie i
                      bezstresowo. Jeśli doktor wie coś więcej na ten temat, tom bardzo ciekawa.
                      Piszę z pracy, co chwile rozpraszana, więc jeśli jest to mało poskładane, to
                      przepraszam, z domu może poprostuję i uściślę swoje przemyślenia;
                      Pozdrawiam:)
                      • aaneta Re: Nie do końca święta racja, Mamarcelo! 10.01.06, 14:37
                        A właściwie to w którym punkcie się z nami nie zgadzasz, bo nie załapałam? ;)
                        Żadna z nas nie napisała, że należy dzieci zostawić samym sobie, chociaż nie
                        zgadzam się z tym, że dzieci z natury są leniwe, niesumienne i niewytwałe -
                        wybacz, ale ta teoria pedagogiczna już dawno przestała obowiązywać.
                        • daria13 Re: Nie do końca święta racja, Mamarcelo! 10.01.06, 15:32
                          Przecież napisałam, że moje piasnie było nieskładne, bo z pracy;)
                          Niepracowite nie jest równoznaczne z leniwe. NIe powiesz mi, że nie musiałaś do
                          pewnego momentu przypominać chłopakom, żeby na przykład wynieśli śmieci, bo
                          sami z siebie takiego nawyku z pewnością nie mieli. Zresztą wielu chłopcom taki
                          nawyk nie chce wejść w krew do późnej starości, ba, do śmierci samej.
                          Nie wyobrażam sobie dziecka, które z własnej nieprzymuszonej woli wyrywa się do
                          prac domowych, albo stara się odrabiać lekcje na bieżąco, a nie na ostatnią
                          chwilę. Miałam na myśli to, że w pewnym momencie trzeba od dzieci wymagać
                          określonych zachowań, żeby potem móc od nich egzekwować pozytywne nawyki, które
                          z kolei w przyszłości pozwolą im lepiej radzić sobie w wielu sytuacjach. Znowu
                          mącę, wiem.
                          Jeszcze później może pogadamy.
                          P:)
                          • aaneta Teraz już lepiej :) 10.01.06, 15:49
                            Ale nie całkiem, bo wyrobienie pozytywnych nawyków wcale nie jest, moim zdaniem,
                            ani tak istotne w procesie wychowania, ani tak użyteczne w życiu, jak piszesz. A
                            poza tym Mamarceli i mnie chodziło o nieadekwatne i nierealne oczekiwania
                            rodziców wobec dzieci, a nie wymagania i sam proces wychowawczy, tak że mówimy
                            właściwie o dwóch różnych kwestiach.
                      • dr.krisk Potwierdzam. 10.01.06, 16:01
                        daria13 napisała:

                        .
                        > Ja byłabym jednakowoż skłonna podejrzewać dzieci, o których pisze dottore o
                        to,
                        >
                        > że mają rodziców typu pierwszego, czyli wychowujących potomstwo na luzie i
                        > bezstresowo.
                        Chyba tak to było. Zakładali chyba, że jakoś się wychowają same.
                        Zresztą życie emigranta nie jest łatwe. Dodać trzeba problem języka: rodzice
                        mówią ze sobą w domu po polsku, dzieci po niemiecku (choć wszyscy znają oba
                        języki). Podobno to normalne - może zagraniczni TWAcze obdarzeni dziatwą
                        mogliby cos na ten temat powiedzieć?
                        Tutaj zresztą nie chcę się mądrzyć, bo nie mam wlasnych doświadczeń. Nie wiem
                        ile można zdziałać tzw. pracą wychowawczą, a ile nie zależy od rodziców tylko
                        od okoliczności.
                        Ale wygląda to przykro.
                        KrisK
                        • stella25b Nie rozumiem 10.01.06, 16:40
                          Co ma jezyk do wychowywania dzieci? Na ogol jest tak, ze dzieci jezyk ojczysty
                          rodzicow znaja. W najczesciej dzieci ten jezyk rozumia a mowia w jezyku kraju w
                          ktorym mieszkaja. Jesli rodzice klada nacisk na nauke ich jezyka ojczystego i
                          konsekwentnie wymagaja od dziecka mowienia w tym jezyku, to dziecko sie go
                          nauczy, i bedzie sie nim poslugiwac. Jezyk i wychowanie dzieci to dwie odrebne
                          sprawy. Takie jest moje zdanie.
                          Zgadzam sie z opinia Darii, ze dzieckiem nalezy kierowac w zyciu, oczywiscie do
                          pewnego momentu. Nie wszystkie dzieci sa samodzielne i pracowite. Najczesciej
                          tego trzeba je nauczyc.
                          • dr.krisk Jasne, ale... 10.01.06, 23:46
                            Jest tylko jeden problem - dla rodziców ich językiem ojczystym jest polski, dla
                            ich dzieci - już niemiecki. I chociaż wszyscy swobodnie mogą przekazywac
                            informacje w obu językach, to ich wzajemna komunikacja jest bezosobowa,
                            pozbawiona głebszego kontaktu, który zawieramy w intonacji, budowie zdania, itp.
                            Spróbuj opowiedzieć Amerykanom dowcip po angielsku - zrozumiesz o co mi
                            chodzi :)
                            • beatanu Re: Jasne, ale... 11.01.06, 04:41
                              dr.krisk napisał:
                              I chociaż wszyscy swobodnie mogą przekazywac
                              > informacje w obu językach, to ich wzajemna komunikacja jest bezosobowa,
                              > pozbawiona głebszego kontaktu, który zawieramy w intonacji, budowie zdania,
                              itp

                              Hmmm. Jakos nie przyszlo mi do glowy, ze komunikacja w naszej dwujezycznej
                              rodzinie moze byc bezosobowa... Mam wrazenie, ze kazdy wyraza swoje uczucia
                              wlasnie tak jak chce. To oczywiste, ze wzburzone córki nie "awanturuja" sie po
                              polsku, bo "latwiejszym" jezykiem jest dla nich szwedzki. Ale mnie to nie
                              przeszkadza. Ja wyklócam sie po polsku i tez jestem zrozumiala dla wszystkich :)
                              Bezosobowo? Nie...

                              Beata zamyslona
                            • stella25b Re: Jasne, ale... 11.01.06, 11:14
                              Krisku nie masz racji. Mimo, ze dla tych dzieci jezyk niem. jest jezykiem
                              ojczystym to sa one na tyle osluchane z jezykiem polskim, ze doskonale
                              rozrozniaja te intonacje. Co ma do tego budowa zdania, naprawde nie rozumiem.
                              Tym bardziej, ze w niemieckim jest ona scisle okreslona.



                          • beatanu Re: Nie rozumiem 11.01.06, 03:42
                            stella25b napisała:
                            Jesli rodzice klada nacisk na nauke ich jezyka ojczystego i
                            > konsekwentnie wymagaja od dziecka mowienia w tym jezyku, to dziecko sie go
                            > nauczy, i bedzie sie nim poslugiwac.

                            Z wlasnego doswiadczenia i dwóch lektur o dwujezycznosci:
                            Klasc nacisk na jezyk ojczysty - jak najbardziej. Mówic, spiewac, czytac.
                            Byc konsekwentnym - absolutnie! I nie zawsze jest to doswiadczenie mile, kiedy
                            w towarzystwie mieszanym albo zupelnie nieznajacym jezyka polskiego (w tym
                            wypadku) z uporem maniaczki chrzescic po naszemu... I w dodatku "lekcewazyc"
                            protesty mlodszej Zaby - mów do mnie po szwedzku, nie rozumiem co ty do mnie
                            mówisz! itd itp
                            Ale wymagac od dzieci mówienia w jezyku matki (w tym wypadku)? - NIGDY! Nigdy
                            Zab nie zmuszalam, zeby mówily po polsku! Bywaly takie okresy, ze odpowiadaly
                            tylko po szwedzku. Teraz jest inaczej. Starsza córka, dumna ze swoich korzeni i
                            swojej "innosci" mówi ze mna zawsze po polsku, nawet w obecnosci swoich
                            niepolskojezycznych kolezanek. I z uporem maniaczki (po kim to ma?) opowiada co
                            robila w szkole, co przeczytala i o czym dyskutowala z kolega. Przy wspólnym
                            obiedzie wymaga ode mnie konsekwencji i uzywania tylko jednego jezyka (maz zna
                            polski calkiem dobrze). Mlodsza córka nie ma takiego zasobu slownictwa i ciut
                            sie meczy, ale walczy dzielnie i próbuje. Nie tak konsekwentnie i nie z tym
                            samym zacieciem, ale zawsze. Jestem dumna i blada :)
                            • stella25b Re: Nie rozumiem 11.01.06, 11:20
                              Ja mialam ten sam problem ze Starszym w przedszkolu- mowil jedynie po niemiecku
                              i nie chcial rozmawiac po polsku. I nikt go nie bil i nie karcil za to.
                              Poprostu zrobilismy dluzsze wakacje w Polsce z daleka od mojej rodziny ktora
                              mowi po niemiecku i Starszy zostal zmuszony do konwersacji po polsku. Dotarlo
                              do niego, ze ten jezyk moze byc przydatny w czasie zabawy z polskimi dziecmi.
                • dr.krisk W obronie rodziców. 10.01.06, 15:43
                  Na samym wstępie przypominam, że nie posiadam własnego potomstwa - a więc z
                  łatwością możecie mnie pognębić wytykając nieznajomość tematyki pieluchowej.
                  Ale co tam - napiszę co mam napisać, a potem zdaję się na waszą łaskę.

                  Znam oto, droga mamarcelo ten pogląd - że owe nastoletnie pałuby zalegające na
                  wyrku z miną pt. "mam was wszystkich gdzieś i mam nadzieję, że ze wzajemnością"
                  z czasem jako te kaczątka brzydkie w łabądki sie przemienią i ludzkim językiem
                  przemówią. Że to panie taki wiek jest. Oraz że ewentualne przykre cechy owych
                  paniątek pryszczatych to jedynie wina rodziców wstętnych, co to kontaktu z
                  własną progeniturą nie mają, zamiast tego zajmując się takimi głupotami jak
                  zdobywanie forsy na rozmaite ich zachcianki.

                  Być może jestem głupi jak but prostak, ale jak słyszę znudzono-aroganckie
                  mamrotanie owych dziatek ("tata, no weź sie!"), natychmiast ogarnia mnie dzika
                  ochota aby przylać w to maślookie oblicze. Podziwiam cierpliwość anielską moich
                  przyjaciół, znoszących z pokorą takie traktowanie.

                  Oczywiście nie jestem w stanie podac przyczyn dlaczego tak się stało - wpływ
                  nastoletniego otoczenia, zapracowanie obojga rodziców, może rzeczywiście jakieś
                  ich błędy wychowawcze. Widzę tylko skutek, i nie jestem sobie w stanie
                  wyobrazić jakis pozytywne rowzwiązanie. Chyba niewielkie jest zapotrzebowanie
                  na słabo wykształconych oglądaczy filmów....

                  A teraz można już się na mnie rzucić! Tylko zdejmę okulary :)
                  KrisK
                  • mamarcela Re: W obronie dzieci 10.01.06, 16:38
                    Doktorze najmilszy, prawda jak zwykle leży gdzieś pośrodku. Znam co najmniej
                    kilkoro fatalnych dzieci fajnych rodziców, ale w większości, a nawet we
                    wszystkich tych przypadkach owa "fatalność" wynika z tego, że rodzice sami z
                    własnej i nieprzymuszonej woli do takiej fatalności dopuścili.
                    Z drugiej strony znam mnóstwo znakomitych ciekawych świata dzieciaków, które w
                    obecności swoich rodzicieli zapadają na przymulizm i to, co doktor z własciwą
                    sobie swadą nazywa nastrojem "mam was wszystkich gdzieś i mam nadzieję, że ze
                    wzajemnością". I ja im sie często wcale nie dziwię, bo rodzice namolni i mocno
                    obciachowi bywają. Niestety.
                    Truizmem będzie jeśli powiem, że wychowanie człowieka jest sztuką, że trzeba
                    nie dawać, a pokazywać, jak sobie wziąć, że nie ryba, ale wędka do jej
                    złowienia. Trudne to jest czasami cholernie, bo z jednej strony ciągnie, żeby
                    samemu zrobić, bo to prostsze niz tłumaczyć, a z drugiej, żeby uciec na koniec
                    świata przed żarłocznościa własnego potomstwa.
                    Ja postawiłam na zaufanie i póki co (wiem rysycyzm) znakomicie mi się to w
                    przypadku starszego potomka sprawdza. Wyznaczyłam minima i zostawiłam sama
                    sobie w kwestii wyborów, co nie znaczy, że nie dbam, nie dopieszczam, nie
                    stymuluję, nie wyrabiam nawyków. Ale jaka to przyjemność móc na ten przykład z
                    dorastającą córką porozmawiać o Kunderze, a nie naganiać bez przerwy do lekcji.
                    Bo w tym kawałku to ona sama za siebie od drugiej klasy gimnazjum całkowicie
                    odpowiedzialna. Pomagam, jak mnie poprosi, a do zeszytów nie zaglądam od
                    niepamiętnych czasów. Bo i po co? To jest jej życie i ona jest za nie
                    odpowiedzialna. I kurczę to się sprawdza - nie wiem, czy trafiłam na wyjątkowy
                    egzemplarz, czy może to jest po prostu jakis sposób.
                    pozdrawiam najserdeczniej. proszę szybciutko okulary zakładać, bo rękoczyny
                    nieprzewidziane.
                    mamarcela chwaląca się w tym momencie swoimi sukcesami wychowawczymi, chociaż
                    przyszło jej osiągać te sukcesy w wyjątkowo niesprzyjających warunkach
                    (przyrody)
                    • daria13 Re: W obronie dzieci 10.01.06, 20:33
                      Dla ścisłości, ja też nie sprawdzam dzieciom lekcji, nawet 10-letniemu Kubie (
                      nie chcę się stresować jego ortografią), bo gdyby nie odrabiały lekcji, to
                      dostawałyby pały, a nie dostają. Starałam się jedynie od początku upominać je,
                      że lekcje najlepiej jest odrabiać systematycznie.
                      Trudno mi jest uwierzyć w to, że dorastające dziecko będzie czytać Kunderę,
                      jeśli od początku nie podsuwamy im odpowiednich dla wieku, a wartościowych
                      książek. Podejrzewam, że gdybym nie dawała odpowiedniego przykładu Julce i nie
                      podtykała jej ciekawych książek odpowiednio wcześnie, teraz czytałaby Pamiętnik
                      księżniczki, czy coś w tym guście, a tak zaczęła dziś w poczekalni u lekarza
                      Pejzaż w kolorze sepii Ishigury i twierdzi z przekonaniem, że jej się bardzo
                      podoba (bo to chyba jednak najłatwiejsza w odbiorze, co nie znaczy, że
                      najsłabsza pozycja tego pisarza).
                      Z drugiej strony, jest sporo dzieciaków, które czytają i to dobrze czytają bez
                      wskazówek rodziców, ale o to trudniej.
                      W dzieciach trzeba zaszczepiać ambicje, choć rzecz jasna nie można kierować się
                      w tym naszymi niespełnionymi lub wymarzonymi ambicjami własnymi i trzeba je
                      dostosować do możliwości jak i zainteresowań dziecka. Kuba jest typowym
                      ścisłowcem i nie mogę od niego wymagać, żeby był orłem z polskiego, choć na
                      szczęście jak do tej pory nieźle sobie radzi, ale to dopiero początki.
                      Nieustannie chwalę go za osiągnięcia w dziedzinie matematyki i to, że jest z
                      tego przedmiotu najlepszy w klasie i jest wzorem dla innych dzieciaków.
                      Z drugiej strony, to że jest dobry z matmy nie zwalnia go z konieczności
                      czytania i do tego gonię go systematycznie i dopóki sam nie dojrzeje do
                      potrzeby czytania, będę go goniła.
                      Generalnie myślę, że wszystkie mniej więcej zgadzamy się co do metod
                      wychowawczych, tyle tylko, że jedne dają swoim dzieciom nieco więcej luzu, niż
                      inne, ale są to w sumie różnice w niewielkim zakresie.
                      Anetka powiedziała w rozmowie, że nie trzeba się obawiać o swoją nastoletnią
                      córkę idącą na balangę, jeśli się ją odpowiednio wychowało. Ale co z przemożnym
                      wpływem rówieśników i chęcią dorównania tym szpanującym, co może się
                      przydarzyć nawet tym najbardziej rozsądnym. Małe piwo jeśli to dzieje się u 17-
                      nastolatków, ale Julka opowiada mi, bo jej z kolei opowiadają koleżanki, albo
                      opisują to na blogach, co dzieje się z wyluzowanymi 13-14-latkami. Mnie to
                      jeszcze wciąż trochę przeraża, taka konserwatywna jestem. Z córką wiele o tym
                      rozmawiam i w tych rozmowach ona bardzo to wszystko krytykuje, zna też
                      wszystkie zagrożenia związane z pewnymi zachowaniami, czy czynami, ale wiem
                      też, że dzieciaki panicznie boją się być posądzone o sztywniactwo i choć ufam
                      Julce bardzo, cieszę się, że jeszcze na takie imprezy nie chodzi. Ma jeszcze
                      trochę czasu. I nie to, że jej zabraniam, ale ona obraca się w innych kręgach w
                      szkole, a tam jeszcze takich zabaw nie ma. Na szczęście.
                      Czy uważacie, że wychowując w poczuciu pewnych wartości dzieci, możecie zaufać
                      im w 100%?
                      Pozdrawiam:)
                      Ps. Cieszę się, że powstała taka dyskusja, bo bardzo są mi potrzebne rozsądne
                      rozmowy na te tematy. A najzabawniejsze i najfajniejsze jest to, że zaczęło się
                      od wypowiedzi Brocha:)
                      • beatanu Re: W obronie dzieci 11.01.06, 05:02
                        daria13 napisała:
                        > Czy uważacie, że wychowując w poczuciu pewnych wartości dzieci, możecie
                        zaufać
                        > im w 100%?

                        Nie wiem...Ufam/ufamy, bo tak od poczatku sobie zalozylismy i... na razie sie
                        nie zawiedlismy. Dziewczyn maja duzo swobody, ale jeszcze nigdy nie naduzyly
                        naszego zaufania. I wierze, ze tak juz bedzie :) Starsza córka konczy w tym
                        roku 18 lat, mlodsza - 16. Jestem z nich szalenie dumna!

                        B:)

                      • aaneta Re: W obronie dzieci 11.01.06, 10:13
                        Żeby wszystko było jasne: mnie też przeraża, że 13-14 latki upijają się na
                        imprezach, chociaż nie jestem pewna, czy "przeraża" to właściwe określenie, ale
                        nich już tak zostanie. Prawdę mówiąc, imprezowanie w tym wieku musi polegać
                        tylko i wyłącznie na piciu, bo co można robić na imprezie, jak się ma 13-14 lat
                        ;) Dlatego samo imprezowanie w tym wieku uważam za głupie, picie jest tylko tego
                        konsekwencją.
                        Moja teoria jest taka:
                        1. trzeba dzieciątka traktować jak osoby dorosłe, a przynajmniej z szacunkiem i
                        na serio, wtedy nie będą miały potrzeby udawania dorosłych za pomocą picia czy
                        palenia,
                        2. jeśli dzieciom się nie nudzi, tzn. mają jakieś zainteresowania i potrzeby, i
                        mogą się jakoś realizować, wyżywać twórczo poza szkołą (ale zgodnie z własnymi
                        możliwościami, nie po to, żeby realizować ambicje rodziców), czyli mówiąc krótko
                        - jeśli mają co robić, to po prostu nie mają czasu na głupoty,
                        3. dzieciątka muszą mieć poczucie własnej odrębności i indywidualności, nie może
                        być tak, że pełna akceptacja grupy rówieśniczej jest im niezbędna do zadowolenia
                        z siebie, tzn. muszą mieć silne poczucie własnej wartości, wtedy nie będą się
                        obawiały postępować inaczej niż koledzy i nie będą się starały za wszelką cenę
                        "dorównać tym szpanującym",
                        4. to wszystko jest możliwe pod warunkiem posiadania pełnego wsparcia w
                        rodzicach, tzn. z dziećmi należy się przyjaźnić, rozmawiać z nimi szczerze i
                        otwarcie, i to na co dzień, i od zawsze, tak żeby dzieciątka wiedziały, że na
                        rodziców (przynajmniej jednego) zawsze można liczyć.
                        To powinno wystarczyć do tego, żeby puścić dziecko, nawet córkę, bez obawy na
                        imprezę, chociaż niekoniecznie w wieku 13-14 lat. No i nauczyć pić w domu, jeśli
                        zacznie wykazywać zainteresowanie, co prędzej czy później każdemu się zdarza,
                        tzn. żeby dzieciątko znało swoje możliwości i wiedziało, że nie wolno mieszać ;)
                        • daria13 Re: W obronie dzieci 11.01.06, 11:19
                          Zgadzam się niemal ze wszystkim, co pisze Anetka z wyjątkiem kwestii poczucia
                          własnej odrębności i indywidualności. Do pewnego wieku dziecko, żeby nie wiem
                          jak uczone przez rodziców nie jest w stanie czerpać radości z tegoż poczucia.
                          Dzieci są niezwykle okrutne i taki oryginał w grupie zawsze jest piętnowany,
                          wyśmiewany. Obserwowałam to już w wielu filmach i w życiu codziennym. Nikt mi
                          nie wmówi, że akceptacja rodziców wystarczy dziecku i że takie dziecko, z
                          którego wyśmiewają się rówieśnicy jest szczęśliwe. A przecież w końcu chodzi
                          nam o to żeby nasze dzieci były mądre i wartościowe, ale też szczęśliwe. Wiem
                          też, że pewne traumy z dziciństwa zostaja nam na całe życie. Prosty przykład:
                          nie mam zdolności manualnych i kostiumy na bale przebierańców kupowałam w
                          sklepie i o ile mój mąż z natury oszczędny (żeby nie powiedzieć inaczej),
                          często ma mi za złe nadmierne wydatki, to te kostiumy tolerował, bo pamięta
                          katusze, jakie przeżywał w dzieciństwie, kiedy musiał występować w krepinowych
                          strojach wytwórstwa swojej mamy, które choć oryginalne, były w jego i
                          rówieśników obciachowe. Oczywiście możecie się oburzyć, że to oportunizm, że
                          dziecko trzeba od małego uczyć indywidualizmy, ale jakim kosztem? Jestem
                          przekonana, że do tego, żeby wyróżniać się z tłumu dziecko samo dojdzie w
                          odpowiednim czasie, małe dziecko zbyt wiele cierpień musi znieść, żeby być
                          oryginałem. Kuba ma w klasie takiego kolegę i obserwuję, jak ciężkie i smutne
                          życie ma to dziecko.
                          Myślę, że dzieci, u których rodzice budują silne poczucie własnej wartości są
                          narażone na duży stres w konfrontacji z otoczeniem, które nie zawsze uznaje
                          takiego osobnika za najlepszego."jak to, przecież mama mówiła, że jestem taki
                          super, a oni się ze mnie śmieją?". Pamiętam, kiedy Julka we wczesnym
                          dzieciństwie wpadała w dziką furię, jeśli nie udało jej się być najlepszą w
                          biegach czy w innych konkurencjach. Nauczyło mnie to konstruktywnego chwalenia,
                          chwalenia z umiarem.
                          Dla dziecka popularność w grupie rówieśniczej jest niezykle ważna i to że jest
                          kochane, chwalone, stymulowane w domu, nie zawsze mu wystarcza. Teraz, kiedy
                          Julka jest już duża (nawet bardzo:)widzę, że umie dokonać wyboru, na kim jej
                          zależy między resztą klasy, która należy właśnie do tej grupy "szpanujących",
                          dużo o tym rozmawiamy i wiem, że nawet jeśli znajdzie się na jakieś imprezie
                          wsód takich osób zachowa rozsądek, ale nie jest łatwo nauczyć dziecko tego
                          właśnie rozsądku.Powtórzę się: akceptacja w grupie - nie możemy o tym zapominać
                          i tego lekceważyć.
                          Nauczanie dzieci picia w domu jest w moim odczuciu bardzo kontrowersyjnym
                          tematem i chętnie posłuchałabym opinii innych mam, bo moja różni się nieco od
                          opinii Anetki;)
                          Pozdrawiam wciąż nieusatysfakcjonowana jasnością mojego przekazu:)
                          • aaneta Re: W obronie dzieci 11.01.06, 11:51
                            Jasność jest w porządku, meritum niekoniecznie ;)
                            Nie o to chodzi, żeby się inne dzieci wyśmiewały i żeby Twoje czy moje dziecko
                            potrafiło się tym nie przejmować, to rzeczywiście mało realne psychologicznie.
                            Chodzi o to, żeby się inne dzieci nie wyśmiewały w ogóle, żeby nie śmiały się
                            wyśmiewać ;) żeby po prostu przyjęły do wiadomości, że ktoś jest inny i koniec.
                            Nie wiem, jak to wytłumaczyć, teraz ja mam problemy z jasnością ;) Dzieci się
                            wyśmiewają tylko z tych innych, którzy są słabi, z sierot, łajz i tchórzy, a
                            jeżeli ktoś jest inny, ale ma silną osobowość, to nikt mu nie podskoczy.
                            • daria13 Re: W obronie dzieci 11.01.06, 12:20
                              Śmiem się z Tobą Anetko tym razem zdecydowanie nie zgadzać. Dzieci śmieją sie
                              nie tylko z sierot, łajz i tchórzy. Dzieci śmieją się z każdej odmienności. Z
                              tego, że chłopiec czyta dużo książek, że bawi się z dziewczynkami, że nosi
                              wyłącznie dresowe spodnie, nawet na uroczystości szkolne (nie jest biedny,
                              tylko tak jest mu wygodniej), że w wieku 10 lat zapuszcza włosy, a że ma
                              delikatne rysy, wygląda jak dziewczynka. Nawet matka rzeczonego chłopca doradza
                              mu ścięcie pukli, ale on kategorycznie odmawia, bo ma taka silną wolę.
                              I z pewnością wyrośnie z niego mądry, ciekawy człowiek, ale co się nacierpi to
                              się nacierpi.
                              O uczeniu dzieci picia w domu pisałam z przymrużeniem oka, bo przecież wszyscy
                              wiemy o co chodzi:)))
                              Pozdrawiam bardzo serdecznie:)
                              • stella25b Re: W obronie dzieci 11.01.06, 12:25
                                daria13 napisała:

                                > Śmiem się z Tobą Anetko tym razem zdecydowanie nie zgadzać. Dzieci śmieją sie
                                > nie tylko z sierot, łajz i tchórzy. Dzieci śmieją się z każdej odmienności. Z
                                > tego, że chłopiec czyta dużo książek, że bawi się z dziewczynkami, że nosi
                                > wyłącznie dresowe spodnie, nawet na uroczystości szkolne (nie jest biedny,
                                > tylko tak jest mu wygodniej), że w wieku 10 lat zapuszcza włosy, a że ma
                                > delikatne rysy, wygląda jak dziewczynka. Nawet matka rzeczonego chłopca
                                doradza
                                >
                                > mu ścięcie pukli, ale on kategorycznie odmawia, bo ma taka silną wolę.
                                > I z pewnością wyrośnie z niego mądry, ciekawy człowiek, ale co się nacierpi
                                to
                                > się nacierpi.

                                Mozliwe ze bedzie madrym czlowiekiem ale czy nie bedzie samotny? Jesli teraz ma
                                juz klopoty z rowiesnikami i beda sie one nadal poglebiac, to watpie zeby jako
                                dorosly czlowiek nie mial klopotow z zawieraniem znajomosci czy przyjazni.
                                • itek1 Re: W obronie dzieci 11.01.06, 12:37
                                  Wiesz, w szkole podstawowej mialem klopoty z rowiesnikami (ja vs. cala klasa),
                                  bo sie wyroznialem, nie tylko fryzura-nie chcialem na sile upodobniac sie do
                                  kolegow zatem mialem za swoje. W liceum trafilem na swoich. Tam juz nie mialem
                                  zadnych klopotow z rowiesnikami. Teraz nie mam klopotow z jakas samotnoscia.
                                  IMHO Aaneta teoretyzuje bez sensu, a Daria ma zdrowe podejscie.
                                  Tyle.
                                  P:)
                                  • stella25b Re: W obronie dzieci 11.01.06, 12:44
                                    W liceum trafiles na swoich- miales szczecie. A gdyby ta Twoja odmiennosc
                                    ciagnela sie do studiow, myslisz, ze nie mialbyc klopotow w stosunkach
                                    miedzyludzkich?
                                    • mamarcela Re: W obronie dzieci 11.01.06, 12:48
                                      uwaga krzyczę wniebogłosy!, bo własnym oczom nie wierzę
                                      TO CO MAJĄ CI Z WYBORU CZY Z PRZYPADKU INNI ZROBIĆ - UPODOBNIĆ SIĘ NA SIŁĘ, CZY
                                      POCHLASTAĆ!
                                      EUGENIKĄ JEDZIE!
                                      juz więcej sie nie odezwę w tym temacie, bo mnie szlag trafi
                                      • daria13 Re: W obronie dzieci 11.01.06, 13:45
                                        Mówiłam, że nie umiem jasno sprecyzować swoich przemyślen i stąd takie kwiatki.
                                        Nie twierdzę, że rodzice powinni zabijać w dziecku do pewnego momentu
                                        indywidualizm, ale że nie muszą go podsycać przedwcześnie.. Było to w opozycji
                                        do wypowiedzi o tym, że jeśli wychowamy dzieci w poczuciu własnej warości, to
                                        będą one mądre, wartościowe i szczęśliwe, tudzież odporne na wszelkie
                                        przeciwności losu. Wszystko to ładnie, pięknie, ale też z wyczuciem. Dziecko
                                        rzadko z urodzenia jest oryginałem, uczmy je własnego zdania, ale jednocześnie
                                        uczmy je umiejętności współżycia w grupie i konieczności dostosowywanie się do
                                        niektórych sytuacji, nie upododobniania się, ale identyfikowania jednak w
                                        jakimś sensie z grupą, solidarności, sama już nie wiem jak to nazwać.
                                        Podkreślam: mówię o dzieciach w wieku pdostawówkowym, czyli na dzien dzisiejszy
                                        do 12 lat. Moje wypowiedzi są też wynikiem moich rozmów z dziećmi, które
                                        opowiadają mi o stosunkach panujących w szkołach, ja sobie tego wszystkiego nie
                                        wymyśliłam, nie zaplanowałam, a często w wychowywaniu dzieci kieruję się tym,
                                        żeby nie robić im tego, co mi robiła nieraz mama, unikać takich sytuacji, które
                                        mnie bolały w dzieciństwie. Ja jeszcze swietnie pamiętam swoje dzieciństwo,
                                        powiem więcej, bywam bardzo dziecinna, dlatego myślę, że dobrze rozumiem swoje
                                        dzieci. Piękne ideały wychowywania dzieci i traktowania ich od początku jak
                                        dorosłych i jak partnerów są piekne, ale czasami nie odpowiadają samym
                                        zaintersowanym, czyli dzieciom. CZASAMI.
                                        Powiem jeszcze raz: wychowujemy nasze dzieci w zasadzie podobnie, różnice są
                                        marginalne, a i efekty mamy wszyskie niezywkle dobre, jak zdażyłam zauważyć:))
                                        Mamarcelo: take it easy.
                                        P:)
                                        • aaneta Re: W obronie dzieci 11.01.06, 14:22
                                          Każdy człowiek z urodzenia jest oryginałem, przestaje być kiedy go rodzice i
                                          szkoła wtłoczą w ramki, przy okazji oczywiście obcinając to, co wystaje :(
                                          • daria13 Re: W obronie dzieci 11.01.06, 15:07
                                            Hmmmmmmmmmmm, ale mnie teraz zazyłaś. Muszę to bardzo wnikliwie przemyśleć.
                                            P:)
                                      • stella25b Re: W obronie dzieci 12.01.06, 09:34
                                        Pochlastac!!!!
                                        Wszystkich odmiencow, indywidualistow i innych wykluczyc ze spoleczenstwa!
                                        Ordnung muss sein!

                                        Nie, no nie o to chodzi. Nie jestem za zabijaniem indywidualizu u dziecka ale
                                        uwazam, ze powinno umiec dostosowac sie do zycia w grupie.
                                  • aaneta Re: W obronie dzieci 11.01.06, 13:04
                                    itek1 napisał:

                                    > IMHO Aaneta teoretyzuje bez sensu, a Daria ma zdrowe podejscie.

                                    Ani bez sensu, ani teoretyzuję, przerobiłam to z własnymi chłopakami, jeden ma
                                    teraz 20 lat, drugi 17, to chyba coś wiem na ten temat, i to praktycznie, nie
                                    sądzisz?
                                  • daria13 Re: W obronie dzieci 11.01.06, 13:05
                                    Ja też bym nie demonizowała z tą samotności w życiu dorosłym, bo takie
                                    przejścia często hartują na przyszłość, a poza tym tego typu cechy w szkole
                                    podstawowej utrudniają zycie, ale juz później, jeśli jeszcze trafi sie na
                                    odpowiednie osobniki (jak to było w przypadku Itka)potrafią przyspożyć
                                    popularności. Jestem ciekawa jak to było u Braina, który był i nadal jest
                                    mistrzem indywidualizmu:)I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie było okupione
                                    wieloma cierpieniami, na które małe dziecko jest mało odporne. Ideałem jest
                                    dorastanie do oryginalnośći stopniowe i w odpowiednim czasie, co myślę i tak
                                    większości z nas się udało, w przypadku naszych dzieciaków:)
                                    Wracając do picia przez dzieci w domu, to może dlatego, że u nas nie jest i
                                    narazie nie bedzie praktykowane, wzbudziło w Julce mocne zdziwienie. W jej
                                    opinii, jeśli rodzice pozwalają dziecku pić w domu (mówimy o 15-latkach), to
                                    dają im jakby ogólne przyzwolenie na picie i pozbawiają dzieci jakichkolwiek
                                    hamulców. Nie mówimy tu o możliwości wzięcia łyka od rodzica jakiegoś
                                    nietypowego alkoholu, typu likier, nalewka czy tym podobne. Taka jest opinia
                                    mojego niemal 15-letniego dziecka i nie mam zamiaru tej opinii zmieniać:)
                                    Na marginesie, mówiąc o spodniach dresowych u 10-latka nie miałam na myśli
                                    tego, że nie chodzi w ciuchach markowych, tylko, że rówieśników razi noszenie
                                    tego typu spodni na każdą okazję, nawet na akademie, czy bale szkolne. Presji
                                    ubrań markowych nie chcielibyśmy się pddawać, co nie znaczy, że na przykład w
                                    przypadku butów sie nie poddajemy, ale przemawiają za tym względy praktyczne,
                                    bo takie Kangury na przykład są nie do zdarcia:)
                                    P:)
                              • mamarcela Re: W obronie dzieci 11.01.06, 12:32
                                Jako toksyczna matka miałam się już nie wypowiadać, ale w tym konkretnym
                                przypadku, Dario, z tego, co piszesz wynika, że to śmianie spływa po tym
                                chłopcu jak nie przymierzając woda po kaczce. Bo skoro nie chce się zmienić to
                                jest to problem innych dzieci, a nie jego.
                                Ten chłopiec chyba ma to śmianie głęboko gdzieś.
                                A że dzieci potrafią się śmiać ze wszystkiego to prawda (mam ostatnio ten
                                problem w domu) i nie pomoże zmiana spodni dresowych na najmodniejsze z
                                croptownu. Z tym trzeba sobie poradzić wewnątrz siebie. Po prostu przestać się
                                tym przejmować, bo zawsze znajdą jakieś coś z czego się można śmiać.
                                P:)
                          • aaneta Re: W obronie dzieci 11.01.06, 12:09
                            A co do picia to oczywiście trochę żartowałam z tym "nauczaniem" w domu, ale
                            idea jest taka, żeby nie był to owoc całkowicie zakazany, bo wtedy po pierwsze
                            bardziej kusi, a poza tym po to właśnie dzieciaki imprezują, żeby się wyrwać
                            spod kontroli i żeby robić to, czego w domu im nie wolno, a jeśli w domu wolno,
                            to po co imprezować, i wtedy masz spokój ;)
                            • stella25b Re: W obronie dzieci 11.01.06, 12:19
                              aaneta napisała:

                              > A co do picia to oczywiście trochę żartowałam z tym "nauczaniem" w domu, ale
                              > idea jest taka, żeby nie był to owoc całkowicie zakazany, bo wtedy po pierwsze
                              > bardziej kusi, a poza tym po to właśnie dzieciaki imprezują, żeby się wyrwać
                              > spod kontroli i żeby robić to, czego w domu im nie wolno, a jeśli w domu
                              wolno,
                              > to po co imprezować, i wtedy masz spokój ;)


                              Ale z paleniem to jednak byloby przegiecie, zwlaszcza u 13-14 latkow.
                              • aaneta małe doprecyzowanie 11.01.06, 13:08
                                Żebyśmy się dobrze zrozumieli.
                                Mam na myśli wiek 15-16 lat, nie wcześniej, i mówię o piciu, nie o paleniu. Co
                                do palenia nie mam zdania ani doświadczeń, bo moich dzieciątek nigdy nie
                                ciągnęło, wręcz przeciwnie.
                          • beatanu o chwaleniu dzieci 11.01.06, 15:37
                            daria13 napisała:
                            > Nauczyło mnie to konstruktywnego chwalenia, chwalenia z umiarem.

                            A ja chwalę bez umiaru, uważam, że pozytywnej informacji zwrotnej (czy tak po
                            polsku nazywa się feed back?) nigdy nie za wiele.

                            A że dziecię prędzej czy później zorientuje się, że nie jest takie "super" jak
                            sądzi jego mamusia i ewentualnie samo dziecię również? Ot,kolejne doświadczenie
                            życiowe. O nieskonałości ludzkiej i godzeniu się z nią (ale to nie znaczy, że
                            należy poddawać się bez walki!) O rozbieżności poglądów ludzkich. O względności
                            osądów zachowania i wyglądu. Mnie imponuje fakt, że na lekcjach nie boisz się
                            poruszać "niewygodnych" tematów. Ale Tomkowi może to cholernie przeszkadza. JA
                            uważam, że w tej fryzurze ci do twarzy. Ale to nie znaczy, że Kasia też ma to
                            samo zdanie. Najważniejsze - co TY sądzisz.

                            Itd, itp

                            Pozdrawiam serdecznie!
                            • daria13 Re: o chwaleniu dzieci 11.01.06, 16:13
                              Ale ja też dzieci chwalę bardzo często i najlepsze jest to, że one na to w
                              pelni zasługują.Ale odkąd zaobserwowałam ataki niepohamowanej frustracji u
                              małej jeszcze wtedy Juleczki w momentach niepowodzeń, uznalam (co potwierdził
                              zresztą dobry psycholog), że chwalenie tak, ale jak wszystko zresztą w życiu
                              nie do granic absurdu.
                              Generalnie z wszystkich naszych wypowiedzi wynika, że bardzo podobnie
                              wychowujemy dzieci i one odpłacaja nam tym co najlepsze, ja jedynie może
                              zakreślam moim nieco węższe granice (nieco, to ważne). Chłopiec, który jest
                              wyśmiewany w klasie Kuby, ten od spodni dresowych, był wychowywany (mieszka
                              bardzo blisko nas) zdecydowanie bezstresowo, wolno mu było na przykład
                              wydzierać się na całe osiedle, były to dżwięki naprawdę nie do zniesienia,
                              praktykowane przez niego właściwie do niedawna. Wiem, że dzieci sa żywe i
                              halaśliwe, ale są granice wytrzymałości ludzkiej i sąsiedzkiej. Nie umiem Wam
                              tego opisać, ale to było naprawdę straszne i nagminne. Moje dzieci też
                              krzyczały, ale nie tak głośno i notorycznie, jak tamten. Ewidentnie żadne z
                              rodziców nie uznało za stosowne powiedzieć mu, że może komuś to jednak
                              przeszkadza w takim natężeniu.
                              Dlaczego nauka współżycia w społeczeństwie, w grupie, musi byc utożsamiana z
                              podcinaniem skrzydeł dzieciom, z przycinaniem im czegokolwiek? Czy nie uczymy
                              dzieci, że żeby mogły zjeżdżać ze zjeżdżalni na placu zabaw, muszą poczekać na
                              swoja kolei?
                              Pozdrawiam nieustająco:)
                              • dr.krisk Wspieram w całej rozciągłości! 11.01.06, 16:26
                                daria13 napisała:

                                > Dlaczego nauka współżycia w społeczeństwie, w grupie, musi byc utożsamiana z
                                > podcinaniem skrzydeł dzieciom, z przycinaniem im czegokolwiek?
                                Ano właśnie....
                                W calej rozciągłości popieram. Sądzę, że jest to wygodnictwo rodziców - zamiast
                                okiełznywać takiego ryczącego potwora wolą mamrotać do siebie "te dzieci...", i
                                dalej oglądać perypetie serialowe.
                              • aaneta o współżyciu grupowym ;) 11.01.06, 16:31
                                Dłuższy temat, a ja zaraz muszę wyjść z roboty, więc tylko jedna myśl, która mi
                                wcześniej uciekła.
                                Do poprawnego współżycia z grupą, nawet rówieśniczą, i to nawet w przypadku
                                dzieci, nie jest konieczne zachowywanie się dokładnie tak jak wszyscy,
                                niewyróżnianie się. To naprawdę nie o to chodzi, a coś takiego wcześniej, Dario,
                                napisałaś, dlatego chcę popolemizować, ale rozwinę temat później. Pozdrawiam :)
                        • beatanu teoria Anety 11.01.06, 15:23
                          Zgadzam się z teorią Anety jak najbardziej. I tak chyba od początku nasze Zaby
                          chowaliśmy. Z szacunkiem, wspierając rozwój zainteresowań, nie burząc poczucia
                          własnej wartości, podkreślając wagę asertywności. Tyle, że to wszystko raczej
                          na żywioł, intuicyjnie... Jakieś podstawowe ramy - tak, ale szczegóły już
                          nieustannie weryfikowane przez okoliczności i rozwój wypadków. I pewnie można
                          zarzucić mi brak konsekwencji ( w porywach, bo w głównych założeniach raczej
                          nie;) ale czy istnieje na świecie rodzic, któremu udało się przeprowadzić swoje
                          wychowawcze idee ze stuprocentową konsekwencją?

                          > To powinno wystarczyć do tego, żeby puścić dziecko, nawet córkę, bez obawy na
                          > imprezę, chociaż niekoniecznie w wieku 13-14 lat. No i nauczyć pić w domu,
                          jeśl
                          > i
                          > zacznie wykazywać zainteresowanie, co prędzej czy później każdemu się zdarza,
                          > tzn. żeby dzieciątko znało swoje możliwości i wiedziało, że nie wolno
                          mieszać ;

                          A ja nie wiem, czy to wystarczy, żeby bez obawy itd. Obawy zawsze pozostaną, bo
                          czasami czysty przypadek sprawi, że dziecię znajdzie się w niewłaściwym czasie
                          na niewłaściwym miejscu... Ale z takim lękiem o latorośle musimy nauczyć się
                          żyć. To bonus dla rodzicieli:)

                          Starsza córka pojechała na pierwszy festiwal rockowy jako (prawie)
                          szesnastolatka. Na drugi kraniec kraju, na trzy dni. Pod namiot, z koleżanką.
                          Odwiozła ich mama koleżanki, która to mama pracowała jako woluntariuszka na
                          terenie miasteczka festiwalowego. Miała "zakaz" zbliżania się do dziewczyn,
                          chciały być samodzielne we wszystkim. Swiadomość, że niedaleko jest ktoś
                          dorosły, kto może pomóc, interweniować w razie potrzeby pozwalała mi spać
                          spokojnie. Dziewczyny bawiły się świetnie , bez alkoholu i narkotyków. Wróciły
                          całe i zdrowe, pełne wrażeń i... wydoroślałe. Bo dano im szansę. Na drugi rok
                          moja córka pojechała sama (w ostatniej chwili wycofała się jej koleżanka) na
                          największy szwedzki festiwal rokowy w Hultsfred. Mieliśmy wątpliwości, czy
                          pozwolić jej na tę podróż. Gdy okazało się, że w wesołym autobusie na południe
                          kraju pojedzie w towarzystie kolegów i koleżanek ze szkoły (nam nieznanych) i
                          że będą namiotować w grupie - daliśmy zielone światło. Teraz już nie spałam tak
                          spokojnie, ale obdarzona zaufaniem córka znów bawiła się doskonale... Przed
                          wyjazdem - jednym i drugim, i w innych sytuacjach rozmawiałyśmy o alkoholu
                          (dziewczyny mogą w domu próbować, ale łyczek im wystarcza, więcej nie chcą),
                          skutkach przygodnego seksu, o prezerwatywach i jointach...

                          No nie wiem, może mam wyjątkowe szczęście, może jeszcze kiedyś to budowane
                          latami wzajemne zaufanie szlag trafi, ale na razie wszystko jest OK i powtórzę
                          jeszcze raz - jestem dumna z dziewczyn!
                          • aaneta Re: teoria Anety 11.01.06, 16:24
                            No dobra, uprościłam z tym "bez obawy". Oczywiście, że tak zupełnie spokojnym
                            nigdy się nie jest, zawsze może coś się wydarzyć, zarówno z powodu okoliczności
                            niezależnych od naszych dzieci, jak i dlatego, że nawet najrosądniejsze
                            dzieciątko może zgłupieć. Całkiem niedawno temu nie mogłam usnąć, kiedy moje
                            stare konie wyjątkowo długo nie wracały z jakiegoś koncertu. Ale to jest co
                            innego niż przekonanie, że jak tylko dziecko wyrwie się z domu, to zaraz
                            narozrabia, i dlatego z założenia nie należy mu pozwalać na żadne imprezy. To
                            nazwałam obawą, której można nie mieć, jeśli ma się zaufanie do dziecka i jeśli
                            dziecko zostało odpowiednio wychowane.

                            A moja teoria też została sformułowana po fakcie właściwie, a przynajmniej "na
                            polu walki", cała wychowanie moich dzieciątek to wielka improwizacja, choć
                            oparta na intuicji, empatii i racjonalnym myśleniu, nawet jeśli te pojęcia na
                            pierwszy rzut oka mogą się wzajemnie wykluczać :)
                    • dr.krisk Ja wiedziałem, że mi się upiecze. 11.01.06, 00:07
                      mamarcela napisała:

                      > Doktorze najmilszy, prawda jak zwykle leży gdzieś pośrodku.
                      Jak zwykle pośrodku. Ale naprawdę zastanawiam się, dlaczego jednym progenitura
                      się "udaje" (cokolwiek to by miało znaczyć), zaś inni mają po prostu w domu
                      nastoletnich sublokatorów. Czy zawsze to wpływ wychowania? Chyba nie tylko.
                      Może geny przodków, może proste różnice w stopniu rozwoju szarej masy mózgowej?
                      Nie wiem - ale żal mi owych znajomych, którzy między innymi bryknęli z Polski
                      aby dzieckom właściwy rozwój zapewnić: fakt, rosłe i wypasione bysie
                      wyhodowali, ale głupie niemiłosiernie. Gadżeciarze prymitywni im porośli, co
                      dresy w roli garnituru noszą, i to koniecznie markowe!!!
                      • broch Re: Ja wiedziałem, że mi się upiecze. 11.01.06, 20:28
                        " Ale naprawdę zastanawiam się, dlaczego jednym progenitura się "udaje"
                        (cokolwiek to by miało znaczyć), zaś inni mają po prostu w domu nastoletnich
                        sublokatorów. "

                        Odpowiedz pewnie prosta :))) :
                        geny (tylko aby sie komus (rodzicowi) nie wydawalo ze jego geny :) ) +
                        srodowisko + kupa szczescia.

                        Czasem sie rodzice bardzo staraja i nic z tego. Czasem nic nie robia a tu unikat
                        na skale swiatowa.
                • beatanu Zapowiada się ciekawa dyskusja 10.01.06, 17:40
                  a ja nie mam teraz możliwości uczestniczenia w takowej:(
                  Może w czasie dzisiejszego nocnego dyżuru będę miała możliwość wrzucić swoje
                  trzy grosze. Pozdrawiam na razie dzieciatych i niedziaciatych a sprawą
                  wychowania nowych pokoleń zainteresowanych! O dwujęzyczności mogę długo, ale
                  postaram się ograniczyć;)
                  B
                  • beatanu Re: Zapowiada się ciekawa dyskusja 11.01.06, 04:54
                    A nocny dyzur jest na tyle intensywny, ze nie mam czasu ( a teraz i sily) sie
                    skupic i pewnie nic madrego (?) juz nie dodam.

                    Ale produkt koncowy - czyli nasze dzieci w postaci doroslych osobników to
                    wypadkowa tak wielu czynników, ze nie wiem, czy potrafie je zliczyc... Wzorce
                    przekazane przez rodziców - na pewno, i zawsze, i chyba na pierwszym miejscu
                    (pisze chyba, bo nie jestem do konca przekonana). Ale przeciez i jakies tam
                    geny i sytuacja geograficzno-spoleczna, i finansowa, rodzina przez duze i male
                    R, wplyw szkoly-podwórka-mediów i ... czysty przypadek. W zasadzie, to cud, ze
                    wokól nas tak duzo ludzi dobrej woli... Bo przeciez szalenie latwo skrecic z
                    tej w miare prostej i prawej drogi, która usilnie staramy sie naszym dzieciom
                    pokazac...

                    Beata znów uderzajaca w powazny ton. Pora konczyc, wstydu oszczedzic:)
                    • stella25b Re: Zapowiada się ciekawa dyskusja 11.01.06, 11:26
                      beatanu napisała:

                      >Bo przeciez szalenie latwo skrecic z
                      > tej w miare prostej i prawej drogi, która usilnie staramy sie naszym dzieciom
                      > pokazac...
                      >

                      Wlasnie. Dlatego tez uwazam, ze nalezy sie interesowac tym co robi dziecko,
                      oczywiscie nie do przesady ale trzymac reke na pulsie. Niekiedy prostowanie
                      bledow dziecka jest juz niemozliwe, zwlaszcza jak pozostawia glebokie slady w
                      psychice.
                      • broch Re: Zapowiada się ciekawa dyskusja 11.01.06, 18:29
                        zawsze podkreslam ze czas na wlasne decyzje. Gdy Aska czasem patrzy wyczekujaco
                        czy sie rodzice zgadzaja, nieco mnie to zlosci (na szczescie zdarza sie to
                        bardzo rzadko :) )
                        Tlumacze rowniez ze za decyzje trzeba byc odpowiedzialnym.
                        W sumie mysle ze jak na 15 lat Aska jest bardzo niezalezna (czego powoli zaczyna
                        zalowac: jeszcze cztery lata i wyjdzie z domu).

                        Mysle ze rodzice maja wplyw przez swoje zachowanie bardziej, niz przez
                        "tlumaczenie" (trzeba wiece byc czasem dosc ostroznym co sie robi). Chyba juz w
                        podstawowce ustala sie balans wplywow: 50% rodzice 40% szkola/znajomi 10% inne
                        (czasem nieoczekiwane).

                        Moje zainteresowanie tym, czym interesuje sie Aska polega na tym, ze pokazuje
                        Jej mozliwosci: chodzimy do muzeow, filharmonii, teatru. Absolutnie nie
                        "podsuwam" corce Cezanne'a czy Marqueza lub Milesa/Cage'a. Po prostu sam pewne
                        rzeczy robie. W efekcie Aska czasem "wpada" z ksiazka w reku i pyta sie czy da
                        rade, lub bierze cos do czytania z polki. Czyta wiec swoje mlodziezowe
                        narnie/pottery przeplatajac to Dublinczykami czy Tradem lub Pania Dolloway.
                        Zdecydowanie nie lubi opery, Cage'a czy free jazz ale sama slucha Czajkowskiego,
                        Kind of blue czy Voodoo Chile mieszajac to z Cold play (jaj! strach:) ) i cala
                        swoja muzyka.
                        Mysle ze to dobrze, za pare lat wszystko sie ustali, mam nadzieje ze w wyborach
                        bedzie oryginalna.

                        W teoretyczna wiedze o dzieciach nie wierze (tzn ksiazki i porady) zawsze
                        wychodzi co innego. Mam nadzieje tyklo ze Aska moje bledy mi wybadzy i doceni
                        rzeczy dobre :)))
                        • daria13 Re: Zapowiada się ciekawa dyskusja 11.01.06, 19:48
                          Bardzo mi się podoba to, co piszesz Brochu. Chcę się trochę wytłumaczyć z
                          tego "podsuwania". Ja teraz Julce też już nie "podsuwam", tylko ona wyszarpuje
                          mi książki, które ja czytam z wypiekami i potem jej o nich opowiadam, ale był
                          czas, gdy była dużo młodsza, że musiałam jej coś sugerować, pomagać jej
                          wybierać niektóre lektury, oczywiście nie na siłę, ale ona wiedząc, jak wiele
                          czytałam i czytam, sama przychodziła do mnie po radę.
                          Generalnie moje opinie wychowawcze dotyczą dzieci młodszych, tych w wieku do 12
                          lat, potrzebujących jeszcze naszego autorytetu i pokierowania. Oczywiście, że
                          ideałem jest wychowywać je na własnych dobrych przykładach, ale są dziedziny,
                          których już zwyczajnie nie uprawiamy, więc niektóre rzeczy musimy im
                          wytłumaczyć, między innymi to, jak postępować, żeby nie ranić innych i żeby
                          wspólpraca w grupie przebiegała prawidłowo. Nie chodzi przecież o urawniłowkę
                          totalną, wierzcie mi.
                          Ze wszystkich wypowiedzi wynika, że nasze nastoletnie dzieci (znaczy te nieco
                          starsze) mają się świetnie, są mądre, rozsądne i chyba raczej zadowolone z
                          życia, czyli nasze wysiłki nie idą jak do tej pory na marne i możemu z nich być
                          dumni, a o to wszak chodzi. To, że dochodzimy do tych efektów odrobinę inaczej
                          nie jest chyba tak bardzo istotne.
                          Na marginiesie dodam, że po przyjściu z pracy rozmawiałam o tym wszystkim z
                          Julką, mam nadzieję, że szczerze z obu stron i na pytanie, czy chciałaby więcej
                          luzu w wychowaniu odpowiedziała, że nie. Ja naprawdę słucham uważnie swoje
                          dzieci, ich opowieści o rówieśnikach, relacje innych matek, i kieruję się w
                          głównej mierze tym, co one chcą i jak widzą rolę dobrej matki. Wierzcie mi.
                          P:)
                          • aaneta luz i wychowanie bezstresowe? 11.01.06, 21:11
                            Zupełnie nie rozumiem, co te pojęcia mają wspólnego z naszą dyskusją, a
                            przynajmniej z naszymi doświadczeniami. Nie o to chodzi, naprawdę. Nawet ja nie
                            wychowuję swoich dzieci bezstresowo ani na luzie, jeżeli w ogóle dobrze rozumiem
                            te pojęcia, tzn. że bez żadnych ograniczeń i że mogą robić, co im się tylko
                            podoba. Przeciwnie, granice mają ustalone bardzo wyraźnie, choć niekoniecznie w
                            tych samych miejscach, co w przypadku Twoich dzieci, Dario, co widać choćby po
                            tym, że Twoje dzieci są grzeczne, a moje nie, ale nie oznacza to, że są
                            rozwydrzone czy rozpuszczone tak jak ten dzieciak z Twojego sąsiedztwa, tylko po
                            prostu nie spełniają pewnych norm. Nie oceniam, czy to dobrze, czy źle, czy
                            Twoje podejście jest lepsze, czy moje. Wyjdzie w praniu, to znaczy w tym, jak
                            sobie będą nasze dzieciątka radziły w dorosłym życiu, bo o to przede wszystkim
                            chodzi. Niewykluczone, że Twoje dzieci będą miały łatwiej, jako te lepiej
                            dostosowane do norm społecznych. Moim pewnie będzie trudniej, bo będą zbuntowane
                            tak jak ja, ale może będą miały większą satysfakcję z życia, a może nie, może
                            będą bardziej wolne, a może będą cierpiały z tego powodu. Dowcip polega na tym,
                            że ani Ty nie umiałabyś wychować swoich dzieci inaczej, ani ja.

                            Pozostaje kwestia wtłaczania do formy i obcinania przy tym tego, co wystaje. To
                            nie jest równoznaczne z podcinaniem skrzydeł, ale może mieć taki skutek. Tylko
                            proszę, nie bierz tego do siebie, to takie moje ogólne wymądrzanie się. Chodzi
                            mi o to, że w procesie tzw. socjalizacji nie pozwala się ludziom być sobą,
                            samodzielnie myśleć, mieć własne zdanie. Że nie dopuszcza się odmiennych od
                            powszechnie obowiązujących norm zachowań, niekoniecznie przecież szkodliwych,
                            więc dlaczego właściwie. I to nie jest tylko mój pogląd, pisał o tym kiedyś
                            Braineater, spróbuję znaleźć za chwilę. W ten sposób wyrządza się dzieciom
                            krzywdę. A poza tym, Dario, powiem Ci szczerze, że jak widzę taki tekst, jak
                            Twój: "i żeby wspólpraca w grupie przebiegała prawidłowo", to mi się scyzoryk w
                            kieszeni otwiera, jakem góralka świętokrzyska. Nie każdy musi umieć
                            współpracować z grupą, a przynajmniej nie w każdej sytuacji. Bez tych, którzy
                            nie umieli współpracować z grupą, dalej mieszkalibyśmy w jaskiniach. Albo w
                            ogóle by nas nie było.
                            • mamarcela Re: luz i wychowanie bezstresowe? 11.01.06, 21:14
                              Lomatko dlaczego twierdzisz, że Twoje dzieci nie są grzeczne< Aneto? Ja je
                              poznałam i mam protiwpołożne zdanie.
                              • aaneta Re: luz i wychowanie bezstresowe? 11.01.06, 21:17
                                Po pierwsze znalazłam genialną wypowiedź Braina sprzed paru miesięcy i wyszło na
                                to, że go splagiatowałam:
                                forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=28749&w=26762231&a=27158171
                                Po drugie: przecież napisałam, dlaczego nie są grzeczne, przynajmniej tak mi się
                                wydaje, że napisałam, zaraz sprawdzę.
                                • aaneta Re: luz i wychowanie bezstresowe? 11.01.06, 21:19
                                  Napisałam.
                                  A w linku patrz punkt 3)
                                  • mamarcela Re: luz i wychowanie bezstresowe? 11.01.06, 21:26
                                    Wszystko rozumiem, ale co to znaczy grzeczny wwypadku takich starych koni.
                                    Przecież nie biją staruszek, nie plują na niemowlęta w wózkach, nie sikaja na
                                    klatkach schodowych? Że są zbuntowani, mają własne zdanie i pyskują - świetnie.
                                    Kiedy mają to robić?
                                    Wychowanie to nie tresura.
                                    • aaneta Re: luz i wychowanie bezstresowe? 11.01.06, 21:51
                                      Mogę powiedzieć, co to znaczy niegrzeczni: nie dzwonią z życzeniami imieninowymi
                                      do tatusia i dziadków, nie chodzą do kościoła, Cezar nie był na studniówce
                                      (godzinę musiałam tłumaczyć jego wybobabczyni, że miał do tego prawo, chociaż
                                      nie wiem dlaczego musiałam tłumaczyć, skoro był już wtedy pełnoletni), Młody nie
                                      był na obozie integracyjnym (chociaż wszyscy uważają, że jak ktoś nie pojedzie
                                      na taki obóz na początku liceum, to będzie miał później przechlapane w szkole)
                                      ani na żadnej szkolnej wycieczce, nie idzie też jutro z klasą do kina na
                                      "Opowieści z Narni", i tak dalej...
                                      • daria13 Re: luz i wychowanie bezstresowe? 11.01.06, 22:00
                                        Aneto, nie podejrzewałam Cię o taką kokieterię:)))
                                        P:)
                                        • aaneta Re: luz i wychowanie bezstresowe? 11.01.06, 23:14
                                          Nobody's perfect.

                                          Właśnie boli mnie brzuch, przepona i w ogóle wszystko, bo przed chwilą z Cezarem
                                          obejrzeliśmy w naszym ulubionym filmie scenę z dialogiem następującym:
                                          - Eee, ty, zobacz, coś z tą kroplówką jest nie w porządku...
                                          - Eee, co ma być nie w porządku?
                                          - No nie kapie...
                                          - No co ty, w przerwach między kapaniem nie kapie...
                            • daria13 Re: luz i wychowanie bezstresowe? 11.01.06, 21:45
                              Po pierwsze protestuję stanowczo przeciwko nazywaniu Twoich Anetko dzieci
                              niegrzecznymi, stanowczo! Dowodem na to, że wychowałaś swoje dzieci doskonale
                              jest to, że robiłaś to bez wsparcia, a do pewnego momentu, nawet Ci
                              przeszkadzano, po drugie mogłaś zostawić dorastających chłopaków całkiem
                              samodzielnie, pracując we Wrocławiu, a jakoś się nie stoczyli, wręcz
                              przeciwnie. Wniosek prosty: najważniejsze są efekty i metody musiały być
                              naprawdę bardzo dobre:)
                              Cieszę się, że nazwałaś dziecko z sąsiedztwa rozwydrzonym i rozpuszczonym
                              bachorem, bo tak właśnie było do pewnego momentu i czasami właśnie takie efekty
                              przynosi wychowywanie dziecka,kiedy w żaden sposób nie ogranicza mu się
                              wolności. I tego właśnie chciałam uniknąć.
                              Ostatnią rzeczą, jaką bym chciała dla moich dzieci, byłoby wtłoczenie ich do
                              formy, zabranianie im samodzielnego myślenia i posiadania własnego zdania.
                              Chyba mnie już na tyle znasz i proszę nie chwytaj mnie za słówka, czy
                              stwierdzenia, na temat współpracy w grupie, bo mi chodziło o to nauczenie
                              dziecka stania w kolejce do zjeżdżalni, a nie o to, żeby rysowało obrazki tak
                              jak inne dzieci, czy niebo koniecznie na niebiesko (nie gniewam się za to
                              chwytanie za słówka:). A co do postępu, to chyba jednak praca grupowa, też jest
                              niezwykle ważna. Noble w dziedzinach ścisłych są często przyznawana dwóm
                              naukowcom, a czasami chyba niewielkim zespołom, ale może się mylę. Wiem też, że
                              epokowych odkryć dokonywały jednostki genialne i często nieprzystosowane:)
                              Złoty środek, ot co. A cała powyższa dyskusja dowodzi jak niewyobrażalnie
                              trudną sztuką jest wychowanie dzieci:)
                              Pozdrawiam najserdeczniej:)
                              PS.
                              Czytając ponownie fragmenty tego wątku zauważyłam, że się okropnie powtarzam,
                              ale tak bardzo zależało mi na tym, żeby wszyscy mnie dobrze zrozumieli, że
                              pewne rzeczy powtarzałam bez sensu, do upojenia, za co przepraszam.
                              • mamarcela Re: luz i wychowanie bezstresowe - anegdotycznie 12.01.06, 10:29
                                Wiele współczesnych matek, podobnie jak Daria, zyje w przekonaniu, że na dzieci
                                wychowywane tu i teraz czyhają jakieś niesamowite niebezpieczeństwa (nie mówią
                                tu o przestępczości, terroryzmie i takich tam) i stara sie te dzieci z całych
                                sił swoich przed tymi niebezpieczeństwami ochronić.
                                Ale często to jest tak, że nie pamięta wół...

                                Tuż przed siedemnastymi urodzinami mojej jedynej córce zebrało sie na
                                inwigilację mamusi. Przerwała mi więc miłe wieczorne forumowanie i zadała
                                szereg pytań: kiedy pierwszy papieros, pierwszy łyk alkoholu, pierwszy
                                pocałunek, pierwszy facet, pierwszy joint itd. ?
                                Ponieważ ja jako matka toksyczna jestem za otwartościa pomiędzy rodzicami i ich
                                mocno dorastającymi dziećmi (sama wychowana w dużym zakłamaniu za strony matki
                                swojej)odpowiadałam zgodnie z prawdą choć oczywiście bez szczegółów, których
                                się zresztą dziecię moje nie domagało, i w niektórych przypadkach z komentarzem
                                mocno zniechęcającym.
                                Dziecko bladło, czerwieniało, bladło, czerwieniało... Potem zamilkło na dłuższą
                                chwilę. "Jezu, to z ciebie był niezły numer, mamo." - wyjąkało w koncu. "To ja
                                jakaś uwsteczniona jestem." - brzmiała druga konkluzja.
                                "A babcia ci na to pozwalała?" - zabrzmiało pytanie, które spowodowało, że
                                żaba, którą miałam w gardle zaczęła obrastać kolcami.
                                Babcia - moja jedyna matka - pedagog, nauczyciel, wykładowca, natchniona
                                rodzicielka przekonana o swoim posłanictwie macierzyńskim, o swojej misji
                                niesienia prawd o wychowaniu i nauczaniu, o swojej wyjątkowości i nieomylności,
                                matka kontrolująca, pouczająca, kastrująca, świecąca dobrym przykładem i
                                pokazująca dobre wzorce. Której ja jedyna córka musiałam być the best of, więc
                                dla świętego spokoju w okresie młodzieńczym byłam (co zresztą przypłaciłam
                                paroma chorobami, ale to szczegół)i która do tej pory uważa mnie za niezdolną
                                do samodzielnego funkcjonowania bez jej światłych rad i pouczeń oraz
                                ustawicznej krytyki.
                                Kolce wychodowanej w gardle żaby pokryły się jadem, ale dzielnie ją połknęłam.
                                Nie będę kłamać mojemu dziecku. "Wiesz"- powiedziałam - "ja parę razy w
                                tygodniu na łyżwy chodziłam."
                                I to by było na tyle tytułem anegdoty.
                                Nihil novi sum sole. Wszystko już było.
                                Metody wychowawcze metodami wychowawczymi, a życie życiem.
                                pozdrawiam
                                mamarcela toksyczna matka "uwstecznionej" córki

                                Ps. Nie tak dawno temu dowiedziałam się, ku wielkiej radości, od ciotki, że
                                moja mama skarżyła jej się przed laty: " Ta moja córka to jakaś zbyt dziecinna
                                jest. ine dziewczyny to się za chłopakami oglądają, a ona tylko na te łyżwy
                                lata i lata." No!
                                • aaneta Re: luz i wychowanie bezstresowe - anegdotycznie 12.01.06, 11:00
                                  Eee, to do tej pory nic Twoja córka nie wiedziała o Tobie? Dopiero z okazji
                                  siedemnastych urodzin? Ja już od dawna gorszę moje dzieciątka opowieściami o tym
                                  na przykład, że uprawiałam seks z nieletnim (jak to określiła moja koleżanka
                                  prawniczka) i do jakiej perfekcji doszłam w okłamywaniu mojej mamy, która
                                  przepytywała mnie z tego, co było w kościele na niedzielnej mszy, na której
                                  oczywiście nie byłam.
                                  • mamarcela do Anety li i jedynie do niej - nie podglądać 12.01.06, 11:07
                                    łojeżu, Aneta, czy Ty musisz wszystko tak dosłownie? Musisz mi anegdotę o
                                    zabarwieniu pedagogicznym psuć?
                                    Łopatologicznie - gdybym napisała, że dziecię moje wyciąga ode mnie tego typu
                                    wiadomości od lat młodzieńczych to wydźwięk jej "uwstecznienia" przy moich
                                    metodach wychowawczych i mojego "zepsucia" przy metodach wychowawczych mojej
                                    mamusi nie byłby taki mocny.
                                    A poza tym, czy musisz tak strasznie moja reputację macierzyńską na tym forum
                                    kalać/ w koncu nas kruki i wrony zadziopbia na smierć.
                                    pozdrawiam
                                    mamarcela naprawdę zepsuta matka uwstecznionej córki - aktualnie na wagarach.
                                    • mamarcela Re: do Anety li i jedynie do niej - nie podglądać 12.01.06, 11:12
                                      A propos seksu z nieletnimi. Rozmowa córki mojej z babcią przed wyjściem na
                                      jakąś imprezę (nieliczne są one wbrew pozorom).
                                      "Ale ty musisz uważać na te pigułki gwałtu."
                                      "Babciu, tam będą tylko chłopaki z mojej klasy."
                                      "Noto co, że z twojej klasy?"
                                      Babciu, czy ty myślisz, ża ja pedofilka jestem?"
                                    • aaneta Re: do Anety li i jedynie do niej - nie podglądać 12.01.06, 11:15
                                      Muszę, taka już jestem, na dodatek dzisiaj jestem wyjątkowo wredna i złośliwa,
                                      bo wyjątkowo niedospana, tzn. zawsze jestem niedospana, ale dzisiaj to już w ogóle.

                                      A gdzie ja Twoją reputację macierzyńską skalałam?
                                • daria13 Re: a propos woła:) 12.01.06, 12:08
                                  mamarcela napisała:
                                  > Ale często to jest tak, że nie pamięta wół...

                                  Otóż muszę Wam szczerze wyznać, że wół dobrze pamięta, jakim był cieleciem i
                                  może trudno w to uwierzyć i może stracę nieco w oczach niektórych członków TWA,
                                  ale wół był cielęciem dość długo, zdecydowanie dłużej niż to ma miejsce obecnie
                                  i mimo że mama nie była bardzo restrykcyjna, cielęcia jakoś nie ciągnęło w
                                  strony używek, tudzież innych przyjemności zakazanych;). I nawet nie dlatego,
                                  że wół był jakoś wyjątkowo gamoniowaty i że nie miał okazji, tylko ten typ tak
                                  miał. Może to wyjaśnia moje podejście do wychowania? Ja właśnie często
                                  postępuję z dziećmi tak, jak sama chciałabym żeby ze mną postępowano, kiedy
                                  byłam mała/młoda i zawsze wydawało mi sie, że takie rozumienie potrzeb dzieci,
                                  poprzez wspominanie swojego dzieciństwa jest dobrą metodą wychowawczą:)
                                  Pozdrawiam nieco zmieszana i pełna obaw:)
                                  • aaneta Re: a propos woła:) 12.01.06, 12:23
                                    Ale ja Cię naprawdę nie chciałam nastraszyć, nie wiem jak Mamarcela ;)
                                    • mamarcela Re: a propos woła:) 12.01.06, 12:33
                                      bo ja taka w ogóle bardziej straszna jezdem :) horrorystyczna wręcz.

                                      ale tak BTW to kogo wiem, ale czym nie wiem, miałabym ewentualnie straszyć?
                                      chyba swoim złym przykładem.
                                      lecz ja przecież taka maksymalnie wyuzdana w okresie mlodzieńczym nie byłam, bo
                                      czyż w takim wypadku mogłabym tak skutecznie udawac przed własna matką the best
                                      of. mówimy nie o upadku, a o pierwszych razach, które u mnie pilnowanej
                                      nadmiernie wypadły wcześniej niż u mojego dziecka.
                                      a poza tym i tak na porządna osobe wyrosłam.
                                      w niektórych kawałkach wręcz świętą.:)
                                      pozdrawiam
                                      mamarcela straszna kobieta
                                      a poza tym nie s
                                      • aaneta Re: a propos woła:) 12.01.06, 12:40
                                        A bo to, czy się wyrośnie na porządnego człowieka czy nie, nie zależy od tego,
                                        kiedy się pierwszy raz, he, he, to by za proste było. Chociaż chyba większość
                                        rodziców tak myśli, biedactwa.
                                        • daria13 Re: a propos woła:) 12.01.06, 13:10
                                          Ufff, ale mi ulżyło; nie dość że mnie nie wyśmiałyście, to jeszcze Mamarcela
                                          coś jakby sie tłumaczy, choć nie wiem czemu. Nie bardzo też zrozumiałam, czym
                                          mnie straszycie;)
                                          Co do tego pierwszego razu, to oczywistym jest, że może nie waży w kwestii
                                          bycia porządnym człowiekiem, ale tak całkiem bez znaczenia nie jest, w moim,
                                          rzecz jasna, mniemaniu.
                                          Pozdrawiam już trochę spokojniejsza o swoja opinię:)))
                                          • mamarcela Re: a propos woła:) 12.01.06, 13:46
                                            mamarcela nie tłumaczy sie nigdy, co najwyżej autolustrację przeprowadza. :)

                                            a tak poważnie to chciałam Cie pocieszyć i Ci uzmysłowić, że mimo mojego
                                            mlodzieńczego buntu i wyuzdania udało mi się skończyć z tarczą - maturę zdałam
                                            rok przed czasem, parę olimpiad zaliczyłam itd. itp.
                                            pozdrawiam i przestań się dręczyć i cierpieć za miliony, bo nie warto
                                            mamarcela a la recherche de Cerveau perdu
                                  • aaneta Re: a propos woła:) 12.01.06, 13:27
                                    To teraz na poważnie. Dario, naprawdę nie masz powodów do obaw, zarówno o to,
                                    jak jesteś postrzegana w TWArzystwie, jak i o dzieci. Nie sądzę, żeby Twoje
                                    dzieci nagle zaczęły rozrabiać i zachowywać się zupełnie odmiennie od Twoich
                                    oczekiwań i wbrew temu, jak je wychowujesz. Przynajmniej przez jakiś czas ;) bo
                                    tak naprawdę to Twoje dzieci są jeszcze małe, już Ci to kiedyś zresztą mówiłam.
                                    Nie to, że Cię straszę, ale przekonasz się, że w najbliższych latach będziesz
                                    prawdopodobnie zmuszona zrewidować niektóre swoje poglądy albo nawet dorobisz
                                    się nowych, bo w okresie dojrzewania, kiedy hormony zaczynają uderzać do głowy,
                                    różne rzeczy mogą się zdarzyć. Mało tego, dorosłości też będziesz musiała ich
                                    nauczyć. Wszystko przed Tobą, więc zachowaj to zmieszanie i obawy na później, na
                                    razie są one przedwczesne :)
                                    • daria13 Re: a propos woła:) 12.01.06, 15:00
                                      Reasumując: nie zamartwiam się i nie cierpię za miliony. Dziecaki mam
                                      wspaniałe, wychowuję je jak umiem, ale z dobrymi rezultatami jak do tej pory.
                                      Martwię się o ich bezpieczeństwo jak każda normalna matka, bo szerząca się
                                      przemoc nie nastraja optymistycznie, już o tym pisaliśmy.
                                      Nasze różnice w poglądach na wychowanie nie są na tyle duże, żeby trzeba było
                                      się nimi przejmować. Myślimy podobnie, czasami jedynie w pewnych szczegółach
                                      się różnimy. Poglady swoje rewiduję często, a właściwie życie je rewiduje, ale
                                      też w niezbyt dużym zakresie.
                                      A o zmieszaniu i obawach o swój wizerunek na TWA pisałam naprawdę żartobliwie,
                                      żeby nie było:)))
                                      Pozdrawiam:)
                                      PS. Mamarcelo, zamelduj się proszę w wątku o zlocie gwiaździstym, bo wiesz
                                      doskonale, że bez Ciebie nie będzie tak fajnie, jak by mogło być, no i sa
                                      osoby, które deklarowały, że jak Ty nie przyjdziesz, to one też nie, a są to
                                      osoby, na których nam zależy.
                        • mamarcela Re: Zapowiada się ciekawa dyskusja 12.01.06, 09:41
                          Duży buziak wirtualny dla Brocha za mądre słowa. :)

                          Napisał dokładnie to, co ja myślę i czego, może z powodu emocji, nie udało mi
                          się precyzyjnie wytłumaczyć.
                          Każdy wiek ma swoje sporty i swoje małe głupstewka, a rolą rodziców jest
                          towarzyszyć naszym dzieciom w dorastaniu, służąc pomocą i dobrym przykładem,
                          ale i tak wybory, których dokonają będą ich własnymi wyborami, a błędy, jakie
                          popełnią będą ich własnymi błędami. Choćbysmy nie wiem jak się starali to i tak
                          nie przeżyjemy za nasze dzieci życia i nie ustrzeżemy ich przed wszystkimi
                          niebezpieczeństwami świata tego. Możemy tylko przyglądać się ich dojrzewaniu z
                          miłościa i troską, ufając, że także dzięki tej miłości i trosce, dokonają
                          właściwych wyborów.
                          Priorytetem powinno być ich szczęście, a jeśli przy okazji wyrosną na mądre i
                          oczytane osoby to jest to bonus za nasze starania.

                          A nawiasem mówiąć ja też lubię Cold Play (tak jak córka Brocha i jak moje
                          własne dzieci), bo to zainteresowanie zainteresowaniami współmieszkańców działa
                          IMO w obie strony - nie musimy tych gustów podzielać, ale powinniśmy je znać
                          i "oswoić".
                          pozdrawiam
                          mamarcela ze "Parachutes"
                          • beatanu Re: Zapowiada się ciekawa dyskusja 12.01.06, 14:39
                            Tak sobie ładnie dyskutujemy o tym, jakimi metodami wychowawczymi uszczęśliwić
                            nasze dzieci ;) a tu przychodzi psycholog Steven Pinker, i powołując się na
                            badania psycholożki Judith harris, stwierdza, że "rola rodziców w rozwoju
                            osobowości jest mocno przeceniona. Wiele efektów, które były powszechnie
                            przypisywane wpływowi ojca i matki, okazało się być dziełem genów, albo
                            rezultatem działania kultury." I tak dalej, i w przekonaniu, że życie jest
                            tylko formą istnienia białka... (czytał kto? w pierwszym tegorocznym numerze
                            Polityki) Nie podoba mi się taka biologizacja wstystkiego, ale nawet jeżeli mi
                            się nie podoba, to nie można pewnym wynikom badań zaprzeczyć. Chociaż
                            oczywiście interpretować można je różnorodnie...

                            Pan P. nie zwalnia jednak rodziców z ich odpowiedzialności za potomstwo
                            (jeszcze tylko tego by brakowało;) i pociesza nas mówiąc: "Patrzmy na dzieci
                            nie jak na modelinę nadającą się do dowolnego kształtowania, ale jak na
                            partnerów, z którymi jesteśmy emocjonalnie związani."
                            I pod tym stwierdzeniem (podsumowującym niejako to, o czym pisała Aneta,
                            Mamarcela i Broch) podpisuję się i ja obiema rękami.

                            pozdrawiam wiosennie w styczniu,
                            (+5, słońce i brudne resztki śniegu :)
                            B
                            • stella25b Re: Zapowiada się ciekawa dyskusja 12.01.06, 16:23
                              A ja z kolei mam w domu ksiazke " O co pytaj dzieci. O milosci i wychowaniu"
                              Wojciecha Eichelbergera, w ktora swietny sposob opisuje prawie wszystkie
                              problemy zwiazane z wychowaniem dzieci.
                              • aaneta WE 12.01.06, 16:30
                                moim guru jest!
                            • broch Re: Zapowiada się ciekawa dyskusja 12.01.06, 17:10
                              Przyznam sie szczerze ze nie czytalem.
                              Dla mnie caly sukces (jakiejkolwiek) naukowej psychologii polega na tym ze
                              interpretuje ona (ta psychologia) zjawiska post factum :))
                              Nigdy jeszcze nie spotkalem sie z teoria ktora skutecznie podawalaby wskazowki
                              na przyszlosc dla wszystkich (z przyczyn absolutnie naturalnych). Innymi slowy
                              (jak gdzies juz pisalem) nie uwazam psychologii za prawdziwa nauke, co znaczy ze
                              lubie czytac takie "kawalki", bardzo lubie rozne genialne psychologiczne
                              spostrzezenia ale nie staram sie wprowadzic ich w zycie.

                              Wszystkim aktualnym i przyszlym rodzicom (szczegolnie tym ktorzy staraja sie
                              wprowadzic bardziej naukowe metody wychowawcze) polecam przezabawna historyjke
                              Unamuno pt "Milosc i pedagogika" :))
                              • mamarcela Re: Zapowiada się ciekawa dyskusja 12.01.06, 17:19
                                a ja polecam psychologiczne i bardzo zabawne książki Skynnera i Johna Cleese
                                (tego od Pytona i Rybki zwanej Wandą) "Żyć w rodzinie i przetrwać" i "Żyć w tym
                                świecie i przetrwać".

                                pozdrawiam
                              • stella25b Re: Zapowiada się ciekawa dyskusja 12.01.06, 21:32
                                Jego ksiazki sa niezwykle ciekawe. Facet rzeczywiscie ma trafne przemyslenia.
                                Przytocze cytat z jego innej ksiazki "Zatrzymaj sie. Wojciech Eichelberger w
                                rozmowach z Danuta Dziurdzikowska" (bo tak naprawde to mam cale 2 jego
                                autorstwa), ktory zawsze fascynowal mojego meza.

                                "Jak wspierac dzieci, jak pomagac im sie rozwijac?
                                - Madrze je kochajac, nie ma lepszego sposobu. Gdy beda czuly, ze sa dla nas
                                wazne i cenne, poradza sobie ze wszystkim.
                                - Czy madra milosc to taka, ktora nie krytykuje i nie frustruje? Czy dziecku
                                wolno wszystko?
                                - W pierwszym kresie zycia napewno tak. W Indiach, gdzie dzieci dojrzewaja
                                psychicznie wyjatkowo szybko, rodzice kieruja sie zasada: do 5 roku zycia
                                dziecka ty jestes jego niewolnikiem, do 10 - ono jest twoim niewolnikiem, do 15-
                                zmierzacie w kierunku partnerstwa, a po 15 roku dziecko jest juz strzala
                                wystrzelona z luku."
    • kwiecienka1 Re: osiagniecia (tylko dla dzieciatych) :))) 04.01.06, 13:59
      jam nie dzieciata (na razie)
      ale szczerze i serdecznie gratuluję!!!
      i pozdrawiam
      Kwiecienka i Naleśniki z Kremem Kasztanowym
    • nienietoperz Re: osiagniecia (tylko dla dzieciatych) :))) 04.01.06, 14:15
      Gratulacje Asce do przekazania.

      A czy ma juz jakis pomysl na to, co ze swoimi uzdolnieniami robic dalej, w
      sensie szkoly/studiow?

      Uklony,
      nienietoperz
      • broch Re: osiagniecia (tylko dla dzieciatych) :))) 04.01.06, 15:01
        Dziekuje wszystkim w imieniu sluzby :)) Dziecku przekazej jak wstanie. Tutaj
        dosc wczesnie i wszyscy jeszcze spia

        nienietoperz napisał:
        ".................
        A czy ma juz jakis pomysl na to, co ze swoimi uzdolnieniami robic dalej, w
        sensie szkoly/studiow?"

        na razie architektura. Pisze "na razie" poniewaz mam powazne watpliwosci co do
        stalosci planow zawodowych u 15-to latki, choc kto wie :)
        W kazdym razie Aska chodzi na dodatkowe zajecia do pobliskiego college'u z
        rysunku i dekoracji wnetrz. Czyta tez sporo o historii architektury. Jest
        jeszcze astronomia i "noce teleskopowe" (obecnie przerwa zimowa, bo noce chlodne
        i za dlugo trzeba czekac az sie soczewki schlodza - tzn ja len jestem :) ), ale
        wydaje mi sie ze to bardziej hobby jest (jak sie raz spedzi noc nad teleskopem
        to potem trudno zapomniec. Fantastyczna zabawa dla dzieci i doroslych).
        • aaneta Re: osiagniecia (tylko dla dzieciatych) :))) 06.01.06, 10:19
          Serdeczne (choć nieco spóźnione) gratulacje dla Aśki i jej rodziców!

          I jednocześnie prośba o zaspokojenie ciekawości, o co dokładnie chodzi z tym
          National Honor Roll, tzn. jak to wygląda praktycznie - że będzie mogła się
          dostać na dowolne studia, że dostanie stypendium czy w ogóle całe studia będą
          sfinansowane przez... no właśnie, przez kogo, władze stanowe, jakąś fundację?
          • broch Re: osiagniecia (tylko dla dzieciatych) :))) 07.01.06, 06:41
            dziekuje (Aska tez dziekuje) :))

            tak, Aska (jesli sie utrzyma) dostanie stypendium. National Honor Roll wyglada
            dobrze na c.v. co tutaj bardzo sie liczy i ulatwi dostep do najlepszych uczelni.
            Faktcznie jednak to dopiero poczatek, uczen highschool musi naprawde ciezko
            pracowac aby dostac pare stypendiow ktore ostatecznie umozliwia studiowanie na
            uniwersytetach Ivy League.
            W Stanach, pod koniec highschool (nasze liceum) uczniowie wysylaja swoje c.v. do
            wybranych uniwersytetow na podstawie ktorego uniwersytet decyduje czy uczen ma
            szanse byc przyjetym czy nie. Innymi slowy, decyzja zalezy od bardzo dobrych
            czterech lat, nie od jednego egzaminu i swiadectwa ostatniego roku. Wazna jest
            nie tylko szkola ale rowniez aktywnosc pozaszkolna. W sumie dostep na najlesze
            szkoly wyzsze jest duzo trudniejszy niz w Polsce. Oczywisce trzeba rowniez moc
            placic tuition i znowu, styp[endia pomagaja ale dobre oceny moga rowniez
            gwarantowac wyzsza pozyczke z banku.

            Innymi slowy, ciesze sie z Aski osiagniecia, ale to dopiero poczatek jesli
            powaznie mysli o architekturze. Dobrze by bylo miec ze trzy stypendia.
    • eva.68 Re: osiagniecia (tylko dla dzieciatych) :))) 04.01.06, 16:52
      Gratuluję serdecznie również!
      Ewa pod wrażeniem i zamyślona lekko nad przyszłością dziecka własnego.
      P:)
    • ash3 Re: osiagniecia (tylko dla dzieciatych) :))) 07.01.06, 11:37
      Gratulacje, i życzę by dalsza część roku była równie obiecująca i ekscytująca!
    • brunosch Re: osiagniecia (tylko dla dzieciatych) :))) 07.01.06, 22:10
      I w ten oto sposób Dziecko sfinansowało wyprawę rodziców. Tylko pogratulować
      takiego dziecka!
      • stella25b Re: osiagniecia (tylko dla dzieciatych) :))) 09.01.06, 12:47
        Ja mam pytanie: Czy Twoja corke mozna zaadoptowac? Ja tez nigdy nie bylam na
        Hawajach;)

        Brochu, gratuluje corki! A Asi gratuluje wspanialych osiagniec!
        • monikate Re: osiagniecia (tylko dla dzieciatych) :))) 10.01.06, 12:42
          Ja też gratuluję :))

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka