Dodaj do ulubionych

Nowe = lepsze?

10.07.06, 14:05
Nie chodzi wbrew pozorom o narzekanie na to, jak to postep jest paskudny,
najlepiej bylo kiedys, a mlodziez dzisiejsza
to w ogole ... zal mowic.

Chodzi o lyterature, o muzyke, o malarstwo, o teatr, o kino, itd.. Czesto w
recenzjach czytamy/piszemy -
nie pokazal/pokazal nic/cos nowego, zachwyca/zalamuje
nowatorstwo/brak_nowatorstwa autora,
nikt_wczesniej_tak_nie_pisal/wielu_wczesniej_tak_pisalo. Nie tak dawno na
pewnym forum podnoszono w obronie Michaux
argument - ale przeciez wtedy tak nikt nie pisal, on byl pierwszy (wiec w
domysle - wazny, ciekawszy, lepszy?)

Mozna uwazac - oczywiscie, ze nowe elementy w sztuce/kulturze sa konieczne,
wazne, pozwalaja sie posuwac naprzod,
swiadcza o jej wartosci. Gdyby nie bylo nowosci, wciaz siedzielibysmy w
jaskiniach i malowali byki, same w sobie dosc piekne,
ale na 'Mulholland Drive' raczej bym ich nie wymienil. Tworzyc tak samo, jak
poprzednicy jest latwo,
pisanie ksiazki dokladnie wedlug modelu swojego ostatniego bestsellera jest
prostym odcinaniem kuponow od dawnych osiagniec.

Mozna myslec - argument o przewadze nowosci czy oryginalnosci danego
dziela/ksiazki/filmu jest argumentem bardzo
krotkotrwalym. Co z tego, ze Michaux jako pierwszy pisal w dany sposob w
latach 40tych, kiedy teraz takich autorow jest
wielu, dlaczego mam go wyrozniac czytelniczo (na pewno powinni go zanotowac
historycy literaturoznawcy, ale czy ma to
byc argument dla mnie broniacy jego ksiazek)? Czy to, ze Malewicz namalowal
kwadrat, a Cage zagral cisze, oznacza, ze kwadrat
namalowany przez Jonesa w 2003 czy cisza zagrana przez Iwanycza w 2005 sa
gorsze? Dlaczego
jako prosty NNtpz mam sie poddawac kontekstualizmowi, szukaniu zrodel i tak
dalej, kiedy cisza Iwanycza brzmi tak samo?
I co z tego, ze Kundera pisze od dwudziestu lat te sama ksiazke (pod roznymi
tytulami) , kiedy mi sie ta ksiazka
podoba?


Co o tym myslicie?


P.S. Proponuje Braineaterowi podrzucic na SFields watek 'Zespoly, ktorych
kazdy album brzmi tak samo'. Pewnie bedzie to zestaw narzekan. A moze nie?
Obserwuj wątek
    • ash3 Re: Nowe = lepsze? 10.07.06, 14:28
      Nie podejmuję się odpowiedzieć na całość postu, więc moze tak przyczynkowo:
      1. Kiedy jeden twórca powtarza się: jako odbiorcy wcale niekoniecznie
      przeszkadza mi, że autor, którego lubię stworzył kolejną wariację na temat
      swojego poprzedniego dzieła/tematu. Jednak jest to ważna cecha dzieła, która
      krytyk czy recenzent powinien wyłuskać i przedstawić w swojej recenzji.
      Niekoniecznie jako cecha wartościująca, po prostu element opisu.
      2. Kiedy twórca uzywa nowego języka/nowej techniki: To zalezy - ale też ten fakt
      sam w sobie nie ma szczególnego znaczenia. Wynalezienie nowej techniki czy
      nowego języka jest jakimś ważnym momentem, ale czesto pozostaje niezauważone. Np
      w sobotę słuchałam recenzji nowego tomiku wierszy; krytycy mowili, że autor
      posłuzył się wynalezioną przez siebie formą "smutków". Ciekawi mnie, na czym
      polega ta nowa forma. Ale to przecież nie jest najważniejsze dla tych wierszy...
      Czyms innym jest "życie" formy, a czymś innym biografia artystyczna twórcy.
    • braineater Re: Nowe = lepsze? 10.07.06, 14:36
      Nowe nie = lepsze.
      Nowe = inne
      Odkrywcze, nie?:)

      I to o inność chodzi, nie o lepszość, bo inność zaciekawia - mnie przynajmniej,
      podejrzewam, że nie tylko mnie. Miszo nie jest lepszy od Balzaka, Balzak nie
      jest lepszy od Joyce'a, wszyscy trzej nie są lepsi Becketta. Są inni i to na
      wyłapywaniu tych różnic pomiędzy nimi, a także pomiędzy dowolnie wybranymi
      artystami z jednej dziedziny sztuki polega chyba największa radocha
      czytania/słuchania/oglądania.
      Z tym że
      jednakowoż
      nie każdy
      musi
      być
      nowatorem
      by
      być
      innym.
      Czego przykładów mamy multum. Czasem wystarczy, by jakiś temat, jakąś
      konwencję, ograną melodyjkę, czy landszaftowy widoczek, potraktował w skrajnie
      subiektywny sposób, osobiście i bez ogladania się na dokonania poprzedników -
      jak na przykład pani, której imienia zapomniałem na tę chwilę, a która dziś
      maluje obrazy w manierze Giotta. I jest cudowna, jest doskonale wiarygodna,
      jest krańcowo współczesna (nowo -czesna?), będąc przy tym dokładnie zanurzoną w
      tym prehistorycznie zapomnianym, jakby się zdawało, stylu przedstawiania, z
      niepewną perspektywą, dwuwymiarowymi postaciami itd. Nic nowego, tylko skład
      farb się chyba od tego czasu zmienił.
      Nikt nie każe doceniać tej inności, ale jest ważna. Nie jest motorem postępu
      (stary motyw - czy postęp w sztuce istnieje [nie]), ale otwiera inne kierunki,
      inne refleksje, wiąże sie z czym innym, niż wiązała sie przed wiekami,
      przemawia do innego audytorium.
      I dlatego fajniej
      jak coś
      jest
      inne
      niż
      takie samo.:)

      P:)
      A nad watkiem na SF pomyślę, bo musiałbym zacząć od NIN i to na pewno by była
      rzeź:)
    • skajstop Re: Nowe = lepsze? 10.07.06, 14:45
      Nowatorstwo jest ważne, Nienietoperzu. Z zastrzeżeniem, że nie nowatorstwo dla
      nowatorstwa - powinno nieść jakieś treści. Ale sztuka z definicji jest czymś
      odmiennym od nieustającego kopiowania.
      Stąd nowe środki wyrazu, próby dopasowania się sztuki do aktualnych
      zainteresowań odbiorców, charakteru epoki, etc.
      • nienietoperz Re: Nowe = lepsze? 10.07.06, 15:01
        Juz widze, ze nie nadaze z odpowiedziami. Na razie glownie do Skaja, z uwagi na
        pewien dlug osobisty:-)

        Widzisz, patrzac na Twoj post mysle, ze w ten sposob rozumiane nowatorstwo ma
        zasadnicze znaczenie dla rozwoju sztuki jako takiej (byki vs Mulholland Drive).
        Nie wydaje mi sie, zeby mialo wplyw na odbior osobisty. W tym przypadku mozna
        myslec o nowosciach dwoiscie:
        a) cos nowego dla mnie - nigdy wczesniej nic takiego nie czytalem (moga byc to
        chocby Upaniszady), ma dla mnie wartosc 'odkrywcza'
        b) cos, o czym wiem, ze bylo/jest nowatorskie, i patrze na to inaczej w zwiazku
        z ta wiedza. Sam mam tak czesto, i chocbym chociazby Cage'owa cisza sie nie
        zachwycal, to czasem, to do pewnego stopnia (swiadome naduzycie kwalifikatorow)
        uwazam, ze warto jej posluchac z uwagi na 'Role Historyczna' (i tu pojawiaja sie
        Fanfary, Socrealistyczne Dzieci w Mundurkach i Sztuka Urzedowa). I teraz tak -
        czy odbior b) to wylacznie snobstwo i yntelektualizm w wersji nagorszej, czy cos
        jednak naturalnego i usprawiedliwialnego?

        Nn
        • skajstop Re: Nowe = lepsze? 10.07.06, 15:07
          Ach, to należy sprecyzować dwa odrębne wymiary tego tematu:
          - odbiór osobisty
          - szersza perspektywa, nazwijmy ją "kulturową", czy jakoś tak.

          Dla mnie coś jest dobre, kiedy jest dobre. Pełen egocentryzm :)

          Ale zarazem doceniam i szanuję rzeczy, które są nowatorskie, nawet gdy mi one
          nie pasują. Nie powiem wtedy, że mi się podobają. Ale powiem np., że są ważne.

          Dobrze zatem w takich dyskusjach precyzować, o którym wymiarze mowa.
        • obly Re: Nowe = lepsze? 10.07.06, 16:10
          twoje nowe wynika z zakreślenia tego co juz jest jako stare.
          nowe musi byc zawsze trochę stare a stare musi byc zawze troche nowe. i to nie
          o to chodzi akurat.
          powiem inaczej: jest takie pierwszy moment "ach", i to o te kurde własnie "ach"
          chodzi. pewien sposob wyprowadzenia poprzez stare elementy nowego "ach".

          kiedy ktoś jest w forpoczcie o do tego dąży przez przypadek przeciera nowe
          szlaki, nie dlatego ze szuka nowego bo to slepcy tylko szukajączegoś nowego,
          ale cu ludzie, ci artysci szukają jak najbardziej realnych pewnych odpowiedzi i
          przy pewnym łamaniu form, drogi na skrót, wychodzi twoje nowe, które jest jeno
          spuszczeinem powietrza z obrzmiałych form. gdyz tresci lepiej się wyslizgują to
          forma nigdy nie nadąza. i nigdy forma pierwotna i forma epigona tej samej mysli
          nie ma prawa byc zbieżna. jedna unosi pewien duch, moment "ach" związany z
          byciem gdzies w okreslonych sytuacjach gdzie się jeszcze nie było a drugi
          raczej to podziw nad wirtuozerią przeprowadzenia po raz setny raz tego samego
          kroku.
          rzeczy raczej nie do porównania. co innego jest w motywacji powstania tego
          samego a wiec "to samo" tym samym nie moze byc "tym samym".

          dzis noszenie długich włosów i grani w kapeli to takie samo obciązenie
          systemowe mlodzieży jakim było brak możłiwosci tegoż 50 lat temu.
          czyli te same cipy co wtedy nie kumato nie nosiły włosów i nasiewały się z
          nielicznych indywidualistwó dzis noszą wszystkie te dziwne atrybuty
          przynależnosci do grupy i nadal nasmiewają się i nabijają (choc najlepiej
          przecierają okolice dawno przetartych sciezek i rewelacyjnie kontestują lepiej
          niz ktokolwiek inny przed nimi) z tych co mają odwagę w ogóle do niczego nie
          przynalezec i nic nie kontestowac bo kurwa nie ma czego.
          to jest dla mnei obrzydliwe w wymowie.
          • obly Re: Nowe = lepsze? 10.07.06, 16:11
            dzisiaj młodziez ma z jednej strony zrobaczony mózg ale za to piętrzą sie
            mozliwosci wymuszające czasem realizacje kolorowego snu ;)))
    • wiksadyba1 Re: Nowe = lepsze? 11.07.06, 23:39
      nienietoperz napisał:



      >
      > Chodzi o lyterature, o muzyke, o malarstwo, o teatr, o kino, itd.. Czesto w
      >
      > Mozna uwazac - oczywiscie, ze nowe elementy w sztuce/kulturze sa konieczne,
      > wazne, pozwalaja sie posuwac naprzod,
      > swiadcza o jej wartosci. Gdyby nie bylo nowosci, wciaz siedzielibysmy w
      > jaskiniach i malowali byki, same w sobie dosc piekne,
      > ale na 'Mulholland Drive' raczej bym ich nie wymienil.

      Nowość w sztuce jest "organicznie" potrzebna i w pewnym sensie nieunikniona.
      Zdawali sobie z tego sprawę nawet zwolennicy intelektualnego klasycyzmu jak
      Eliott. Za Eliottem (i w pewnym stopniu za Baudelairem) możnaby przyjąć schemat,
      w którym jakby dzieło składa się z dwóch warstw: wewnętrznej- "ponadczasowej" i
      "zewnętrznej"- aktualnej, współczesnej. Jeżeli nawet zakładasz sobie np. że na
      poziomie przesłania pisząc coś chcesz nawiązywać do "dawnych mistrzów", to
      musisz uwzględnić zmiany języka, przyzwyczajeń, "zewnętrznej" rzeczywistości
      politycznej, estetyczne, kulturowej etc. W związku z tym, żeby zachować trafność
      przesłania, którym się inspirujesz, musisz przedstawić je "nowymi" środkami.
      Inaczej możesz popaść w akademizm, który nie ma nic wspólnego (poza zewnętrzną
      formą) z oryginałem, którym się inspirujesz (patrz niżej). Mówię tu o
      "oryginalnej" twórczości zostawiając na boku osobne kwestie dotyczące np.
      inscenizacji klasyki teatralnej czy rygoryzmu interpretacji dawnych utworów
      muzyki tzw. "poważnej". I tak świadomie przedstawiam bardzo umiarkowaną teorię
      "pro-nowatorską" tj. zakładajacą, że istnieje coś takiego jak "ponadczasowość" i
      że ona jest w gruncie rzeczy najważniejsza.

      Problemem jest natomiast to, że chyba cały czas, choćby nieświadomie, patrzymy
      na nowatorstwo przez pryzmat haseł modernistycznych i to właśnie trzeba
      porzucić. Po pierwsze hasło "postępu w kulturze", które same w sobie jest puste
      (coś takiego jak postęp w sztuce ZDARZA się:), ale trudno go widzieć jako
      proces ciągły, "racjonalny", porównywalny z postępem technologicznym, a samo
      zmierzanie na siłę do "postępu" prowadzić może do poronionych koncepcji
      estetycznych i intelektualnych). Po drugie, niektóre utwory eksperymentalne XX
      w. wydają sie jakby "zamykać" możliwość nowatorstwa albo przez swoją skrajną
      złożoność ("Finnegans Wake") albo przez zatarcie granicy między sztuką a nie
      sztuką (Duchamp, John Cage). Niektórzy więc twierdzą, że dalsze nowatorstwo nie
      jest mozliwe albo że w ogóle ta idea została skompromitowana, co uważam za
      bzdurę. To, że nie da się (być może) napisać w swojej klasie z sensem nic
      bardziej "radykalnego" od powiedzmy "Finnegan's wake" Becketta, to nie znaczy,
      że nie da sie stworzyć nic totalnie nowego:)

      Tworzyc tak samo, jak
      > poprzednicy jest latwo,
      > pisanie ksiazki dokladnie wedlug modelu swojego ostatniego bestsellera jest
      > prostym odcinaniem kuponow od dawnych osiagniec.

      A właśnie nie jestem przekonany:)) Wydaje mi się, że- zwłaszcza, jeżeli mówimy o
      książkach (muzyce, filmach, obrazach etc.) na wysokim poziomie i złożonych w
      treści, napisanie czegoś dokładnie w duchu wzorca sprzed lat jest prawie
      niemożliwe:)) Polecam prześledzić te nurty w XX wieku, które obsesyjnie
      nawiązywały do tradycji i zastanowić się, dlaczego tę tradycję tak mało
      przypominały w gruncie rzeczy:) Kto pisał w XX w. jak Balzac, kto komponował jak
      Mozart? A wielu się starało, niektórzy nawet byli zdolni:))Tekst o Borgesa o
      kopii Don Kichota też jest tutaj pouczającym przykładem. Z drugiej strony -
      jeżeli ścisłe trzymanie się utartych wzorców, przynosi inne efekty od samych
      wzorców- można by powiedzieć, że taka technika też jest nowatorska:) Ok, tylko
      chyba powinno się mieć tego świadomość:)
      >
      > Mozna myslec - argument o przewadze nowosci czy oryginalnosci danego
      > dziela/ksiazki/filmu jest argumentem bardzo
      > krotkotrwalym. Co z tego, ze Michaux jako pierwszy pisal w dany sposob w
      > latach 40tych, kiedy teraz takich autorow jest
      > wielu, dlaczego mam go wyrozniac czytelniczo (na pewno powinni go zanotowac
      > historycy literaturoznawcy, ale czy ma to
      > byc argument dla mnie broniacy jego ksiazek)?

      Z ciekawości, czy możesz podać wielu autorów, którzy piszą jak Henri Michaux
      (choćby kilku):)), do tego stopnia, że ich styl, przesłanie itd. dokładnie
      pokrywają sie?

      Czy to, ze Malewicz namalowal
      > kwadrat, a Cage zagral cisze, oznacza, ze kwadrat
      > namalowany przez Jonesa w 2003 czy cisza zagrana przez Iwanycza w 2005 sa
      > gorsze? Dlaczego
      > jako prosty NNtpz mam sie poddawac kontekstualizmowi, szukaniu zrodel i tak
      > dalej, kiedy cisza Iwanycza brzmi tak samo?

      To ciekawy i często dyskutowany paradoks. Rzeczywiście kwadrat Jonesa i cisza
      Iwanycza będą przedstawiać się podobnie i nie będą pewnie gorsze:) Ale czy to
      jest dowód przeciwko szukaniu nowości i docenianiu nowatorstwa, czy może raczej
      przeciwko niektórym minimalistycznym koncepcjom w sztuce, w którym rozbudowane
      intelektualnie założenie zastępowało bogactwo wykonania? Jakoś nie wyobrażam
      sobie Jonesa idącego wiernie po linii Joyce'a i tworzącego powieść "dokładnie w
      stylu Ulissesa i nie gorszą od Ulissesa", ani Iwanycza idącego wiernie po
      linii Francisa Bacona, z podobną siłą przekonywania i efektem artystycznym.
      Jones może nie gorzej namalować kwadrat od Malewicza (chociaż wystawienie
      pisuaru w galerii a la Duchamp byłoby jeszcze czystszym przykładem:), a Iwanycz
      "zagrać ciszę" nie gorzej niż Cage, ale właśnie to, że Malewicz i Cage zrobili
      to jako pierwsi powoduje, że nie ma większego sensu ich powielać:) Można się -w
      jakimś stopniu słusznie!:) - zżymać, że cisza Cage'a zostanie odnotowana w
      histotii muzyki, a identyczna, ale późniejsza o lata cisza Iwanycza nie, ale w
      sumie jest to w pewien sposób logiczne:) Nauka być może płynie z tego, żeby w
      ogóle sceptycznie podchodzić do wielkiej wagi czegoś, co sprowadza sie WYŁĄCZNIE
      do tego, że było "pierwsze". Jednak wiele dzieł najbardziej nowatorskich jest
      nowych nie tylko w tym prostym sensie, że "na taki koncept jeszcze nikt
      wcześniej nie wpadł"



      > I co z tego, ze Kundera pisze od dwudziestu lat te sama ksiazke (pod roznymi
      > tytulami) , kiedy mi sie ta ksiazka
      > podoba?

      Kundera może pisać cały czas jedną książkę, ale chyba pytanie ma większy sens,
      jeżeli zadać je w kontekście różnic między następującymi po sobie autorami. W
      takim razie - czy wolałbyć przeczytać książkę debiutanta, która nie byłaby
      dokładnie taką jak Kundera (zgodnie z moim głębokim przekonaniem, że poza
      skrajnymi przykładami jak 4'33 Cage'a nie da się napisać czegoś dokładnie w
      stylu poprzednika), ale taką, co do której miałbyś wrażenie, że to, co jest w
      niej dobre, napisał już - o ile nie lepiej warsztatowo, to z większym
      "autentyzmem" Kundera, a to co jest oryginalne, nie jest jakieś szczególnie
      istotne czy może raczej książkę, na którą reakcją byłoby "o cholera, sporo
      czytałem, ale nie wiedziałem, że da się pisać w taki sposób":)?
      >
      >
      • wiksadyba1 Re: errata- miało być "Nienazywalne" Becketta:)- 11.07.06, 23:43
        Finnegans Wake (niebeketa) też może być jako przykład:))
      • nienietoperz Re: Nowe = lepsze? 12.07.06, 20:24
        > Nowość w sztuce jest "organicznie" potrzebna i w pewnym sensie nieunikniona.
        > Zdawali sobie z tego sprawę nawet zwolennicy intelektualnego klasycyzmu jak
        > Eliott. Za Eliottem (i w pewnym stopniu za Baudelairem) możnaby przyjąć schemat,
        > w którym jakby dzieło składa się z dwóch warstw: wewnętrznej- "ponadczasowej" i
        > "zewnętrznej"- aktualnej, współczesnej. Jeżeli nawet zakładasz sobie np. że na
        > poziomie przesłania pisząc coś chcesz nawiązywać do "dawnych mistrzów", to
        > musisz uwzględnić zmiany języka, przyzwyczajeń, "zewnętrznej" rzeczywistości
        > politycznej, estetyczne, kulturowej etc. W związku z tym, żeby zachować trafność
        > przesłania, którym się inspirujesz, musisz przedstawić je "nowymi" środkami.
        > Inaczej możesz popaść w akademizm, który nie ma nic wspólnego (poza zewnętrzną
        > formą) z oryginałem, którym się inspirujesz (patrz niżej). Mówię tu o
        > "oryginalnej" twórczości zostawiając na boku osobne kwestie dotyczące np.
        > inscenizacji klasyki teatralnej czy rygoryzmu interpretacji dawnych utworów
        > muzyki tzw. "poważnej". I tak świadomie przedstawiam bardzo umiarkowaną teorię
        > "pro-nowatorską" tj. zakładajacą, że istnieje coś takiego jak "ponadczasowość"
        > i że ona jest w gruncie rzeczy najważniejsza.

        Widzisz, piszac o nowosci jako elemencie wartosciujacym nie myslalem o
        akademizmie, o odwolywaniu sie do czyjejs tworczosci; raczej zastanawia mnie
        sytuacja typu: Wiksadyba siedzac samotnie w domu napisal powiesc, ktora do bolu
        przypomina schemat chociazby 'Clockwork Orange' (przyklad ma byc kompromisem
        miedzy Malewiczem a Joyce'em - niebanalny, ale chyba do odtworzenia mimo
        nieznajomosci oryginalu). Teraz - czy ma znaczenie, ze Burgess byl tam
        wczesniej, jesli porownuje jakosc czy istotnosc tych powiesci?


        > Problemem jest natomiast to, że chyba cały czas, choćby nieświadomie, patrzymy
        > na nowatorstwo przez pryzmat haseł modernistycznych i to właśnie trzeba
        > porzucić. Po pierwsze hasło "postępu w kulturze", które same w sobie jest puste
        > (coś takiego jak postęp w sztuce ZDARZA się:), ale trudno go widzieć jako
        > proces ciągły, "racjonalny", porównywalny z postępem technologicznym, a samo
        > zmierzanie na siłę do "postępu" prowadzić może do poronionych koncepcji
        > estetycznych i intelektualnych). Po drugie, niektóre utwory eksperymentalne XX
        > w. wydają sie jakby "zamykać" możliwość nowatorstwa albo przez swoją skrajną
        > złożoność ("Finnegans Wake") albo przez zatarcie granicy między sztuką a nie
        > sztuką (Duchamp, John Cage). Niektórzy więc twierdzą, że dalsze nowatorstwo nie
        > jest mozliwe albo że w ogóle ta idea została skompromitowana, co uważam za
        > bzdurę. To, że nie da się (być może) napisać w swojej klasie z sensem nic
        > bardziej "radykalnego" od powiedzmy "Finnegan's wake" Becketta, to nie znaczy,
        > że nie da sie stworzyć nic totalnie nowego:)


        Podpisuje sie pod kazdym zdaniem wyzej. Moze z wyjatkiem tego o 'zdarzaniu sie
        Postepu' - mnie samemu 'postep' kulturowy jest raczej niepotrzebny:-)


        >
        > Tworzyc tak samo, jak
        > > poprzednicy jest latwo,
        > > pisanie ksiazki dokladnie wedlug modelu swojego ostatniego bestsellera je
        > st
        > > prostym odcinaniem kuponow od dawnych osiagniec.
        >
        > A właśnie nie jestem przekonany:)) Wydaje mi się, że- zwłaszcza, jeżeli mówimy
        > o
        > książkach (muzyce, filmach, obrazach etc.) na wysokim poziomie i złożonych w
        > treści, napisanie czegoś dokładnie w duchu wzorca sprzed lat jest prawie
        > niemożliwe:)) Polecam prześledzić te nurty w XX wieku, które obsesyjnie
        > nawiązywały do tradycji i zastanowić się, dlaczego tę tradycję tak mało
        > przypominały w gruncie rzeczy:) Kto pisał w XX w. jak Balzac, kto komponował ja
        > k
        > Mozart? A wielu się starało, niektórzy nawet byli zdolni:))Tekst o Borgesa o
        > kopii Don Kichota też jest tutaj pouczającym przykładem. Z drugiej strony -
        > jeżeli ścisłe trzymanie się utartych wzorców, przynosi inne efekty od samych
        > wzorców- można by powiedzieć, że taka technika też jest nowatorska:) Ok, tylko
        > chyba powinno się mieć tego świadomość:)


        Bardzo sie ciesze, ze przywolales mojego ukochanego Menarda; wciaz nie wiem, czy
        mial szanse napisac Don Kichota (pytalem juz dwa razy na FK)? Bardzo go
        (Menarda) lubie i podziwiam. Swoja droga, jesli urodzilby sie w Polsce, co
        probowalby napisac `jeszcze raz'?


        > >
        > > Mozna myslec - argument o przewadze nowosci czy oryginalnosci danego
        > > dziela/ksiazki/filmu jest argumentem bardzo
        > > krotkotrwalym. Co z tego, ze Michaux jako pierwszy pisal w dany sposob w
        > > latach 40tych, kiedy teraz takich autorow jest
        > > wielu, dlaczego mam go wyrozniac czytelniczo (na pewno powinni go zanotow
        > ac
        > > historycy literaturoznawcy, ale czy ma to
        > > byc argument dla mnie broniacy jego ksiazek)?
        >
        > Z ciekawości, czy możesz podać wielu autorów, którzy piszą jak Henri Michaux
        > (choćby kilku):)), do tego stopnia, że ich styl, przesłanie itd. dokładnie
        > pokrywają sie?
        >

        Dokladnie pokrywaja sie - to pewnie przesada. Niemniej onirycznosc,
        absurdalnosc, kreacje oparte na paradoksalnosci to chociazby swiat Vianowy.


        > Jednak wiele dzieł najbardziej nowatorskich jest
        > nowych nie tylko w tym prostym sensie, że "na taki koncept jeszcze nikt
        > wcześniej nie wpadł"

        W istocie. Ale wobec tego czy nie jest jakas niesprawiedliwoscia, ze czesto
        pamieta sie tylko 'tych pierwszych', chocby po nich ktos zrobil cos podobnego
        lepiej (mimo tego, ze podobnie)?



        >
        > > I co z tego, ze Kundera pisze od dwudziestu lat te sama ksiazke (pod rozn
        > ymi
        > > tytulami) , kiedy mi sie ta ksiazka
        > > podoba?
        >
        > Kundera może pisać cały czas jedną książkę, ale chyba pytanie ma większy sens,
        > jeżeli zadać je w kontekście różnic między następującymi po sobie autorami. W
        > takim razie - czy wolałbyć przeczytać książkę debiutanta, która nie byłaby
        > dokładnie taką jak Kundera (zgodnie z moim głębokim przekonaniem, że poza
        > skrajnymi przykładami jak 4'33 Cage'a nie da się napisać czegoś dokładnie w
        > stylu poprzednika), ale taką, co do której miałbyś wrażenie, że to, co jest w
        > niej dobre, napisał już - o ile nie lepiej warsztatowo, to z większym
        > "autentyzmem" Kundera, a to co jest oryginalne, nie jest jakieś szczególnie
        > istotne czy może raczej książkę, na którą reakcją byłoby "o cholera, sporo
        > czytałem, ale nie wiedziałem, że da się pisać w taki sposób":)?
        > >
        > >

        Zalezy jak blisko klasy Kunderowej bylaby ta pierwsza. I jak bardzo
        'ocholeryczna' ta druga.

        Uklony,
        NN

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka