Dodaj do ulubionych

O mistrzach. Wątek dołujący...

05.10.06, 20:58
Macie mistrza? Żyje? Jest dotykalny i oddycha? Dzisiaj chyba zdałam sobie
sprawę, ze tak naprawdę to nie tyle mistrzowie istnieją, ile nasze pragnienia
ich stwarzają...I nic nei jest tak koszmarne jak łupnięcie pragnieniami w
scianę.
Obserwuj wątek
    • ash3 Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 05.10.06, 21:41
      Nie, w takim sensie nie mam mistrza... Podziwiam w różnych ludziach różne ich
      umiejetnosci, ale nie szukam mistrzów.
      • zdanka1 Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 05.10.06, 22:02
        Heh, to naprawdę upierdliwa cecha charakteru - ja tam zawsze szukam materiału
        na mistrza:)))
        • ash3 Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 05.10.06, 22:20
          A jesli go znajdziesz, co wtedy?;-)
          • zdanka1 Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 05.10.06, 22:24
            Dostaję świra:))) Jak dzisiaj podliczyłam ile wariactw zrobiłam przez mojego
            ostatniego "mistrza" vel ucieleśnienie moich własnych pragnień na kreację
            mistrzowską, no to musze przyznać, ze aż usiadłam z wrazenia:)
            • ash3 Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 05.10.06, 22:32
              To, co tu piszesz nie jest wcale zwariowane:-)
              • zdanka1 Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 05.10.06, 22:38
                Heh, musi być choć jedna dziedzina, w której człwoeik zachowuje jaki taki ład -
                inaczej to by była katastrofa:)))))0
    • noida Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 05.10.06, 22:09
      Moim mistrzem była moja promotor, niesamowicie inteligentna a przy tym bardzo
      życiowa osoba. Niestety, doszłam do wniosku, że uczeń nigdy nie przerośnie
      mistrza i skupiłam się na jakże jałowej pracy dziennikarza...
    • illiterate Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 05.10.06, 22:23
      Nie mam, i to od wielu lat.
      To sie stalo tak samo z siebie, bez wysilku, ale mi sie to podoba. Mysle, ze to
      glupio miec mistrza albo co gorsza autorytet czy idola. W sensie: warto go miec
      tylko po to, zeby mozna go bylo odrzucic.
      • zdanka1 Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 05.10.06, 22:26
        E idol to zupełnei inna półka :) to sie kończy około 17 lat, mam nadzieję :)
        • illiterate Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 09.10.06, 01:21
          A skad.
          Autorytety w dzisiejszym swiecie traktuje sie jak idoli bardzo czesto.
          U paru moich bliskich znajomych zauwazylam nakolenny, ultraemocjonalny i
          histeryczny stosunek np dla Ole Nydahla czy JP II.

          Moze wlasnie o to chodzi - ze w dzisiejszych czasach ludzie potrzebuja bardziej
          idoli niz autorytety. Nadal - wg mnie i to, i to jest chorawe.
          • zdanka1 Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 09.10.06, 10:22
            Nie sądzę - raczej PEWNA grupa , w tym Twoi znajomi, tak ich traktuja, co nei
            znaczy, ze wszyscy na swiecie ich tak traktują . Raczej nie widzę u siebie
            skłonności do traktowania Mahatmy Gandhiego jak idola, a za autorytet go
            uwazam - zwłaszcza w dziedzinie - cierpliwośc, nieżłomność.

            Uwazam, ze jesli o kimś mającym jakiś tam autorytet mozna powiedzieć, ze
            jest "chorawy", to znaczy, ze coś popieprzyło się do bólu w tej kulturze, bo
            indywidualizm nie znaczy, ze JA WIEM WSZYSTKO NAJLEPIEJ, a jesli uwazam, ze
            ktoś moze mi w pewnym stopniu pomóc na mojej sciezce , to jestem
            zewnątrzsterowanym dupkiem z zaburzeniami emocjonalnymi...Sorry, ale taki
            prosty przykład - nei byłoby Witkacego w takiej formie w jakiej zył, gdyby nie
            jego psychomachia z ojcem, który zdecydowanie był jego autorytetem i z którego
            musiał się wyzwalać, pzrezwyciezać i wyłaniac siebie. I o to chodzi w istnieniu
            mistrzów, a nei on jakies ciągnięcie się za butem. Zastanawia mnie
            neisamowicie , co sie takeigo stalo, z ejeszcze 20 lat temu autorytet wypadało
            miec, teraz nagle okazuje się, ze mają go tylko ludzie "chorawi" ...
            • skajstop Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 09.10.06, 10:28
              Ale tu należy rozdzielić możliwie jak najściślej dwie kategorie, wcześniej mieszane.

              Autorytety mieć można. Niekiedy warto. Niekiedy powinno się je mieć.

              Nie czyniłbym (potrzeby) posiadania autorytetów tożsamym z posiadaniem mistrza,
              i niezbędnością tegoż.
              • zdanka1 Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 09.10.06, 10:46
                Nie jestem pewna czy to zawsze da się tak łatwo oddzielić. Poza tym pojawiło
                sie tu jeszcze to koszmarne okreslenie - idol. To jest własnie wg mnei
                nieporozumienie, bo idol zakłada bałwochwalstwo - eidolon - "obraz bozy " -
                czołobitność i nieomylnośc. Mistrz nei ma zadnego z tych atrybutów, które kazy
                rozsądnie myślący człoweik uzna zresztą za jakieś objawy paranoi.
                • amber.mhm Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 09.10.06, 11:03
                  zdanka1 napisała:

                  > Nie jestem pewna czy to zawsze da się tak łatwo oddzielić.

                  Wydaje mi się, że z mistrzem wchodzi się w silniejszy związek, przynajmniej na
                  pewnym etapie swojego życia, i ma on bardziej namacalny wpływ na to co
                  tworzymy, przy czym nie chodzi tylko o sztukę. I tak naprawdę bardzo trudno
                  trafić na taką osobę. Oczywiście mistrz też musi być dla nas autorytetem.

                  Tak jak Ciebie zdziwiło mnie stwierdzenie, że posiadanie autorytetu
                  jest "chorawe". Według mnie autorytet często pozwala nam trzymać poziom, może
                  być papierkiem lakmusowym naszych działań, nie pozwala nam zbyt łatwo się
                  usprawiedliwiać.
                  • illiterate Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 09.10.06, 16:27
                    Mistrz, to jest, jak mi sie wydaje, upgradeowany idol.
                    Mistrz to mentor. Inspiruje, zmusza do myslenia, wybierania wlasnej drogi.
                    Znowu jednak: jest w zwiazku pokusa ('mmm, miec rzad dusz, zmuszac je do
                    myslenia, wybierania wlasnej drogi...' albo 'mmm, byc jedna dusza z rzedu, i
                    zeby ktos mnie zmuszal do myslenia, wybierania wlasnej drogi...' ;)

                    Spotykam i spotykalam cale tabuny ludzi, bez ktorych nie bylalbym ta osoba,
                    ktora jestem, bo te spotkania mnie budowaly, ale. Wydaje mi sie, ze lepiej
                    kierowac sie wlasnym nosem niz cudzym, ze lepiej sie - o ile w ogole - zmuszac
                    samemu, samemu kluczyc i bladzic. A jesli sie na manowcach spotka kogos, kto
                    oddzwieknie jak kamerton od drugiego (w sensie ode mnie albo ja od niego), to
                    tym lepiej.
            • braineater Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 09.10.06, 11:06
              Zdaneczko, indywidualizm i owszem nie znaczy, Ja Wiem Najlepiej, bo to raczej
              podpada pod definicję megalomanii. Duzo bardziej oznacza Wiem Tylko, to czego
              Sam byłem Zdolny się Dowiedzieć. Potrafię Tylko to, Czego Sam się Nauczyłem.
              Nie ma przesuwania odpowiedzialności, które posiadanie mistrza/autorytetu
              ułatwia, a czasem wręcz prowokuje. To, że jestm głupi i po 6 latach nauki
              francuskiego nie potrafię powiedzieć nic więcej niż Bonżur, żymapel i takie
              tam, to nie jest wina nauczyciela, autorytetu, który próbował mi przekazać tę
              wiedzę, tylko moja - bo jak wiemy, gupi jestem po prostu i na tę wiedzę
              odporny. Ale mógłbym prosto twierdzić, że odpowiedzialnym za ten stan rzeczy,
              jest własnie nauczyciel, mistrz tego języka i wiekszośc świata by mi
              przyklasnęła.
              I to samo przenosi sie na bardziej abstrakcyjne rejony zycia i nauki -
              autorytet staje sie nazbyt wygodna podpórka, łatwym wytłumaczeniem, źrółem
              wsparcia, w chwilach, w których słusznym jest bysmy dostawali wpierdol i by
              nikt nas nie bronił, bo inaczej niczego się nie nauczymy i zawsze bedziemy
              spoglądac przez ramię, czy ktoś za nami idzie i chroni nam dupę.
              A z Autorytetami stała się telewizja, pożarła je, zmieliła i przemieszała z
              gównem. Pokazując jednocześnie 370 specjalistów w danej dziedzinie i traktując
              każda wypowiedź na równych prawach, pokazała dowodnie, że autorytetem może byc
              każdy, najlepiej, żeby miał jak najmniej wcech indywidualnych i tak ustawiał
              się do kamery by spodobać się każdemu. Tak tworzy się papieży, tak tworzy się
              imamów, tak tworzy się autorytety moralne pokroju profesor Staniszkis i
              wreszcie tak samo, tylko na lepiej obsadzonych castingach tworzy sie gwiazdy
              muzyki. Nie ma autorytetów, bo za tymi ludźmi najczęsciej nic się nie kryje,
              prócz niebieskiego ekranu blue-box, na którym można wyswietlic to, co w danym
              momencie jest nam potrzebne.
              I wracam - mogę czytać czyjeś pisma, mogę go uważać, za mądrego, godnego
              szacunku Autora, ale po to, by zrobic kogos autorytetem, musiałbym zacząć
              interesować się nim, także jako cżłowiekiem, tym, jak swoje idee, zawarte w
              pismach, realizuje we własnym życiu. I uwierz, nie ma cżłowieka, który zdaje
              taka próbę - stąd nie ma Autorytetów.

              P:)
              • zdanka1 Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 09.10.06, 11:28
                Nigdy nei jest tak, ze :

                "Wiem Tylko, to czego
                > Sam byłem Zdolny się Dowiedzieć. Potrafię Tylko to, Czego Sam się Nauczyłem"

                Bo niestety nie jesteśmy storzeniami samoedukującymi się. To, ze potrafisz
                zawiazac buty zawdzięczasz nie sobie, ale temu, ze ktoś cie tego nauczył. To,
                ze wiązesz je konsekwentnie nadal, nei zapomnialeś jak to robić itp -
                zawdzięczasz sobie. to jest ta mała róznica. Poza tym wciaz nie rozumiem,
                dlaczego wg ciebie posiadanie mistrza znaczy zwalenie na niego
                odpoweidzialności za swoje wybory - on ci moze pomóc, ale zyjesz ty i raczej to
                zwalanie odpowiedzialniości na innych oznacza niedojrzałość . A tak zwalać ja
                mozna nie posiadając nawet namiastki mistrza.
                • zdanka1 Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 09.10.06, 11:32
                  I jeszcze to:

                  " ale po to, by zrobic kogos autorytetem, musiałbym zacząć
                  interesować się nim, także jako cżłowiekiem, tym, jak swoje idee, zawarte w
                  pismach, realizuje we własnym życiu. I uwierz, nie ma cżłowieka, który zdaje
                  taka próbę - stąd nie ma Autorytetów."

                  Nie, znaczy to tylko tyle, ze nei spotkałes kogoś takeigo na swojej drodze. Dla
                  mnei ludzie wystepujący w TV nie moga być autorytetami, bo ich nie znam,
                  mistrza tzreba znać prywatnie, bo inaczej to mamy do czynienia ze swiętym
                  obrazem, a nie z człoweikiem.

                  Co zaś sie tyczy twojej nauki francuskiego - wybacz, ale ty cały czas piszesz o
                  kimś , kto jest nauczycielem na poziomei podstawówóki, a nei mistzrem. Na
                  mistrza zareagowałbyś tak, ze w przeciągu dwóch lat dogadałbyś się bez
                  problemu, bo windowałby ci ambicję jak jasna cholera.
                • braineater Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 09.10.06, 11:56
                  Nie widzisz podstawowej róznicy i temu chyba sie nie dogadujemy:) Trzymając się
                  przykładu z butami - mogę je wiązać na kokardkę, jak uczyła mnie matka, mogę je
                  wiązać przewlekając jedną kokardkę pod pętelka, jak uczono mnie w przedszkolu,
                  moge je wiązać na betonowe supły i wzuwać i zezuwać bez rozwiązywania, jak od
                  lat robię. Pokazano mi dwie metody, wymysliłem trzecią. Gdybym pozostał na
                  przykłąd tylko przy tym, czego nauczyła mnie matka, nadal wiązałbym na kokardkę
                  i za każdym razem przywiązywał sobie paluchy do sznurówek - ale nie próbowałbym
                  kumać, że cos jest nie tak, bo skoro autorytet, matka (a to w dzieciństwie
                  chyba u wiekszości z nas jest autorytet w pełnym tego słowa znaczeniu) mówi, że
                  tak musi byc, to tak musi. W związku z czym wyglądałbym dziś jak Człowiek-
                  Pałąk.:)
                  Dlatego od zawsze uznaję, że nie ma nic gorszego, niż dać się skazać na jedno
                  źródło wiedzy, na jednego nauczyciela, jednego mistrza, jednego guru, czy idola
                  (wbrew erystycznym fajerwerkom to naprawdę wszystko sprowadza się do jednego -
                  czy jesteś komuś w stanie na tyle uwierzyć, żeby posłuchac jego nauk i je
                  stosować - niezaleznie czy będzie to gość piszacy encykliki, czy mufti, który
                  postem próbuje dowieść, że cos tam można, czy kolo w szerokich gaciach,
                  wołających Jarajcie blanty i pieprzcie panny. Ja nie jestem skłonny im wierzyć)
                  Natomiast jesli mam siedemset równowaznych sposobów rozwiązania danego
                  problemu, siedmiuset róznych podpowiadaczy, kazdego z własną wizja i
                  uwarunkowaniami, to wtedy czuje, że wszystko jest dobrze - moge wymyślic
                  rozwiazanie 701, składając i bricollage'ując fragmenty poprzednich 700 metod.
                  Nie ma po prostu sposobu, nie wiem z czego to wynika, choc teorii mam na to
                  mnóstwo, by przekonac mnie, że tylko jedna osoba może znac prawidłową odpowiedź
                  na jakies zagadnienie. Gdy tak jest, wietrzę fąłszywośc zarówno zadania, juak i
                  rozwiązywacza, a ty próbujesz mnie namówic, bym komuś takiemu uwierzył.
                  Zdanko, nie powiesz mi, że bedąc molicą obrytą w naziolach, nie widzisz
                  niebezpieczeństw płynących z posiadania autorytetów? nie widzisz, co robi z
                  cżłowiekiem zawierzenie niektórym ludziom i ideą, które głoszą. A skoro
                  prowadzi to, do tragicznych skutków w niektórych przypadkach, to skąd mamy miec
                  pewność, że na autorytet nie wybraliśmy sobie przypadkiem drugiego Adolfa?
                  Niebezpieczeństwo jest o tyle duże, że o wiele prościej jest zrezygnować z
                  wiary w to, że jakiś człowiek moze nam pomóc rozwiazac nasze problemy, czy
                  odpowiedzieć na nurtujące nas pytania i po prostu rozwiązywać i odpowiadać
                  samemu.
                  I co do odpowiedzialności - większośc znanych mnie, i jak podejrzewam i Tobie
                  ludzi, nie szuka autorytetów, po to by sie od nich czegoś nauczyć. Posiadanie
                  autorytetu, tak jak posiadanie jakiegos mocno kreslonego ideolo, jest dla nich
                  wygodna poducszką, zwalniajacą od samodzielnego myslenia, samodzielnego
                  decydowania, oraz stanowi tarczę przed oskarzeniami o ewentualne błędy - od
                  zwykłego Bog tak chciał, Kedyw zadecydował, po proste, bo pan profesor mówił,
                  że tak trzeba, co moze ci na przykład powiedzieć lekarka zapatrzona w swojego
                  chirurga, który przypadkiem zaszył Ci w brzuchu chustę chirurgiczna, czy inne
                  nozyczki.. Dlatego, jak kto chce sie robic autorytetem, niech sie robi, na
                  zdrowie, to jest akurat banalnie prosta pozycja do osiągnięcia, w małym
                  środowisku ludzi, jestem w stanie w przeciągu roku wmówic wielu ludziom,
                  inteligentnym itd, ze jestem aytorytetem w czymś tam, nie posiadając nawet o
                  cal wiekszej wiedzy, niż oni maja, tylko potrafiąc sie lepiej sprzedać
                  (sprawdzone empiryczne, kilkakrotnie), ale nie każ mi poważac ludzi, kttórzy
                  nie mogac poradzić sobie sami z sobą szukają autorytetów i slepo im zawierzają.
                  Ament:)

                  P:)
                  • zdanka1 Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 09.10.06, 16:53
                    No widzisz, ja tę róznicę doskonale widze, tylko wciaz nie jestem w stanie
                    pojac , dlaczego zakładasz, ze mając mistrza nigdy w zyciu nie bedziesz w
                    stanie zawiazać pentelki inaczej? Że znając już ten francuski nie zajmiesz
                    sie np. francuskimi ksiązkami kucharskimi , choc twój mistrz , nakłaniajacy cie
                    do nauki francuskiego, zajmował sie np. francuskimi wodzami rewolucji? Nie
                    wiem, dlaczego zakładasz, ze mistrz = zniewolenie, perzywiązanie do ejdnej
                    jedynej metody i kompletny brak eksperymentów pod zadnym pozorem.

                    A co do Adolfa, widzisz tutaj nei pomjuję , dlaczego ty nei rozgraniczasz
                    mistrza, autorytetu i idola. Adolf był idolem - idol oparty jest na kreacji -
                    zaden z tych tłumów wiwatujących Niemców nie musiał go znać, a i tak slepo weń
                    wierzył jak w eidolon - i to własnie bałwochwalstwo odróznia idola od
                    autorytetu czy tez mistzra. O ile jeszcze jakbym sie bardzo uparła, to mogłabym
                    przyjąć, ze Adolf był dla niektórych swirów autorytetem, ale , zeby był
                    mistrzem - to już jest niemozliwe. Ja etgo naprawde nie sprowadzam do jednego
                    zródła, bo kazdy z tych tzrech tworów ,mówi o innej potzrebie :
                    idol - o potrzebie posiadania boga
                    autorytet - o potzrebie posiadania jakiegos kregosłupa etyczno-moralnego
                    mistrz - o potrzebie konfrontacji
                    • illiterate Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 09.10.06, 18:13
                      zdanka1 napisała:

                      > idol - o potrzebie posiadania boga
                      > autorytet - o potzrebie posiadania jakiegos kregosłupa etyczno-moralnego
                      > mistrz - o potrzebie konfrontacji

                      'Wszystko, czego potrzebujesz, w sobie masz'. Poczatek i koniec wszystkich
                      potrzeb tez. Wystarczy te postaci zinternalizowac. Jasne - nie rodzimy sie z
                      tym, ale dlaczego nie mielibysmy z tym umrzec?
                  • nienietoperz Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 09.10.06, 23:54
                    Brainku,
                    Zdanka tlumaczy jasno i wyraznie podzial koncepcyjny, a Ty upierasz sie, ze
                    mistrz=guru=autorytet=idol. Mistrz to raczej wzor podejscia do problemu, a nie
                    wzor rozwiazania, to technika zdobywania i prezentowania wiedzy, a nie
                    konkretne ABC z danego przedmiotu, ktore wystarczaloby Ci osiagnac, zeby
                    mistrza dogonic.
                    Kiedy mysle o ludziach, ktorych chcialbym/moglbym nazwac mistrzami, to nie
                    widze zadnej praktycznej szansy uzyskania pozycji/madrosci podobnej do nich
                    (wchodza w gre proste roznice mozliwosci intelektualnych, temperamentu czy
                    pochodzenia), widze za to mozliwosc zdefiniowania, nazwania dla siebie czy po
                    prostu przekonania sie o realnosci pewnych zachowan, podejsc do problemow
                    zyciowych czy naukowych, ktore wydaja mi sie wazne czy pozadane.
                    Mistrz jest mistrzem jest mistrzem jest mistrzem,
                    nie jest przepisem na wiazanie sznurowek,
                    jest na przyklad wzorem nieustannego szukania nowych sposobow ich wiazania,
                    albo wzorem uczenia sie godzinami nader trudnego wezla sznurowkowego,
                    albo wzorem nieprzejmowania sie sznurowkami,
                    albo wzorem wiernosci temu samemu wezlowi od zawsze.
                    Capisci?

                    NN
                    • braineater Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 10.10.06, 00:33
                      no dobra, dobra. przecież was nie przegadam:)
                      P:)
                    • zdanka1 Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 10.10.06, 09:25
                      O muszę przyznać, z e jestem pod wrazeniem krótkości i trafności tego
                      stwierdzenia:

                      "Mistrz to raczej wzor podejscia do problemu, a nie
                      > wzor rozwiazania"

                      Trzy razy tak, załuję, ze mnie nie oświeciło tym trafnym podsumowaniem, ale na
                      pewno ci jeszcze ukradnę to stwierdzenie i bedę prezentowac jako swoje:))))))
                      Czapki z głow!
                  • amber.mhm Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 10.10.06, 09:04
                    braineater napisał:

                    > I co do odpowiedzialności - większośc znanych mnie, i jak podejrzewam i Tobie
                    > ludzi, nie szuka autorytetów, po to by sie od nich czegoś nauczyć. Posiadanie
                    > autorytetu, tak jak posiadanie jakiegos mocno kreslonego ideolo, jest dla
                    nich
                    > wygodna poducszką, zwalniajacą od samodzielnego myslenia, samodzielnego
                    > decydowania, oraz stanowi tarczę przed oskarzeniami o ewentualne błędy

                    Dyskusja o różnicy między idolem, a autorytetem już się jak mniemam gdzieś
                    niżej zakończyła. Ale jednak dorzucę swoje trzy grosze.
                    Idol rzeczywiście może być wygodną poduszeczką. Bo ktoś kto potrzebuje idola
                    często myśli następująco: ON jest taki super, lubi to i tamto, robi to i tamto,
                    myśli to i tamto, więc jak ja będę lubił, robił, myślał to i tamto, to będę
                    chociaż trochę taki super jak ON. Rzeczywiście może być miękko i wygodnie.
                    Natomias autorytet nie jest żadną miękką poduszeczką na którą lekko opadniesz,
                    może być natomiast ciężkim obuchem, który walnie Cię w głowę. Bo autorytet to
                    spersonifikowane Twoje własne wartości, tylko zapakowane w kogoś kto jest
                    zwykle "bardziej" od Ciebie. Bardziej przenikliwy, bardziej uczciwy, bardziej
                    odważny... Poglądy, albo jeszcze bardziej światopogląd tego kogoś są ważne,
                    abyś mógł go zaakceptować, bo wiadomo, że nie zrobisz sobie autorytetu z np.
                    posła Wierzejskiego dlatego, że jest tak cudownie niezłomy w głoszeniu swoich
                    poglądów, jeśli Ty uważasz, że tymi pogladami się kompromituje. Ale najczęściej
                    chodzi o tzw. "postawę" (brzmi trochę górnolotnie, ale niech będzie). Tzn.
                    uznasz za autorytet jakiegoś krytyka literackiego pana/panią X (żeby było z
                    Twojej działki) bo cenisz jego wnikliwość i to że nie zadowala się łatwymi
                    ocenami, a nie że lubi książkę Y.

                    Masz dużo racji, kiedy piszesz, że obecnie wolimy sami dotykać wielu dziedzin,
                    szukać i znajdować dla siebie to co nam odpowiada. Autorytet kojarzy się z
                    czymś w miarę stałym i nie pasuje do tego naszego ciągłego ślizgania się. Ale
                    wielu z nas nie szuka autorytetu nie dlatego, że znajduje w nim gotowe
                    odpowiedzi, ale właśnie dlatego, że nie pozwala zachować tego miłego
                    samopoczucia, że robimy wszystko na sto procent swoich możliwości. Zresztą
                    często jest to celowe, czujemy, że pewne wymagania byłyby dla nas za trudne i
                    nie chcemy się w to wszystko pakować, albo nie jest to dla nas takie ważne.
                    Pozwalamy sobie na sporo luzu i to chyba nawet często jest dobre. Ale jak już
                    decydujemy, aby autorytet był dla nas ważny, to nie dla wygodnej poduszeczki.
                    • braineater Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 10.10.06, 09:29
                      hmmm, inaczej.
                      Zacznę od chińszczyzny, którą gdzieś tam ostatnio wyczytałem:
                      jesli jedna osoba mówi ci, że cos powinieneś, możesz sie nad tym zastanowić
                      jesli mówią ci to dwie osoby, powinieneś to poważnie przemysleć
                      jesli trzy, natychmiast to zrób i pięknie im podziękuj.

                      I tym samym wracamy do podstwaowego problemu - że nie interesuja mnie postawy i
                      rady JEDNEJ osoby - musi byc ich co najmniej kilka i najlepiej, żeby każda
                      głosiła odmienne widzenie danego problemu. Biorąc recenzję, nie biorę jednej -
                      by zostac przy pop-krytykach - bede się starał przeczytac, co o danej książce
                      napisał Kaczorowski, co napisała Szczuka i co napisał Malinowski. I dopiero
                      wtedy, mogę stwierdzić, że cos juz wiem, choć w żaden sposób nie jestem w
                      stanie sie wypowiedzieć o jakości danego dzieła - to będę mógł zrobić dopiero
                      kiedy SAM je przeczytam. Jedyne, co daje mi kontakt z tymi autorytetami (bez
                      cudzysłowu, bo cała tójka wie, co pisze, jesli pisze o książkach, więc mają
                      podstawy do bycia okreslanymi jako autorytety), to wiadomość, że powstał tekst,
                      którym łaskawie zajęła sie trójka najbardziej rozpoznawalnych współczesnych
                      krytyków literackich. Oceny jednej z tych osób, nie brałbym w ogóle pod uwagę,
                      ocena trzech, zaczyna juz coś znaczyć, choć nie czuję sie nią do niczego
                      zobowiązany.
                      Wrócę z uporem osieła, do tego, że po prostu pojedyńcza opinia, niezależnie od
                      tego, czy wygłoszona przez kogoś, kogo cenie, szanuję, kogos, czyj dorobek
                      uznaje za wielki, czy też przez pana Zenka z ulicy, którego przywołuje Zdanka,
                      ma dla mnie osobiście taką sama wartość - zerową. Stąd też jeśli mógłbym
                      wierzyć w autorytety, to musiałyby się przemieszczać stadnie i jednoczesnie
                      głosić to samo i tu niestety trafiamy na kolejna blokadę we łbie Brejnitrzym -
                      tak samo jak nie wierze w opinie jednostkowe, tak samo nie lubię stworzeń
                      chodzących stadnie:) Dlatego jedyne, co pozstaje, to nie szukanie, kogoś kto
                      jest 'bardziej', tylko postaranie się, by samemu byc 'bardziej'.
                      Co nie zmienia faktu, że cąły czas mam podejrzenia, że dla wygody dyskusji i
                      lepszego pola manewru erystyczną altyrerią, rozdzielilisci pojęcia, które dla
                      sporej częsci swiata, sa, jak podejrzewam, synonimami - idol, mistrz,
                      autorytet. Ale tak to juz jest z temi humanistami...(i tem matematykiem:)

                      P:)
                      • zdanka1 Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 10.10.06, 09:33
                        Ja je rozdzieliłam bardzoo swiadomei, a nie erystycznie. U mnei w glowie, w
                        sercu i w wątrobie są one rozdzielone odkąd pamietam - inaczej mojego idola z
                        lat młodzieńczych , teksciarza Depeche Mode, musiałabym uznać za autorytet , a
                        tu byloby już zabawne jak nei wiem co:))))))))))))
                      • amber.mhm Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 10.10.06, 10:03
                        Jasne, że rozdzieliliśmy, bo rozdzielić trzeba, a że wielu różnicy nie
                        dostrzega to... no cóż nie każdy czuje potrzebę, żeby się nad tym zastanawiać i
                        wcale nie musi.

                        > I tym samym wracamy do podstwaowego problemu - że nie interesuja mnie postawy
                        i
                        >
                        > rady JEDNEJ osoby - musi byc ich co najmniej kilka i najlepiej, żeby każda
                        > głosiła odmienne widzenie danego problemu.

                        No i bardzo dobrze. Bo nie chodzi mi o postawy=poglądy, tylko o
                        postawy=podejście=postępowanie. I nie masz przyjmować opini jako słusznej
                        dlatego, że ktoś ją wygłosił. Masz sam wygłaszać opinie stosując wysokie
                        standardy. A autorytet nie ma być po to, żebyś widział CO masz myśleć, ale
                        żebyś nie odpuszczał, nie zadowalał się prostymi odpowiedziami, bo jak to
                        zrobisz to objawi Ci się właśnie Twój autorytet, który walnie Cię tym obuchem o
                        którym wcześniej wspominałam i uświadomi, że idziesz na łatwiznę. Bo można
                        lepiej. I autorytet właśnie Cię do tego zmusza. Czyli jest to to o czym sam
                        piszesz:

                        > Dlatego jedyne, co pozstaje, to nie szukanie, kogoś kto
                        > jest 'bardziej', tylko postaranie się, by samemu byc 'bardziej'.

                        Autorytet jest po to, żebyś nie mógł się usprawiedliwiać, że "bardziej" nie
                        można być. Już to pisałam, ale powtórzę. Jest papierkiem lakmusowym, który
                        pokazuje czy jest się uczciwym wobec własnych ideałów, czy nie. A jeśli chcesz
                        przeskakiwać swoje autorytety, to ja mówię droga wolna. No i oczywiście nie
                        trzeba się ograniczać do jednej osoby, można mieć różne autorytety. W sumie to
                        wiele można, a tak naprawdę to Ty decydujesz, co jest dla Ciebie ważne i w
                        jakiej dziedzinie chcesz się ścigać.
                        • braineater Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 10.10.06, 10:17
                          o, metafora sciigania pomaga i już znowu wiem, czemu sie nie potrafimy dogadać:)
                          Nie interesuje mnie ściganie się z kimkolwiek. Ścigac sie mogę sam z sobą i nie
                          jest mi potrzebny do tego żaden zewnętrzny odnośnik. Korzystająć z metody,
                          która jest stosowana w co poniektórych wyscigach samochodowych na kompa, duzo
                          bardziej kreci mnie ściganie sie z ghostem, czyli poprawianie własnych czasów,
                          niż ściganie się z sterowanymi komputerowo przeciwnikami. To, że można lepiej
                          tez wiem sam z siebie, ale nie dlatego, że ktoś mi to powie, tylko dlatego, że
                          sam to widzę. Jesli nie widzę, to znaczy że nie można, albo że wcale nie
                          powinienem się tym zajmować, bo sie nie nadaję.
                          No i nie mam zwyczaju wmawiac sobie, że nie można 'bardziej'. Z reguły
                          stwierdzam uczciwie, że może i mozna, ale mnie sie nie chce:)

                          P:)
                          • amber.mhm Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 10.10.06, 12:46
                            Oj chyba nie pomaga, tylko przeszkadza. To miała być wersja opcjonalna, a nie
                            podstawowa. Nie kazałam Ci się ścigać, tylko wskazałam w swojej łaskawości ;)
                            taką możliwość, cobyś nie powiedział, że aurorytety to ograniczenia, szklane
                            sufity, a Ty byś chciał wzlatywać ponad poziomy. Dobra dla Ciebie chciałam być
                            Brain, a Ty mi obrzydzasz mój własny, osobisty wywód. Bo widzisz ja czuję
                            szczerą i głęboką niechęć do ścigania się oraz rywalizacji do której ktokolwiek
                            chciałby mnie przymusić, i to czuję od maleńkości.

                            Wystukawszy to co powyżej dochodzę do wniosku, że wiem, czemu nie potrafimy się
                            dogadać. Mianowicie, Ty Brain wszystko rzutujesz na siebie, ja tymczasem
                            chciałam tak bardziej ogólnie, cobyś mógł oczętami swemi spojrzeć na tych
                            odmiennych od Ciebie, co to im autorytety sercu miłe i potrzebne. I zrozumiał,
                            że ich do siebie nie mięciutka poduszka przyciąga, tylko chęć stawiania sobie
                            śmiałych celów i czasami do tego latarni, lub zwierciadła potrzebują. I pewnie
                            wielu z nich tak jak Ty ściga się jedynie z samymi sobie, a te autorytety to
                            tylko takie punkciki na które od czasu do czasu spozierają coby sprawdzić, czy
                            podczas tego ścigania orientacji nie stracili.

                            • braineater Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 10.10.06, 12:59
                              :)
                              bardzo ładny post, chyba zaczynamy sie dogadywać:)
                              Co do rzutowania wszystkiego na siebie, to jakoś tak wyszło, że prócz tego, że
                              i owszem jestem egotykiem i to w dodatku dumnym z faktu onego, to w tym wątku
                              antyautorytarności broni w sumie tylko Illiterate, no i ja. Czemu nie rozumiem
                              ludzi szukających autorytetów, to już w sumie pisałem wczesniej, ale jestem w
                              stanie przyjąć Twoje wytłumaczenie że to nie ino poduszka i asekuranctwo ale
                              także cele światłe i wzniosłe, choć empirycznych dowodów ku temu nie mam
                              żadnych. Znaczy, wierzę Ci na słowo, bo nie mam powodu nie:).
                              Może jest też tak, że po prostu za bardzo jestem zapatrzony w siebie, by szukać
                              autrytetów - choroba taka, niegroźna chyba dla nikogo poza mną:)

                              P:)
                              • skajstop Brain 10.10.06, 17:31
                                Egotyku jeden, jakbyś czytał cudze posty, to byś wiedział, że ja też po tej
                                stronie barykady, bo zapatrzenie w mistrzów literackich uważam za śmierć :-)
                          • amber.mhm Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 10.10.06, 12:49
                            Errata:

                            miało być "ściga się z samym sobą" of course
    • formaprzetrwalnikowa Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 05.10.06, 22:37
      nie mam.
      historyjki o 'mistrzu', które opowiadam są częsciowo sfabrykowane.
      opowiadam je dla podtrzymania wrażenia, ze jeszcze ktokolwiek mi imponuje.
      jestem obrzydliwym typem osoby, która szybko wyrasta z 'mistrzów'. szalenie
      trudno mi zaimponować na polu zawodowym do tego stopnia, że chcę naśladować.
      chociaz, właściwie... tak: chciałabym jak milton erickson: wejśc na scenę, po
      dwóch pytaniach dokładnie wiedzec o co chodzi, zamachać czarodziejską
      różdzką... i stało się!
      ale Milton erickson nie żyje. jest człowiekiem -legenda, wiec
      i tak się nie liczy.
      nie. nie mam mistrza.
    • skajstop Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 05.10.06, 23:17
      Mistrzów nie mam. Ale mam kilka osób w realu, z których czerpię wzory, bo mądre
      mi się wydają.
      I mam kilkoro pisarzy, którzy są ważni, więc w jakimś sensie jestem u nich
      zadłużony - acz nie nazwałabym nikogo z nich swoim mistrzem czy mistrzynią :P
    • szubad Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 07.10.06, 15:12
      nie mam, to znaczy mam.
      Tylko wcześniej nic o tym nie wiem.
      dowiaduję się później,
      Mimochodem.
      ale nie przejmuje sie tym zbytnio.
      Ani tym, że nie mam pojęcia, ze mnie uczą
      gdy mnie uczą.
      lepiej wchodzi
      :)
    • noida A czy to wstyd mieć mistrza? 07.10.06, 15:24
      Dlaczego? Illiterate napisała, że to głupio mieć mistrza. Skajstop się zarzeka,
      że co prawda parę osób ceni, ale mistrzami to by ich nie nazwał. A co w tym
      złego, że się kogoś uważa za mądrzejszego/lepszego/inteligentjeniszego od
      siebie? Przecież to nie zwalnia nas z samodzielnego myślenia?
      • formaprzetrwalnikowa Re: A czy to wstyd mieć mistrza? 07.10.06, 15:40
        ja mysle, ze dobrze jest miec mistrza - wtedy łatwiej podązac w wybranym
        kierunku.
        mistrz jest kims, kto pomaga podązac we własciwym kierunku, bez zbędnych
        objazdów.
        miec mistrza to tez wiedziec, czego się chce - a to wazne.
        miec mistrza to tez miec wentyl bezpieczenstwa - upuszczajacy próznosc i
        poczucie własnej nieomylnosci.
        mistrz to ktos, kto zastopuje, kiedy sie przesadziło i się go posłucha.
        mysle, ze posiadanie mistrza wcale nie zwalnia z samodzielnego myslenia.
        przeciez potrzeba jakiegos poziomu samodzielnego myslenia, zeby tego mistrza
        odnaleźc czy tez 'wybrac sobie'.
        mistrz to tez osoba, do której idzie sie po rade, kiedy włąsne zasoby się
        konczą.
        z mistrzem mozna się tez sprzeczać i dyskutowac bez poczucia pewnosci, ze na
        pewno ja mam racje - co w kwestiach zawodowych zwłaszcza, zawęża
        prawdopodobienstwo pomyłki.
        A ja chciałabym zywego mistrza - chocby po to, by przedyskutowac z nim moje
        watpliwosci. i zeby mnie czasem sciagnął na ziemie z bujania sie w obłokach
        własnej pychy.
        a ja chciałabym miec mistrza- stąd te historyjki.
      • skajstop Re: A czy to wstyd mieć mistrza? 07.10.06, 15:57
        noida napisała:

        > Skajstop się zarzeka, że co prawda parę osób ceni, ale mistrzami to by ich nie
        > nazwał.

        Nie zarzekam :) jedynie precyzyjnie opisałem swój stosunek do tych osób.

        > A co w tym złego, że się kogoś uważa za
        > mądrzejszego/lepszego/inteligentjeniszego od siebie? Przecież to nie zwalnia
        > nas z samodzielnego myślenia?

        Noido, to nie tak. Przynajmniej w moim przypadku. Osoby, o których myślę, że
        czegoś mnie nauczyły, uważam za madrzejsze od siebie - i wcale nie czuję się z
        tego powodu gorzej, uwierz. Podobnie - nie uważam, aby mnie to zwalniało z
        samodzielnego myślenia.

        Jednak mistrz w jakimś sensie _wyznacza_ ścieżkę, którą podąża uczeń. Ja takiej
        osoby, o której z czystym sumieniem powiem, że idę wskazaną mi ścieżką - choćby
        to była inna ścieżka od tej obranej przez mistrza, ale jednak jakoś tam przez
        niego sugerowana - po prostu nie mam.

        I wcale nie wiem, czy bym chciał mieć :) wolę samemu odkrywać, doświadczać etc,
        aczkolwiek korzystam z inspiracji oraz rad. To jednak nie to samo co relacja
        uczeń-mistrz.
      • braineater Re: A czy to wstyd mieć mistrza? 07.10.06, 18:48
        Nie tyle wstyd, co na pewnym etapie po prostu głupota.
        Mając mistrza, w pewnym sensie wyłączasz samodzielne myslenie, nie uczysz sie
        na własnych błędach, tylko apriorycznie uznajesz, że skoro mistrzu powiedział,
        że cos jest be, to jest be i nawet nie starasz się sprawdzić, czy wszystko, co
        dla mistrza jest bee, jest także bee dla ciebie. Co powoduje, że prędzej czy
        później przyjmujesz cudzą perspektywę postrzegania świata, zamiast, chocby
        głupio i z miliardem błędów na sekundę kwadratową zycia, próbować wykształcić
        sobie swój własny, kompletnie nie związany z czyimis naukami światopogląd. To
        jest zresztą problem który dotyczy nie tylko jednostkowych mistrzów, ale całych
        systemów - religijnych, politycznych, filozoficznych i naukowych. Spoko, mozna
        ludzi podglądać, można podsłuchiwać i jakoś tak zapoznawac się z tym, co
        głoszą, piszą, malują, ale nigdy z pozycji na kolanach, a czegos takiego,
        przynajmniej po mojemu tak to wygląda wymaga stosunek mistrz - uczeń. Po
        prostu, jesli na cos nie wpadłeś samemu, to i tak cię tego żaden mistrz nie
        nauczy, bo po prostu jesteś za głupi, by na to wpaść.

        P:)
        • zdanka1 Re: A czy to wstyd mieć mistrza? 07.10.06, 20:07
          > Mając mistrza, w pewnym sensie wyłączasz samodzielne myslenie, nie uczysz sie
          > na własnych błędach, tylko apriorycznie uznajesz, że skoro mistrzu
          powiedział,
          > że cos jest be, to jest be i nawet nie starasz się sprawdzić, czy wszystko,
          co
          > dla mistrza jest bee, jest także bee dla ciebie.

          Kompletna bzdura. Ty nie opisujesz mistrza, ale nauczycielkę w podstwówce;/
          Bardzo mi przykro, z e nie widzisz gigantycznej niespójności - mieć mistrza, to
          nie to samo co byc wyznawcą jakiegos kultu;/
          • noida Re: A czy to wstyd mieć mistrza? 07.10.06, 20:09
            Też mi się osobiście tak wydaje. Poza tym nikt nie powiedział, że to, co sami
            wymyślimy, jest lepsze od tego, co wymyślili inni. Całe życie możemy w kółko
            probować złapać własny ogon ;)

            Noida Chwilowa Wyznawczyni Lenistwa Umysłowego.
            • skajstop Khem, to ja mam pytanie 07.10.06, 20:15
              Bo my tu sobie bujamy w chmurach.
              Noido, Zdanko - proste pytanie i prosiłbym o prostą, konkretną odpowiedź.
              Jak wiecie, coś tam piszę. To wyjaśnijcie mi, ale w konkretach, a nie na
              metaforycznych abstrakcjach, jak by miało wyglądać to mistrzowanie kogoś nade
              mną. To znaczy, co powinienem zaczerpnąć z tej krynicy?

              Tylko proszę, tzymajmy się literatury, a nie np. pracowni malarskich, dobrze? :)
              • noida Re: Khem, to ja mam pytanie 07.10.06, 20:22
                Ależ ja Ci nie każę szukać mistrza w zawodzie. Mnie tylko zastanowiło trochę to
                odżegnywanie się od wszelkich autorytetów. Wydaje mi się, że teraz taka jest
                moda na bycie self-made i w ogóle indywidualnym "ja", że przyznawanie się do
                mistrzów zajeżdża od razu ideologią i agitką. A to przecież nie tak wcale.
                Przepraszam, próbowałam napisać coś inteligentnego w odpowiedzi na Twoje pytanie
                o mistrzów pisarskich, ale jakoś słowa mi się nie chcą układać we łbie.
                • skajstop Re: Khem, to ja mam pytanie 07.10.06, 20:57
                  E tam, jaki ze mnie sejf maiden, skoro pisałem wczśniej:

                  > Mistrzów nie mam. Ale mam kilka osób w realu, z których czerpię wzory, bo
                  > mądre mi się wydają.
                  > I mam kilkoro pisarzy, którzy są ważni, więc w jakimś sensie jestem u nich
                  > zadłużony - acz nie nazwałabym nikogo z nich swoim mistrzem czy mistrzynią :P

                  Po prostu nie są mistrzami. To by oznaczało np. powstarzanie idei Kosssakowej
                  czy jej rozwiązań formalnych, podczas gdy ja szukam własnych, choć na pewno jej
                  twórczość sie gdzieś tam odcisnęła (nawet wiem, w których miejscach mojej pisaniny).

                  Mistrz, autorytet - to jak dla mnie są cholernie wielkie słowa.
              • hophopi Re: Khem, to ja mam pytanie 07.10.06, 23:37
                > To wyjaśnijcie mi, ale w konkretach, a nie na
                > metaforycznych abstrakcjach, jak by miało wyglądać to mistrzowanie kogoś nade
                > mną. To znaczy, co powinienem zaczerpnąć z tej krynicy?

                a ja sobie tak kombinuję, że mistrza mieć warto, się miewa, na początkach
                dróg...
                gdy zaczynasz pisać, mistrzem jest ten, kto potrafi dobrać słowa pięknie i w
                dodatku sensownie.
                gdy trzymasz w ręku pierwszy raz kawałek gliny, mistrzem jest taki jeden, który
                utoczy na kole w kilku ruchach i nie popęka mu :D
                a gdy zechce nam się za mistrzem poczłapać kawałek równym krokiem, przestaje
                nam być potrzebny. a jak dobrze pójdzie, sami zaczniemy ciurlać jako ta
                krynica, bo.. no właśnie - praktyka czyni mistrza, no nje? :P
          • braineater Re: A czy to wstyd mieć mistrza? 07.10.06, 20:54
            nie widzę. żadnej. albo myslisz samemu i samemu wymyslasz sposoby na radzenie
            sobie ze światem, albo mysli za ciebie mistrz, ksiądz, guru, nauczyciel, lider
            partii. i jedyne, co możesz zrobić to się zgodzić, albo nie. w dupie mam takie
            nauki.
            uczyć się mogę od kogoś czynności praktycznych, jak machać młotkiem, albo jak
            rozłozyć komputer na częsci pierwsze, ale nie tego, 'jak zyć', 'co czuć', 'jak
            oceniać', a do tego się sprowadza mistrzowanie - do wmawiania komuś, że twój
            oglad świata jest tym naj, że jest w czymkolwiek lepszy od innych, cudzych
            ogladów.
            i nawet jeśli mistrzowanie może nie do końca mi się kojarzy z nauczycielstwem w
            podstawówce, to postawa ludzi szukających mistrzów, juz wybitnie kojarzy mi się
            z tymi wszystkimi przydupami, co najchętniej z pania nauczycielką chodziłyby za
            rączkę i dąły sobie wiązac buciki. przepraszam, oczywiście nie piję do nikogo
            osbiście.

            P:)
            • noida Re: A czy to wstyd mieć mistrza? 07.10.06, 21:22
              A właśnie, że nie! W końcu ilu uczniów przerosło mistrzów i wyznawali w końcu
              zupełnie inne poglądy, choć może nie doszliby do nich, gdyby nie mieli mistrza
              do obalenia? Nie chcę teraz z pamięci strzelać, ale zdaje się, że w filozofii to
              na przykład było nagminne zjawisko.
              Można być mistrzem w machaniu młotkiem i tego też można się uczyć od mistrza. A
              można też rozmawiać z mistrzem właśnie o tym, jak żyć (chociaż takiego mistrza
              to już naprawdę ze świecą dziś szukać) i samemu dochodzić dzięki niemu do
              jakichś tam wniosków. Przecież mistrza nie wybiera się losowo, tylko dlatego, że
              jego sposób myślenia, widzenia świata jest nam jakoś tam bliski. I możemy od
              niego coś przejąć, coś zauważyć nowego, ciekawego, na co sami może byśmy nie
              wpadli, ale to nie oznacza od razu, że go przyjmujemy z dobrodziejstwem
              inwentarza i jak nam każe w ogień skoczyć to skoczymy.
              Bez przesady.
              Jakiąś anarchię szerzysz Brajan.
              Mnie się zdaje, że słowo mistrz wcale nie jest wielkie. Jest normalne.
              Przyznanie się do tego, że się kogoś podziwia i szanuje nie jest dla człowieka
              szczytem upodlenia. A na tym w gruncie rzeczy polega mistrzostwo moim zdaniem.
              • mamarcela Re: A czy to wstyd mieć mistrza? 07.10.06, 21:30
                Ja myślę, że mistrza niekoniecznie trzeba szukać. Czasami na takiego mistrza się
                po prostu trafia. I także niekoniecznie trzeba sie czegoś od takiego mistrza
                uczyć w sposób bezpośredni. Moim zdaniem mistrz dla wieluu to taki ktoś z czyim
                zdaniem się liczymy, komu stramy sie zaimponować (w dobrym sensie tego słowa)i
                kogo aprobata jest dla nas szczególnie ważna.
                Dla mnie mistrzem był przez czas jakis mojego młodzieńczego żywota wybity
                naukowiec z dziedziny absolutnie abstrakcyjnej i odległej.
              • braineater Re: A czy to wstyd mieć mistrza? 07.10.06, 22:01
                Ale kiedy ja nie mam problemów z podziwianiem i szanowaniem. Podziwiam na
                przykład Tajkę z jednej z częsci Emannuelle, która przedziwne rzeczy potrafiła
                robić z papierosem, za pomocą narządów nie kojarzących się akurat z paleniem i
                szanuję na przykład murarza, który potrafi postawić ścianę tak, by się nie
                wywaliła. Ale wcale nie znaczy to, że chciałbym być taki, jak oni (w przypadku
                Tajki jest to nawet niemozliwe z braku odpowiednich narządów), albo potrafić
                robić to co oni nawet lepiej od nich. Ja to ja, mam własne talenta (o ile), mam
                własne ograniczenia (mnóstwo) i dlatego nie widze sensu porównywania się z
                innymi. Inni nie bez powodu nazywają się w końcu Inni - sa inni i dlatego
                inaczej rozwiązuja swoje problemy, radzą sobie z życiem, wszechświatem i cąłą
                resztą i nie bardzo mam się jak od nich czegoś uczyć, bo sa inni i ja jestem od
                nich inni. Czego mam się nauczyć, to nauczę się sam z siebie, niezaleznie od
                szacunku, czy podziwu jaki żywię wobec drugich. Mogę ich lubić, kochac,
                doceniac ich dorobek, ale nie będa dla mnie mistrzami, bo mistrzostwo, w moim
                wypadku, polega na tym, że przyjmuje się postawę - chciałbym choć w jakiejś
                częsci być taki jak ona/on, umieć choć część z tego, co on/ona potrafią. A nie
                chciałbym. Chciałbym po swojemu. Proste, nie?:)

                P:)
                • noida Re: A czy to wstyd mieć mistrza? 07.10.06, 22:04
                  Wcale nie proste, wręcz przeciwnie- straszną robotę sobie na kark wziąłeś ;)
                  Ale co kto lubi...
                • zdanka1 Re: A czy to wstyd mieć mistrza? 08.10.06, 09:30
                  ale nie będa dla mnie mistrzami, bo mistrzostwo, w moim
                  > wypadku, polega na tym, że przyjmuje się postawę - chciałbym choć w jakiejś
                  > częsci być taki jak ona/on, umieć choć część z tego, co on/ona potrafią


                  dobrze, ze dodałeś - w moim wypadku:)

                  W moim jest to coś zupełnie innego - zeby mistrza nazwać mistrzem trzeba z nim
                  nieustajaco polemizować i czasem po prostu najzwyczajniej w swiecie się klócić.
                  Ale jest to taka osoba, której zdanei jest dla mnie cenniejsze niż zdanie pana
                  Zenka i idąc moja koślawą drogą, w zyciu w ktorym ja wiem wszystko najlepiej i
                  reszta spadać na bambus, mistrz jest takim człwoeikiem, który nieraz w najmniej
                  idpowiednim momencie zauwazy niczym poseł Cymański "Hola, Hola" i będzie to
                  jedyna osoba, której na samym wstępie nie powie sie - i tak wiem lepiej - ale
                  sie jej posłucha i moze nawet zmieni wektor, bo czasem mozna wpadkować sie w
                  kłopoty na własne zyczenie, a niekoniecznie we wszystkie trzeba i neikoniecznie
                  kazde czegoś naucza;/

                  W moim ostatnim mistrzu podziwiam zresztą namiętnie styl - jest neipodrabialnie
                  dandysowki:))))))
                  • skajstop Re: A czy to wstyd mieć mistrza? 08.10.06, 09:48
                    O, to ja się wetnę, bo Brain pewno jeszcze nie wywietrzał :-)

                    Widzisz, tak jak to teraz formułujesz, Zdanko, to ja się z tym zgodzę. Dlatego
                    nie w każdym przypadku należy i można mieć mistrza.
                    Stąd pytałem, co by miało oznaczać owo "mistrzowanie " w rozwoju mojego pisania.
                    Według mnie, byłaby to jakaś, świadoma lub nie, forma naśladownictwa - a to
                    niedobrze.

                    Z drugiej strony może nie mistrza, ale wzory w pewnych zakresach mieć warto - i
                    ja tu po raz kolejny wspomnę Zofię K.

                    Problem w tym, że jak mądrze napisała hophopi, mistrz na początku drogi sie
                    przydaje. Ale później trzeba jednak szukać własnych dróg. Inaczej można się stać
                    epigonem.

                    Mnie jest bliska taka historia. Degas, malarz i rzeźbiarz niewątpliwie wielki,
                    na początku swej drogi uczył się wartsztatu, kopiując starych mistrzów (chyba
                    najlepiej Mantegnę). Aż poznał niejakiego Moreau. Starszego i bardziej
                    doświadczonego. Nawet na sekundę został jego dłużnikiem - może M. stał się na
                    parę miesięcy mistrzem dla Degasa, kto wie? Na pewno pozwoliło to Degasowi
                    poszukać czegoś nowego. Ale potem już nie wracając do starych mistrzów i
                    porzucając estetykę Moreau, Degas poszedł własną, własną, własną drogą.
                    __Niepowtarzalną__.

                    Właśnie dlatego też ja podpisuję się wszystkimi kończynami pod tym, co wcześniej
                    pisał Brain mądrzej ode mnie. Jeżeli zapatrzę się w mistrza, utrudni mi to
                    znalezienie własnej ścieżki, albo uniemożliwi to całkiem.
                    -----
                    Oczywiście, z tych rozważań wyłączyłem wszelakie kulty religijne, bo to inna bajka.
                    • illiterate Re: A czy to wstyd mieć mistrza? 09.10.06, 01:32
                      Otoz to.

                      Miec mistrza to jak jesc pogryzione owoce. W pewnym wieku to jest stosowne, a w
                      pewnym nie. Miec mistrza dobrze jest miec dorastajac po to, zeby samemu go moc
                      dostrzec w sobie albo sprawic sobie zestaw 'maly mistrz' - do zadawania pytan
                      chociazby.

                      Posiadanie kogos, kto ma odpowiedzi i kto wie jest zbyt wielka pokusa po
                      prostu. Zresza widzialam pare takich relacji mistrz-uczen, w ktorych ta pokusa
                      okazywala sie za ciezka dla _obu_ stron. Ciezar bycia mistrzem jest chyba zbyt
                      wielki na ludzkie barki.

                      Dlatego upre sie, ze najlepsza sytuacja jest brak mistrza czy kogokolwiek na
                      postumencie. Bardziej boli i jest trudniej, a przeciez o to chodzi.

                      ;)
                      • zdanka1 Re: A czy to wstyd mieć mistrza? 09.10.06, 10:38
                        Ty nie piszesz o relacji z mistrzem , ale o relacji z guru, to zupełnie inna
                        sprawa. I nei wiem, dlaczego uparciwe stawiacie relacje mistrz - uczeń ( to
                        wcale nie musi być tak, ze ktos majcy mistrza czuje sie jego uczniem...)
                        • illiterate Re: A czy to wstyd mieć mistrza? 09.10.06, 16:28
                          No i placzemy sie w rozmowie o pojeciach.
                          Dopoki nie zdefiniujemy, nie ma co tego ciagnac. Ja ide po kawe, a Ty siedz tu
                          i mysl ;)
                          • zdanka1 Re: A czy to wstyd mieć mistrza? 10.10.06, 09:34
                            Mogę siedzieć, dzisiaj to nawet do 12 -stej w południe:)ale to nie gwarantuje,
                            ze coś wymyślę:)
    • nenella Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 07.10.06, 21:28
      Acha, a ja mam mnóstwo mistrzów, przy całej swej skłonności do gryzienia
      autorytetów po kostkach. Bo autorytetów nie cierpię, to fakt, choć niektóre
      szanuję. Lecz autorytety są narzucone, a mistrzów człowiek wybiera sobie sam. I
      są osoby, których ścieżkę podziwiam, choć sama nie dorosłam, żeby nią iść. I
      jeśli się czasem odważę i robię kilka małych kroczków na takiej podziwianej
      ścieżce i świetlana postać :) daleko przede mną, wskazuje mi drogę i jest dla
      mnie nadzieją, przez sam ten fakt, że właśnie jest przede mną, to myślę, że
      mogę określić tego kogoś jako swego mistrza. Lubię swoich mistrzów.
    • zielka Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 09.10.06, 00:20
      eh, pozwole sobie sie wtracic, bowiem temat niedawno poruszan byl w jakiejs
      rozmowie nieco bardziej fizycznej, i wniosek u mnie jest taki, ze osoby, o ktore
      pyta zdanka, to pewnie ci faceci, w ktorych sie dane mi jest platonicznie
      zakochiwac, prawda, taki na ten przyklad Konwicki (i teraz wyjdzie agni_me
      skads, i smiac sie bedzie okrutnie:)

      ... Wiec jak juz mowimy o Konwickim, to przytocze Panstwu taka przypowiesc. We
      "Wschodach i zachodach" to bylo, chociaz nie dam glowy. W.w. autor rzekl (mniej
      wiecej, pamiec zawodna), ze on wiele od swiata i od potomnosci nie chce.
      Marzylby jednka, by za, powiedzmy, 50 lat jakis czlowiek, ktory przypadkowo
      czytac bedzie wlasnie konwicka ksiazke, zatrzymal sie, i westchnal: "kuzwa. No z
      nim (tzn. autorem), zaprawde, fajnie by bylo napic sie wodki".

      Tedy tak, mam mistrzow kilku, jesli za kryterium (nie zawsze dzialajace, ale
      fajne) wezmiemy mrzonki o wspolnej konsumpcji. Kilka mrzonek po prawdzie stalo
      sie nawet cialem.
      • agni_me Re: O mistrzach. Wątek dołujący... 10.10.06, 17:27
        buddo malusieńki, zielka się forumowo objawiła. Cześć, ziel stolatniewidziana:-)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka