beatanu
14.02.07, 09:10
Właśnie przyczytałam w DN, że jedna ze sztokholskich szkół podstawowych (tzn
jej część, od czwartej do dziewiątej klasy) już od kilku lat 14 lutego zamyka
podwoje dla dzieci i młodzieży, bo walentynkowe świętowanie wymknęło się spod
kontroli... Obok lubianych, popularnych i "pięknych" ucznów & uczennic z
naręczami kwiatów (w skolnym sklepiku możny było tego dnia kupić róże)
egzystowali ci mniej lubiani i mniej "piękni", bez kwiatów, całusów i
tajemnych bilecików. Niesprawiedliwie jak w życiu, ale w ten dzień widoczne
jak na dłoni. Frustracja, żal, deprechy, działania na granicy mobbingu.
Dyrekcja szkoły postanowiła proceder ukrócić, po prostu robiąc dzieciom wolne
a nauczycieli wzywając do dbałości o duszę i ciało.
O decyzji dyrekcji można dyskutować, ale nawet chyba nie o to mi tutaj
chodzi. Chociaż przyznam, że sama nie wiem o co mi chodzi:(
O to jak bardzo jesteśmy podatni na zmasowaną kampanię pt. "trzy cztery,
teraz się kochamy!" ? O siłę bezrefleksyjnych zachowań stadnych? O?
Czym dla Ciebie TWAczu jest walentynkowe szaleństwo?