ydorius
01.02.06, 23:27
Kiedyś, dawno temu, chodziłem na zajęcia prowadzone przez pana Roberta Piłata
(fenomenalny wykładowca i człowiek) dotyczące krzywdy i zadośćuczynienia.
Rozpatrywaliśmy rozmaite aspekty tego, czym jest krzywda, jak się objawia, czy
może być zdarzeniem zupełnie obiektywnym, czy do poczucia krzywdy, podobnie
jak to jest w przypadku występowania konfliktu, potrzebne są obie strony
przekonane, że coś się stało, czy też wystarczy jedna i tak dalej.
Rozpatrywaliśmy także możliwość zadośćuczynienia. Warunków koniecznych ect.
Z tego, co pamiętam nikt nie wpadł na to, że tym, co uniemożliwia pojednanie
czy też zadośćuczynienie właśnie jest pogarda. Gdy strona skrzywdzona nie
tylko nie chce wyjść ze sojego poczucia krzywdy, ale w dodatku zaczyna gardzić
krzywdzącym.
Zastanawiałem się - z czysto osobistych pobudek - dziś nad tym, że pojęcie
pogardy jest chyba rozumiane bardzo pejoratywnie. Człowiek, który gardzi drugm
człowiekiem, choćby miał ku temu szczere powody, nie jest postrzegany zbyt
dobrze. Przyznam szczerze, że jeśli tak rzczywiście jest, upatrywałbym
przyczyn w etyce chrześcijańskiej, która nakazuje nam przebaczenie wrogom i
pojednanie się z nimi. Ale może się mylę i złe postrzeganie człowieka
gardzącego innym człowiekiem ma swe źródła gdzie indziej.
A oprócz tego - a może pogarda jest dobra? Znaczy na pewno jest potrzebna i
stanowi swoisty mechanizm obronny, ale może po prostu od czasu do czasu jest
WŁAŚCIWYM sięgnięcie po ten środek wyrazu? Jak sądzicie?
m,
.y.
----------------------------------
What is home without Pinezka's Potted
Meat? Incomplete.
wypielęgnowany harmider w duszy