kubissimo
17.07.06, 19:59
nie wiem, czy jestescie na liscie mailingowej serwisu szwedzka.pl
ja jestem i ostatnio dostalem od nich maila z linkiem do ich strony z
recenzjami, z konkretna wskazowka, zeby przeczytac recenzje "ze
skandalicznego tłumaczenia powieści "Underdog" Torbjörna Flygta"
kliknalem, przeczytalem i tak sie zastanawiam, na ile to jest jeszcze
recenzja (bo o samej ksiazce nie wiem prawie nic), a na ile gnojenie
wyjatkowo kiepskiej tlumaczki i o co tak naprawde chodzi?
czy o to, zeby zniechecic czytelnika do czytania tej ksiazki, bo tlumaczka ja
zmasakrowala, czy przede wszystkim o to, zeby tak dowalic tej kobiecie, zeby
juz nigdy w zyciu sie nie lapala za tlumaczenie literatury, a skupila sie na
instrukcjach obslugi lokówki?
ja rozumiem, że autor recenzji ma prawo byc poirytowany tlumaczeniem,
zwlaszcza jezeli zna oryginal i ma do niego jakis sentyment, ale czy ma sens
pisanie recenzji tylko i wylacznie na bazie wytykania strona po stronie
bledow gramatycznych i merytorycznych oraz ingerencji w tlumaczony tekst?
wiem, ze tlumacz moze ksiazke podniesc o kilka poziomow (przykladem moze byc
Zofia Chądzyńska), albo kompletnie zniszczyc. sam wiele razy zzymalem sie nad
jakims wymeczonym przekladem, ale ale mimo wszystko mam dziwne odczucia po
lekturze tej recenzji :/
Jezeli autor recenzji wie lepiej (raz po raz pokazuje, ze coś nie powinno byc
przetlumaczone tak, tylko inaczej), czemu sam sie nie wezmie za tlumaczenie?
dla chetnych link do recenzji ("Rybka piłka wali konika"):
www.szwedzka.pl/recenzje.html