Dodaj do ulubionych

Jak zostałem ME Expatem...

11.11.02, 13:39
Jak zostałem ME Expatriatem...
Pomysł na expatriackie życie wpadł mi do głowy jeszcze w liceum, wtedy
(wczesne lata ’70) to był doskonały sposób na zwiedzenie świata, zarobienie
sporych pieniędzy (może i lepszych niż trafiały się "badylarzom") i do tego
gwarancja pracy w ciekawym i kulturalnym towarzystwie bez konieczności
przesadnego kłaniania się Sile Przewodniej.
Oczywiście musiałem wcześniej przepracować na budowie w kraju 5 lat, żeby
dostać uprawnienia i czegoś się tam nauczyć. Ciężkie to były lata, bo i stan
wojenny i fakt, że zupełnie nie pasowałem do moich wiecznie zapitych,
chamskich i podkradających co się dało z budowy kolegów inżynierów. Takie
czasy były...
W 1985 roku przeniosłem się do firmy parającej się wyłącznie eksportem
budownictwa. Na początek posłali mnie oczywiście do pracy w obsłudze rynków
KDL-i, dokładniej NRD. Rządziły tam niestety Partia i OPZZ. Żeby wyjechać na
podrzędne stanowisko za marne pieniądze trzeba się było ciężko napracować i
jeszcze mocniej poniżyć przed przełożonymi. Pomimo wszystko i tak było lepiej
niż w "normalnych" przedsiębiorstwach budowlanych.
Postanowiłem czekać nie wychylając się zbytnio, i wkrótce trafiła mi się
okazja: przychodzi do mnie kolega MW, mechanik-energetyk i powiada: "mamy
prekwalifikację do pracy w Egipcie, Klient będzie egzaminował naszych
inżynierów, głównie mechaników, ale także budowlańców, a że ja nie odróżniam
cementu od betonu - przyjdź i pomóż swoją wiedzą". Zwolniłem się więc u
mojego szefa i poszedłem. Egzamin - zupełna poruta. Zgłosili się albo
angliści nie potrafiący czytać rysunku technicznego, a co dopiero powiedzieć,
co trzeba z tym zrobić, albo fachowcy, ale ledwo dukający po angielsku.
Napociłem się srodze tłumacząc Klientowi, że trudno się uczyć języka i
pracować itp. Ale i tak nikogo nie wybrał. Na koniec mówi - "a ty co, mówisz
swobodnie po angielsku, znasz się na robocie, ja ciebie biorę!"
Ja na to (naiwny młody człowiek wychowany w komunizmie) że na to musi być
kwalifikacja przez p.o.p. i dyrekcję. No to się obśmiał i mówi, że to już
załatwione. MW kazał mi cicho siedzieć. Wróciłem i mówię szefowi, żeby mi dał
obiegówkę, bo wyjeżdżam do Egiptu. Faceta zatkało. Bez stażu w KDL-u, bez
rekomendacji p.o.p. i w ogóle bez JEGO(!) zgody. Ale ja już należałem do
innego świata.
I tak cały 1987 rok spędziłem w Asjut w środkowym Egipcie. Dziś to by było
niemal samobójstwo, ale wtedy było nas, Polaków w Asjut sporo. My -
Costainowcy, paru facetów od Petera Caludiusa, jacyś specjaliści ze Stalowej
Woli, no i misjonarz, bo w tej branży Polacy są wszędzie.
Asjut dzisiaj jest strefą zamkniętą z powodu mordów popełnianych przez
islamistów na Białych, zwłaszcza turystach. Ci islamiści mają swoje centrum
na Uniwersytecie w Asjut. Ale w 1986/7 roku Bracia Muzułmańscy uważali nas,
Polaków za „bratnie dusze”. Oni walczyli z reżimem Mubaraka, a my z
Jaruzelem. Trafiało się, że przejeżdżaliśmy przez manifestacje Bractwa i oni
zawsze uśmiechali się i machali do nas: „Bolanda queis” wołali (Polska
dobra). Myślę, że dziś każdy z tych panów zarżnął by mnie jak barana na
Qubran Bajram. Takie mamy czasy, niestety.

No i tak minął mi rok 1987. Trzeba było wracać do domu na Boże Narodzenie, bo
i kontrakt się skończył. Na koniec wyszła śmieszna historyjka: Cały rok
nosiliśmy na głowach kaski z dumnym napisem „Costain Process Construction”.
Costain to nazwisko Anglika, który tę firmę założył. Logo znane w całej
Anglii i niby na całym świecie. Napis był „naszymi” literami i w
transliteracji na arabikę. Egipcjanie uśmiechali się, ale nic nie mówili. Na
koniec dopiero powiedział mi nasz tłumacz: Kos to po arabski „pi...a”, a
końcówka ..in oznacza liczbę podwójną.
Niby i słowo znałem i zasadę tworzenia liczby podwójnej też, ale jakoś tego
nie skojarzyłem. Reszta Białych też nie...
Potem uczestniczyłem w przygotowaniach do kontraktu w Botswanie, ale jakoś
tam na stałe nie pojechałem, tylko do Sudanu. Sudan 1989 to było całkiem
fajne miejsce. Jeszcze nie było takiego strasznego głodu, wojna była na
południu, ale też jakoś bez entuzjazmu którejkolwiek ze stron do walki. Nawet
coś produkowano w tym kraju. Grapefruity mieli najlepsze, jakie kiedykolwiek
jadłem. Ta robota to była budowa elektrowni Khartoum North za pieniądze Banku
Światowego. Towarzystwo międzynarodowe – polscy budowlańcy, turbina z
Niemiec, też montowana przez Polaków, choć pod niemieckim nadzorem, kotły
austriackie, montowane przez Słoweńców, elektryka chorwacka, prosta siła
robocza lokalna, sporo też Erytrejczyków a nadzór nad inwestycją oczywiście
brytyjski. Wszystko na jednym campie, więc Wieża Babel. Mnie tam wszystko
jedno było, tyle samo się mówiło po polsku, po angielsku i po niemiecku. Do
służby po arabsku. Ale mając już wyższe stanowisko jakoś niewiele się
pouczyłem arabskiego.
O sprawach zawodowych nie będę się rozpisywał. Quantity Surveyorem byłem.
W piątki urządzaliśmy sobie wypady za miasto terenowymi pick-upami. Mieliśmy
grille zrobione z połowy beczki, drewno odpadowe z budowy, jakiś „suchy
prowiant” z campowej kuchni i w drogę. Dróg w europejskim rozumieniu tego
słowa w Sudanie było wtedy coś około 1500 km (kraj jest wielkości Europy bez
Rosji). Już 50 km za miastem asfalt się kończył i trzeba było jechać po
pustyni na kompas.
Opłaciło się jechać. Tam są zabytki „do odkrycia”. Jedzie się kilkaset km na
kompas przy użyciu bardzo prymitywnej poangielskiej mapy z lat '50 (innych
nie ma, bo nikt ich nie robi), a jak się trafi to na końcu są świątynie z
czasów Nubii (ostatnie dynastie Starożytnego Egiptu), piramidy itp. Nikt ich
nie strzeże, nikt nie pokazuje drogi, po prostu stoją sobie w środku pustyni
od 20 może stuleci, albo i więcej. Michałowski fajnie to opisał w swoich
książkach. Gdy je czytałem w wieku lat kilkunastu w życiu nie myślałem, że
kiedyś tam dotrę. Nie wiem, czy jest w Polsce setka ludzi, która by się tym
mogła poszczycić... Niestety, przez 30 miesięcy mojego pobytu (z niewielkimi
przerwami) widać było, jak się ten kraj stacza i w końcu doszedłem do
wniosku, że nie warto dalej patrzeć na ten głód i mizerię, zwłaszcza że w
Polsce był już rok 1992 i zarobek w dolarach, nawet 2000 USD to nie była taka
rewelacja. Moi koledzy na Giełdzie porobili większe fortuny, niż ja overseas.
No, ale oni nie pływali łódką po konfluencji (wie choć ktoś, co to jest?).

I to by było tyle, na początek...
Obserwuj wątek
    • nazi_pig Re: Jak zostałem ME Expatem... 20.10.03, 22:17
      fajnie sie ciebie czyta chociaz przyznaje ze mogles zrobic lepsze pieniadze. Ja
      w tym czasie siedzialem w USA i zarabialem $6000 miech w miech i kosilem rozne
      plany emerytalne, zyski i inne obrywki a wszystko w bialej koszulce i
      pustynnych niewygod. Bliski wschod mialem przez rok i nie pojechalbym tam do
      Riyadhu za milion dolarow rocznie. Nienawidze siebie za to ze tam w ogole
      zgdzilem sie pojechac bo takich waskomyslacych zlobow nigdzie nie widzialem.
      • chaladia Re: Jak zostałem ME Expatem... 22.10.03, 08:56
        A ja nie pojechałbym za skarby świata do USA. Może pojadę na emeryturze
        pozwiedzać, gdy już nie będzie wiz dla Polaków (mam nadzieję).
        Gdybym pracował dla zachodniego pracodawcy bez pośrednictwa Polimexu lub
        Budimexu, zarabiałbym właśnie tyle, ile napisałeś. Prawda. Ale w latach '80 w
        PRLu 600 dolarów, to było więcej niż 6000 tych samych dolarów na "Zachodzie".
        I dlatego między innymi nie zdecydowałem się na emigrację.

        Do Riyadhu dziś chyba bym nie pojechał, podobnie do Iraku. Właśnie wrócił
        stamtąd sąsiad. Twierdzi, że nacjonalizm i wrogość wobec chaładzi jest tam
        taka, jak nie przymierzając w Niemczech wobec Żydów w 1933 roku. Wiadomo, czym
        się to tam skończyło... Bandy bezrobotnych młodych Saudysów z kijami
        basebaloowymi (Sic!) napadają na Białych.

        Natomiast pomimo zbliżającego się piątego krzyżyka wciąż chętnie pojechałbym
        gdzieś na pustynię między Beduinów. Może życie tam jest cięższe, niż w
        Kalifornii, ale ci ludzie naprawdę są ciekawi, sympatyczni, gdy tylko mają
        pracę - ochoczo ciężko pracują i napewno nie "wąskomyślący".
        • erwas Skarby 22.02.04, 18:17
          ogromnie interesujace sa twoje reportaze nie tylko fascynujacych lokacji ale
          takze epoki. mam nadzieje, ze to forum przyciagnie chetnych wymiany ciekawych
          informacji o nieznanych i zapomnianych swiatach. wazne jest miec swiadomosc o
          tych srodowiskach szczegolnie teraz, kiedy rosnie nienawisc miedzy "us and
          them".

          > A ja nie pojechałbym za skarby świata do USA.

          ale widze z tego co piszesz, ze skarby ktorych szukasz, nie zawsze sa
          materialne. a USA jednak przewaznie kojarzy sie ze skarbami materialnymi.
          mieszkam w New Mexico USA, w rejonie biedy, pustynii, i skarbow normalnie nie
          spotykanych w Ameryce. nie ma moze w naszej lokacji piramid, ale sa ruiny
          przedhistorycznych miast i ich byli mieszkancy wsrod nas. tutal przyjechali
          conquistadores europejscy po skarby ( w poszukiwaniu the seven cities of
          Cibola, the cities of gold). skarbow nie znalezli ale postanowili: skoro juz tu
          jestesmy, zmasakrujemy tubylcow i zarazem nauczymy ich milosci (do Chrystusa).
          ani jedno ani drugie do konca im sie nie udalo. do dzis dnia potomkowie Pueblo
          i Hopi i innych narodow tubylczych zyja, rozmnazaja sie (znowu, powoli) i dalej
          uprawiaja swoje tradycyne obyczaje. mam przywilej mieszkac i pracowac wsrod
          Jemez. przed podbojem bylo ich w tej doline (Jemez Valley) kilkadziesiat
          tysiecy, na przelomie ostatniego tysiaclecia pare set, teraz trzy, cztery
          tysiace.
          moze nie tak daleko stad, do "naszego" swiata jak ze Sudanu. mamy jednak
          piaszczyste drogi, domki z blota (adobe), biede, bezrobocie, i udana w swoj
          sposob obrone przed kolonializmem.
          wiec sluchaj chaladia. jezeli na razie obraza Ciebie fundowanie wizy, to moze
          po emerytrze wpadnisz tutaj do nas na takie nowe odkrycie Ameryki.
          • chaladia Re: Skarby 23.02.04, 17:29
            Witaj!
            Czyli jednak nie wszyscy Polacy w USA to frustraci z Jackowa. Miło, że wpadłeś
            na to Forum.
            Myślę, że do Ameryki należy jeździć po przejściu na emeryturę, bo na zwiedzenie
            tak interesującego kontynentu trzeba więcej czasu niż można dostać urlopu. Poza
            tym emeryci, jako nie zainteresowani pracą na czarno nie powinni być tak bardzo
            ścigani.
            Ale to sprawa do realizacji za ćwierćwiecze...
            • erwas Re: Skarby 26.02.04, 01:33


              > emeryci, jako nie zainteresowani pracą na czarno nie powinni być tak bardzo
              > ścigani.

              ale pozbedz sie turbana i tej dlugiej czarnej brody.

              mimo ze mieszkam tu w stanach ostatnio malo podrozuje po tym kontynencie. Nowy
              Meksyk jest pod wieloma wzgledami bardzo odrebny od reszty USA. z kilkoma
              wyjatkami wielkie miasta w tym kraju sa monotonne. nawet Albuquerque,
              najwieksze miato w NM jest typowym "western city": grid town, cow town. miasto
              reprezentuje najokropnejsze przyklady kazdego kryzysu architektonicznego z
              octatnich kilku wiekow. jedynie ratuje je potezny masyw gory (Sandia mt.)
              wyrastajaca na wschodnich obrezach.
              Santa Fe, stolica NM ale male miasto, takie cacko dla bogatych z innych czesci
              swiata, jest disneyfikacja miejscowych stylow w budownictwie: Territorial
              Style, Pueblo Revival etc. to ostatnie jest imitacja w nowoczesnych materialach
              stylu, ktorego naturalnym materialem jest bloto.
              rezerwacje i ich otaczajace miejscowosci sa w mojej opnii najciekawszymi mikro-
              swiatkami w tym rejonie. narody indianskie bardzo roznia sie od siebie i nawet
              te, ktore maja podobne kultury uzywaja jezykow kompletnie nie spokrewionych.
              wsrod kilkunastu plemion Pueblo jest mniej wiecej piec odrebnych jezykow, a
              wsrod tych sa dialekty wzajemnie niezrozumiale. a roznice kulturowe miedzy
              Pueblo a Apache i Navajo sa ogromne.
              pozornie najwiekszym kontrastem miedzy Pueblo i Navajo jest ze Pueblo sa
              bardzo "social" i lubia zyc w gesto zaludnionych wioskach i miasteczkach,
              podczas gdy Navajo sa samotnikami i wyszukuja odludnych pustkowisk na swojej
              ogromnej rezerwacji. kto szuka biedy i najnizszych form "third-world
              lifestyle", ktore Sudanowi moga dac aure Szwajcarii znajdzie to w glebi
              ostatniego supermocarstwa na rezerwacji Navajo.
              Nowy Meksyk jest mniej wiecej wymiarow Polski, bardziej geometryczny w
              krztalcie jak przystoi na na goegrafie amerykanska, ale mieszka tu najwyzej
              1 1/2 miliona ludzi, przewaznie skoncentrowanych w rejonie Albuquerque, wiec
              dla tych, ktorzy kochaja puste przestrzenie, raj.
              i prawie nie ma Polakow.
              chociaz jestem bez konca przywiazany do Polski i odwiedzam Kraj kiedy tylko
              moge, nie cierpie Polonii. ani w Anglii, gdzie dlugo zylem, ani szczegolnie tu
              w USA.
              wiec za nim sie jacys patrioci do mnie dorwa, posiedze sobie tu.
              (mam brode, ale juz nie czarna; powinienem miec turban bo wlosy mam zawsze
              roczochrane w pustynnym wietrze, ale jakos na razie mnie tu toleruja).

              pozdrowienia

              erwas
              (Ryszard Wasilewski)

              • erwas Re: sprostowanie 26.02.04, 03:23
                > wiec za nim sie jacys patrioci do mnie dorwa, posiedze sobie tu.

                mam oczywiscie na mysli patriotow amerykanskich, tych z "Patriot Act", a nie
                polskich.
    • mlopaci Asjut 21.01.04, 13:08
      > I tak cały 1987 rok spędziłem w Asjut w środkowym Egipcie. Dziś to by było
      > niemal samobójstwo, ale wtedy było nas, Polaków w Asjut sporo. My -
      > Costainowcy, paru facetów od Petera Caludiusa, jacyś specjaliści ze Stalowej
      > Woli, no i misjonarz, bo w tej branży Polacy są wszędzie.
      > Asjut dzisiaj jest strefą zamkniętą z powodu mordów popełnianych przez
      > islamistów na Białych, zwłaszcza turystach. Ci islamiści mają swoje centrum
      > na Uniwersytecie w Asjut. Ale w 1986/7 roku Bracia Muzułmańscy uważali nas,
      > Polaków za „bratnie dusze”. Oni walczyli z reżimem Mubaraka, a my z
      >
      > Jaruzelem. Trafiało się, że przejeżdżaliśmy przez manifestacje Bractwa i oni
      > zawsze uśmiechali się i machali do nas: „Bolanda queis” wołali (Pol
      > ska
      > dobra). Myślę, że dziś każdy z tych panów zarżnął by mnie jak barana na
      > Qubran Bajram. Takie mamy czasy, niestety.

      Nie jest, aż tak źle. Do Asjut wozi polaków Triada w ramach wycieczki po
      Egipcie 7+7. Zwiedzanie świątynii odbywa się w bardzo silnej obstawie policji
      turystycznej. Przed przyjazdem turystów świątynię otacza kordon policji - co
      ok. 20m stoi policjant z Kałasznikowem wymierzonym w okna okolicznych
      budynków. Widziałem i słyszałem jak sierżant rugał przez 5 minut podwładnego,
      za to, że przez chwilę skierował lufe karabinu w kierunku ziemi zamiast okien.
      • chaladia Ale co to za przyjemność, takie zwiedzanie? 21.01.04, 19:36
        Myśmy tam jeździli średnio raz w miesiącu i fajnie było bez żadnej "ochrony".
        Co więcej, jeździli tam na co większe "mulidy" muzułmanie zaprzyjaźnieni z
        Koptami i wspólnie się bawili. 20 (niecałe) lat mminęło, a takie zmiany...
        szkoda, że zmiany na gorsze.
        Oczywiście, mając dywizję Leopardów można przejechać Afrykę z Johanesburga do
        Kairu nie troszcząc sie o to, co się dzieje w Południowym Sudanie, Rwandzie czy
        Zimbabwe, ale czy to jeszcze jest turystyka?
    • kdonovotny Re: Jak zostałem ME Expatem... 26.01.04, 01:13
      Chaladia,
      jestem zachwycony tym co piszesz, zawsze marzyłem o takiej robocie, wujaszek
      opowiadał mi jak budowali elektrownię w Iraku.
      Ale z tego co widzę wszystko było fajnie do początku 90'ths...
      Jak teraz sytuacja wygląda?
      Sam byłem w branży elektryczno-automatycznej. Biuro projektów. Jeszcze na
      studiach zacząłem asystować przy projektach w pracowni.
      ... I nagle wszystko się rypło! Kryzys, budownictwo siadło i lipa. Musiałem
      zmienić dziedzinę by żyć. Wiadomo - bez uprawnień człowiek jest nikim.
      Teraz jest tak cholernie trudno wrócić do branży. Próbuję odtwarzać zeszyt
      praktyki zawodowej, ale ciężko z etatem. Jeszcze będąc zmuszony robić to czego
      się nie chce, a marzyć o czymś innym (gdzie trudno się dostać) - wiedz jakie to
      frustrujące i dobijające.

      Moim marzeniem jest pracować w inżynierskiej firmie konsultingowej lub
      exportującej budowy/instalacje - najgorsze jest to że na wjazd wymagane są
      uprawnienia, a i tak nie ma pewności, czy człowiek się załapie.

      Chaladia, jak to wygląda w budownictwie (branża podobna do projektowania
      instalacji elektrycznych - jeśli chodzi o hierarchię w procesie inwestycyjnym -
      wszyscy podlegają architekturze ;-) of course)? Jak obecną sytuację można
      porównać do czasów gdy jeździło się na budowy exportowe?
      Jak z zarobkami? (nie oszukujmy się - jeszcze trochę i założę rodzinę)

      Pytam, bo widze sporo ogłoszeń w UK i Irlandii gdzie szukają ludzi po
      budownictwie drogowym i mostowym. Bardzo poważnie zastanawiam się nad
      przekwalifikowaniem na budowlańca.
      Wszak, fizę uwielbiałem, a z mechaniki zawsze byłem dobry... A 4 lata studiów -
      może wytrzymam. Co o tym sądzisz?
      Chciałbym poznać zdanie ludzi z branży, a Ty jesteś jedynym źródłem informacji.
      Jakiś czas temu dyskutowałeś na forum z Gregoriusem, który jechał do Omanu. O
      ile pamiętam, praca w instalacjach naftowych. Masz jeszcze z nim kontakt?

      Stoję przed trudnym wyborem - na razie nie wiem gdzie uderzyć.
      Chciałbym po kilku latach móc napisać tak jak Ty na forum. :-)

      Pozdrawiam wszystkich szczęściarzy, którzy mają takie coolowe wspomnienia!

      KDOnovotny
      • chaladia Re: Jak zostałem ME Expatem... 26.01.04, 16:48
        W grudniu lub listopadzie nadziałem się w Holliday Inn na head huntera z
        Shanahan Engineering. Szukał chętnych do pracy w energetyce w Emiratach, na
        Sachalinie, a nawet w Irlanidii i w USA.
        Popatrz tu:
        www.shanahaneng.ie
        Powiadał, że w Europie znalezienie Białego inzyniera z praktyką i do tego
        chętnego do wyjazdu graniczy z cudem, firmy podkupują już co lepszych
        studentów, więc zaraz po 1 maja 2004 w Polsce zaczną się wielkie łowy na
        chętnych do roboty.
        Najciekawsza była historyjka z ich budową w Illinois. Ja mu mówię, że nawet po
        1 maja zielonej karty do USA nie dostanę, a on mi na to - Biały jesteś? Żonę
        masz Białą? Dziecko też? Oboje inteligenci? No to oficjalnie i zgodnie z
        politial correctness jesteś taki sam dobry jak: "Nigger drug addict with 8 kids
        that can't read at age of 12", ale tak naprawdę, to podpisz mi cyrograf, że
        jedziesz, a dostajesz zieloną kartę dla siebie i zony i jesli tylko zechcesz
        tam zostać, to pół miliona unarzalnego kredytu na zagospodarowanie...
        Ja mam tu w Warszawie dom w dobrym osiedlu jakąś-tam pozycję zawodową, więc się
        raczej nie ruszę "na stałe", ale wśród moich znajomków z "Megadexu" wielu się
        szykuje.
        • kdonovotny Re: Jak zostałem ME Expatem... 26.01.04, 22:16
          Dzięki za odpowiedź
          ...:-)
          To co napisałeś brzmi niemalże jak bajka.
          Lecz zauważ różnicę - jesteś inżynierem z dużą praktyką, z uprawnieniami jak
          czytałem. Ja dopiero co zacząłem i jeszcze mi sporo brakuje do uzyskania uprawnień.
          We wszystkich ogłoszeniach w poniedziałkowej GW, gdzie szukano inżynierów na
          stanowiska inżynierskie (nie było ich tak wiele), na dzień dobry oczekiwano 5-8
          lat experience'u i uprawnień. Trochę to trudne do przeskoczenia...
          Ale przyznaję, twój mail tchnie otuchą.

          Mam kilka pytań - część z poprzedniego maila:
          -czy headhunterzy szukający expatów gdzieś się ogłaszają, czy tez trzeba nocować
          w fajnych hotelach? Czy twoja przygoda w Hollidayu to przypadek?

          -jak żeście się zgadali? Po wyglądzie poznał że jesteś civil engineer?

          -czy znasz jeszcze jakieś firmy? (mam trochę namiarów, ale wszelkie dodatkowe
          info bardzo mile wodziane). Dzięki za Shanahan Engineering - nie wiedziałem o
          nich, a myślałem że znam trochę rynek ;-)

          powrócę jeszcze do poprzedniego maila,
          -jak wygląda rynek pracy w budownictwie u nas w kraju?
          Warto się przekwalifikować? Czy duże firmy w stylu Budimex-Dromex, Warbud itp.
          przyjmują świeży narybek?
          -czy nowe tematy/zlecenia są pozyskiwane tylko w drodze przetagów?
          Sorry, ale w obecnej pracy często startuję w przetargach i wiem jaki to mętny
          kał. Nie chciałbym się w tym babrać w innej pracy. Mam nadzieję że w Unii to się
          zmieni.
          -ile może zarabiać unżynier bez uprawnień w waszej branży?
          -czy masz jeszcze kontakt z Gregoriusem?

          Nie chcę byś pomyślał że moim celem jest zasypanie Cię pytaniami i perfidne
          wyręczenie się. Czasami bowiem widzę jak na grupach dyskusyjnych ktoś zadaje
          retoryczne pytanie, a reszta usenetu ze zniecierpliwieniem mu odpisuje "poszukaj
          na Google..."
          Na nurtujące mnie problemy google nie da rady.

          pzdr.
          KDO.

          • chaladia Re: Jak zostałem ME Expatem... 26.01.04, 23:43
            kdonovotny napisał:

            > Dzięki za odpowiedź
            Nie za ma co.

            > To co napisałeś brzmi niemalże jak bajka.
            Zapewniam Cię, że to w 100% prawda.

            > Lecz zauważ różnicę - jesteś inżynierem z dużą praktyką, z uprawnieniami jak
            czytałem. Ja dopiero co zacząłem i jeszcze mi sporo brakuje do uzyskania
            uprawnień.
            Moje uprawnienia poza granicami RP3 są g... warte (albo jeszcze mniej). Papier
            twardy, śliski (czerpany) nawet się podetrzeć nim nie da.


            > We wszystkich ogłoszeniach w poniedziałkowej GW, gdzie szukano inżynierów na
            stanowiska inżynierskie (nie było ich tak wiele), na dzień dobry oczekiwano 5-8
            lat experience'u i uprawnień.

            A Ty w to wierz... Gość pisze, co chce, a dostanie to, co przyjdzie na
            interview.

            > Mam kilka pytań - część z poprzedniego maila:
            - czy headhunterzy szukający expatów gdzieś się ogłaszają, czy tez trzeba
            nocować w fajnych hotelach? Czy twoja przygoda w Hollidayu to przypadek?

            Shanahani ogłaszali się kiedyś w "Gazecie". Posłałem Michaelowi maila z CV,
            więc mnie zaprosił, a że buduję wieżowiec o 100 m od Hollidayu, to nie było
            problemu, żeby go nawiedzić i pogadać. Poszedłem dlatego, że sądziłem iż on
            zamierza otowrzyć działalność w Polsce, a mnie taka fucha bardzo by aktualnie
            odpowiadała. No, ale na koniec stanęło, że jeśli na takim Sachalinie byłoby
            8000 USD na miesiąc i praca w cyklu 3/1 (3 miesiące tam, 1 miesiąc płatengo w
            kraju) - to też mogło by to być ciekawe. Po filmie "Dersu Uzawa" Syberia wydaje
            mi się całkiem atrakcyjna... pomimo, że wolę Bliski Wschód.

            > -czy znasz jeszcze jakieś firmy?
            Oj, znam...

            > -jak wygląda rynek pracy w budownictwie u nas w kraju?
            hooojowo. Róni idioci kompletnie go popsuli. Poważnie obawiam się, że jak tylko
            zaczną się wyjazdy, to popsują też i rynek expatriacki. Ja osobiście uważam, że
            młody inżynier na Bliski Wschód na single status powinien jechać za nie mniej
            niż 3000$, a sam nie podpisałbym żadnego kontraktu za mniej niż 5000$, bo to by
            było posucue rynku i obniżanie ceny za Białego expata.


            > Warto się przekwalifikować? Czy duże firmy w stylu Budimex-Dromex, Warbud itp.
            > przyjmują świeży narybek?
            Spoko. Znacznie łatwiej znaleźć pracę w rozruchach czy off-shore jako automatyk
            niż jako budowlaniec. Na civil engineera, zwałaszcza junior posting można nająć
            Hindusa, Pakisa albo i Egipcjanina, a do nastawni głównej w czasie rozruchu
            zwłaszcza lepiej takiego nie wpuszczać, bo łopatki od turbiny mogą zacząć latać
            po okolicy... jak kogoś trafią, to będzie pogrzeb.

            > -czy nowe tematy/zlecenia są pozyskiwane tylko w drodze przetagów?
            Hooooooo...ooj to wie, jak to jest. Polska nie sponsoruje inwestycji World
            Banku, IMF-u itp. Jest taki zwyczaj, że jak jakiś kraj "funduje" takiemu np.
            Sudanowi elektrownię, to jego firmy zgarniają jeśli nie 100%, to przynajmniej
            90% kontraktów. Natomiast, jak nie ma chętnych do wyjazdu Angli czy Irishów, to
            robią nabór "jak leci". Konsulatncje z reguły tylko wśród Białych...
            • kdonovotny Re: Jak zostałem ME Expatem... 07.02.04, 20:42
              Cześć,
              Trochę mnie nie było, niestety nie wyjechałem na kontrakt... :-(
              nawiążę do twojego poprzedniego posta.

              > Moje uprawnienia poza granicami RP3 są g... warte (albo jeszcze mniej). Papier
              > twardy, śliski (czerpany) nawet się podetrzeć nim nie da.
              Czytałem o Biurze Uznawalności Wykształcenia i Wymiany Międzynarodowej -jest
              taka instytucja i wydaje mi się powinni coś wiedzieć na temat recertyfikacji
              uprawnień za granicą.
              A nawiązując do uprawnień w budownictwie - jaka jest najprostsza droga do ich
              uzyskania? 2 lata budowy, potem 2 lata biura projektowego?
              Przynajmniej tak jest w branży elektrycznej.

              > więc mnie zaprosił, a że buduję wieżowiec o 100 m od Hollidayu, to nie było
              > problemu, żeby go nawiedzić i pogadać.
              Budujesz "Złote Tarasy"? Rewelacyjny kompleks. Startowaliśmy w przetargu na
              okablowanie strukturalne, ale umoczyliśmy.
              Kto jest generalnym wykonawcą całości?

              > > -czy znasz jeszcze jakieś firmy?
              > Oj, znam...

              W takim razie czy możesz się podzielić?
              Wydaje mi się że w Polsce rynek inżynierskich firm konsultingowych jest mały.
              Czytając ogłoszenia w Irlandii czy UK - mnóstwo ofert w firmach z branży drogi i
              mosty, koleje...

              > młody inżynier na Bliski Wschód na single status powinien jechać za nie mniej
              > niż 3000$, a sam nie podpisałbym żadnego kontraktu za mniej niż 5000$, bo to
              by było posucue rynku i obniżanie ceny za Białego expata.

              Rok temu fińska firma uruchamiająca małe elektrownie oferowała mi niecałe 2000
              EUR za miesiąc. Wszedłbym w ten deal z pocałowaniem ręki, ale chyba czegoś
              zabrakło. Szczęścia? Do dziś nie wiem, oficjalna wersja - anulowanie kontraktu
              (podobno Saddam Hussein i wojna w Zatoce, nagły kryzys itd...)

              > Spoko. Znacznie łatwiej znaleźć pracę w rozruchach czy off-shore jako
              >automatyk niż jako budowlaniec. Na civil engineera, zwałaszcza junior posting
              >można nająć Hindusa, Pakisa albo i Egipcjanina, a do nastawni głównej w czasie
              >rozruchu..

              Tak, ale spędziłem trochę czasu w branży elektrycznej mam nadzieję że przyszłość
              będzie lepsza. Tymczasem w GW kilka razy widziałem ogłoszenia Atkinsa, czy ILFa
              szukających właśnie gości z budownictwa.

              A teraz mam pytanko z innej beczki - architekt jest odpowiedzialny za wizję
              projektu, budynku itp. A co z obliczeniami konstrukcji? To działka budowlańcca,
              prawda? Czy możliwe że małe obiekty od początku do końca projektuje architekt?

              pzdr.
              KDO.




              • chaladia Re: Jak zostałem ME Expatem... 08.02.04, 18:00
                kdonovotny napisał:

                > Czytałem o Biurze Uznawalności Wykształcenia i Wymiany Międzynarodowej -jest
                > taka instytucja i wydaje mi się powinni coś wiedzieć na temat recertyfikacji
                > uprawnień za granicą.

                Problem w tym, że w firmach anglosaskich uznaje się członkowstwo organizacji
                zawodowych. Tam się płaci składki i za to organizacje te dają ubezpiecznie
                odpowiedzialności cywilnej za ewentualne błędy zawodowe. Polskie papiery nie
                dają ubezpieczenia OC poza granicami Polski.

                > A nawiązując do uprawnień w budownictwie - jaka jest najprostsza droga do ich
                > uzyskania? 2 lata budowy, potem 2 lata biura projektowego?
                > Przynajmniej tak jest w branży elektrycznej.

                Papiery na projektowanie i kierowanie robotami są niekompatybline. Na
                uprawnienia kierownika budowy nie potrzeba ani kwadransa pracy w biurze
                projektowym, a na uprawnienia projektowe wymagana jest praktyka na budowie. Jak
                patrzę na te projekty, co je czasami dostaję, to wydaj mi się, że ten przepis
                jest jakoś "obchodzony"...


                > Budujesz "Złote Tarasy"? Rewelacyjny kompleks. Startowaliśmy w przetargu na
                > okablowanie strukturalne, ale umoczyliśmy.

                Eeee... niezupełnie. Ja buduję Rondo 1, znany też jako Rondo ONZ. To jest po
                drugiej stronie "Hollidaya". GW na "Tarsach" jest Skanska.


                > Wydaje mi się że w Polsce rynek inżynierskich firm konsultingowych jest mały.

                Bo u nas konsulting sprowadza się do pisania uczonych uzasadnień, że najdroższa
                i najmniej kompetentna oferta jest najlepsza (a jest dlatego, że związana z nią
                była łapówka dla Decydenta).

                > Rok temu fińska firma uruchamiająca małe elektrownie oferowała mi niecałe 2000
                > EUR za miesiąc. Wszedłbym w ten deal z pocałowaniem ręki, ale chyba czegoś
                > zabrakło. Szczęścia? Do dziś nie wiem, oficjalna wersja - anulowanie kontraktu
                > (podobno Saddam Hussein i wojna w Zatoce, nagły kryzys itd...)

                Za drugim arzem Ci się uda, a jak nie za drugim, to za trzecim. Napewno
                brakowało 1 maja 2004 - bo zatrudnianie osoby spoza Unii to kłopoty z papierami
                i urzędnicy kadrowi w firmie, która rozpisała to ogłoszenie nie mieli widocznie
                ochoty w to się bawić.


                > A teraz mam pytanko z innej beczki - architekt jest odpowiedzialny za wizję
                projektu, budynku itp. A co z obliczeniami konstrukcji? To działka budowlańcca,
                prawda? Czy możliwe że małe obiekty od początku do końca projektuje architekt?

                To nie jest tak. Architekt robi "wizję" i koordynuje całość. On zatrudnia
                Konstruktora i Projektnta Instalacji. Niby Konstruktor jest budowlańcem, ale
                nie pracuje na budowie. Na budowie ludzi zatrudnia Generalny Wykonawca. Czasami
                GW zatrudnia także architektów, konstruktorów i instalatorów do zrobienia
                projektu wykonawczego.
                • kdonovotny Re: Jak zostałem ME Expatem... 08.02.04, 23:45
                  > Problem w tym, że w firmach anglosaskich uznaje się członkowstwo organizacji
                  > zawodowych. Tam się płaci składki i za to organizacje te dają ubezpiecznie
                  > odpowiedzialności cywilnej za ewentualne błędy zawodowe. Polskie papiery nie
                  > dają ubezpieczenia OC poza granicami Polski.

                  -no to nie rozumiem. Jakie są kryteria przyjmowania do takich organizacji?
                  Chyba to nie to samo co nasza Izba Inżynierów Budownictwa???
                  Bo wynikałoby z tego że się zapisuję, płacę i mogę projektować.

                  >Jak patrzę na te projekty, co je czasami dostaję, to wydaj mi się, że ten
                  przepis jest jakoś "obchodzony"...
                  -wnioskuję że jesteś kierownikiem budowy? Jaki charakter ma ta praca?
                  Czy trzeba mieć specyficzne cechy (chodzi o zarządzanie ludźmi - robotnikami,
                  majstrami itp.) Czy większe jest pole do popisu (rozwój kariery) dla kierowników
                  budów, czy też dla projektantó/konstrukorów?

                  > Eeee... niezupełnie. Ja buduję Rondo 1, znany też jako Rondo ONZ.
                  -aaaa... Ten, nieźle. 40 kondygnacji.. fiiu fiu...
                  Tylko wciąż mnie zastanawia jedna rzecz - wszystkie większe budowle w kraju
                  robią biura architektoniczne z zachodu. Czy to inwestor "przynosi" architekta ze
                  sobą?

                  > Bo u nas konsulting sprowadza się do pisania uczonych uzasadnień, że
                  najdroższa i najmniej kompetentna oferta jest najlepsza (a jest dlatego, że
                  związana z nią była łapówka dla Decydenta).

                  -tiaaa... w aktualnej pracy czasami mam wątpliwą przyjemność startować w
                  przetargach. Roboty full nad projektem i ofertą, a potem każdy się dziwi jak to
                  możliwe że no-name firma wygrała...

                  A wracając do Shanahan Engineering - znasz jeszcze jakieś fajne (lub mniej
                  fajne) firmy inżynierskie?

                  >Architekt robi "wizję" i koordynuje całość. On zatrudnia
                  >Konstruktora i Projektnta Instalacji.
                  >Czasami GW zatrudnia także architektów, konstruktorów i instalatorów do
                  >zrobienia projektu wykonawczego.
                  Okej, czy istnieją w takim razie typowe biura konstrukcyjne, czy jest to
                  "wplecione" niejako w biuro architektoniczne?


                  >PS.
                  >Wysyłanie CV na adresy firm angielskich, które nie dawały ogłoszeń w polskiej
                  >prasie nie ma sensu. Szkoda pieniędzy na znaczki pocztowe.

                  -to co mam zrobić jak zamarzy mi się praca w tej lub innej zagranicznej firmie?
                  Co byś zrobił na moim miejscu?

                  Powiem Ci o jednym wydarzeniu -nie więcej niż rok temu, jak u mnie w firmie były
                  czystki - myslalem ze mnie wywala - intensywnie szukalem roboty w Irlandii w
                  firmach wykonawczych w branzy elektrycznej (doswiadczenie i te sprawy...) Na 40
                  wyslanych maili 3 kolesi odpowiedzialo. 1 uprzejmie podziękował, drugi że może w
                  przyszłości (co na jedno wychodzi), jedynie trzeci prosil bym koniecznie
                  zadzwonil (wiec sposób zadziałał). Niestety okazało się że Unia kończy się na
                  Odrze, a ja jestem znad Wisły ;-(.
                  Grunt to próbować.

                  Pozdrawiam.
                  KDO

                  • chaladia Re: Jak zostałem ME Expatem... 13.01.07, 15:09
                    Shanahani znowu szukają, tym razem do Indii.
    • marekbielski Re: Jak zostałem ME Expatem... 26.01.04, 03:33
      Fascynujacy opis - moge tobie pozazdroscic ciekawych przygod. Czekam na 2
      czesc!

      Wa aleikoum es-salaam
    • oldpiernik Re: Jak zostałem ME Expatem... 02.02.04, 09:05
      w moim zaścianku niewielu takich bywalców
      pisz więcej, dobrze się to czyta

      OLDPIERNIKWROŚNIĘTY (w miedzę pod wierzbą) ;)
      • chaladia Re: Jak zostałem ME Expatem... 10.08.04, 23:45
        Oldpierniku, zapewniam Cię, że w najdziwniejszych miejscach tego swiata
        pracowali (a czasami jeszcze pracuję) polscy expatriaci rodem z naprawdę
        zapomnianych miasteczek i wsi. Nie tylko Warszawiacy jeździli overseas...
    • chaladia Re: Jak zostałem ME Expatem... 26.01.05, 18:38
      Niech się ktoś w końcu zlituje i dopisze...
      • beduinka Re: Jak zostałem ME Expatem... 26.01.05, 18:46
        oj biednyś ty...
        gdzie się ci wszyscy twoi expakci podziali??

        w każdym razie ja uwielbiam czytać twoje wspomnienia, więc regularnie tu
        zaglądam
        • chaladia Re: Jak zostałem ME Expatem... 27.01.05, 08:38
          To mi miło.

          Expatów spotykam co dnia a Polsce. Ostatecznie nie wyginęli (paru niestety już
          odeszło :-{ Ale ci, co jeszcze trwają przebranżowili się, poobrastali w piórka
          i tłuszcz, gdyby nawet im ktoś teraz podstawił pod nos kontrakt ze stawką
          $10.000 z luksusowym packagem miesięcznie to żaden by d... z kraju nie ruszył.
          Pisać też im się nie chce.
          Czasami wydaje mi się, że może oni się tego wstydzą?
      • bajdah Re: Jak zostałem ME Expatem... 01.02.05, 21:52
        Muszę przyznać, że cudownie się Ciebie czyta.. Takie opowieści, to sama
        przyjemnośc. Siedząc z dobrym winem.. przy kominku.. mogłabym Cię słuchać całą
        noc :)
        Pozdrawiam i proszę o więcej :)
    • pam_pa_ram_pam Wspomnienia młodego architekta... 04.04.05, 14:03
      Zaraz po otrzymaniu dyplomu mgr inż. arch. (1997) nie bardzo wiedziałem, co
      robić. W kraju generalna bryndza, zapowiadało się to jeszcze gorzej, a nawet
      gdyby było lepiej, to rynek był całkowicie nasycony starymi architektami "z
      nazwiskami".
      No to popróbowałem szczęścia w Europie Zachodniej - dyplom schowałem głęboko
      (razem z dumą z jego uzyskania) i pojechałem robić za kreślarza CAD-owskiego do
      pewnego dość znanego biura projektowego. Powoli dawali mi coraz bardziej
      odpowiedzialne zadania, aż w końcu przy jakiejś okazji zaproponowali mi...
      pracę overseas! Zupełnie overseas, bo w Brazylii. Potrzebowali kogoś
      na "rezydenta" na mało ważny projekt, a że budżet był skrojony kuso, to żaden
      Anglik jechać nie chciał. Tym bardziej, że haromonogram był taki, że roboty
      miały się skończyć przed Karnawałem.
      No to pojechałem. I nie żałowałem. Piękne dziewczyny, stosunkowo lekka (na
      początku) robota, skromne mieszkanko wynajęte przy samej budowie... musiałem
      codziennie pisać raport ze zdjęciami i wysyłać to do Londynu. Kłopoty pojawiały
      się, gdy coś nie pasowało, ale po pierwsze nie było to często, gdyż nasze biuro
      projektowe było naprawdę niezłe i miało dobre procedury sprawdzające, a po
      drugie jak już się zdarzyło, to okazało się, że ten rok praktyki plus pięć lat
      studiów na PW wystarczają, żeby problem uzgodnić z kim trzeba i rozwiązać.
      Karanawał w Rio mnie nie ominął, bo termin oczywiscie się "ślizgnął".
      Brazylijczycy mają całkiem inne pojęcie czasu i terminów. W czasie karnawału
      nie obowiązują tam żadne normalne zasady: pracuje się trzy godziny, jak ktoś
      musi, a jak nie - to nie pracuje wogóle. A że na trzy godziny nie warto
      otwierać budowy, to budownictwo stoi zupełnie. Jak nie cały czas, to napewno w
      ostatnim tygodniu karnawału. Inną zasadą jest nie traktowanie przelotnych
      karnawałowych romasów (z sexem włącznie) jako zdrady małżeńskiej. Do dziś nie
      pojmuję, jak w tych warunkach oni tam wszyscy nie pozarażali się AIDSem...
      Jeszcze jednym pożytkiem było całkiem dobre opanowanie języka portugalskiego -
      co w Polsce jest pewną rzadkością...
      • pam_pa_ram_pam Re: Wspomnienia młodego architekta... 12.10.05, 20:01
        Drugi wyjazd był do Dubaju. Inwentaryzacja pod projekt kompleksu: wszystko w
        jednym", jak to w Dubaju: hotel, mieszkania, suk-center (tzn. shopping-center),
        jakieś biura, rekreacja itd itp.
        Zamieszkałem na początek w biurze, które mieściło się w sporej willi. Potem
        stwierdziłem, że wielu expatów krótkotermionowych tak czyni. Mój szef wolał
        mieć apartament w hotelu. Willa miała jednak parę zalet: basen, ciszę, zero
        kłopotów z dojazdem, indyjską knajpkę o 150 m i wiele innych. Pracowało się po
        16 godzin na dobę, byle zdążyć z wysyłaniem informacji o zastanym stanie
        działki, instalacji itp do biura w UK. Po pewnym czasie zrobił się "luz", bo
        nie było już wiele danych i podkładów do zebrania. Szef wrócił do domu, a ja
        zostałem dokończyć tę resztkę. I wtedy zaczęło się "dolce vita". Roboty na góra
        8 godzin na dzień, a potem pływanie, łażenie po sukach, pubach i wogóle same
        przyjemności.
        Wtedy dopiero poczułem, jak to fajnie jest być ME Expatem...

        • tetys Re: Wspomnienia młodego architekta... 14.10.05, 17:53
          Bardzo fajne forum Chaladio, świetne opowieści i wiele przydatnych
          informacji :)

          Pozdrawiam
          • chaladia Re: Wspomnienia młodego architekta... 15.10.05, 20:51
            Nie podbijaj mi bębenka, Tetys, nie zamknę tego Forum.
            Chciałem jednak dowiedzieć się ile osób NAPRADĘ to czyta...
            Dziękuję wszystkim, którzy się wpisali.
    • chaladia Znowu jest okazja dla młodych, zdolnych... 19.12.06, 00:10
      Survey poszukuje do Algierii angielsko- i francuskojęzycznego/j Project
      Secretary do pracy na bardzo dużym projekcie petrochemicznym. Duże pieniądze,
      praca w cyklu 6 tygodni pracy, dwa tygodnie urlopu abroad, bezpiecznie, bo
      petrochemia ufortyfikaowana i strzeżona przez armię.
      Aż żal, żem za stary i po francusku nie potrafię gadać...
    • ewka5 Chaladio, oswiecaj 27.12.06, 05:46
      chaladia napisał:

      > No, ale oni nie pływali łódką po konfluencji (wie choć ktoś, co to jest?).

      * nie wiem - oswiec mnie, prosze.
      • chaladia Re: Chaladio, oswiecaj 27.12.06, 22:38
        Konfluencja 9Confluence) to miejsce połączenia się Nilu Błękitnego z Nilem
        Białym w rzekę Nil (the Nile). To jest w Chartumie. Wygląda trochę
        niesamowicie, zwłaszcza przy stosunkowo niskim stanie wody Nilu Błękitnego, gdy
        woda w nim jest naprawdę czysta i błękitna. Ponieważ Nil Biały, przepływając
        przez bagna Suddu zawsze niesie wodę mętną i białą, a do tego o zupełnie innej
        gęstości od czystej wody Nilu Błękitnego, mieszają się one niezbyt chętnie i na
        wodzie tworzy się wyraźna linia podziału. Lokalni rybacy wożący czasami
        nielicznych tam turystów pokazują starą sztuczkę - płyną kilem po linii
        podziału i zaczerpują szklanką wodę z jednej burty - jest mętna i biała, a
        potem z drugiej burty - jest czysta i niemal błękitna na tle nieba.
        • ewka5 Re: Chaladio, oswiecaj 28.12.06, 07:07
          chaladia napisał:

          > Konfluencja 9Confluence) to /.../

          * dzieki.
    • ewka5 Re: Jak zostałem ME Expatem... 27.12.06, 06:00
      to i ja dopisze sie z mala amerykanska refleksja z dawnej podrozy:

      Żar jak z pieca prosto w twarz zmęczoną długą podróżą.
      Ponad trzydzieści stopni - naszych, bo tych ichnich farenhajtów chyba
      dziewięćdziesiąt. Miło, ciepło i nawet nie tak obłędnie - jak to klimat
      szikagowy ma w zwyczaju - wilgotno.
      Nad ranem senność okropna. Siedem godzin różnicy robi swoje.

      List z drogi - refleksje ameryckie

      Chleb, którego nie znoszę. Bułki, które - jeśli ciepłe - dają się jeść. Masło z
      polskiego sklepu, sery - da się żyć. I meksykańska nibymaca, w która pakuję
      żółty ser i zapiekam - pycha. Spagettiskłosz - dyńka owalna, którą gotuje się
      lub maltretuje w mikrofali, a która ma w środku nibymakaroniki - jedzone z
      masłem i solą zachwycają moje podniebienie.

      Długaśne i szerokaśne hajłeje, z wiecznymi robotami drogowymi, zwanymi
      konstrakszynami. Ale drogi mają dobre. Ha! W ogóle mają drogi!
      W wielu miejscach, w ichnich cepeliach i gdzie tam jeszcze, spotkać można
      breloczki, łyżki, łyżeczki, talerzyki, kubasy, plakietki, czapki itp. z
      nadrukiem
      Rt 66. To pierwsza droga, pierwszy szlak.

      Podczas długiej podróży do Kalifornii - doszłam do wniosku, że nie było takiej
      możliwości, żeby jakikolwiek inny kraj poza Stanami mógł stać się ojczyzną
      filmów drogi. Bo jak się tak jedzie i jedzie, i jedzie i jedzie, i widzi się
      to, co się widzi, to taka mnogość myśli i pomysłów musi się pojawiać, że po
      prostu trzeba je przerobić na obraz filmowy.

      Dla mnie - bardzo chcę podkreślić, że dla mnie, bo ważne jakoś mi się zdaje to
      podkreślenie - która ileś poznaję, ale TYLKO ileś, kawałki, fragmenty przecież –
      Stany są krajem wszechobecnego kiczu, blichtru, świecidełek, przedmiotów (w
      szerokim tego słowa znaczeniu), które na pierwszy rzut oka tchną szlachectwem
      swego rodzaju, a kiedy bliżej podejść, kiedy dotknąć… plastikowe się okazują.
      Czasami to takim napawa smutkiem... Ale pewnie można się przyzwyczaić.

      Z barw i form flagowych robią wszystko - od miniflagi, którą zawieszają na
      antenie samochodu, po... gacie. Obawiam się, że kiedy późnym wieczorem
      docierają, po ołwertajmie czy kolejnym parttajmie (bo właśnie dokonali
      kredytowego zakupu domu w lepszej dzielnicy, gdzie nogi nie postawił jeszcze
      żaden „meksyk” ani „czarny”) do swojej nowej łazienki, i zdejmują wierzchnie
      portki zostając we flagowych gaciach, to czują się najpatriotami.
      I - na sekundę przed opadnięciem zmordowanych powiek - mówią:
      - Boże, Pobłogosław Amerykę.

      W drodze z Illinois do Kolorado jest głównie płasko - najpłasko
      (jak nasza Wielkopolska) i średnio płasko. W Kolorado - góry.
      Do Denver takie sobie widoki, zaś za granicami tego miasta - bajka. Górska
      miejscowość, nazwy nie pamiętam, w której domy na taakiej wysokości są
      postawione, że w głowę zachodziłam, jakim cudem techniki (łańcuchy?) ich
      mieszkańcy dostają się do nich zimową zaśnieżoną porą. Tak jakoś szwajcarsko to
      wyglądało. I rzeka, która w mojej wyobraźni była dzika i ogromna, tu okazała
      się być nieszczególnie szeroka i spokojnawa.
      Hajłej w jedną stronę wyżej, w drugą niżej, obok wstęga wody, a za nią linia
      kolejowa, tuż przy obu hajłejach strome góry, dziwnie barwne skały –
      niesamowicie to wygląda! I tunele w nich wydrążone (jak mysia dziura, z bajek,
      w ścianie domu) - wrażenie robią wjeżdżania w inny świat, w jakąś baję. Ale
      kiedy już weń wjechać, to miastem trąci i wrażenie umyka, i bardzo już chce się
      z niego wyjechać, by znowu oko górami nacieszyć. Tylko te okropne słupy, co to
      elektryka nimi płynie, wrażenie najładne psują, takie skundlone się to staje.
      I czasami trochę zieleni, a czasami mnóstwo zieleni - wielowieloodcieniowej.
      Próbowałam policzyć, ile odcieni zieleni dojrzeć tam można - przy dziesiątym
      dałam spokój.

      No i Juta. Jaakie tam krajobrazy...
      Było takie pasmo, że skojarzenie miałam z chińskim murem. Pięknie się tamtędy
      jechało. Piach, kępki zieleni, skały, znowu jakaś zieleń różna, i znów góry
      w kształtach tak dziwacznych, ze wyobraźnia szaleje. A barwami, poziomo
      ułożonymi! mienią się takimi, że dech zapiera.
      Była góra, która wyglądała jak truskawka do góry nogami! Na dole szypułka
      zielona, którą tworzył szeroki plaster zieleni. W górę zwężała się - jak to
      truskawka. Różowawo-rdzawo-czerwona, a pestki truskawkowe zielonkawe tworzyły
      malusie kępki krzaczków tę górę porastające. Obłędny widok!
      Dalej - kobieta na plecach leżąca, ze żłobionymi pięknie biodrami i udem
      obłym lekko uniesionym, noga w kolanie zgięta. A jakie piersi miała! I głowę do
      tyłu odchyloną ze spływającymi włosami (nowofalowa jakaś, bo te włosy
      mocno zielone były).

      Nevada pustynna pustynnie. Tam przeżyłam upał potworny i jazdę kilkugodzinną z
      padłą klimą w samochodzie - okropne to było!
      Żar – jeśli okno otworzyć, wszystko do obłędu gorące, parzące, i ta niemal nie
      do zniesienia suchość, która sprawiała, że wrażenie miałam kompletnie suchych
      oczu, nosa, przełyku, całego wnętrza mnie. Żadnej osady ludzkiej (nie mówiąc o
      warsztacie naprawczym) po drodze. Błogosławić zaczęłam szikagowską wilgotność
      uciążliwą!

      I Las Vegas. Przygoda z hazardem. Ruletka. Za całe dziesięć tutejszych złotych
      żetony. Z głupia frant postawiłam na jakiś numerek. Pani zakręciła - wykonawszy
      uprzednio nad planszą ruch bioenergoterapeuty (dla niewtajemniczonych - ten
      ruch oznacza, że nic już na planszy zmieniać nie wolno) i... wygrałam!
      Sztapelki żetonów poszły w moją stronę. Nie mam duszy hazardzisty, więc
      chciałam zwijać żetony, do kasy i w nogi – wygrana przecież. Zostałam
      powstrzymana i do dalszej gry zachęcona - wszak dopiero ją zaczęłam.
      Wygrywałam, przegrywałam, wygrywałam, przegrywałam, by w końcu zgrać się do
      zera.
      Teraz automaty. Zupełnie głupawe, bo guzik się wciska, wiecznie ten sam, więc
      ode mnie nic nie zależy. Niemniej powciskałam. I nagle! Jak nie gruchnie, w
      metalową rynienkę dwieście (!) monet... Ale huk!
      Wciskając guzik (strasznie nudne zajęcie) zajmowałam się głównie obserwowaniem
      obecnych tam ludzi. Była pierwsza w nocy, ale sale pełne, każdy zajęty
      wciskaniem tego głupiego guzika w wielkim skupieniu, jak gdyby od tego zależało
      życie wciskacza. Ludzie w wieku każdym, jaki może przyjść do głowy. No, nie
      było noworodków i niemowlaków.
      Samo miasto rozległe i ciągnące się jak flaki z olejem. Zaś jego centrum -
      kasyna, hotele, hotele, kasyna. A to w kształcie wielkiego prostopadłościanu
      napakowanego kolorami do szaleństwa, a to znów nibypałacyk z różowymi dachami,
      a to piramida czarna jak smoła. Piach i kikutowate palmy z pióropuszami zieleni
      u góry.

      Kalifornia. Na poboczach walające się papiery, worki, puszki po piciu różnym.
      I śmieciarze zbierający cały ten bajzel. I gorąco. I nazwy filmowe.
      Przedmieścia Los Andżeles jakieś takie fabryczne (oczekiwanie pewnie miałam,
      żeby jednak inne były).
      A! Zapomniałam dodać, że wszędzie sklepy z antykami - z przeproszeniem. Znaczy
      na ten przykład koła od nibyfurmanki, bo przecież one, te koła, mogą mieć i z
      osiemdziesiąt lat – złośliwam, nieprawdaż?
      W Dałn Tałn nie byłam, więc ani słowa, poza tym, że wielkie i wysokie – jak w
      większości miast. Po drodze domki ameryckie - całe w zieleni, w roślinności jak
      z bajki. Kraść tam chciałam odnóżki roślin, ale przecież nie przeżyłyby
      podróży, więc ze złodziejstwa zrezygnowałam. Szkoda, że domki są w pajęczynie
      kabli – to psuje sielskie wrażenie.
      Gwiazd żadnych nie widziałam, na niebie też nie, bo za dnia byłam.

      Ten fragment Arizony, który widziałam - zupełnie okropnie brzydki -
      brudnopiaszczystoskałowy, nieprzyjazny dla oka i stóp. Czasami, ale
      naprawdę bardzo czasami, zieleń jakaś. A, i jeszcze Nowy Meksyk - skały po
      obu stronach hajłejów, ubrane w siatki zabezpieczające spadające
      kamloty. Oj, zapomnialam o trawach kulistych czy co to tam jest - pamiętacie z
      filmów?
      Jedzie nasz bohater drogą, misję ma ważną do wypełnieni
      • ewka5 ciag dalszy refleksji 27.12.06, 06:05
        Jedzie nasz bohater drogą, misję ma ważną do wypełnienia, najważną
        nawet, muzyka tę ważność podkreśla, wiatr się zrywa i coraz ostrzej
        wieje (muzyka też), aż tu nagle przed nosem niemal - kołami czy kopytami
        końskimi - przewala się (przekula? przekulowuje?) kulista roślina -
        jak żywa, za nią następna i kolejna. Och, napięcie rośnie... Więc mogę
        potwierdzić, że te kule są prawdziwe - nijak siłami produkcji warsztatów
        holiłudzkich nie powstały, wzięły się same, i są.

        I rezerwaty - walące się chałupy, rozwalające się samochody, czasem
        jakiś koń - generalnie obraz nędzy i rozpaczy. Ale za to indiańskie
        sklepy – czy to wigwamowe przydrożne (przyhajłejowe) czy też zwyczajne -
        wyjść z nich nie mogłam!! Taaka śliczna ta ich cepeliowska produkcja.
        Złapałam się na tym, że - z przeproszeniem - stonka turystyczna ze mnie wylazła
        (gdzie ona się chowała dotychczas?!)! Łapałam się a to na kamyczki indiańskie -
        dłonią prawdziwego Indianina uzbrojoną w piórko (stalówkę?) - uszlachetnione
        znakami, na coś albo przeciw czemuś rzecz jasna! A to na pióropusz, który już
        widziałam na głowie wodza najważnego i najszlachetnego.
        A to bębenki, co to bębnią jak marzenie (i na cholerę nam telefony?!).
        Rzeźba indiańskiej matki niosącej w skórzanym worku swoje indiańskie
        dzieciątko. A fajki!!! Jaaakie fajki! No i topór był wojenny - do zakopania.
        Nabyłam drogą kupna mokasyny prawdziwe. No i łapacze snów - podobały mi się i
        polubiłam wierzyć, że będą chroniły, a co tam! Kartki z mapą, na której
        pokazano rozmieszczenie poszczególnych plemion i zwierzęta, które dla Indian
        były znaczące, interpretacja symboli. I ichnie jedzenie jadłam – smakowało mi.
        A biżuteria… Z tego miejsca - wstyd się przyznać - byłam wywlekana za włosy,
        zupełnie jak jakaś świeżo porwana skłoł. To było w Oklahomie.

        Kawałek Texasu - na polach krowy czarne i mocno brązowe, stada
        potężne, ale i mniejsze stadka. Także te cudeńka do nawilżania służące.
        Pamiętacie Zorbę? On chyba podobne urządzenie pochyłe zrobił (a może źle
        pamiętam), zaś w Texasie jest niepochyłe. I silosy ogromne, i linia kolejowa z
        ciągnącymi się, chyba kilometrami, wagonami pociągów. Płaska do nieprzytomności
        Nebraska, i Ajoła - podobno głównie przez Niemców zamieszkana. Tam na tablicy
        brązowej informacja, ze TU urodził się niejaki Dżon Łejn. Amerykanie
        upamiętnili też nazwą ulicy czy innej drogi niejakiego Dżeronimo - to wódz
        indiański (Apacz), który podobno straszne psikusy im czynił dawno dawno:
        siedział na wzgórzu z grupą swoich pobratymców, biali to wzgórze
        ciasnym pierścieniem otaczali i czekali do świtu, żeby wykurzyć stamtąd
        czerwonoskórych. Mysz się przecisnąć przez pierścień żołnierski nie miała
        prawa. A świtem, kiedy atakować mieli dżeronimowy oddział, wzgórze
        puściuteńkie się okazywało, po oddziale śladu nie było...
        Także jakiegoś bandziora, który zabijał i kasę zieloną kradł był namiętnie
        zewsząd, uhonorowali tablicą pamiątkowa i muzeum.

        Wielowielobarwna ta Ameryka... Tyle nacji, kolorów skóry, zachowań, tradycji -
        mniej lub bardziej dopilnowanych i pielęgnowanych, i nowotworzonych.
        Podoba mi się pewien, raz na jutro ustalony, porządek i ład w drogach
        krajowych - parzyste wiodą ze wschodu na zachód, zaś nieparzyste z północy na
        południe.

        Kiedy tak sobie o tych Stanach - jakoś mi obcych wciąż - myślę (upraszczając
        przecież i generalizując), dochodzę do wniosku, że dla mnie (nieustająco to
        podkreślam!) to kraj ludzi na sznurkach. Sznurkach kredytów na dom w lepszej
        dzielnicy, lepszy samochód (ożesz! sąsiad czy inny znajomy znów kupił nowszy i
        droższy), lepszą (czyt. droższą) szkołę dla dzieciaka itp., sznurkach tego, że
        wypada żyć na określonym poziomie, że wypada mieć na określonym poziomie. Że ta
        ichnia wolność sprowadza się głównie do możliwości posiadania broni, do
        możliwości wystawienia tablicy - teren prywatny, jezioro prywatne czy co tam
        jeszcze prywatne. A gdyby namiot gdzieś po drodze chcieć postawić, bo tak mi
        się właśnie zamarzyło...oj! (po co? przecież są auta turystyczne w
        wypożyczalni).
        Że tłuczeni są po oczach i uszach wszechobecną reklamą różności, które
        najkoniecznie musza MIEĆ, i na którą to reklamę może już i nie dają
        rady się nie łapać. Bo MIEĆ stanowi BYĆ. Tak to widzę. Lubię mieć - nie
        jestem inna - ale to ichnie mieć sprawia wrażenie oszalałego, za każdą cenę i
        chyba w nadmiarze. I, zdaje mi się, to mieć stanowi o wartości człowieka.

        Tak czy siak - żyje się w Stanach znacznie łatwiej, wygodniej, dostępniej
        (sama już nie wiem, jak to właściwie określić) niż w Polsce.
        I jeszcze coś przyszło mi do głowy - jeśli jest tak, a często jest, że
        Amerykanie "za pracą” przenoszą się z miejsca na miejsce, z miasta do miasta,
        ze stanu do stanu, ileś razy w ciągu swojego życia, to jakże – na Boga! – mają
        budować relacje z innymi, przeradzające się w więzi, które potrafią trwać życia
        całe...
        A w końcu chyba jednak o to w tych naszych życiach chodzi – o nas, o ludzi,
        Ludzi. Wiec idą po wierzchu, ślizgiem, hałarju'ami z uśmiechami nic albo
        niewiele znaczącymi.
        I pozostaje im gromadzić. W końcu przedmioty tez cieszą...

        P.S. Żeby przejechać Polskę z północy na południe, potrzeba około
        pół doby.
        Żeby przejechać jeden (nie każdy rzecz jasna, ale wiele) stan Stanów
        Zjednoczonych Ameryki Północnej, potrzeba około pół doby.
        Tjaa...


        Od dwoch lat zyje w tym kraju wciaz mu sie przygladajac.
        Ciagle nie czuje sie tubylcem, ale w mojej wsi, w mojej pracy i w moim domu
        jestem u siebie.
        Wybralismy sie nie tak dawno nad Niagare, na jej kanadyjska strone - jasny
        gwint! jakze warto to bylo zobaczyc!
        Postanowilismy - poki tu bedziemy - zajrzec gdzie sie tylko da, zobaczyc co sie
        tylko da.

        Chaladio, oczywiscie jest tu tzw. "Polonia z Jackowa", ale jest tez bardzo duzo
        baaardzo sensownych Polakow.
        • pam_pa_ram_pam Ale czy amerykański Polonus to expatriate? 28.05.07, 21:02
          Takie mnie nachodzą wątpliwości... Ameryka to nie jest kraj do krótkotrwałego
          pobytu. Tam albo się pozostaje na stałe, albo się wraca niezadowolonym.
          Najnieszczęśliwisi są w związku z tym Polonusi z Jackowa, którzy z jakichś tam
          przyczyn do kraju wracać nie mogą albo nie chcą, a z w większości anglosaską
          społecznością integrować się nie chcą. Do krótkotrwałego zarabiania "kasy" do
          wydanie w Polsce USA przestały się nadawać od czasu gdy dolar amerykański
          stoczył sie poniżej poziomu 3 zł bez widoków na poprawę sytuacji.

          Osobiście doskonale czuję się tutaj w Szkocji i powoli przestaję uważać się tu
          za "expatriete'a", tak jak zawsze uważałem się za expata w krajach arabskich
          lub w Brazylii. Zapewne na starość porzucę Highlands i wzorem wielu rozsądnych
          Szkotów postaram się zamieszkać na Jamajce, St.Kitts, Nevis, może na Bahamach...
          ale takich nazywa się "rentierami", nie "expatami".
    • chaladia Powitajmy Agnieszkę... 24.08.07, 16:30
      Właśnie poznałem miłą dziewczynę, któa jedzie zakładać
      przedstawicielstwo znanej firmy head-huntingowej nad Zatoką.
      Życzmy jej sukcesów, bo jej sukcesy będą sukcesami wielu dobrych ME
      Expatów.
    • chaladia Re: Jak zostałem ME Expatem... 03.06.13, 21:26
      Up!
      • survey06 Re: Jak zostałem ME Expatem... 09.06.13, 15:08
        Wuahlan-wua-sahlan .....:)
        • chaladia Re: Jak zostałem ME Expatem... 09.06.13, 21:11
          Jak się pierwszy wątek podbije, to się wszystkie pokazują.
          Właśnie to odkryłem...
          • inz_mech Re: Jak zostałem ME Expatem... 28.12.13, 19:10
            Witam
            Przeczytalem Wasze forum z ogromnym zainteresowaniem i chcialbym bardziej doswiadczonych kolegow poprosic o rade i opinie.Jestem inzynierem mechanikiem z 5 letnim stazem (2 firmy) - mam 31 lat. W obecnej firmie pracuje juz 4 lata i nie zanosi sie abym przez nastepne 10 zmienil swoje biurko:) Taka sytuacja bardzo mi nie odpowiada. Chcialbym jeszcze w zyciu cos zobaczyc, popodrozowac i wydaje mi sie ze wyjazd do bardziej egzotycznych krajow jest ciakawa opcja (mysle tutaj o Bliskim Wchodzie np). Angielski znam bardzo dobrze (studiowalem troche na zachodzie - mam dyplom Brytyjski) i dobrze rosyjski. I teraz moje pytanie, czy warto ryzykowac i po otrzymaniu oferty rzucic prace, wyjechac i sprobowac tam? Interesuje mnie praca w branzy oil and gas, w tej chwili pracuje w projektowaniu w motoryzacji. Wydaje mi sie ze w oil and gas praca jest ciakawsza i lepiej platna, ogolnie branza ma lepsze perspektywy rozwoju (motoryzacja juz od 5 lat jest w stagnacji).
            Z gory dziekuje za odpowiedzi i podpowiedzi.

            • chaladia Re: Jak zostałem ME Expatem... 29.12.13, 18:25
              W Polsce nie znajdziesz już eksportu budownictwa. To jest dead stock.
              Skoro znasz dobrze angielski, szukaj na stronach:
              - angielskich konsultancji działających na Bliskim Wschodzie. Na przykład Mott Ewbank Preece, ale oczywiście nie tylko.
              - szukać na stronach head hunterów w Dubaju i innych krajach Zatoki. "engineer, vaccancies, Middle East" w Google wystarczy.
              - szukać u wykonawców działających na rynku bardzo dużych inwestycji - metro w Katarze, Ethiopian Renaissance Dam itp.-.
              Powodzenia!
              • inz_mech Re: Jak zostałem ME Expatem... 29.12.13, 23:23
                Bardzo dziekuje za tak szybka odpowiedz:)
                Mam jednak pewne watpliwosci dotyczace mojego doswiadczenia a raczej jego braku. Chodzi o to ze np na Bliskim Wschodzie najlepiej pracowac w branzy naftowej a ja doswiadczenia w tej branzy nie posiadam (tak jak wspomnialem pracuje w motoryzacji). Wiem rowniez ze jest bardzo wiele aplikacji na wszelkie oferty pracy na Bliskim Wschodzie i czy brak doswiadczenia w branzy paliwowej nie bedzie dyskwalifikacja.
                Pozdrawiam
                • chaladia Re: Jak zostałem ME Expatem... 30.12.13, 14:46
                  Samo wydobycie to część większej całości.
                  Do tego jest masa innych branż. Silniki tłokowe też są.
                  Na Zatoce prąd generują z reguły turbiny gazowe, nie zawsze z odzyskiem ciepła ze spalin i małym kociołkiem z jeszcze mniejszą turbinką. Tam jest tyle paliwa, że sprawność urządzenia to sprawa niemal trzeciorzędna. Nam oczywiści trudno sobie coś podobnego wyobrazić.
                  Za to cała Afryka ma elektrownie oparte na Dieslach. Wielkich dieslach chyba pochodzenia morskiego. Elektrownie parowe są tylko w Egipcie, Sudanie, Botswanie i RPA.
                  Poza tym, jeśli jakikolwiek projekt jest duży, to ma dużą flotę samochodową. Jeśli project manager myśli logicznie, będzie chciał mieć fleet managera expatrite'a. Bo jak weźmie localsa, albo nawet third country nationala z Indii lub Pakistanu, to po 2-3 latach może się okazać, że do completion date daleko, a połowa floty nie chce jeździć. Warunki dla samochodów na Bliskim Wschodzie są ekstremalne (zapylenie, temperatury, drogi lub ich brak) i o pojazdy trzeba dbać.
                • olena.s Re: Jak zostałem ME Expatem... 03.02.14, 16:00
                  O matko, no to będzie.A nuż widelec jednak pojawi się ciekawa propozycja?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka