chaladia
11.11.02, 13:39
Jak zostałem ME Expatriatem...
Pomysł na expatriackie życie wpadł mi do głowy jeszcze w liceum, wtedy
(wczesne lata ’70) to był doskonały sposób na zwiedzenie świata, zarobienie
sporych pieniędzy (może i lepszych niż trafiały się "badylarzom") i do tego
gwarancja pracy w ciekawym i kulturalnym towarzystwie bez konieczności
przesadnego kłaniania się Sile Przewodniej.
Oczywiście musiałem wcześniej przepracować na budowie w kraju 5 lat, żeby
dostać uprawnienia i czegoś się tam nauczyć. Ciężkie to były lata, bo i stan
wojenny i fakt, że zupełnie nie pasowałem do moich wiecznie zapitych,
chamskich i podkradających co się dało z budowy kolegów inżynierów. Takie
czasy były...
W 1985 roku przeniosłem się do firmy parającej się wyłącznie eksportem
budownictwa. Na początek posłali mnie oczywiście do pracy w obsłudze rynków
KDL-i, dokładniej NRD. Rządziły tam niestety Partia i OPZZ. Żeby wyjechać na
podrzędne stanowisko za marne pieniądze trzeba się było ciężko napracować i
jeszcze mocniej poniżyć przed przełożonymi. Pomimo wszystko i tak było lepiej
niż w "normalnych" przedsiębiorstwach budowlanych.
Postanowiłem czekać nie wychylając się zbytnio, i wkrótce trafiła mi się
okazja: przychodzi do mnie kolega MW, mechanik-energetyk i powiada: "mamy
prekwalifikację do pracy w Egipcie, Klient będzie egzaminował naszych
inżynierów, głównie mechaników, ale także budowlańców, a że ja nie odróżniam
cementu od betonu - przyjdź i pomóż swoją wiedzą". Zwolniłem się więc u
mojego szefa i poszedłem. Egzamin - zupełna poruta. Zgłosili się albo
angliści nie potrafiący czytać rysunku technicznego, a co dopiero powiedzieć,
co trzeba z tym zrobić, albo fachowcy, ale ledwo dukający po angielsku.
Napociłem się srodze tłumacząc Klientowi, że trudno się uczyć języka i
pracować itp. Ale i tak nikogo nie wybrał. Na koniec mówi - "a ty co, mówisz
swobodnie po angielsku, znasz się na robocie, ja ciebie biorę!"
Ja na to (naiwny młody człowiek wychowany w komunizmie) że na to musi być
kwalifikacja przez p.o.p. i dyrekcję. No to się obśmiał i mówi, że to już
załatwione. MW kazał mi cicho siedzieć. Wróciłem i mówię szefowi, żeby mi dał
obiegówkę, bo wyjeżdżam do Egiptu. Faceta zatkało. Bez stażu w KDL-u, bez
rekomendacji p.o.p. i w ogóle bez JEGO(!) zgody. Ale ja już należałem do
innego świata.
I tak cały 1987 rok spędziłem w Asjut w środkowym Egipcie. Dziś to by było
niemal samobójstwo, ale wtedy było nas, Polaków w Asjut sporo. My -
Costainowcy, paru facetów od Petera Caludiusa, jacyś specjaliści ze Stalowej
Woli, no i misjonarz, bo w tej branży Polacy są wszędzie.
Asjut dzisiaj jest strefą zamkniętą z powodu mordów popełnianych przez
islamistów na Białych, zwłaszcza turystach. Ci islamiści mają swoje centrum
na Uniwersytecie w Asjut. Ale w 1986/7 roku Bracia Muzułmańscy uważali nas,
Polaków za „bratnie dusze”. Oni walczyli z reżimem Mubaraka, a my z
Jaruzelem. Trafiało się, że przejeżdżaliśmy przez manifestacje Bractwa i oni
zawsze uśmiechali się i machali do nas: „Bolanda queis” wołali (Polska
dobra). Myślę, że dziś każdy z tych panów zarżnął by mnie jak barana na
Qubran Bajram. Takie mamy czasy, niestety.
No i tak minął mi rok 1987. Trzeba było wracać do domu na Boże Narodzenie, bo
i kontrakt się skończył. Na koniec wyszła śmieszna historyjka: Cały rok
nosiliśmy na głowach kaski z dumnym napisem „Costain Process Construction”.
Costain to nazwisko Anglika, który tę firmę założył. Logo znane w całej
Anglii i niby na całym świecie. Napis był „naszymi” literami i w
transliteracji na arabikę. Egipcjanie uśmiechali się, ale nic nie mówili. Na
koniec dopiero powiedział mi nasz tłumacz: Kos to po arabski „pi...a”, a
końcówka ..in oznacza liczbę podwójną.
Niby i słowo znałem i zasadę tworzenia liczby podwójnej też, ale jakoś tego
nie skojarzyłem. Reszta Białych też nie...
Potem uczestniczyłem w przygotowaniach do kontraktu w Botswanie, ale jakoś
tam na stałe nie pojechałem, tylko do Sudanu. Sudan 1989 to było całkiem
fajne miejsce. Jeszcze nie było takiego strasznego głodu, wojna była na
południu, ale też jakoś bez entuzjazmu którejkolwiek ze stron do walki. Nawet
coś produkowano w tym kraju. Grapefruity mieli najlepsze, jakie kiedykolwiek
jadłem. Ta robota to była budowa elektrowni Khartoum North za pieniądze Banku
Światowego. Towarzystwo międzynarodowe – polscy budowlańcy, turbina z
Niemiec, też montowana przez Polaków, choć pod niemieckim nadzorem, kotły
austriackie, montowane przez Słoweńców, elektryka chorwacka, prosta siła
robocza lokalna, sporo też Erytrejczyków a nadzór nad inwestycją oczywiście
brytyjski. Wszystko na jednym campie, więc Wieża Babel. Mnie tam wszystko
jedno było, tyle samo się mówiło po polsku, po angielsku i po niemiecku. Do
służby po arabsku. Ale mając już wyższe stanowisko jakoś niewiele się
pouczyłem arabskiego.
O sprawach zawodowych nie będę się rozpisywał. Quantity Surveyorem byłem.
W piątki urządzaliśmy sobie wypady za miasto terenowymi pick-upami. Mieliśmy
grille zrobione z połowy beczki, drewno odpadowe z budowy, jakiś „suchy
prowiant” z campowej kuchni i w drogę. Dróg w europejskim rozumieniu tego
słowa w Sudanie było wtedy coś około 1500 km (kraj jest wielkości Europy bez
Rosji). Już 50 km za miastem asfalt się kończył i trzeba było jechać po
pustyni na kompas.
Opłaciło się jechać. Tam są zabytki „do odkrycia”. Jedzie się kilkaset km na
kompas przy użyciu bardzo prymitywnej poangielskiej mapy z lat '50 (innych
nie ma, bo nikt ich nie robi), a jak się trafi to na końcu są świątynie z
czasów Nubii (ostatnie dynastie Starożytnego Egiptu), piramidy itp. Nikt ich
nie strzeże, nikt nie pokazuje drogi, po prostu stoją sobie w środku pustyni
od 20 może stuleci, albo i więcej. Michałowski fajnie to opisał w swoich
książkach. Gdy je czytałem w wieku lat kilkunastu w życiu nie myślałem, że
kiedyś tam dotrę. Nie wiem, czy jest w Polsce setka ludzi, która by się tym
mogła poszczycić... Niestety, przez 30 miesięcy mojego pobytu (z niewielkimi
przerwami) widać było, jak się ten kraj stacza i w końcu doszedłem do
wniosku, że nie warto dalej patrzeć na ten głód i mizerię, zwłaszcza że w
Polsce był już rok 1992 i zarobek w dolarach, nawet 2000 USD to nie była taka
rewelacja. Moi koledzy na Giełdzie porobili większe fortuny, niż ja overseas.
No, ale oni nie pływali łódką po konfluencji (wie choć ktoś, co to jest?).
I to by było tyle, na początek...