chaladia
16.03.06, 20:02
Praca expatriate'ów na "zachodnich" kontraktach była mniej-więcej ciągłym
zajęciem, bo mając kontrakt zapewniający 2 tygodnie urlopu w kraju po 3
miesiącach pracy (oczywiście z przelotem klasą Clipper) można było pracować
tak aż do emerytury. Niestety, w PRL-u i wczesnej RP3, gdy jeszcze istniał
(dogorywał) polski eksport budownictwa, expat miał takie same prawa do urlopu
pracując w Botswanie, jakby pracował z Grójcu. Jeden przejazd najtańszym
środkiem komunikacji do domu rocznie, no i jeden urlop w roku... W związku z
tym, praca overseas musiała z oczywistych względów byc pracą dorywczą na rok-
dwa-góra trzy, a potem parę lat "odpoczynku" w kraju. Pozwalało to
także "nacieszyć się" zawartością konta dewizowego i odsetkami z niego
(pozwolę sobie przypomnieć, że PeKaO wypłacało 11% odsetek rocznie, a jak się
brało bony PeKaO zamiast "prawdziwej" waluty - to 12%.
W latach '80-'90 pracowałem w "Energoexporcie" i każdy powrót z "eksportu"
był przezyciem. Już na parę dni przed zakończeniem pracy należało się
przygotować do powrotu. Z reguły zaczynało się od załatwienia wizy
wyjazdowej, która obowiązywała osoby dłużej przebywające w krajach arabskich.
Potem nalezało zagospodarować 90% ubrań i innychndóbr, których nie było sensu
zabierać do kraju. Rozdawało się je zaprzyjaźnionym krajowcom. Ja z reguły
miałem z tym pewien problem, bo jestem dość duży i wzwyż i wszerz, co
powodowało, że mało kto pasował w moje "ciuchy". Na koniec niszczyło się
zbędne dokumenty, korespondencję itd itp. Efekt tych działń był taki, że to,
co pozostawało do zabrabnia mieściło się do jednej małej walizeczki. Wkładało
sie ją do wnętrza walizki większej i tak "spakowany" expat nadawał się do
podróży.
Z Egiptu przed Bożym Narodzeniem 1987 wyjeżdżałem w bardzo złej atmosferze,
bo na dwa dni przed moim wyjadem zdarzył się wypadek drogowy, w którym zginął
kolega z kontraktu, a dwóch innych kolegów uległo poranieniu. Wracaliśmy więc
z cynkową trumną...
Tak-czy inaczej przylecieliśmy do zmarzniętej Warszawy w śniegu z Kairu, w
którym "zimowe" temperatury wynosiły około 20°C. Pomimo kurtki i czapki na
Okęciu było mi rozpaczliwie zimno. Dobrze, że czekała na mnie rodzina z
samochodem.
Od następnego dnia zaczęło się odwiedzanie znajomych. Na
początek "Energoexport", gdzie Bracia Expatriaci powitali "nowego" po jego
pierwszym pobycie overseas. Dobrze mnie przyjęli, bo wstydu firmie nie
przyniosłem. Potem - rodzina, która jakoś nie mogła się przyzwyczaić, że
z "ubogiego krewnego" w ciągu roku stałem się cokolwiek bogatszym od
nich, "priwatnej inisiatiwy". Na koniec do wszystkich moich PT Koleżanke, by
stwierdzić ze smutkiem, że dwie się wydały za mąż i że żadna wogóle nie
jest "wolna"...