Dodaj do ulubionych

List do "Kubusia" :)

02.07.06, 21:48
Autentyczny list do Kubusia po akcji promocyjnej tego napoju:

Drogi Kubusiu !
Chciałem Ci w tym liście serdecznie podziękować za te
wspaniałe promocje,dzięki którym dzieci mogą się bawić wysyłając do
Ciebie etykietki z soków, w zamian za co otrzymują drobne upominki. I tak
kilka miesięcy temu moja córka skusiła się na Kubusiowy Plecaczek.
Wszystkie pieniążki, które dostawała wydawała na te Twoje zagęszczane
soczko-smrodki licząc na to, że kiedy wyśle założoną ilość etykiet
otrzyma obiecany plecaczek z Twoją sympatyczną mordką. Trzeba było zobaczyć
jej zawiedzioną dziesięcioletnią minkę kiedy zamiast plecaczka otrzymała w
liście Przygodową Bandankę z rozbrajającym wyjaśnieniem, że plecaczki się
skończyły.
Tak więc puchaty skur*ysynu chciałem Ci napisać, że Je*aną
przygodową Bandankę możesz sobie z całym tym twoim posranym
działem marketingu wsadzić w dupę, bo nie mam szacunku dla kogoś kto
oszukuje dzieci.
Mam nadzieję, że spotkają cię wszelkie możliwe przykrości a
najlepiej, żeby przez tysiąc i jedną noc ciebie i tego ch**a co wymyślił tę
promocję rżnął Alibaba i czterdziestu nieogolonych rozbójników. Choć
znając branżę reklamową obawiam się, że mogłoby to wam się
spodobać.Powinieneś też zmienić imię - zamiast Kubuś - Kuba rozpruwacz
(dziecięcych portfeli).
Moja córka jest zbyt młoda żeby cię pożegnać w jedyny
dopuszczalny w tej sytuacji sposób... Pie**ol się Kubusiu...idziemy do Pysia
Z poważaniem
Były Klient
Obserwuj wątek
    • nekroskop88 Współczesny Kapturek ;) 02.07.06, 21:50
      Zapina ziomala Kaptur przez osiedle na miejscówkę
      do starszej Jareckiej. Pokitrane ma po kieszeniach trochę bakania i
      jakiś szamunek. Wyczaił ją wilk wypas i ścieme jej z klatki odstawia:
      - Elo sztuka. Gdzie się idziesz ustawić?
      - Wybiłam się z chawiry i hetam się z tym towarem do starej ojca.
      Wilk skumał akcje w moment i między blokami skrót na miejscówkę do
      starej Jareckiej wylukał, a po drodze zdążył jeszcze bucha ściągnąć z
      writerami. W$%$%ił Jarecką, kabone jej z szuflad powyjmował, co by
      na zioło starczyło. Jebnął się na wyro i ścieme odstawia. Moment i
      laska w czerwonej bluzie też ustawia się na miejscówce. Patrzy na
      babkę i nie czai wszystkiego:
      - Babka, melanż jakiś był, że uszy i oczy trochę przyduże masz, czy to
      może ja za dużo smażyłam? A wilk zajawkę już taką złapał, że o$%$%ił w moment
      Kaptura i fazę na wyrze dalej odstawia. Nagle psy wbiły się do chawiry
      Jareckiej i w moment skatowały wilka za odstawianie nielegalu. Klime z podwórka
      zdążył jeszcze pozdrowić - "HWDP" - krzyknął i zszedł ze świata z
      roz$%$%onym bębnem. Psy Kaptura i Babkę wywlekły z bebechów i razem z wilka
      towaru po kresce ściągnęli.
    • nekroskop88 Z dzienniczka chirurga 02.07.06, 22:01

      Sobota.
      Jestem trochę niespokojny. Wczoraj zacząłem dość zawiłą operację na panu
      Łukaszu spod siódemki. Nie zauważyliśmy, jak czas zleciał i zrobiła się
      szesnasta i koniec roboty. Pan Łukasz został na stole do poniedziałku. Martwię
      się, że będzie próbował sam się zaszyć.

      Poniedziałek.
      Wszystko dobre, co się dobrze kończy. W czasie weekendu była przerwa w dostawie
      prądu. Urządzenia przestały działać i pan Łukasz też. Dzisiaj miałem tylko dwa
      wyrostki. Dziwne, że u jednego pacjenta. No, ale poniedziałek jakoś zleciał,
      tym bardziej, że siostra Kulanka znalazła między protezami podręcznik anatomii.
      Bardzo ciekawy. Nigdy bym nie przypuszczał, że aż z tylu części składa się
      człowiek.

      Wtorek.
      Od rana pech. Podczas operacji plastycznej znów zabrakło skóry. Pożyczyłem co
      prawda kawałek ceraty od ajenta bufetu, no ale jak długo można nadużywać dobrej
      woli człowieka nie związanego przecież ze służbą zdrowia?

      Środa.
      W dalszym ciągu pechowa passa. Siostra Narcyza potrąciła mnie podczas operacji,
      kiedy akurat zerkałem na siostrę Honoratkę. Wszystko stało się bardzo szybko.
      Rodzina pana Korytko, który był na stole chce mnie skarżyć o to, że mu
      przyszyłem butlę z tlenem do pleców. Kiedy już ochłonąłem, to zrobiłem sobie na
      próbę zastrzyk nową jednorazówką z tego transportu, który dopiero co nadszedł.
      Bardzo bolesny, dwa razy zemdlałem, zanim wprowadziłem wszystko dożylnie.
      Siostra Jola powiedziała, że niepotrzebnie się męczyłem, bo igły do tych
      strzykawek przyjdą w przyszłym tygodniu i iniekcje mają być ponoć łatwiejsze.
      Eee, pożyjemy zobaczymy.

      Czwartek.
      Dzisiejszy dyżur na oddziale reanimacji minął nadspodziewanie spokojnie.
      Praktycznie przez cały czas nie było prądu, więc aparatura nie hałasowała. Na
      szczęście włączyli fazę i zdążyłem jeszcze wypełnić wypiski. Natomiast mocno
      zastanawiająca historia przytrafiła mi się podczas porannego obchodu. Otóż
      spotkałem mojego sąsiada z bloku, inżyniera Bazydło. Powiedział, że przyszedł
      do naszej kliniki do Rentgena. Ciekawe to o tyle, że nikt z pracowników naszej
      placówki, ani też żaden, żaden z jej pacjentów nie nosi takiego nazwiska. No i
      kto mi teraz wytłumaczy, dlaczego inżynier Bazydło ukrył przede mną prawdziwy
      cel swojej wizyty?

      Piątek.
      Obchodzę mały jubileusz. Właśnie dziś wykonałem moją setną operację. Radość tym
      większa, że dzisiejszy zabieg był pierwszym udanym. Coraz częściej, szczególnie
      podczas trepanacji czaszki, odzywa się moje najskrytsze marzenie: chciałbym
      kiedyś rozpocząć studia medyczne. I może nawet je skończyć.

      Sobota.
      To był naprawdę ciężki tydzień. Jestem już bardzo zmęczony. Dosłownie
      przewracam się o każdego leżącego.

      Wtorek.
      Bardzo silnie uderzyłem się w twarz butlą tlenową. Nigdy by do tego nie doszło,
      gdybym nie zrobił sobie omyłkowo zastrzyku ze spirytusu. Przypuszczam, że
      spirytus podrzucił mi pielęgniarz Gniady z zemsty za to, że zamiast od bólu
      głowy, dałem mu na przeczyszczenie. Kiedy go czyściło, zrobiłem mu trepanację i
      napchałem do głowy gazet. Myślę, że bredzę. Dobranoc, kochany dzienniczku.
      Chyba już w tym tygodniu nic nie napiszę.

      Środa. Po południu.
      Dzisiaj rano otworzyłem pana Bielinka, tego spod czternastki. Już od tygodnia
      skarżył mi się, biedaczek, że mu coś leży na wątrobie. A jednak niczego nie
      znalazłem. Ciekawe, dlaczego chciał mnie wprowadzić w błąd. Podobnie zresztą,
      jak pan Paprotka, który usiłował mi wmówić, że ma zimną krew. A kiedy
      przetoczyłem mu ją do butli, to się okazało, że jej temperatura wynosi grubo
      powyżej zera. A ściślej mówiąc, 36 i 6, czyli razem 42. A ten Paprotka,
      widocznie ze wstydu, już się więcej do mnie nie odezwał.

      Czwartek.
      Popadłem w konflikt z naszym anestezjologiem, doktorem Zegrzyńskim. Zegrzyński
      uważa, że przekraczam swoje kompetencje usypiając bardziej kłopotliwych
      pacjentów bez jego wiedzy i na dłużej. A ja pytam co to znaczy dłużej? Te dwa,
      trzy miesiące zdrowego snu tylko wzmocnią organizm chorego i obsługi.

      Piątek.
      Konflikt trwa. Nie miałem innego wyjścia. Uśpiłem doktora Zegrzyńskiego.

      Sobota.
      Dzisiaj przywieziono czterech pacjentów z wypadków. Po ich uśpieniu i
      długotrwałej operacji wyszło mi dwóch. Zdecydowałem się ich uśpić.

      Niedziela.
      Zbudzili Zegrzyńskiego, żeby mnie uśpił.

      Wtorek.
      Salowy Wiśniewski powiedział dzisiaj do mnie podczas obchodu Doktorze, dzisiaj
      nie wtorek, zapnij rozporek. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że dzisiaj
      właśnie jest wtorek. Nie wiem, dlaczego ten cham tak się śmiał. Siostra Kulanka
      też. Nienormalni.

      Środa.
      Myślałem długo nad wczorajszym incydentem z Wiśniewskim. Sprawdziłem dokładnie
      w kalendarzyku, potem jeszcze specjalnie włączyłem dziennik. Wczoraj na pewno
      był wtorek.

      Czwartek.
      Wiem, że dorosły człowiek, i do tego lekarz nie powinien zaprzątać sobie głowy
      drobiazgami, ale nie mogę zapomnieć o wtorkowym obchodzie. Dziś przezornie
      przed wyjściem z toalety zapiąłem sobie rozporek. W końcu dzisiaj nie wtorek,
      tylko czwartek. Jutro piątek. Może się położę na kilka dni.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka