Dodaj do ulubionych

jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:)

03.10.06, 11:01
Co o tym sądzicie - i przy okazji o autorze - swego czasu zapowiadającym się
(przynajmniej na łamach recenzji:) świetnie, w tej chwili, mimo że sporo
pisze, jakby przemilczanym i chyba relegowanym przez koryfeuszy polskiej
krytyki do literatury klasyB:

czytelnia.onet.pl/0,1229982,2,do_czytania.html
Powiem tak: T. Piątek to niewątpliwie osobnik mściwy, zawistny, podszyty
resentymentem w klasycznym nietzszcheańskim sensie:) I to m.in. (chociaż nie
w 1 kolejności) w tym artykule "widać, słychać i czuć":) Domorosły pseudo-neo-
gotycki kaznodzieja, który jako autor utopił skrawki niewątpliwie
ponadprzeciętnej inteligencji, sporej spostrzegawszości i erudycji
wyrastającej wyraźnie ponad poziom przeciętnego polskiego pisarza, w brei,
która może się tylko bronić jako śmieszna parodia 3-rzędnej "literarury grozy
i mroku" (obawiam się, że parodia nie zawsze, chociaż na szczęście jednak
często, zamierzona).

Ale w tym artykule Piątek (a czytałem parę gniotów napisanych przez niego dla
prasy) ma całkiem dużo racji IMHO. Pomimo wielu uproszczeń jak np.
prześlizgnięcia się po najbardziej zasadniczym tu pytaniu, czym
jest "treść "w literaturze.
Obserwuj wątek
    • braineater Re: jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:) 03.10.06, 11:25
      Chyba Ci się Wiku krzywo podlinkowało, bo śnurek prowadzi wprost do fragmentu
      Pawia.

      P:)
      • skajstop Re: jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:) 03.10.06, 11:37
        Freudowskie przelinkowanie :P

        Ale w meritum, zgadzam się z Wikiem o tyle, że treścią nie jest gra językiem.
        Główny nurt często nie zauważa istnienia np. fabuły :D

        Z drugiej strony, Piątek jest całkowicie niewiarygodny dla zwykłego czytelnika,
        przez fakt, że gołym okiem widać, że się mści i wyżywa...
        • wiksadyba1 Re: jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:) 03.10.06, 13:51
          Freudowskie, zgoda:) Chociaż ten fragment z wczesnych partii 2-giego masła
          jeszcze całkiem całkiem i coś obiecywał. A też chciałem rzucić okiem na
          fragmenty Pawia po raz kolejny, żeby po raz kolejny spróbować się do tego
          przekonać.

          czytelnia.onet.pl/0,1362930,0,0,0,maslo_ii_czyli_lingwica_atakuje,artykuly.html

          Oczywiście, że Piątek jest niewiarygodny, w tym sensie, że gdyby miał okazję
          sflekowałby pewnie każdego laureata poza nim samym, względnie kimś, kto mógłby
          rokować z uwagi na swój styl, tematykę, gatunek, że i Piątek z nim razem
          wypłynie na fali:) A jako ktoś dość inteligentny potrafiłby pewnie tak dobrać
          argumenty, żeby sprawić wrażenia, że miał rację i że wyczerpał jednocześnie
          temat.

          Mimo tego, uważam, że w paszkwilu na lingwicę, jakieś słuszne argumenty były.
          Często nawet i wielkie polemiki intelektualne (żeby było jasne - do takich
          artykułu Tpiątk. nie zaliczam:) powstawały z nikczemnych, osobistych pobudek:)
          • braineater Re: jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:) 03.10.06, 14:35
            A kiedy ja się z nim zgadzam, mimo, że go nie znam a czytałem tylko Bagno i
            Heroinę i nie podobały mi sie, bo były napisane językiem przejrzystym i
            nudnym:) i uwikłane w toporne schematy pokultury, znaczy czysto komercyjne,
            ciut tylko wystające nad propozycje Barbary Rosiek.
            Tyko, że to, co on uznaje za wady, to dla mnie są zalety. I oczywiście, że
            książka to nie tylko język - to jeszcze talent, by z tym językiem cuda
            wyczyniać, by go masakrować, dekonstruować, naginać, platać, czynic obcym,
            mimo, że jest naszym rodzimym. I pokazywać, jak sie to robi, co mozna zrobić z
            i za pomocą języka. Nie wiem, jak Piatek obserwuje ludzi, z moich obserwacji
            jasno wynika, że składamy się tylko ze słów, z tysięcy cytatów, bon-motów,
            zasłyszanych i przeinaczonych, przekonstruowanych po swojemu i dla siebie.
            Fabuły są martwe, od bardzo długiego czasu, nie ma sensu i wiekszych potrzeb by
            się nad tymi truchłami pastwić, bo wiadomo, że i tak sie wyląduje tam gdzie
            wszyscy. Jedyne, co zostało literaturze, to własnie język i tylko język - a na
            jakim szkielecie będzie on rozpiety, to to juz jest raczej z grubsza obojetne.
            I nie to, ze jestem wrogiem opowiadania historii, tyle, że same historie kręcą
            mnie najmniej - ważne są dykcja, intonacja, dobór słów, akcentowanie, wszystko,
            co wynika z używania okreslonych słów w określonych kontekstach. I nawet mam
            ulubieńców piszacych przeźroczyście - Murakami, Fitzgerald, Capote, tyle, że
            odstawiam ich na bok w momencie gdy dostaje do łapy, jakiegoś nawiedzonego
            wariata neo-lingwistę, bo ten wariat przemawia do mnie bardziej, nawet mówiąc o
            niczym.

            P:)
            • skajstop Re: jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:) 03.10.06, 14:49
              braineater napisał:

              > I nie to, ze jestem wrogiem opowiadania historii, tyle, że same historie kręcą
              > mnie najmniej - ważne są dykcja, intonacja, dobór słów, akcentowanie,
              > wszystko, co wynika z używania okreslonych słów w określonych kontekstach. I
              > nawet mam ulubieńców piszacych przeźroczyście - Murakami, Fitzgerald, Capote,

              Zawsze masz jakiś sposób używania narzędzia zwanego językiem, Braineaterze. Z tą
              przezroczystością bym nie przesadzał, chyba że mowa o Danielle Steel.

              > tyle, że odstawiam ich na bok w momencie gdy dostaje do łapy, jakiegoś
              > nawiedzonego wariata neo-lingwistę, bo ten wariat przemawia do mnie bardziej,
              > nawet mówiąc o niczym.

              Widzisz, wpadasz tu w pułapkę. Albowiem credo, jakie nam tu zapodałeś, prowadzi
              do wniosku, że czytalnie literatury w istocie jest studiami ligwistycznymi nad
              danym tekstem. Już pomijam, że to jest znaczące przesunięcie akcentu z tego,
              czym literatura była przez wieki. Problem w tym, że to jest akademickie
              pojmowanie tekstu, nie czytelnicze. Brain, czytelnik nigdy nie będzie w ten
              sposób spoglądać na tekst. Nie tego tam szuka - oczywiście, gdy potraktować
              czytelnika jako umowną większą grupę. Większość autorów też nie idzie w
              linqwistykę, chociaż sporo z nich rozumie, że to jest ważne narzędzie i warto mu
              nadać indywidualna cechę.

              Krótko mówiąc, literatura w Twoim ujęciu to nie fabuła prowadząca do uzyskania
              jakiegoś przekazu treściowego, tylko lingwistyczny, eksperymentalny opis świata :P

              Boże, uchroń :-)
              • braineater Re: jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:) 03.10.06, 16:02
                dwa kluczowe słowa z Twojego postu:
                była
                eksperyment

                Była
                bo juz nie jest. Mechanizmy tłumaczenia rzeczywistości przesunęły się w stronę
                zupełnie innych mediów, które i owszem, nadal kozystają z tych schematów
                fabularnych, które grupka brodatych Izraelitów zawarła w swojej Wielkiej
                Księdze jakieś 3k z hakiem lat temu, ale przekładają to na język obrazów,
                dźwieków, migającą ferię barw, bo wiekszość ludzi dawno temu impregnowała się
                na słowa i nijak z nich nauk nie czerpała, więc cza było wymyślic coś nowego,
                coś co uwagę przykuje, jak ongiś spisane opowieści. I jak pojawiły się te nowe
                media - kino, tv, tak literatura powoli i całkiem rozsądnie zaczęła chyłkiem
                wymykać się z fabuł (no dobra zaczęła robic to juz ciut wczesniej - Sterne,
                DaDa)a jesli do nich wraca, to tylko w celach rozrywkowych - co jest i słuszne
                i dobre i radośc czytelnikowi przynosi - patrz Dan Brown, patrz mocno
                skodyfikowane nurty literatury, nie z głupoty i braku słów, tylko sensownie
                nazywanej popularną. I tam jest miejsce na rozpasane ploty, na hirołów tej czy
                innej proweniencji, na radości płynace z projekcji i identyfikacji i to jest ta
                literatura po która mnóstwo ludzi będzie sięgać zawsze, ku rozrywce i serc
                pokrzepieniu, tyle, że sa to teksty, które juz niczego nikomu nie staraja się,
                nie chcą, nie czuja sie na siłach, objaśniać. Rozrywka, jak każda inna, o tyle
                pozytywna, że cicha i mozliwa do uprawiania w kazdych warunkach.

                Natomiast to, co wazne w literaturze, to co ją może wepchnąc w jakies tory,
                których nie przeczuwamy jeszcze, których nie chcemy, boimy sie przeczuwać,
                boimy sie chcieć, dzieje się własnie w warstwie lingwistycznej, na styku języka
                i człowieka, na styku jezyka i techniki, na styku jednego jezyka z drugim,
                trzecim i pińcetnym. Literatura zmienia sie w jeden wielki eksperyment na
                języku, w jedno wielkie laboratorium słów, zdań i wyrazów, w którym bada sie
                jego mozliwości i ograniczenia, jest miejscem (czasem/przestrzenią) które
                zbliża sie do alchemicznej Pragi w którym stary rebe szuka tego jednego słowa,
                które ożywi Golema. Ostatecznym celem takiej literatury nie jest człowiek,
                odbiorca, słuchacz, jest nim słowo, jest nim to, co za pomoca słowa można
                zrobić, jak to mozna zrobic i komu mozna zrobić. A po mojemu, naiwnemu słowem
                mozna zrobić wszystko wszędzie i każdemu.
                Ostatecznym celem, utopijnym, jak każdy cel w sztuce, będzie odkrycie takiej
                asocjacji między słowami, która otworzy nam nowe ściezki we łbie, nakieruje na
                nowe tory myslenia i rozumienia - jak dobry znaczek nasycony 500 miligramami
                kwasu. Tylko, że to będzie full legal i niepowstrzymywalne.

                P:)
                • skajstop Re: jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:) 03.10.06, 16:22
                  Moim zdaniem, tak jak to formułujesz, to już nie jest teza odnosząca się to
                  kultury (literatury wysokiej, tak powiedzmy), tylko manifest wiary, że
                  manipulacja słowem jest najważniejsza.

                  I kiedy piszesz o sobie, to ja to dobrze rozumiem, i się zgadzam, że to Twoje
                  prawo. Co więcej, gdybym pisał sam o sobie - też bym się zgodził :P jako
                  czytelnik, bardzo takie eksperymenta lubię, bo poszerzają wrażliwość. Jako
                  autor, mam na koncie parę jazd z językiem.

                  Niemniej, gdy odnieść się do czytelnictwa, dokonujesz niezwykle uproszcznego
                  podziału, w którym mamy:
                  A. popkulturę DanaBrałnowską
                  B. wartościowe eksperymenta muzy... pardon, językowe

                  Otóż nie. Pomiędzy A i B mamy jeszcze bardzo szeroką kategorię (do której i ja
                  zresztą aspiruję, co zaznaczam, żeby to było uczciwe stanowisko, a nie gupie
                  przemondrzalstwo), w której powstaje literatura wysoka i chcąca czytelnikowi coś
                  przekazać poprzez fabułę, postacie i... język. Ale język, drogi Brajanie, który
                  nie odrzuca. Który wymaga skupienia, jest nowatorski, ale jednak daleko mu do
                  eksperymentu formalnego.

                  To co proponujesz, w istocie rajcuje grupkę czytelników, niech nawet będzie, że
                  najbardziej wyrafinowaną. Ale to jednak margines - i wcale nie wiem, czy to
                  najbardziej wartościowy, bo mój ulubiony przykład z tej kategorii, pan Bittner,
                  niewiele wniósł do rozwoju. Ot, puste eksperymenty, jak się okazało. A Rylski
                  Eustachy godzić umie - i jeżeli już nie jest pisarzem wielkiego formatu, to
                  zaraz nim będzie (z czego się nadzwyczaj cieszę zresztą).
                  • wiksadyba1 Re: jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:) 03.10.06, 16:32
                    skajstop napisał:


                    >
                    > Niemniej, gdy odnieść się do czytelnictwa, dokonujesz niezwykle uproszcznego
                    > podziału, w którym mamy:
                    > A. popkulturę DanaBrałnowską
                    > B. wartościowe eksperymenta muzy... pardon, językowe
                    >
                    > Otóż nie. Pomiędzy A i B mamy jeszcze bardzo szeroką kategorię (do której i ja
                    > zresztą aspiruję, co zaznaczam, żeby to było uczciwe stanowisko, a nie gupie
                    > przemondrzalstwo), w której powstaje literatura wysoka i chcąca czytelnikowi
                    co
                    > ś
                    > przekazać poprzez fabułę, postacie i... język.

                    Dokładnie, niechący popełniłem równolegle pisząc to samo w innym wątku plagiat
                    (albo Ty):))

                    Ale język, drogi Brajanie, który
                    > nie odrzuca. Który wymaga skupienia, jest nowatorski, ale jednak daleko mu do
                    > eksperymentu formalnego.
                    >
                    Z tym że odróżniałbym eksperyment językowy od formalnego: eksperyment formalny
                    to np. gra z konstrukcją, strukturą, kompozycją czy jak to zwał. Tego właśnie w
                    polskiej literaturze brakuje:)
                  • braineater Re: jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:) 03.10.06, 17:25
                    Skaju, tu nie chodzi o żadne wyrafinowanie, bo przeciez jak spojrzysz po moich
                    półkach w domu, to jakies kilkanascie regałów zajmuja powieści, zbiory
                    opowiadań, historie SFowe i kryminalne, czyli po prostu fabuły, pełne
                    bohaterów, akcji i sytuacji mniej lub bardziej niecodziennych.
                    Ale nadal bede się upierał, że literatura nie jest od przekazywania wiedzy.
                    Skoro zresztą sam wystawiłes się do bicia, to będę sie bił:) Wiesz, że lubię
                    Twoje teksty, czytam je od samego prawie poczatku i podobaja mi się wielce. Ale
                    zapytany, czy się od Ciebie czegos nauczyłem, czy wziąłem naukę jakąs na
                    przyszłość, czy spamiętałem jakiś fakt historyczny, chocby po to, by móc
                    brylować na wieczorku towarzyskim lub zostac gwiazda teleturnieju, będe
                    zmuszony odpowiedzieć, że nie, raczej nie. Bo i nie po nauke idę do Twoich
                    opowiadań i powieści, tylko po porządną, zapodaną na profesjonalnym poziomie
                    rozrywkę. Napisaną ciekawie, zabawna, czasami straszną, czasmi smieszną, po
                    chwilę wyluzowania i oderwania się od rzeczywistości. Oczywiście, mimochodem
                    mogę się czegos dowiedziec o pewnym mieście na S., ale nie jest to wiedza
                    której szukam, mogę się dowiedzieć o tym, jak wyobrazasz sobie czas konkwisty,
                    mogę podziwować się nad Twoim obrazem rycerzy i ich rozrywek, mogę sie
                    obrechotać do oszczania z niektorych dialogów i właczyc je do własnego katalogu
                    ciętych odzywek.
                    A zupełnie inaczej by było, gdybyś zamiast '...' (tytuł usuniety ze wzgledów
                    oczywistych:), gdybyś z '...' usunął wszystkie elementy pochodzące z Twojej
                    wyobraźni, gdybyś korzystając z tej samej dokumentacji z której korzystałeś,
                    napisał po prostu tekst stricte historyczny, esej, artykuł naukowy, kompendium
                    wiedzy czasch podbojów. Wtedy przestałoby to byc literatura, rozrywką (ku
                    ubolewniu wielu Twoich czytelników) a stało by sie po prostu nauką, z której
                    czerpałbym wiedzę. Tak, jak jest, elemement fabularny zajmuje w Twoim pisaniu
                    pozycję nadrzedną i wszystko, co chcesz powiedzieć - o zyciu, o ludziach, o
                    swiecie (nawet nie wiem, czy masz takie ambicje, więc przepraszam jesli Ci cos
                    chamsko imputuję:), chowa się pod tym karnawałem atrakcji, stanowi tylko
                    dodatek. Oczywiście jako Twórca możesz uznawać, że jest zupełnie na odwrót, że
                    to nie fabuły i postacie stanowia o jakości Twoich dokonań, ale wydaje mi się,
                    że spora wiekszośc Twoich czytelników, w tym ja, sięga po te teksty głównie po
                    to by sobie poczytać ciekawe opowieści o rzeczach i ludziach, których nie było
                    i nie ma.

                    a może jednak miałem Ci to na priva wysłać? Jak co, to tnij waść bez oporów:)

                    P:)
                    • skajstop Re: jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:) 03.10.06, 18:51
                      Nie naraziłeś mnie na szwank, bez obaw :)

                      Natomiast w meritum: no przecież beletrystyka nie jest od uczenia, Brain, na
                      Rany Boga Dowolnego!!! Uwierzysz zapewne, że bym potrafił marną książczynę
                      non-fiction, czyli popularyzatorską, machnąć o tych, co to ich zbeletryzowałem.
                      Ale czy tego należy oczekiwać od literatury? Żeby była nauką, w sensie
                      katastrofalnym, tj. edukacją?

                      Powtarzam: masz akademickie spojrzenie na literaturę, co i dobrze. Widzisz
                      klisze, stereotypy, figury... całą tę gamę środków. Tylko że problem jest taki,
                      że qw rezultacie, tak myśle, trochę gubisz sens tego, czym literatura była, a
                      Twoja uwaga o tych setkach lat kręcenia się w kółko tylko to potwierdza :)

                      Rozmawiasz czasem z czytelnikami, powiedz? Ale nie takimi nawiedzeńcami od
                      Dżdżeżdżona który się pisze nie wiem jak, ani nie z wielbicielami Daniele Steel
                      - tylko normalnymi czytelnikami oczekującymi od tekstu emocji, zachwytu
                      bohaterem, wkurwienia sie na innego bohatera... Słowem, ludźmi inteligentnymi,
                      którzy jednak wiedzy szukają w książkach "wiedzowych", a od literatury oczekują
                      czegoś innego...?

                      Poza tym, spłaszczasz sytuację, wciąż widząc dwa główne targety. To błąd.

                      A jeszcze bardziej, i tym razem to Ty możesz mnie wyciąć :D
                      Otóż, język jest narzędziem do opisu czegoś. Przez analogię, kowal kujący miecz
                      uzna go za wartość samą w sobie, drogi Braineaterze. Ale człek, który go
                      zamówił, będzie zwykle chciał ten miecz posiadać i zainwestuje w niego, aby za
                      jego pomocą coś osiągnąć. I w tym sensie czyniąc z języka wartość nadrzędną,
                      zwyczajnie nie masz racji, tak jak ja bym nie miał, gdybym powiedział, że
                      pisanie o wsi czyni mnie lepszym od kogoś, kto sobie skalkuluje, że lepiej
                      będzie pisać nie o wsi, tylko o ciężkiej doli kopaczy diamentów.

                      Nowatorstwo języka jest tylko jednym z ważnych elementów składających sie na
                      wartościowy tekst. A jego tradycyjność wcale nie czyni tekstu gorszym. Chcesz
                      kopę przykładów na oba warianty? :)
                      • kubissimo Re: jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:) 03.10.06, 19:34
                        eee, moglbym walnac esej, ale wlasciwie skaj juz wszystko napisal, wiec tylko
                        sie z nim zgodze :)
                      • braineater Re: jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:) 03.10.06, 21:22
                        dobra, popłaczę się, posikam i zaplączę tak, że nawet cały harem Ariadn mnie z
                        tego nie wyplącze, i co gorsza będe brnął w to dalej, wiedząc, że z punktu
                        widzenia normalnego czytelnika, to Ty oczywiście masz rację, a ja zapodaję
                        jakiś skomasowany bełkot.

                        > Natomiast w meritum: no przecież beletrystyka nie jest od uczenia,

                        Tjaaa. To jaką rolę spełniała tak mniej więcej do XX wieku? Czym były serie
                        powieści dla ubogich darmo rozdawane maluczkim w miejskich gettach biedoty, o
                        których tyle Dunin (nie Wąsowicz, ino Janusz) pisze? Powieści przez długi okres
                        czasu (no względnie, bo to jakies 200 lat z apogeum w wieku XIX) kształtowąły
                        obraz świata zaówno klas niewykształconych, jak i wykształconych. Umoralniające
                        powiastki, budowane na biblijnych schematach, podrasowane hagiografie, z
                        elementami gore i świętobliwego porno, opisy krain zamorskich a ludów dzikich i
                        całkiem zmyslonych, kształtowały umysł paru wieków i słuzyły przede wszystkim
                        nauce.

                        Przypomnij sobie Ćapkowego 'Marsjasza, czyli na marginesie literatury' w którym
                        dość przekonująco i rozlegle dowodzi, że paru wydarzeń historycznych typu
                        rewolucje, strajki nie byłoby, albo byłyby w zupełnie innym kształcie, gdyby
                        nie wzorce parenetyczne, które lud prosty a chłonny czerpał wprost z kart
                        mistrzów literatury XIX wiecznej prozy, typu Dumas, czy Balzac. Że nie było
                        buntów antymieszczańskich, gdyby nie powieściowe podstawy zawarte w tekstach
                        Flauberta. Ludzie sięgali po powieści oczywiście dla rozrywki, ale tez dość
                        często stanowiły one dla nich jedyne źródło wiedzy. Przypomnę, że nim zaistniał
                        pierwszy numer Spectatora a tym samym prasa, wraz z późniejszymi kącikami porad
                        i pouczeń, powieści i historie były juz doskonale ukorzenione w tkance kultury.

                        Bestsellerami ówczesnymi nie były Kazania Xiędza Skargi, które miały słuzyć
                        stricte ku nauce, tylko Mikołaja Doświadczyńskiego Przypadki, które wiedzę o
                        świecie i filozofii, kryły pod atrakcyjną, jak na owe czasy formą literacką. To
                        własnie z powieści, jak dziś z seriali i filmów czerpało się wzorce postaw,
                        uczyło się zachowań przy stole i w zagrodzie, to powieści były odpowiednikiem
                        dzisiejszego National Geographic, Discovery i Playboy Chanell w jednym. I super
                        i doskonale, ludzie czytali i się ubogacali wewnętrznie, nabierali ogłady, a
                        wszystko to dzieki powieściom i opowiadaniom. Tylko to było sto lat temu.

                        Jak pisałem wyżej (albo niżej, bo to drzewko ma świra) zmieniły się czasy,
                        zmieniły się media, zmieniły się sposoby przekazywania wiedzy, ale gros
                        pisarzy, jakby tego nie zauważa. Nadal faszeruja swoje fabuły wiedzą
                        niesprawdzalną, opisami dziwów i zjawisk a sami siebie ustawiają w pozycji
                        mentorskiej i nauczycielskiej, jakby wychodząc z założenia, że skoro tak było
                        lat dziesiatki, to tak jest nadal i że czytelnik przychodzi do nich po naukę. I
                        czytelnika również tresuje się w ten sposób, by patrzył w pisarza, jak w
                        świynty łobrozicek, by z pozycji na kolanach zapoznawał się z wytworami
                        pisarskiej wyobraźni i by przede wszystkim czerpał odeń naukę - o życiu, o
                        człowieczeństwie, o świecie i chujwie czym jeszcze.

                        Niby skąd taka popularność miętkich filozofów typu Koelju, typu Hesse, typu
                        Ułelebek? Bo ich powieści 'uczą jak zyć', opisują 'prawdę' o świecie,
                        pokazują 'prawdziwego człowieka'. I będąc jak jeden mąż(niewiasta) na tym forum
                        uzaleznionymi od farby drukarskiej i tego, co się za jej pomocą wyczynia, mamy
                        też, każdy pewnie innego, autora do którego idziemy po nauki, po wiedzę, po
                        mądrość, powieść, w której odnajdujemy siebie samych a w związku z tym i rady,
                        jak zyć.

                        Nieważne czy uznajemy się za Paszczaka, jak niżej podpisany, czy za Mała Mi,
                        jak zona niżej podpisanego, za kazdym z nas stoi jakaś powieść, o której możemy
                        powiedzieć, że z niej nauczylismy się jakiegoś szczególnego ogladu świata,
                        zaczerpnęłismy zreby naszych światopoglądów i filozofii życiowych. Zaczynamy
                        czytanie przecież nie od Habermasa i Berkeleya, tylko od powieści, od Winnetou
                        i Tomków, od Muminków i Kubusiów, od Alicji i Ań (łot da fak? - to jest
                        poprawnie, że mnogo?) i te teksty nas uczą, nas wychowują i powodują, że
                        sięgamy po inne teksty.

                        Więc weź ty mje synek nie fanzol, że beletrystyka wśród głównych działań, nie
                        ma wpisanej funkcji uczenia.:)I uczenie przez wiele stuleci (dobra, wiem, że
                        dwa to nie jest wiele, ale lepiej brzmi:)było jej głównym powodem istnienia,
                        cechą tak dystynktywną, że choćbyśmy się zapierali jak stara baba ze wsi w
                        drzwiach sex-shopu, to nie jestesmy w stanie wyrugować myslenia, że czytanie =
                        uczenie się. I możesz sobie głosić, że tak nie jest, ale gdy się rozejrzysz w
                        około, to szybko odkryjesz dlaczego większośc ludzi z odrazą wstrząsa się na
                        widok książek - bo książka, jakkolwiek książka, nawet szerzej, jakikolwiek
                        tekst pisany, nie gazetowy, kojarzy się z nauką, z wchłanianiem wiedzy, a
                        dopiero potem i raczej zboczeńcom, takim jak my, z przyjemnością.

                        >Rozmawiasz czasem z czytelnikami,ludźmi inteligentnymi,
                        > którzy jednak wiedzy szukają w książkach "wiedzowych", a od literatury
                        oczekują
                        > czegoś innego...?

                        Rozmawiam, po to se te forum założyłem:) I oczywiście nie zamierzam sie kopać z
                        koniem i udawać, że warstwa emocji, jaka porusza czytanie jest nie ważna,
                        nieistotna i mozna ja olać, bo tak nie jest. Ale, jak spojrzysz w to forum, jak
                        spojrzysz w inne fora czytaczy, jak wreszcie pogadasz z ludźmi, to znów, jak
                        bumerang wraca 'uczenie się poprzez czytanie'. Przeleć przez dłuższe dyskusje -
                        jak juz opadna emocjonalne zachwyty i anse, zawsze pojawia się
                        fraz 'dowiedziałem się, nauczyłem się, zachwyciło mnie spojrzenie na, nigdy nie
                        spodziewałem się, że tam jest tak'

                        Chyba, że mówimy o tekstach z tej kategorii, której wątpliwy dla Ciebie i
                        większości świata prymat cały czas tu głoszę, czyli o tekscie opartym na
                        języku, na eksperymencie na szlaleństwie lingwistycznym, na budowaniu cyrku
                        słów i wesołego miasteczka zdań. Wtedy jest albo cisza, albo 'hm, a o czym to
                        tak własciwie kurwa jest?'

                        Cały czas wyłazi to XIX wieczne widzenie literatury jako skarbnicy wiedzy
                        wszelakiej, nauk pożytecznych a udatnie podanych, a jesli coś odstaje od tego
                        schematu, to z mety dostaje łatę awangardy, eksperymentu, czy dziwactwa. A dla
                        mnie to sa równoważne sposoby opisywania świata - za pomoca obrazów i fabuł,
                        lub za pomocą łamańców językowych, przy czym twierdzę, że formuła opisu za
                        pomoca obrazów się wyczerpała, a łamańce językowe niosa ze sobą jeszcze cąłe
                        bagno niesprawdzonych po dziś dzień mozliwości.

                        I od tego czy ta formuła się w końcu przeżre, przestanie stanowic margines,
                        wydaje mi się zalezy cała przysżłośc literatury jako dziedziny sztuki, bo
                        inaczej sama siebie skazuje na tkwienie w błędnym kole tych samych obrazów,
                        tych samych typów osobowych, tych samych schematów, klisz, chwytów az w końcu
                        wszyscy się na ten rodzaj sztuki zobojętnią. A literatura nie może pozostawiać
                        obojętnym, musi walić jak nachajem po gołej dupie, musi wyżerać mózg i
                        doprowadzić do porzygania sie odbiorcy od nadmiaru rzeczywistości jaka chce w
                        sobie zawrzeć i przekazać. I do tego nie ma lepszego narzędzie niż własnie
                        język.

                        Wrócę na chwilke do dyskusji Kwarantanki z Aimarkiem. Czemu Ellis tak
                        napierdala po zwojach, czym robi czytelnikowi krzywdę? Przeciez nie
                        nagromadzeniem splaterowej poetyki, nie opisami makabry czy wyuzdanych
                        stosunków seksualnych przy uzyciu tłuczonego szkła. Tu nie ma niczego nowego do
                        powiedzenia i takie obrazki mogą zbulwersowac ewentualnie dziewiczą 15latkę
                        oderwana od telewizji. Ellis krzywdzi odbiorcę własnie przy pomocji narzedzi
                        językowych, przy pomocy odpowiedniego szyku słów w zdaniu, szyku zdań w
                        akapicie, przy pomocy kompletnie pozbawionego emocji jezyka, wziętego z
                        zupełnie innej poetyki, która jakoby nie przystoi do opisywania takich kawałków.
                        Czytelnik oczekuje, jeśli już nie rozrywki, skoro t
                        • braineater cd 03.10.06, 21:24
                          Czytelnik oczekuje, jeśli już nie rozrywki, skoro tak sie przed tym wzbraniasz,
                          tego katharsis, które ostatnio wałkowalismy, oczyszczenia z brudu i syfu świata
                          i wskazówek, jak żyć.

                          > Otóż, język jest narzędziem do opisu czegoś

                          I owszem i tak i oczywiście, tylko, że tu mamy do czynienia z narzędziem w
                          sensie McLuhanowskim, takim które samo z siebie staje się przekazem,
                          narzedziem, które produkując znaczenia samo stanowi jedno ze znaczeń i tu mamy
                          apogeum naszego sporu, to miejsce w którym raczej nigdy nie osiagniemy
                          kompromisu (zreszta po co nam on:). Dla Ciebie, a przynajmniej tak wnioskuje z
                          dyskusji, wazniejsze sa te znaczenia, które można wyprodukowac przy pomocy tego
                          narzedzia, dla mnie zaś te , które język z sam siebie proponuje, ewokuje
                          wywołuje i inne uje. Dla ciebie wazny jest przekaz zawarty w obrazi ze słów,
                          dla mnie słowa, które ten obraz tworzą. Ty widzisz literaturę po klasycznemu,
                          jako machinę wyobraźni, emocji, zdolną odtworzyć wirtualny obraz naszej
                          rzeczywistości (i kazdej innej 'rzeczywistości') na sprasowanych kawałkach
                          pulpy drzewnej, ja widzę słowa i jeszcze więcej słów i ich dynamikę, ich
                          powiazania i tak dalej, litanija cała była wyżej albo w tym drugim watku.
                          I wychodząc z tych dwóch, nie powiem, że przeciwstawnych pozycji, nie mamy
                          szanas spotkac się gdzies posrodku drogi, bo te drogi w zupełne inne miejsca
                          prowadzą. Korzystając z Twojej metafory miecza - ty widzisz bitwy, które nim
                          toczono, cała jego historię, szukasz postaci historycznych z którymi się wiąże,
                          a ja widzę perfekcyjne siedem warstw damasceńskiej stali, widze cała
                          technologie, która za nim stoi, widzę kowala który mozoli się, by tak te
                          warstwy ze sobą zespolić, by dały jak najczystsze cięcie.

                          A teraz proszę weź ten miecz i upierdol mi łeb, bo pisałem tego posta przez
                          całe póltorej godziny koncertówki White Stripes i naprawde potrzebuje ciosu
                          miłosierdzia.:)

                          P:)
                          • skajstop Re: cd 03.10.06, 21:34
                            braineater napisał:

                            > A teraz proszę weź ten miecz i upierdol mi łeb, bo pisałem tego posta przez
                            > całe póltorej godziny koncertówki White Stripes i naprawde potrzebuje ciosu
                            > miłosierdzia.:)

                            Potrzebujesz nie ciosu narzędziem ostrym, tylko odpowiedzi słowem miękkim i
                            namyślonym :P

                            I to okrucieństwo nie zostanie Ci oszczędzone, tyle że muszę się namyślić, coby
                            głupot nie wyprodukować.
                          • skajstop Historia miecza :) 04.10.06, 10:50
                            Brain metaforyzował:

                            > Korzystając z Twojej metafory miecza - ty widzisz bitwy, które nim
                            > toczono, cała jego historię, szukasz postaci historycznych z którymi się
                            > wiąże, a ja widzę perfekcyjne siedem warstw damasceńskiej stali, widze cała
                            > technologie, która za nim stoi, widzę kowala który mozoli się, by tak te
                            > warstwy ze sobą zespolić, by dały jak najczystsze cięcie.

                            Widzisz, i w tym tkwi problem. Dla Ciebie narzędzie - język - staje się nie
                            jednym z aspektów opowiadania o jakiejś tam rzeczywistości czy świecie
                            wyobrażonym, a światem samym w sobie. I co ważne - światem w jakimś tam sensie
                            ZAMKNIĘTYM, przynajmniej tak, jak to definiujesz. Wystarcza Ci język, oby tylko
                            był odpowiednio atrakcyjny.

                            Podczas kiedy ja nie przypadkiem użyłem tej metafory miecza. Idę o zakład, że
                            obaj znamy parę ładnych historii dotyczących takich narzędzi. Spróbuj sobie
                            wyobrazić świat legend arturiańskich bez mieczyka, co? Ale dokonaj eksperymentu
                            myślowego i sprowadź je do mieczyka wyłącznie, to co z nich pozostanie? Ergo, w
                            tym przypadku opowieści o świecie dookoła miecza i o samym mieczu (jego losach)
                            ściśle się wiążą.

                            Moim zdaniem, sensownie pojmowana literatura to właśnie powiązanie różnych
                            elementów. Rzecz jasna, że język jest ważny. Ale fabuła jest równie ważna - przy
                            czym fabuła rozumiana niekoniecznie jako linearny ciąg zdarzeń, nigdzie tego nie
                            twierdziłem. Musisz mieć bohaterów - cóż wart jest Twój język bez bohaterów?
                            Gdyby serio podejść do Twoich postulatów, bohater jest niewygodnym dodatkiem do
                            języka ;P

                            W istocie najwartościowszą literaturą jest taka, powracając do metafory miecza,
                            w której dostaniesz i historię wykuwania, i losy kowala, i jakiś skrót zdarzeń,
                            co zdarzyło się po wyjściu zamawiającego z kuźni. Dostaniesz znacznie szerszy
                            kontekst, Braineaterze, więcej materiału do analizy. Pełniejszą opowieść, po
                            prostu. Rezygnujesz z niej w imię skupienia się na technologii łączenia
                            kolejnych pasm stali, ok., Twój wybór. Ale to jest wybór literackiego metalurga,
                            nie uważasz?

                            Druga kwestia, bez cytatów. Literatura a edukacja.
                            Boga się bój, Brajanie!!! Podajesz przykłady Konopnickiej i mają one obowiązywać
                            dzisiaj? ;-D

                            Myślę, że świadomie przeginasz, bo część twórców od zawsze miała aspiracje do
                            nauczania niewiernych, ale część - a fcale że nie :) i dziś, po otrząśnięciu
                            ksiąg z kurzu, okazuje się, że przetrwały jako kanon literacki dzieła zarówno
                            pisane w porywie płochej zabawy i niskiej chęci zarobkowej (się kłaniają
                            Cervantes czy Lope de Vega) jak i bomby edukacyjne :)

                            I nadal tak jest, i nadal tak będzie. Obok siebie stoją i staną intencje pana od
                            "Świata Zofii" i pana od "Morderstwo w metrze. Sagi tom pierwszy". A na prawo od
                            prawej ściany stanie lingwistyczny eksperyment "Pciurg wam Pendolino pędzi wódkę".
                            I dziś, drogi Braineaterze, w żaden sposób nie potrafisz ocenić, które
                            pozostanie za lat sto w kanonie, i jak będzie oceniane. W tym właśnie problem. I
                            dlatego - słyszę dzwony, i to w dodatku własne ;D - w istocie mówisz nie o
                            literaturze, tylko o Twoim jej odbiorze. Literatura ma sie nieźle, fabuła też :)
                            Ament :)

                            PS. Nie wiem, skąd wziąłeś, że ja sę wzbraniam przed przyznaniem, że literatura
                            to także rozrywka. Wg mnie, w literaturze role się mieszają, dobrze skomponowana
                            książka to dostarczenie czytelnikowi w jednym pakiecie rozrywki, inspiracji do
                            własnych refleksji, jakiejś dozy wiedzy o świecie (gdy będziemy mówić o świecie
                            realnym, a nie wzorem Lema bujać w obłokach :D), a też, o ile to możliwe,
                            właśnie trochę wzbogacić jego język, czy poprzez jego kształt wpłynąć na
                            świadomość owego nieszczęsnego czytelnika.
                        • wiksadyba1 Re: jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:) 04.10.06, 00:38
                          "Kolażując" 2 zupełnie inne fragmenty z Brajna:

                          "niby skąd taka popularność miętkich filozofów typu Koelju, typu Hesse, typu
                          Ułelebek? Bo ich powieści 'uczą jak zyć', opisują 'prawdę' o świecie,
                          pokazują 'prawdziwego człowieka'. I będąc jak jeden mąż(niewiasta) na tym forum
                          uzaleznionymi od farby drukarskiej i tego, co się za jej pomocą wyczynia, mamy
                          też, każdy pewnie innego, autora do którego idziemy po nauki, po wiedzę, po
                          mądrość, powieść, w której odnajdujemy siebie samych a w związku z tym i rady,
                          jak zyć.

                          A literatura nie może pozostawiać
                          obojętnym, musi walić jak nachajem po gołej dupie, musi wyżerać mózg i
                          doprowadzić do porzygania sie odbiorcy od nadmiaru rzeczywistości jaka chce w
                          sobie zawrzeć i przekazać.
                          język."

                          z którymi zgadzam sie w 200%:0, dochodzę do problemu też na tę porę i chyba nie
                          tylko zbyt ciężkiego: jak to jest z tą literaturą, że jest czymś dla wielu
                          osobników (ci od Coelho)dużo ważniejszym , niż sami się tego spodziewają, a być
                          może nawet niż "jej samej" się wydaje:)

                          I czy sztuka jest rozrywką na takim samym poziomie jak zbieranie znaczków,
                          jeżeli rzeczywiście udaje jej się "wyżerać mózg i
                          doprowadzić do porzygania sie odbiorcy od nadmiaru rzeczywistości jaka chce w
                          sobie zawrzeć i przekazać":)

                          Myślę tak: Literatura nie może pouczać, ani wychowywać, kształtować mas
                          (oczywistość, wiadomo). I jeżeli jej sie to udaje, to na ogół złej sztuce
                          (Sienkiewicz:) Ale literatura, nie będąc filozoficzna jest narzędziem walki z
                          głupotą, pospolitością tak intelektualną jak zmysłową. Walkę tę oczywiście można
                          (i może trzeba) zaliczać do szeroko rozumianej rozrywki. Być może jest ona tylko
                          dla "Happy few" - to nie znaczy, że mają w imię (skrajnie wyspekulowanej i
                          przeintelektualizowanej:) koncepcji, że np. czasy się zmieniły i teraz zostają
                          tylko szeroko rozumiane znaczki do zbierania, a kto się nie zgadza, ten
                          Żeromski:) rezygnować ze swoich perwersji:)

                          Nawiązując do tematu - w JEDNOSTRONNYM lingwiźmie - widzę jedno ryzyko -
                          filisterstwo:) - literatura traci w ten sposób pole walki z pospolitością, które
                          jest znacznie szersze niż tylko na poziomie asocjacji słownych. A żadne
                          internety, cyberpunki, baudrillardy, fukuyamy nie wmówią mi, że "koniecznością
                          dziejową" jest pogodzenie się z utratą tego pola. Rówieśnik Derridy Deleuze
                          śmiał się z derridiańskiego "końca filozofii", twierdząc, że filozofia nigdy nie
                          umrze, najwyżej można ją zabić:)

                          Ok, też absolutnie wysiadam, zwłaszcza że muszę jeszcze siegnąć do zajęć
                          komputerowych-nieinternetowych, a nocy dzisiejsze nie jest niestety "unlimited".

                          Pozdrr

                          • wiksadyba1 Re: "nie będąc filozoficzna.." 04.10.06, 00:41
                            to zarys jakiejś innej myśli, którą skasowałem. Nie autoryzuję ww. zwrotu. Tzn.
                            muszę powiedzieć "dobranoc":)))
                • wiksadyba1 Re: jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:) 03.10.06, 16:39
                  braineater napisał:


                  Literatura zmienia sie w jeden wielki eksperyment na
                  > języku, w jedno wielkie laboratorium słów, zdań i wyrazów, w którym bada sie
                  > jego mozliwości i ograniczenia, jest miejscem (czasem/przestrzenią) które
                  > zbliża sie do alchemicznej Pragi w którym stary rebe szuka tego jednego
                  słowa,
                  > które ożywi Golema.

                  Jedna rzecz - jeżeli nie piszesz "zmienia" na zasadzie znanego z klasycznych
                  idealistów niemieckich, przedstawiania procesów zachodzących w świecie, jako
                  takich, jakimi chciałoby się je widzieć:) to czy widzisz w literaturze
                  światowej jakieś konkretne, zmasowane, mocne i aktualne poszukiwania w tym
                  kierunku? Bo raczej mi sie wydaje, że apogeum tego było już ładnych parę lat
                  temu (co nie znaczy, że to kiedyś nie wróci:). Co innego w kręgach
                  neolingwistycznych w Polsce - ci są tak aktualni, jak Francuska Partia
                  Komunistyczna, która była dumna, że potępiła Stalina - 30 lat po KPZR:)

                  > Ostatecznym celem, utopijnym, jak każdy cel w sztuce, będzie odkrycie takiej
                  > asocjacji między słowami, która otworzy nam nowe ściezki we łbie, nakieruje
                  na
                  > nowe tory myslenia i rozumienia - jak dobry znaczek nasycony 500 miligramami
                  > kwasu. Tylko, że to będzie full legal i niepowstrzymywalne.

                  A dlaczego to nie ma być asosjacja np. między zdarzeniami w z pozoru klasycznej
                  fabule. Franz Kafka nie otwiera nowych ścieżek we łbie, otwiera Agnieszka
                  Drotkiewicz:))
                  >
                  > P:)
                  >
              • wiksadyba1 Re: jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:) 03.10.06, 16:43
                skajstop napisał:

                > braineater napisał:
                >
                Z t
                > ą
                > przezroczystością bym nie przesadzał, chyba że mowa o Danielle Steel.
                >
                > >>
                > > nadać indywidualna cechę.

                E tam, Steel przezroczysta:)? Przezroczysty język to bardzo trudna szkoła
                jazdy:) Najbliżej był może Robbe-Grillet:)


                >
                >
            • kubissimo Re: jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:) 03.10.06, 15:10
              to ja mam zupelnie inaczej. forma formą, ale ile mozna sie ekscytowac
              elokwentnym biciem piany?

              za Pawia wzialem sie teraz (jak tysiace koniunkturalistow) i po 30 stronach
              jestem juz troche znudzony manierą MC Doris, a szczerze mowiac poza zabawą
              językiem nie widzę w tej książce nic szczegolnego :/
              zdecydowanie bardziej trafia do mnie Shuty, ktory tez odciska swoje piętno na
              języku, ale całość do czegoś prowadzi. U Masła mamy jazdę na karuzeli, która
              przez pięć pierwszych okrążeń jest zabawna, a potem jest coraz mniej fajniej,
              bo ile można tak jeździć w kółko. Zaczynam podejrzewać, że tak naprawdę
              tytułowy paw bęzie pawiem czytelnika :/

              i nie mow, ze fabuly sa martwe. wczoraj z nimi rozmawialem i swietnie sie
              mają :P
            • wiksadyba1 Re: jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:) 03.10.06, 16:27
              braineater napisał:

              >
              Nie wiem, jak Piatek obserwuje ludzi, z moich obserwacji
              > jasno wynika, że składamy się tylko ze słów, z tysięcy cytatów, bon-motów,
              > zasłyszanych i przeinaczonych, przekonstruowanych po swojemu i dla siebie.

              Z moich, być może zawodnych, obserwacji wynika dodatkowo, że składamy się też z
              głów, włosów, kutasów, wagin, kości, flaków (miałem raz wątpliwą przyjemność
              widzieć w pełnej obfitości, rozlane po asfalcie, podczas wypadku drogowego w
              byłem Jugosławii, więc w ich istnienie nie mogę do końca wątpić) Ale - gdyby
              wyrzucić słowo "tylko", zgodziłbym się w 100%. Tylko, że tu pojawiają się 2
              dość zasadnicze wątpliwości: Po pierwsze - mozna przyjąć, że słowa,
              cytaty,stereotypy itd. są tyleż tekstualne co mentalne (wyrażając jakiś obraz
              myślenia itd.). A w takim przypadku udany eksperyment oznacza równoczesne
              rozbicie słowa i stanu umysłu, który się za tym słowem kryje. Po drugie -
              można - na dobre i na złe - przyjąć derridiańskie rozumienie hasła "świat to
              tekst". I w tym drugim przypadku gra z językiem wymaga zdolności
              przeprowadzania bardzo skomplikowanych przekształceń intelektualnych. Czyli
              podejście "czysto lingwistyczne" albo jest niemożliwe, albo nic z niego
              poważnego nie wyniknie poza jakimś sekciarstwem. I neolingwiści w naszym
              wydaniu, mają na ogół tylko minimalne kompetencje, żeby sprostać założeniom, o
              których pisałeś.

              > Fabuły są martwe, od bardzo długiego czasu, nie ma sensu
              i wiekszych potrzeb by
              >
              > się nad tymi truchłami pastwić, bo wiadomo, że i tak sie wyląduje tam gdzie
              > wszyscy. Jedyne, co zostało literaturze, to własnie język i tylko język - a
              na
              > jakim szkielecie będzie on rozpiety, to to juz jest raczej z grubsza
              obojetne.

              A kto to zadekretował?:) Opowiadasz się chyba za "wolną kulturą" (widziałem
              link w podpisie, jeszcze nie wszedłem:),a serwujesz "determinizm historyczny"
              a la Fukuyama:)))))


              > I nie to, ze jestem wrogiem opowiadania historii, tyle, że same historie
              kręcą
              > mnie najmniej - ważne są dykcja, intonacja, dobór słów, akcentowanie,
              wszystko,

              Też sie zgadzam, ze sama historia, w ścisłym sensie, najmniej mnie kręci.
              >
              >
              >
              > P:)
              • braineater Re: jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:) 03.10.06, 16:58
                Najpierw o stylu (moim) bo znów bedą nieporozumienia.:) Nic co piszę nie jest
                prawdą objawioną nawet dla mnie, nie aspiruje do bycia nią, są to z reguły
                mniej lub bardziej precyzyjne przeczucia (z reguły mniej:) i żadnej z
                zamieszczonej opinii nie zamierzam bronic do krwi ostatniej, jeśli znajdą się
                interesujące kontrargumenty.
                Teraz do remu:
                Myślimy słowami, sami siebie dla siebie okreslamy się słowami, wymyślamy słowa
                na innych i inne słowa na innych innych. nie jestesmy w stanie na jakimkolwiek
                wyzszym poziomie sie komunikować bez używania słów, bo nawet jesli siedzimy po
                uszy w kulturze ikonograficznej, to i tak za kazda ikoną kryją sie słowa. Nawet
                muzyka, która ma w jakiś sposób ewokowac uczucia bez urzycia słów, w końcu
                wymaga słów, by te uczucia nazwac i umocowac w naszej rzeczywistoiści. Nie
                jestesmy w stanie się ze słów wyzwolić i to one nami kierują, rzadzą i
                pozwalają nam interferować z innymi. To jakby jest proste. Jestesmy tekstem i
                świat, który budujemy wokół siebie tez jest tekstem i tu sie z panem D.
                zgadzam, mimo, że nigdy nie przeczytałem żadnego jego tekstu w całości:)
                Rozróznianie mysl czy słowo, jest rozróżnianiem sztucznym, bo od momentu
                wejścia w wszechświat języka myslimy słowami, a to jak myslimy nim poznamy
                jakis język jest raczej cięzkie do zbadania, choc przypominaja mi sie rózne
                teksty o tym, że człowiek ma potrzebe wymyslania słów, chocby na własny użytek,
                potrzebe nazywania i okreslania własnie słowami - wszytskie savage children, co
                z dzungli wyszły, miały jakies pierwociny własnego prywatnego jezyka. Jestesmy
                po prostu nierozłączni ludzie i słowa.
                I dlatego po to by (uwaga, leci z Grubej Rury:) 'poznać samego siebie' musimy
                najpierw poznac słowa, musimy nauczyć sie o nich jak najwięcej, potrafic z nimi
                zrobic miliard magicznych sztuczek i temu przede wszystkim powinna służyć
                nasza, ludzka literatura. Musimy słów się bac, musimy je kochać, musimy sie do
                nich przytulac i dać sobą zawładnąć i po mojemu tak własnie robia najlepsi
                pisarze - dają się zgwałcić słowom, daja im płynąc, i starają się jakoś ten
                strumień uporządkować i nie dać się zalać do szczętu, po to własnie, by przez
                wykrzywianie słów, analizowanie ich, nadawanie im niecodziennych znaczeń,
                powiedzieć cos wiecej o tym, co nam we łbach tkwi. I oczywiście masz rację, że
                Masło i reszta są daleko od tego celu, ale to nie znaczy, że nie maja próbować,
                że mają na zawsze stwierdzić, a chuj tam, piszmy fabuły, bo lud tego chce. Mnie
                cieszy sam fakt, że ktos próbuje.

                śmierci fabuł nikt nie dekretował, choc Butor cos tam bąknął w tym temacie
                kilkadziesiąt lat temu, a postmoderna zrobiła sobie z tego totem, sztandar i
                źródło uciechy. Ja po prostu widać - tzn, może nie tyle smierć, co skostnienie,
                zamknięcie w kilkunastu schematach i to widać od paru setek lat. w kółko mieli
                sie te same klisze, te same opowieści, zmieniając tylko lokalizacje i hirołów.
                Przy czym ja nie twierdzę, że to źle, bo wcależenie, to fajne jest, mozna sobie
                pogadac o toposach i archetypach, o podswiadomościach zbiorowych i o historii,
                co kocha sie powtarzać, tyle, ze jak dla mnie nie tu tkwi źródło wartosci
                literatury. Dla literatury fabuła jest gadżetem po prostu, migająca zabawka,
                która cieszy, i bawi, ale która w sumie jest zbędna.

                Swoja droga rozbicie tematu na dwa watki powoduje, że w kółko pisze o tym samym
                i zaczynam się gubic:)

                P:)
                • wiksadyba1 Re: jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:) 04.10.06, 00:10
                  No, z tym się o wiele bardziej zgadzam:) Myśli i słów nie da się rozróżnić przy
                  podejściu do pisania. To było zdaniem różnych Derridów, Foucaultów etc.
                  charakterystyczne dla (uwaga: bardzo teraz upraszczam teraz te nadsekwańskie
                  smaczki:) podejścia klasycznego "grecko-kartezjańskiego", z którego wynikałoby,
                  że słowo jest w pewnym sensie obrazem myśli - czymś innym, tak samo jak czyms
                  innym są stół i fotografia stołu, ale też "dopasowanym wzajemnie" na zasadzie,
                  mówiąc bardziej fachowo "przedstawienia", czy - jeszcze bardziej upraszczając -
                  podobieństwa, "odpowiedniości". Literatura i sztuki "przedstawiajace" od czasów
                  powiedzmy Rimbauda, impresjonistów (+ późniejsze analizy nt. sztuki
                  wcześniejszej:) pokazały - na bardzo różne sposoby, że to nie takie proste, że
                  zdaniem jednych tak być nie musi, zdaniem innych - tak być nie powinno, a
                  zdaniem jeszcze innych - tak w ogóle nigdy nie jest:) Widać jednak stąd, że
                  radykalna operacja na szeroko rozumianym języku w literaturze, musi wziąć pod
                  uwagę równoczesną (ale nie "paralelną", bo relacje sie komplikują) chirurgię
                  słowa i myślenia. Stąd wynika, że literatura, która bazuje tylko na warstwie
                  przekształceń słownych w najprostszym sensie (brzmienie, przekręcanie znaczeń,
                  neologizmy etc.) zadowalajac się tym, że szerzej rozumiany obraz świata
                  pozostaje zwyczajny, wtórny, pospolity, a ma być tylko "opisany inaczej",
                  dotyka tylko najpłytszej z możliwych warstwy przekształceń językowych. Dalej
                  jeszcze - podejście "neo-lingwistyczne" zastępuje obalenie "obrazkowej" relacji
                  między myślą a słowem ("Hrabina wsiadła do powozu o szóstej") utopijnym raczej
                  postulatem całkowitego zmieszania jednego z drugim. To nie takie proste. W ten
                  sposób giną nam też sprzed nosa możliwości bardziej wyrafinowanych gier między
                  tematem, a językiem, jakie są oczywistą zasługą choćby i m.in. tzw.
                  postmodernizmu (excusez le mot:): parodii, pastiszu, persyflażu etc. Np. język
                  może być aż do bólu pospolity albo akademicki, ale treść pod nim ukryta staje
                  się wywrotowa, obrazoburcza, szalona. Osobnik radykalnie dotknięty lingwicą, nie
                  doceni tej literatury, zupełnie nie zrozumie jej niuansów, podstępów,
                  przewrotności, tak jak radykalny death-metalowiec uzna za nudziarstwo każdą
                  wokalizę poza "aaargh...":) Jeszcze dalej idąc: w literaturze operuje się
                  zdaniami, nie słowami (przez zdania rozumiem tu też np. celinowskie równoważniki
                  zdań). Tak samo zresztą w filmie, muzyce, a nawet w pewnym sensie w fotografii i
                  malarstwie. Czyli zawsze jakaś syntaksa= struktura, konstrukcja, kompozycja. W
                  ten sposób najgłębszy eksperyment językowy jest w jakiś sposób zawsze
                  eksperymentem "LOGICZNYM". Atrakcyjność brzmieniowa, rozmach słowotwórczy etc.
                  są dla mnie kwestią absolutnie drugorzędną (nikt mnie nie zmusi do wyboru: Joyce
                  czy Kafka:), całkowicie uzależniam to od temperamentu pisarza, tak jak lubię i
                  duże i małe cycki - zależy, jak się prezentują "na konkretnej osobie":)

                  Dlatego Piątek miał rację, może nawet bardziej niż mu się wydawało, bo to
                  miałabyć chyba w jego zamierzeniu po prostu czysta złośliwość:), sugerując, że
                  "lingwica" to niekoniecznie spadek po Gombrowiczu, ale może bardziej dalekie
                  pokłosie manieryzmu romantycznego, czy młodopolskiego - to samo - woltyżerka
                  słowna przy absolutnej pospolitości myślenia. Żeby było jasne (od dawna zresztą
                  traktuję tę wymianę postów, jako luźno związaną z Masłowską, bo nie ma chyba co
                  przeciw czy za Dorotką wytaczać takich armat dosć grubego kalibru:) - w
                  "Wojnie..." ten język uwalnia się miejscami od pospolitego podłoża, w "Pawiu" -
                  niestety nie; takie jest moje zdanie. "Lubiewo" to z kolei przykład powieści, w
                  której myślenie nie jest pospolite i dlatego styl się w 100% broni, chociaż jest
                  w jakiś sposób, używając muzycznej terminologii "homofoniczne" (przedrostek
                  "homo" przypadkowy:).

                  Dodam tu jeszcze, że literatura skupiona na eksperymentach ze słowem, czy z
                  "barwą narracji" ma często w praktycę tę wadę, że nie ma w niej tego, co jest
                  istotą prozy- rozwoju tematu (tematu niekoniecznie w sensie fabuły). Nie musi to
                  być rozwój wg klasycznych zasad: zarys konfliktu->rozwój konfliktu-> rozwiązanie
                  konfliktu. Ale jeśli czytasz chociażby takiego Balzaka (prowokacja:), to jego
                  plusem jest to, że na 130 stronie powieści (tej z lepszych), wiesz o niej coś
                  więcej (i coś innego jednocześnie) niż na stronie 13. W powieściach
                  nakierowanych głównie na radykalne rozbebeszenie języka, bardzo często - kilka
                  stron Ci wystarczy, żeby sie zorientować, o co chodzi, to czy wyrobisz całość to
                  zależy już od tego, jak ci ta metoda podeszła. Oczywiście to praktyczny zarzut,
                  a nie żadna teoria, bo nie musi tak być; tak często jest.

                  Co do "śmierci fabuły". Po raz pierwszy odniosę się do pojęcia, że "literatura
                  jest zabawą" - jeżeli jest jednocześnie zabawą mniej niszową niż kółka szachowe
                  (parafrazuję tu W Gombr z "przeciw poetom"), a wszystko na to wygląda, to może
                  właśnie trzeba pisać fabuły, bo to jest to, co BAWI szersze grono, a nie tylko
                  koteryjki:)))

                  A serio - widzę często pewien klasyczny szkolny błąd (a jednocześnie błąd
                  psychologiczny czy wręcz psychobiologiczny:), który "to, co było" zlewa w wielką
                  nierozróżnialną jedność. I fanatycy eksperymentów i akademicy mówią odrzućmy
                  tradycję/ zachowajmy tradycję. Tylko co to ta tradycja np. w prozie: czy to
                  bardziej Rabelais czy Czechow:)? Mówi się o zamknięciu fabuły w schematy z
                  ostatnich kilkuset lat, a ja między tymi latami nie widzę oczywistej ciągłości:)

                  Nie potrafię powiedzieć, czy fabuła sie wyczerpała, czy nie:) Zobaczymy co
                  będzie. Osobiście nie sądzę - nie ma prawie w sztuce ani ostatecznych zerwań
                  (poza najszybciej starzejącymi sie eksperymentami - z ręką na sercu, kto czyta
                  dziś Marinettiego albo nawet Bretona?:), ani zresztą dosłownie rozumianych
                  "powrotów" (poza akademickim dziadostwem, które i tak jest powrotem nieudolnym).
                  Wydaje mi się, że dylemat fabuła/afabularność to skądinąd dylemat z zamierzchłej
                  epoki, raczej modernistyczny niż post-modernistyczny (czym był nawet i Pynchon
                  na tle Becketta czy Robbe_Grilleta, jeśli nie osobliwym powrotem do fabuły, nie
                  mówię juz o akcjach typu Eco). W tym co sie dziś pisze na świecie, nie widzę
                  wyraźnej tendencji "za" czy "przeciw" klasycznej fabule, widzę bardzo różne
                  poszukiwania (z przewagą fabularnych nb.:) i jeżeli miałbym wymienić, jaka jest
                  we współczesnej literaturze główną "oś konfliktu", to (skądinąd w ogóle nie ma
                  chyba takiej) na pewno nie byłoby nią pytanie "fabuła czy język?" Tak jak w
                  muzyce pytania typu "neoklasycyzm czy dodekafonia" a w malarstwie "figuracja czy
                  abstrakcja?" są już passe:)
                  • braineater Re: jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:) 04.10.06, 00:14
                    stary, jak na tę godzinę nokaut.
                    idę się pozbierać do szatni i przyjde potem.:)

                    P:)
                  • braineater Raging Bull 04.10.06, 11:18
                    jak LaMota przez DeNiro grany się czuję, bo postawiłeś tu posta z betonu,
                    posta, ktory ma przerażać i który może mi zrobić krzywdę. Ale LaMota tez nie
                    wydygał:)

                    Zacznijmy od lekkiego cofniecia się w czasie i przypomnienia sobie pana
                    Todorova. Dzielny Tzvetan jak nie cpał i nie pił i nie pisał wierszy, to knuł
                    na tematy okołoliterackie i knuł tak skutecznie, aż wymyślił rzecz wielką - 'Le
                    narratologie'. Pomysł chwycił i zainteresował parę mądrych osób w tym Barthesa
                    i Eco. Rzecz o tyle nie była całkiem nowa, że podstawy nauki o narracji
                    istniały już o wiele wczesniej, choćby w Morfologii Bajki Proppa, czy w
                    Cudownym i pożytecznym Bettelheima, które niby nie jest do końca o tym, ale
                    jakby na marginesie głównych tez także buduje przejrzysty obraz struktur
                    narracyjnych towarzyszacych literaturze od jej zarania. I teraz dlaczego ja o
                    tym i w jakim kontekście.

                    > Co do "śmierci fabuły". Po raz pierwszy odniosę się do pojęcia, że "literatura
                    > jest zabawą" - jeżeli jest jednocześnie zabawą mniej niszową niż kółka
                    szachowe
                    > (parafrazuję tu W Gombr z "przeciw poetom"), a wszystko na to wygląda, to może
                    > właśnie trzeba pisać fabuły, bo to jest to, co BAWI szersze grono, a nie tylko
                    > koteryjki:)))

                    Ty nie wierzysz w śmierć fabuł, i bardzo dobrze, ja nie wierzę w ich rozwój, i
                    chyba też dobrze:) Panowie od narratologi, a dalej, ich nastepcy od gramatyki
                    tekstu, całe swe twórcze życie strawili na tym, by udowodnić, że Propp miał
                    rację. Że literatura, w której główny trzon stanowi fabuła, opiera się na
                    kilkunastu nienaruszalnych schematach - u Proppa chyba na 40, w pracy
                    pierwszego osobnika, który w ogóle badał te zagadnienienie, czyli u Politiego,
                    na 36, co zresztą zawarł w tytule pierwszego dzieła tyczącego teorii fabuły,
                    które zwało się 'The 36 Dramatic situations' (końcówka wieku XIX albo poczatek
                    XX). Sam Politi zreszta później stwierdził, że ta liczba i tak jest na wyrost i
                    wprowadził w drastyczne cięcia. Inne szkoły mówią o różnych ilościach
                    skończonych fabuł i tak masz Kiplingowskie 69 mozliwych fabuł, 20 fabuł, którą
                    to teorie wyznaje sie na amerykańskich kursach creative writting i którym
                    zawdzięczamy zarówno DanBrałna, jak i Palahniuka, 3 jak głoszą prace Harrisa,
                    aż do szkół, które twierdzą, że istnieje tylko jedna fabuła zaiwerająca się w
                    równaniu ekspozycja - wzrost napiecia - punkt kulminacyjny - zjazd napiecia-
                    wygaszenie. Do której z tych teorii byśmy sie nie przychylali, ważne jest
                    jedno - to, że liczba mozliwych fabuł jest liczbą skończoną i w sumie wcale nie
                    wysoką.

                    Zwiazane to jest oczywiście ze skończona ilością reakcji człowieka,
                    postawionego w jakiejś niecodziennej sytuacji i wynika wprost z naszej
                    konstrukcji psychicznej, powodujacej, że na okreslone zjawiska, reagujemy w
                    bardzo okreslone sposoby, których indywidualne modyfikacje nie zmieniają na
                    tyle, by stworzyć cos nowego.

                    Trywializując - w kwestii fabuły, jestesmy w sytuacji peremanentnego mamonizmu
                    stosowanego, bo nie dość, że lubimy tylko te piosenki, które poznalismy
                    wczesniej, to jeszcze po prostu nie mamy innego wyjścia, ponieważ nikt nie jest
                    w stanie wymyslic nowych piosenek - zawsze będzie układ zwrotka refren lub
                    zapis wierszem białym, zawsze będzie jakis podmiot i jakas warstwa emocjonalna.
                    I to sa elementy, których w pisaniu nie da rady (a przynajmniej nie dawało)
                    pominąć, bo wyjdzie ci eksperyment, awangarda, dziwadło.

                    I tutaj przechodzimy do sedna sporu - skoro, jak mam nadzieję udało się nie
                    mnie, tylko tym wszystkim wymienionym wyzej, wykazać, że narracja jest
                    skonczona, że da się na niej i jej elementach przeprowadzać równie precyzyjne
                    operacje, co równania chemiczne i matematyczne, że wiemy, jak nazwac bohatera,
                    by juz samo brzmienie imienia przekonywało czytelników do postaci (tu polecam
                    wywiad z panem Krajewskim, w jednej z ostatnich Polityk, czy czegoś w tym
                    rodzaju , gdzie tłumaczy, dlaczego Mock własnie jest Mockiem), wiemy, jak
                    skonstruować cały plot, tak by stworzyć porywającego page-turnera, wiemy, które
                    perspektywy narracyjne wywołuja porządane reakcje emocjonalne, wiemy jak
                    manipulować czasem świata przedstawionego by nadać mu dynamiki lub tę dynamike
                    osłabić, po prostu w warstwie teoretyczno-konstrukcyjnej rozpracowaliśmy sztukę
                    opowiadania do najmniejszych elementów - Proppowskie 39 morfemów, to nie widze
                    powodu, by dalej zajmować się tymi zagadnieniami, bo jest to zabawa w
                    przyczynkarstwo i dodawanie zawijasów i akantów, do rzeczy ze swej natury
                    prostych.

                    Stąd tez mój postulat przesunięcia akcentu z opowieści na język opowieści, w
                    którym kryje sie tyle samo co najmniej znaczeń, co w samej strukturze
                    narracyjnej - a podejrzewam, że i o wiele więcej. Więcej dlatego że, sprawny
                    pisarz, fachura, perfekcyjny rzemieslnik, predzej czy później sam wyczuwa te
                    stałe klisze i schematy, nawet nie wiedząc o istnieniu tych wszytskich nauk
                    zbędnych, jak narratologia, gramatyka tekstu, dekonstruktywizm czy krytyka
                    morfologiczna. Ale.

                    <zawieszenie, bo hipoteza ciut ryzykowna>

                    Ale - wydaje mi się, nie mam pewności, tylko przeczucie, że nie ma pisarzy,
                    którzy w tym samym stopniu panowaliby nad językiem, potrafiliby w tak samo
                    perfekcyjny sposób panować nad jego najdrobniejszymi elementami. I w tym
                    właśnie fakcie upatruję nadziei na przyszłość, mozliwosci dla literatury,
                    furtki, przez którą można się wyrwać ze świata opowiadanych wciąż na nowo tych
                    samych historii, do miejsca, w którym literatura będzie ten świat po prostu
                    stwarzać. Na poczatku było słowo i nawet, jesli nie wierzymy w tę legendę (a ja
                    niekoniecznie), to nie możemy jej odmówić siły oddziaływania dogmatu - że to
                    własnie słowo, dalej zdanie, dalej akapit, dalej tekst, stwarza świat.

                    Literatura, tak jak ja ją przynajmniej widzę, ma tę moc sprawczą, jest myślą w
                    formie instant, która wchodzi w relacje z naszymi umysłami, modyfikuje je jak
                    wirus, jest podstepnym bugiem i trojanem, który kompletnie może zmienić i
                    przeformatować nasze systemy operacyjne. I robi to własnie za pomoca słów, za
                    pomocą obrazów tworzonych abstrakcyjnymi znaczkami, którym sami nadajemy
                    znaczenie.

                    Stąd wynika, że literatura, która bazuje tylko na warstwie
                    > przekształceń słownych w najprostszym sensie (brzmienie, przekręcanie znaczeń,
                    > neologizmy etc.) zadowalajac się tym, że szerzej rozumiany obraz świata
                    > pozostaje zwyczajny, wtórny, pospolity, a ma być tylko "opisany inaczej",

                    I w sumie, nie jest waznym, czy użyjesz jezyka do zapisu strumienia
                    świadomości, czy bedziesz jak imażyści traktował go jako podstawowy składnik
                    twojej palety barw, coś w rodzaju pedzla, którym tworzysz obrazy czy jak
                    impresjoniści, będziesz nim próbował oddac chwilowość i zmienność, czy jak daDa
                    bedziesz próbował przywrócić jezykowi pierwotna magiczność i działanie
                    religijne poprzez oczyszczenie go ze znaczeń - ważne, że aby cokolwiek
                    przekazać, wystarczy sam język. To czy rozepniesz go na jakiejs konstrukcji
                    fabularnej, czy stworzysz bohaterów, którzy nim beda się posługiwać by
                    uatrakcyjnic, to co masz do przekazania, to sa, w moim przynajmniej ujeciu
                    sprawy całkowicie drugorzedne - tak samo jak to, czy twoja opowieśc będzie
                    questem, mythopoeią czy fabułą zemsty. Trafiasz do mnie, jako czytelnika przede
                    wszystkim poprzez słowa, buduje ocenę twojej sprawności pisarskiej przede
                    wszystkim doceniając twój kunszt w posługiwaniu się słowami, w umiejetności
                    zapanowania nad materia języka. Staram się czytać to, co napisałeś (sorry za
                    zmiane podmiotu, ale wygodniej mi sie tak pisze) i jesli mnie to ciekawi, to
                    staram sie także dociec, dlaczego uzywasz słów takich a nie innych, dlaczego na
                    przykład z całej skarbnicy słów, słowników i encyklopedii, najczęsciej
                    powtarzającycm się słowem w moich postach jest 'cały' i jego rozliczne mutacje.
                    To w jaki sposób dobierasz słowa jako autor, co z nimi robisz, jak tworz
                    • braineater Re: Raging Bull cd 04.10.06, 11:20
                      To w jaki sposób dobierasz słowa jako autor, co z nimi robisz, jak tworzysz
                      własną niepowtarzalną najlepiej mieszankę sylab i pauz, stanowi o twojej
                      pozycji literackiej, odróznia cię od producentów słów, uzywających ich jedynie
                      w najbardziej prostych znaczeniach i nadaje ci w moich oczach autorska klasę.
                      Czyni cie twórcą osobnym, indywidualnym i przez to łatwym do wyłowienia z masy.
                      Tylko słowami możesz mnie przekonać jako czytelnika, tylko słowa mogą sprawic,
                      że zacznę ci wierzyć i dlatego domagam się od pisarzy, żeby ich słowa były ich,
                      niczyimi innymi słowami, by potrafili na nich odcisnąć sile, zindywidualizowane
                      pietno, tak by automatycznie otwierały w umysłach pole semantyczne do dalszych
                      działań na tekście. To jest i utopijne myslenie i magiczne i jednak sa pisarze,
                      którzy utwierdzaja mnie w przekonaniu, że jest to możliwe - ci pisarze, spod
                      których piór wyszły słowa, mogace otwierac nowe ściezki w mózgu, ci którzy po
                      raz pierwszy zapisali na kawałkach papieru 'rzekirzyg', 'coraz zdziwniej i
                      zdziwniej', 'lo-leeeee-ta, tip of my tongue...'

                      Takich pisarzy szukam i wierzę w to, że do tego typu pisarstwa, niekoniecznie
                      opartego o fabułe, o trwanie w czasie, do pisarstwa wykazującego szerokie
                      powiazania z muzyką, z jej mocą bezpośredniego, pozarozumowego (moze
                      lepiej 'obokrozumowego) działania na nasz organizm, do pisarstwa opartego na
                      bezpośrednim uderzeniu słowem.

                      Chyba tyle. Nie odpowiadałem bezposrednio na pytania z Twojego postu, ale mam
                      nadzieję, że udąło mi sie cośkolwiek rozjasnic:)

                      P:)
                      • wiksadyba1 Re: Raging Bull cd 04.10.06, 16:06
                        Ty podsumowałeś to co mówiłeś, to i ja zamiast polemizować (kolejne posty
                        zresztą coraz mniejszą niezgodę we mnie budzą:) np. manipulując na swoją
                        korzyść możliwymi znaczeniami pojedynczych cytowanych zdań:), podsumuję siebie:)

                        Żeby sprawę postawić jasno, też nie zaliczam się do fanatycznych obrońców
                        literatury fabularnej w sensie ścisłym. Być może, gdyby na tym forum dominowali
                        zwolennicy haseł (jacy chyba przeważają nb. wśród szerszej części czytelników),
                        że powieść, to zawsze i wszędzie "pomysłowa, dobrze przedstawiona i rozwinięta
                        intryga dotycząca najbardziej poruszających zdarzeń", pewnie sam, z
                        przewrotnością zapożyczoną trochę od Gombra, zwracałbym uwagę, że ważniejszy
                        jest język:))))).

                        Bo, jak uważam, istota literatury nie da się zawrzeć ani w fabule, ani w
                        kwestiach ściśle językowych. Literatura to zbiór zdań, z których każde wyraża
                        jakiś sens, albo wiele różnych sensów i które nabieraja ostatecznej wartości
                        złożone w całość (to połączenie fragmentów w całość nie musi się odbywać
                        poprzez fabułę, były zresztą - podobnie jak w muzyce - próby zupełnie innego,
                        ale też ścisłego, czasem ortodoksyjnie ścisłego, konstruowania powieści).
                        Mówiąc inaczej: powieść zawsze wytwarza (nie odtwarza!:) i utrwala za pomocą
                        języka (ale szeroko rozumianego tzn. też, a -dla mnie- przede wszystkim,
                        syntaksy) jakąś rzeczywistość - rzeczywistość postrzeżeń, zmysłów, emocji, idei
                        etc., mniej albo bardziej przypominającą czy nie przypominającą, tą, która
                        znajduje się za oknem pisarza/czytelnika:) I teraz - zgodzę się z Tobą, że
                        najważniejsze jest "muzyczne" podejście - rytm, tempo, akcent, swego rodzaju
                        harmonia albo jej rozpad, barwa "dźwięku", klarowna struktura albo z kolei
                        perfekcyjna improwizacja. Tyle że widzę to nie na poziomie samego brzmienia
                        słów, ale głębiej, bardziej abstrakcyjnie - chodzi o samą pracę tego aparatu
                        mielącego słowa i myśli, swego rodzaju "niefilmowej" kamery, z jaką zapuszczasz
                        sie i dzięki której wytwarzasz rzeczywistość literacką - chodzi o to jakiej
                        jakości jest selekcja materiału, jak udanie zestawia się jeden element z
                        drugim, jak dobrana jest perspektywa, plan, jaki jest rytm całości i jak on się
                        ma do materiału, wreszcie efekty specjalne, żeby trzymać się metafory filmowej -
                        np. "zoomy" i oddalenia, kolorystyka. Są w tym wszystkim jednocześnie aspekty
                        fabularne (choćby w takim sensie, w jakim nawet np. Roussel, jak słusznie
                        zauważyłeś, nie mógł odejść całkiem od jakichś związków z rzeczywistością, przy
                        czym mnie bardziej interesuje nie sam wyjściowy materiał, ale od razu sposób
                        jego seleksji) i językowe. To, co decyduje o efekcie, to powiązanie (na bardzo
                        różne sposoby) tych składników -i fabularnych i językowych - w rytmiczną
                        całość. Jeżeli miałbym powiedzieć, w jednym zdaniu, co jest istotą literatury,
                        to ani "fabuła" ani "język" ale szeroko rozumiana "kompozycja". To dzięki niej
                        właśnie literatura ma moc uderzeniową na bardzo różnych polach. Kompozycja, w
                        której równie ważne i nierozdzielne ze sobą są styl i sens (powiedziałbym
                        zresztą, że w szerokim rozumieniu, styl jest jakimś wyznacznikiem sensu).
                        I tu się zgadzam w 100%, że język jest nierozdzielny od treści, chociaż nie
                        zawsze ta nierozdzielność musi mieć postać prostego zmieszania, może być to też
                        np. świadoma niespójność czy kontrast. Ale - właśnie- nierozdzielny.
                        Tzn możesz wyobrazić sobie jakąś postać-modela, która ma swój określony
                        wygląd,a przy okazji swój określony profil społeczny, psychiczny i itd. I twoim
                        świętym prawem jest od tego wyabstrahować i skupić się na jej detalach,
                        całkowicie wyrwać je z kontekstu, zagmatwać, żeby np. zobaczyć co plastycznie
                        ciekawego da się wycisnąć z faktury włosów, oczu, barwy głosu, odpowiednio
                        zdeformowanych, wymyślanycy na nowo etc. Tylko, że jeżeli skupiasz się na tym
                        (a to właśnie w literaturze odpowiada "prymatowi eksperymentów słownych"),
                        musisz jednocześnie wytworzyć jakiś nowy rodzaj sensu w rytmie tych detali,
                        sensu, który musi być tak samo ścisły - chociaż tworzony na innej zasadzie (np.
                        właśnie bardziej muzycznej niż dyskursywnej)- jak ten, który stworzy ten, który
                        biorąc na warsztat tego samego modela wyjdzie od jego biografii, warunków
                        życia etc. I właśnie nierozdzielność tematu i stylu oznaczają, że jeżeli za
                        bardzo sie zapętlisz w poszukiwaniu nowych barwnych efektów językowych zupełnie
                        zapominając o znalezieniu w tym jakiejś wyraźnej kompozycyjnej logiki, okaże
                        się, że i sam styl w efekcie popełni (bardziej z piskiem niż z hukiem) seppuku
                        i przemieni się w koszmarną manierę. Przykładem takiej klęski są np. z naszego
                        podwórka (chociaż nie wiem, czy nie szkoda o tym nawet wspominać:) warszawscy
                        neolingiwści-poeci, których wypociny biją wszelkie rekordy.

                        Podobnie fatalny przypadek ma miejsce wtedy, kiedy nie udaje ci sie uciec od
                        tematu, a ujęcie tego tematu pozostaje o sto lat świetlnych za efektami
                        stylistycznymi, tzn. jest banalne, niewiele nowego wnoszące, pospolite. I tu
                        właśnie pojawia się zjawisko "lingwicy" w polskiej prozie. Coś takiego, jak
                        krytykując wiarę w mieszczańskie, mechaniczne odwzorowanie postaci, które się
                        przejawia np. w "portfelowej fotografii" małżonka czy małżonki, próbujesz do
                        tej fotografii dodać metalowy nos, niebieskie czoło, czułki a la UFO etc., ale
                        koniec końców przeziera z tego cały czas wrażliwość "portfelowego fotografa":)
                        Właśnie widzę non stop pod słowotwórczymi eksperymentami nowej polskiej prozy
                        tę mniej albo bardziej wypieraną mentalność banalnego fotografa i rozbraja mnie
                        ona:)

                        A dobrze skomponowana literatura będzie zawsze dobrą literaturą. To, w jaki
                        sposób dobrane i zestawione są treść i język (a raczej "fragmenty treści"
                        i "fragmenty języka" bo nigdy nie jesteś w stanie wykorzystać całej palety,
                        nawet jeśli piszesz "Ulissesa":), które to pojęcia są tylko uproszczonymi
                        nazwami "podstawowych składników " powieści leżących jeszcze gdzieś głębiej pod
                        nimi, oceniam w konkretnych przypadkach i nie mam żadnych preferencji, jak we
                        wcześniejszym przykładzie z cyckami:) Jeżeli zresztą protestuję
                        przeciwko "lingwicy (której np "Lampowych" zwolenników najbardziej haniebne
                        określenie to "język PRZEJRZYSTY" jako zarzut -każdy dobry język jest w
                        ostatecznym rozrachunku przejrzysty, chociażby 99% publiki dostrzegała w
                        nim "bełkot ), a język "przezroczysty" to z kolei sztuka najwyższych lotów, a
                        raczej niemożliwość, do której tylko przybliżały się nieliczne nurty w sztukach
                        wszelakich jak np. poeci haiku, Walt Whitman, De Stijl, Bauhaus, nouveau
                        roman) -i tu może po raz pierwszy tu wydam z siebie tę myśl, od której
                        powienienem zacząć, to nie tyle dlatego, że uważam literaturę pisaną
                        językiem "zwykłym" za dobrą litetaturę, ale wręcz dlatego, że nie widzę
                        podstaw, żeby wykluczać, że literatura pisana językiem Z POZORU przeciętnym i
                        nieefektownym nie może być wielką literaturą też i JĘZYKOWO:)

                        Czy kompozycja to wszystko? U Raymonda Quenau np. tak. Ja sam jestem
                        maksymalistą i ważne jest dla mnie bogactwo treści (niekoniecznie przedstawiana
                        fabularnie w klasyczny sposób) tzn. zróżnicowanie przekazu - im więcej naraz
                        wątków politycznych, zmysłowych, erotycznych, psychologicznych - na tych może
                        najmniej mi zależy i im lepiej są jednocześnie skomponowane ze sobą (a przy tym
                        z głową, w najbardziej esencjonalny sposób, nie na zasadzie fastfoofodowej
                        pizza-all tastes:) tym większa literacka jazda:)

                        Dalej będzie o wyczerpaniu schematów fabularnych albo niewyczerpaniu, ale na
                        jakiś, być może "dowieczorny", jeszcze się okaże, czas muszę odejść od kompa:))

                        W.
                        • braineater appendix - Mitchell 13.10.06, 09:37
                          P: Dlaczego Pana powieści mają taką strukturę: złożoną a jednocześnie
                          podzieloną na fragmenty?


                          DM: Myślę, że literatura jest jak samolot z czterema silnikami: wątkiem,
                          postacią, tematem i konstrukcją. Jak wszyscy artyści (o ile mogę nazwać siebie
                          artystą) nie chcę robić tego, co już zostało zrobione. Wykorzystano już każdy
                          możliwy sposób sportretowania postaci. Nie ma nic nowego do odkrycia. Niewiele
                          też można zrobić z wątkiem. Można opowiedzieć historię od początku, można
                          wykorzystać retrospektywę, można opowiedzieć historię od końca. Tematy
                          poruszają się z prędkością świata, z prędkością zmiany. Oczywiście dwadzieścia
                          lat temu niemożliwym było napisanie powieści internetowej, ale trzeba czekać na
                          zmiany w świecie zanim odkryje się coś nowego w kwestii tematu. Pozostaje nam
                          konstrukcja. To słowo brzmi trochę nieciekawie, jest to bardziej termin z
                          dziedziny inżynierii niż sztuki i może właśnie dlatego wciąż jest wiele do
                          odkrycia w sposobie konstruowania narracji. Byłem bardzo zainteresowany
                          odkrywaniem. Jak można zdemontować tradycyjną konstrukcję i zarazem stworzyć
                          czytelną powieść? Moje zainteresowania trochę uległy teraz zmianie, ale właśnie
                          dlatego moje trzy wcześniejsze powieści tak namieszały jeżeli chodzi o
                          konstrukcję.

                          Z wywiadu z Davidem Mitchellem, który jest tu:
                          www.britishcouncil.org/pl/poland-interview-with-david-mitchell.htm
                          i po mojemu, to on chyba godzi obie nasze teorie, prymat jednak przyznając
                          Twojej:)

                          P:)
          • staua Re: jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:) 03.10.06, 20:49
            Teraz dopiero mialam czas na przeczytanie felietonu i (mimo wszystkich moich
            zastrzezen do osoby Piatka) twierdze, ze ma sporo racji, a przede wszystkim ma
            racje, jesli chodzi o meritum - ksiazka to nie tylko jezyk. Niemozliwe jest sie
            z tym nie zgodzic.
            Przeczytam chyba jednak tego Pawia, a przynajmniej sprobuje. Moze dla rownowagi
            przeczytam cos Piatka?
    • agni_me Re: jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:) 03.10.06, 13:40
      czytelnia.onet.pl/0,1361754,0,0,0,slawkiem_opetana_jezykiem_oplatana,artykuly.html

      Hmm, co o tym sądzimy?
      • sutekh1 Re: jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:) 03.10.06, 14:54
        język służy Piątkowi do walenia swego lenia z oddalenia
        dostanę nagrodę?
    • staua Re: jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:) 03.10.06, 16:15
      Kiedys pisalam, ze znam Piatka z liceum (byl w rownoleglej klasie) i poniewaz
      mam bardze zle zdanie o nim, postanowilam kiedys, ze nie zamierzam brac do reki
      zadnej jego kiazki. Na razie mi sie udalo.
      • wiksadyba1 Re: jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:) 03.10.06, 16:28
        No, to my może też się znamy z liceum:), byłem 2 lata niżej:)
        • staua Re: jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:) 03.10.06, 17:34
          Oho :-) Mozliwe, mozliwe. Jesli Twoj nick to czesciowo imie, moglismy nawet
          jezdzic do szkoly tym samym autobusem co rano :-) Ja bylam w biol-chemie.
          • wiksadyba1 Re: jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:) 04.10.06, 00:18
            Hm, w biolchemie mówisz:) Jak rok 1975 jednak, nie 1974, to mogę kojarzyć:)
            • staua Re: jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:) 04.10.06, 02:22
              Nie, 1974. Ale jesli jestes osoba, o ktorej mysle, to nigdy nie rozmawialismy, jednak doskonale Cie
              pamietam z tego autobusu (o ile rzeczywiscie nim jezdziles, znad Jeziorka???).
      • kubissimo Re: jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:) 03.10.06, 16:30
        mialem nieprzyjemnosc zobaczyc najpierw jakis wywiad z Piatkiem, zanim wpadla
        mi w rece jakas jego ksiazka i niestety facet tak skutecznie mnie zrazil
        poziomem arogancji i zadufania, ze do dzis nie przeczytalem zadnej jego ksiazki

        to troche glupie, bo byc moze bylbym zachwycony, ale juz na samo haslo "Tomasz
        Piatek" reaguje alergicznie

        swoja droga to ciekawe, na ile znajomosc pisarza wplywa na percepcje jego
        ksiazek? czy nasz ulubiony autor/autorka utrzymaliby swoja pozycje, gdyby sie
        okazalo, ze sa typami, ktore w zyciu prywatnym nas odrzucaja?
        • kwiecienka1 Re: jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:) 03.10.06, 17:48
          moje 3 grosze:
          znajomość pisarza baaardzo wpływa na percepcję jego ksiażek.
          W ten sposób właśnie przeszłam od jednej do drugiej skrajności :(
          Miałam kiedyś romansik z pisarzem no i teraz średnio mi te jego książki leżą...
          Nie wiem czy sięgnęłabym też po książki Nataszy Goerke gdybym jej wczesniej nie
          poznała - wszystkie przeczytałam po zeszłorocznych Targach Książki w Warszawie
          bo ją bardzo polubiłam...
          pozdrawiam
          Kwiecienka w Krótkiej Przerwie

          Ps tyle z siebie daję(dajemy), że te Targi Książki w Krakowie muuuuszą być
          super :))) już dzisiaj wszystkich zapraszam
          i to nawet dosłownie - proszę przysłać adres to przyślę zaproszenia :)))
          ok, wracam do roboty jak po sznurku


          • kubissimo Re: jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:) 03.10.06, 19:35
            a kiedy są? (chociaz moze takie pytanie to straszne towarzyskie pa fu)
            ostatnio bardzo za mna lazi idea wypadu do Krakowka
        • skajstop Re: jeszcze o Nike pod specyficznym kątem:) 03.10.06, 21:11
          kubissimo napisał:

          > swoja droga to ciekawe, na ile znajomosc pisarza wplywa na percepcje jego
          > ksiazek? czy nasz ulubiony autor/autorka utrzymaliby swoja pozycje, gdyby sie
          > okazalo, ze sa typami, ktore w zyciu prywatnym nas odrzucaja?

          W moim przypadku to jest tak, że nie działa negatyw/pozytyw - ba, ja znam
          autorów, których książki mi się podobają, natomiast z osobnikami nie chcę mieć
          do czynienia.

          Natomiast ___zdecydowanie___ rozmowy z niektórymi autorami pogłębiają mi
          rozumienie tekstu, bo mam szerszy kontekst.
    • dr.krisk Gorzkie żale...... 03.10.06, 16:25
      Najwyraźniej facetowi gula z żalu chodzi. Że to nie on....
      Nie przepadam za Masłowską, ale Piątek żałośnie się pogrąża.
    • kwiecienka1 o Targach 04.10.06, 12:04
      • stella25b Re: o Targach 04.10.06, 12:09
        Ja bym chetnie przyjechala ale jeden wazon juz kupilam;)
      • kwiecienka1 Re: o Targach 04.10.06, 12:12
        Targi będą od 19 do 22 października,
        zaproszenia to takie eleganckie wejściówki obowiązujące na wszystkie dni,
        łącznie z balangą z okazji wręczenia nagrody im. Długosza w Filharmonii
        (www.ksiazka.net.pl/modules.php?name=News&file=article&sid=8024)

        jak wypali jeszcze jeden pomysł pani komisarz to będą zniżki na bilety dla
        tych, którzy przyjadą spoza Korkowa - będzie wiadomo w piątek :)))
        myślę, że też w piątek będzie już znany ostateczny plan spotkań i imprez
        towarzyszących (bo na razie wszystko się jeszcze zmienia)
        na pewno dam znać
        pozdrawiam
        Kwiecienka na Biurowo

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka