hedonista.oswiecony
07.06.06, 20:29
wylot 30 maja, wcześnie rano, z przesiadką w Londynie. O 15:00 lokalnego
czasu otoczyło mnie gorące, tropikalne powietrze. Pochłonęło na 6 dni. 6
słonecznych, pełnych dobrego jedzenia, wielu ludzi (w tym kilku miłych
kobiet), tańców i zwiedzania. Droga z lotniska od razu ukazała oblicze wyspy.
Cała górzysta, wciśniętymi uprawami bananów w każdy wolny skrawek i pełna
ubogich domów. Domy te w większości drewniane, małe, ciasne, a wiele z nich
na wysokich słupach, ochrona przed zmyciem w porze deszczowej. Przejazd przez
stolicę podobną do gęstszego niż wcześniej zbioru ubogich domów z paroma
zaledwie budynkami przypominającymi Europę. Miasto nad zatoką, rozciągnięte
na okoliczne wzgórza. Cała wyspa to ok. 160 tys. mieszkańców. Dalsza droga do
hotelu. Recepcja, sprawdzenie czy dowieźli bagaż, pokój, chłód jak w lodówce -
klimatyzacja ustawiona na 16 stopni. Czysty, duży pokój, telewizor, czysta
łazienka, wyjście z pokoju od razu na trawnik przed budynkiem, za oknem morze
Karaibskie. Wyjąłem z lodówki piwo, usiadłem na tarasie i cieszyłem się jak
małe dziecko. Byłem na Karaibach. Byłem w rejonie gdzie powstało reggae.
Wprawdzie to nie Jamajka, ale to były Karaiby. Jeszcze rano wszedłszy na
lotnisko zakrzyknąłem do ludzi "hej, to już dziś!:), jedziemy".
Kolacja, pyszne ryby, znakomite anansy, mango, melony... nielimitowana
wyżerka i popitka... Trzech panów grających lekkie reggae... Pierwszy wieczór
minął b. szybko... na gadaniu i tańczeniu... byłem prawie w raju.
ukłony
ed