rzulw ------------------ od autora --------------- 26.04.03, 17:37 Opowiadanie to dedykuję w pierwszej kolejności poza kolejnością tylko i wyłącznie ludziom, którzy swoimi czynami doprowadzili do nabrania przeze mnie „rzulwiego tempa”. Nie wszystkie opisane tu wydarzenia są prawdziwe, właściwie większość. Te, które faktycznie miały miejsce, zostały poprzeinaczane, tak jak imiona i nicki bohaterów. Wiele zdarzeń powstało w mojej wyobraźniw nadziei, iż kiedyś staną się faktami. Jeśli jednak komuś pewne wydarzenia, imiona lub ksywy wydadzą się znajome, to gratuluję wyobraźni. Specjalne podziękowania składam Matce Naturze, za to, że stworzyła LITERKI, dzięki którym tacy jak ja mogą opowiadać podobne historie. -rzulw- Odpowiedz Link Zgłoś
rzulw - II - 26.04.03, 17:44 Z rozmachem otworzył drzwi. Już miał warknąć, opieprzyć intruza lecz zamilkł, a właściwie, to nie odezwał się w ogóle, gdy zobaczył kto stoi za drzwiami. - O w mordę - pomyślał i natychmiast oprzytomniał. Tyle czasu, tyle czasu na nią czekał, wierzył, że znów się pojawi. Nie potrafił zapomnieć. Co dzień myślał o niej, snuł plany, jakby kiedyś miał nadejść TEN dzień. No i nadszedł. Hukną drzwiami i guzik go obchodziło, że odskoczyła. Zresztą nie widział tego, przecież zatrzasną drzwi, a jasnowidzem nie był. Odwrócił się na pięcie i pomaszerował do kuchni. Zaparzył kawę, zaglądną do lodówki – nic, tylko lód i wory na żarcie. Zapomniał o kawie, nalał wody do kubka i poszedł do pokoju. Usiadł w fotelu i gapił się nie na ekran a na rękę, którą najpierw drzwi otworzył, a chwilę później z impetem zamkną. Nie, nie zamkną. Pierdolną... jebną nimi, mało z futryny nie wyleciały. Upił łyk wody z kubka i ten przeleciał przez pokój lądując w gąszczu paprotek, które niewiadomo kto, kiedy i po jakiego czorta tam postawił. Jak się tu wprowadził już tu były i Śmal cały czas miał ochotę je wywalić. Nie cierpiał ich tak samo jak odrapanego sufitu. Nie podlał ich ani razu, a te cholery rosły i rosły i wciąż były zielone. Jednak to jemu, właśnie jemu zawdzięczały życie. Od czasu do czasu kubki i inne naczynia z różnymi płynami lądowały w ich liściach, dostarczając życiodajnej cieczy. Dla tych roślin Śmalik był z całą pewnością, choć nieświadomie, dobrym ogrodnikiem. - dobrze, że się nie rozpieprzył, musiałbym wyciągać te gówniane skorupy z za tych pieprzonych donic. - stwierdził w myślach. Choć nigdy jeszcze tych gównianych skorup z za tych pieprzonych nie wyciągną. Bo nie zawszekończyły naczynia swój lot w całości i z cała pewnością za pieprzonymi donicami było ładnych parę kilogramów gównianych skorup. Poderwał się z fotela i celując w roślinki palcem, powiedział tonem tak stanowczym jakby nie dopuszczał do siebie myśli, że mogą odpyskować: - wylecicie stąd, zobaczycie, że wylecicie. Idąc do drzwi wejściowych zapytał mijanego diabła tasmańskiego: - i co się gapisz, też chcesz wylecieć ? Otworzył drzwi. Siedziała na walizce wpatrzona w podłogę tak jakby na tej cholernej glebie działy się arcyciekawe rzeczy, godne takiej właśnie uwagi. - witaj – powiedział – może wejdziesz ? Odpowiedz Link Zgłoś
rzulw ------------- V --------------------------------- 07.05.03, 18:55 Wreszcie dojechali. Koszmarna podróż w nieznane zakończyła się. Jeździli w tym molochu ponad godzinę, w końcu szukana ulica łaskawie objawiła się i znaleźli się u celu. Zaparkowali auto i wyskoczyli wreszcie z tej blaszanej puszki. Nie był to „samopchacz”, lecz nowoczesny, obszerny i wygodny pojazd. Lecz po paru godzinach uwięzienia w nim przestał budzić sympatię Śmala i pozostałych podróżujących. Oczywiście oprócz kierowcy, dla którego autko było kochane. Ale nawet kierujący był zadowolony, że może wreszcie rozprostować kości. Ot i jest w miejscu, które przez jakiś czas będzie jego domem. Na własne życzenie zostawił w swoim rodzinnym mieście. Wszystko, co miał. Oczywiście klamory przywiózł ze sobą – te najpotrzebniejsze. Resztę jego „dobytku” zostawił u przyjaciela. Właśnie u tego, z którym tu przyjechał. Zostali powitani w drzwiach, przez orszak składający się z dwóch osób. Podpitego już Dexa i Akiwy, która również sprawiała wrażenie „lekko oszołomionej” i to w całe nie z powodu ich przyjazdu. Po wylewnym i serdecznym powitaniu, wypiciu ileś tam kaw i herbat i innych trunków, zmęczeni goście wraz z gospodarzami ułożyłi się do snu w pozycjach różnych. Dex, uznając zapewne, iż rano nie będzie miejsca dla niego miejsca na swobodne ubranie się, przezornie się nie rozebrał. Nawet wziął pod uwagę fakt, że obuwia przybyło, więc swoje wojskowe buciory „trzeźwo” pozostawił na nogach. Pewnie zdawał sobie sprawę, że na drugi dzień ktoś mógłby pomylić swoje buty z jego „ojami” i pójść w nich np. na spacer. Pełny obaw i niepokoju, Śmalik zasnął na rozkładanym łóżku z nadzieją, że gdy się przebudzi i otworzy oczy, ujrzy nad sobą znajomą, odrapaną i brudną plamę, będącą dobrze mu znanym sufitem. Odpowiedz Link Zgłoś
rzulw ------------- VII --------------------------- 07.05.03, 18:58 Przyjechał wreszcie, długi pieprzony, nowoczesny autobus, z którego natychmiast wysypała się „trzoda”. - O w mordę. Jak ja ją z tego tłumu wyłowię? – Widział, co prawda zdjęcie, na którym była koleżanką, ale ciągle mu się myliły i nie wiedział, która z nich jest tą, która właśnie przyjechała. Poza tym nawet jak by je odróżniał, to zdjęcie mogło być z przed wieku i mogła wyglądać całkiem inaczej. - Może ta? – zgadywał – Nie, ta stara dupa jest i głos nie pasuje do skorupy. – Ale jednak zapatrzył się na tą kobietę o blond włosach, która traktowała swoją walizkę wypchaną z całą pewnością całą masą niezbędnych rzeczy, takich jak pięć par butów, lokówka i cholera wie co jeszcze jak żywą istotę. Głośno do niej przemawiała, przekonując ją, że jest już dużym bagażem i że chyba sama do kurwy nędzy powinna zasuwać. Usłyszał swoje imię, z trudem oderwał wzrok od właścicielki głupiej i niedołężnej walizki. Natychmiast zapomniał o problemach podróżnej. Zamurowało go. Stała przed nim ONA! W sekundzie ją rozpoznał, no i ten ciepły, łagodny głos. Troszkę niższa od niego, śliczna, i ciut oszołomiona długą podróżą blondynka. Momentalnie mu się spodobała, wystarczyło jedno spojrzenie. Stał jak pajac, bez ruchu, wpatrzony w nią, a jedyną rzeczą, jaka mu przychodziła do głowy, to pytanie o to, czy Szwedzi wręczyli już Nobla matce naturze, za dzieło, jakie stworzyła, a jemu przyszło teraz oglądać. A jeśli jakiś dureń nie zgłosił jej do nagrody, to gdzie się można poskarżyć. Więc stał jak ten pajac, ona była śliczna, a on ani „beee”, ani „ meee”. Jak oszołom wioskowy, dobrze że nie zaczął „eee-kać”, albo „yyy-kać”. Powtórzyła jego imię i zapytała: - Nie poznajesz mnie? To ja, Literka Zdał sobie sprawę, że ona też widzi go pierwszy raz. W zasadzie drugi, ale w Internecie się nie liczy – choć dzięki temu go rozpoznała. „-fajnie:), poznam Cię po uchu. Ustaw się przodem żebym mogła Cię zobaczyć „normalnie” – przypomniał sobie cyrk, jakim był jego „występ” przed kamerą i ubaw, jaki urządził w jednej takiej „Internet kafe”, w której były kamery. Śmieszyło go to, jak urywek komedii z Jasiem Fasolą albo z Pazurą. Cała klientela trzymała się za brzuchy, gdy latał od kamy do kamy, żeby się „pokazać”. Na samo wspomnienie miał ochotę parsknąć śmiechem. Więc przyjechała i rozpoznała go. Jechała tu przez ileś tam pieprzonych kilometrów, pełna niepokoju i obaw, zastanawiając się pewnie, z jakim burakiem przyjdzie jej spędzać dzień w tym mieście, a on stał jak ten słup soli. W końcu się obudził… ockną się. - Cześć, tak to ja, a Ty jesteś Literka – bardziej stwierdził niż zapytał. I co miał zrobić? Rzucić się na nią? Objąć? Pocałować? Może do góry podrzucić? Przecież widzą się pierwszy raz w życiu a poza tym nie umawiali się na randkę, nie pisali do siebie za pośrednictwem biura matrymonialnego, a on nie szukał przygód, unikał ich wręcz jak ognia. Literka też przyjechała w bardzo konkretnej sprawie. Schylił się po jej torbę i trzeźwo, rezolutnie i stanowczo, jak na prawdziwego mężczyznę przystało, wypalił: - No to chodźmy. Odpowiedz Link Zgłoś
rzulw ------------- VIII ------------------------------- 07.05.03, 19:01 - Kuźwa! Co za ściana. – pomyślał. Walił w tą cholerną kasztańską ścianę od świtu. W miejscu, w którym nikt by się nie spodziewał, sama się „rozbierała”, a tu, gdzie Śmal miał wykuć dziurę pod jakiś zafajdany „peszel” na kable elektryczne stawiała zaciekły opór. Na prawej ręce już mu bąble powyskakiwały od młota, którym zaciekle ją atakował. Dłuto waliło zajadle w ścianę od samego rana i w ślimaczym tempie posuwał o się wzdłuż narysowanej przez Dexa linii. Po paru godzinach, miał wrażenie, że to w jego głowie ma być ten „peszel” i to właśnie wokół jego czaszki będzie przebiegać „elektryka. Zwolnił przycisk. Był cały w pyle ceglanym, tynku i kurzu bo akurat Dex znalazł sobie czas na zamiatanie. Ten wszechwiedzący specjalista od wszystkiego, czego by się nie dotkną, właśnie teraz ZAMIATAŁ! - „kurwa, co za popieprzony kasztan” – Zszedł z drabiny, podszedł do okna, wziął z parapetu paczkę papierosów i zapalił jednego. Z trudem się powstrzymał przed walnięciem w łeb tego durnia. Widząc to, „popieprzony kasztan” postanowił też odpocząć. Pieprdzielną miotłę w miejscu, w którym stał, czyli na kupię gruzu, którą próbował zmieść i też podszedł do okna żeby zapalić. - Aleś się kurwa napracował. Jak kobyła przy węglu. – odezwał się De, który również zauważył niesamowite zmęczenie malujące się na twarzy Dexa. De, „Polański”, z którym pracował. Chłop jak dąb, ze wschodu kraju. Był sportowcem, ale po tym jak jako bramkarz w jakiejś mordowni, szumnie nazywanej: dyskoteką, porachował komuś kości, musiał się znaleźć w tym kraju i mieście. Założył tu firmę, ożenił się i siedział tu od paru lat. - Idź lepiej chłopie po piwo, bo się wykończysz – ciągną – przecież ty dzisiaj dopiero trzy wypiłeś. Idź – mówiąc to, sięgną do kieszeni, wyciągnął jakieś klepaki i wręczył szefowi. - Możesz nam kupić jakiś napój. Powtarzać nie było trzeba. Wyskoczył jak z procy i tyle go widzieli. Dex był ‘szefem’ budowy, na utrzymaniu swoich pracowników. - No to teraz możemy spokojnie godzinkę popracować – powiedział do Śmalika i wrócił do swojego zajęcia. -Ale kołomyja – zaśmiał się w duchu Smal. Kumpel, z którym tu pracował to De z netu. Poznali się tradycyjnie, podając sobie rękę, nie podejrzewając nawet, że tak naprawdę, to znają się od dawna z sieci. Dopiero tutaj, w pracy na to wpadli. - Te! Informatyk! Jak się od niego nie wyniesiesz, to ci do tyłka nakopię – usłyszał jeszcze zza ściany, zanim znów nacisnął włącznik i rozległ się huk młota. Odpowiedz Link Zgłoś
rzulw ------------------- IX -------------------------- 07.05.03, 19:02 Już od paru godzin błąkał się po mieszkaniu niespokojny i zły. Ostatnią piątkę włożył do automatu sprzedającego papierosy. Wcześniej sprawdzał reakcję maszyny na „swojską” walutę. Automat połkną „dwójkę” i zaliczył ją jako tutejsze 0,05. W jego kraju „dwójka” równa się połowie tutejszej jednostki. Zezłościł się faktem niekorzystnej „wymiany”, wyciągnął Stricte automatu paczkę Lucky Stricke i zapomniał „poprosić” maszynę o resztę. O fakcie tym przypomniał sobie dopiero w momencie odpalania papierosa, którego przez cały czas miętosił w ustach, czyli po jakiejś godzinie. Namoknięty filtr nie przepuszczał do ust zbawczego, uspakajającego dymu. Sięgną po drugiego, ale i ten nie smakował jak powinien, wręcz przeciwnie, niepokój się nasilił i zdenerwowanie wzrosło. Był sam. Wu, E i mała Gie pojechali do Ka na imieniny. Tak samo miała na imię barmanka z knajpy, przy której mieszkał niespełna przed tygodniem. Niemiłe wspomnienia wróciły w ułamku sekundy. Błyskawiczna wyprowadzka, a w zasadzie ucieczka z mieszkania dotychczas dzielonego z Dex’em i Akiwą, feralny „kocioł” w wyniku, którego De został wywieziony przez specjalną grupę tutejszych służb porządkowych za granicę kraju. Śmalik zjadł kolejny talerz zupy, która była paskudna i za nic nie chciała smakować tak jak smakować miała lub przynajmniej powinna. Przeklęta „zupa nic”. Ugotował ją, ponieważ mógł. W końcu cokolwiek mógł gotować, pichcić i przyrządzać bez obawy, że nawet nie spróbuje. Do momentu wspólnego zamieszkiwania z HiV’em. Tak właśnie zaczął nazywać Dex’a i Akiwę Pierwsze litery ich imion idealnie pasowały i byli jak choroba… nieuleczalni. Wszystko, co tylko nadawało się do jedzenia zostawało natychmiast pożerane w sposób… łagodnie mówiąc obrzydliwy. Sam „akt wchłaniania”, bo jedzeniem, tego nazwać nie można było następował w przerwach picia tego, co do picia się nadawało, a poczym troski i problemy dnia codziennego stawały się niezauważalne, zupełnie jak fundusze, którymi nie dysponowali. Kolejny papieros… w telewizji jakiś niezrozumiały bełkot. „Co za język okropny” – pomyślał i wyłączył telewizor. Zdawał sobie sprawę, że będzie się musiał nauczyć tego nie lubianego języka. Z obrzydzeniem zjadł kolejny, ostatni już talerz zupy, która wreszcie się skończyła. Wszedł do łazienki, samemu nie wiedząc, po co. Mimowolnie chciał się upewnić, że jest. Że nie musi wychodzić na korytarz, aby skorzystać z toalety, że przed kąpielą nie musi szorować całego pomieszczenia. Oki, łazienka na swoim miejscu, wszystkie przybory toaletowe też. Obchód zakończony. Usiadł przy stole i znów zapalił papierosa. Spojrzał na telefon. „Może wyłączony” – powiedział dość głośno, a na dźwięk swojego głosu, aż go ciarki przeszły. Jednak nie podszedł sprawdzić. Wolał nie znać powodu milczenia czarnej słuchawki, która zapewniała mu wprawdzie jednostronny, ale jednak kontakt. Wiadomości mógł tylko otrzymywać, wszelkie próby wysłania, choć najmniejszego sygnału nie miały prawa się powieść. Przyczyna? - Nie „nakarmił” telefonu, kredyt=0. Wmawianie sobie, że na pewno wyłączony jest łatwiejsze niż świadomość, że ”klików-pików” nikt nie wysyła.. Zamyślił się. Intensywnie próbował sobie wyobrazić, co czeka go w ciągu najbliższych dni. Czy podoła, czy mu się uda? A może całe przedsięwzięcie skończy się kolejnym „kotłem”? A jeśli mu się uda, to czy Szef będzie zadowolony? Mnóstwo wątpliwości wzajemnie się przeganiało, a brak kontaktu z Klikaczem nasilał niepokój. Jutro idzie na rozmowę do Szefa. Oczywiście samego Szefa nie zobaczy, ale spotka się z jego ludźmi. Jak na Szefa potężnej organizacji przystało, nie szasta swoim wizerunkiem. Od momentu zaistnienia widziało go niewiele osób. - Czemu nie oni? – zapytał. Telefon milczy. Złość? - Już przeszła Niepokój? Tak został tylko niepokój… W takim stanie zastał go sen. Odpowiedz Link Zgłoś
rzulw ------------------- X --------------------------- 07.05.03, 19:03 - Która to godzina? Kurczę, miałem wstać o dziewiątej… Obudziłem się sam, a właściwie obudziły mnie głosy dobiegające z za drzwi. Nie obudził mnie tym razem „klik-pik”. Sprawdziłem czy nie było „sygnału”, czy może komóra padła. Nic nie było, telefon włączony. Co jest? Stało się coś? A może to ja coś wywinąłem i to z mojej winy nie ma znaku? - Całkiem fajny jest ten nowy sufit. – I nim się podniosłem dobrze mu się przyjrzałem. - Kuczę, ciekawy który to już w ciągu roku? Piąty, może szósty? No, ale jak do tej pory najładniejszy. Wyszedłem z pokoju i trafiłem na krzątaninę w kuchni. Wu czytał gazetę a E myła naczynia. Prawdziwie miły widok. Ktoś myje naczynia i tym kimś nie jestem ja. Fajoffki. Gie biegała po kuchni, od taty do mamy i z powrotem, kwękając po swojemu. Jak na półtorarocznego brzdąca była całkiem „rześkim” bąblem. Moje pojawienie się w tym domu i rzeczy, jakie u mnie Gie „odkryła” okazały się prawdziwym skarbem. Jeśli tylko w pokoju, który mogłem uważać za swój, były otwarte drzwi, mała nie omieszkała przeprowadzić inwentaryzacji moich „skarbów”. Ani się oglądnąłem, już buszowała w szafce, do której zdążyłem włożyć część moich klamotów. - która na osi? – spytałem – uuuu za dwadzieścia dziesiąta. Nie ma szans żebym zdążył na wpół do jedenastej - sam sobie odpowiedziałem. Usiadłem przy stole, wcześniej włączając czajnik. Co ma wisieć nie utonie. Postanowiłem wypalić parę fajek, wypić obowiązkową kawę i jakoś się zebrać do wyjścia. - Jak było? – zagaiłem, właściwie nie wiem do kogo. - Grrrry, prrryyyy, beeeeb – odpowiedziała z pokoju Gie. Najwyraźniej ma podzielną uwagę skoro w trakcie włączania i wyłączania lampki nocnej, bazgrania jednocześnie po moim notesie i kopania w komputer, część, jakże cennej uwagi poświęciła, aby odpowiedzieć na moje pytanie. - Eeeee – obudził się tatuś. - I tam – dodała mama. Porównałem szybko ilość dźwięków, jakie wydobyły się z każdego członka rodziny i stwierdzam, że najwięcej dowiedziałem się od małej Gie. Ale E i Wu zorientowali się, że „tak” mówiąc za komunikatywnych uchodzić nie mogą i szybko się „zrehabilitowali”: - Tak sobie. W zasadzie więcej zamieszania, niż to było warte – usłyszałem od E. - A ja padłem o trzeciej – dodał Wu. Wypaliłem kilka papierosów, wypiłem dwie kawy i zakończyłem tą jakże ciekawą dyskusję wychodząc z domu. Wcześniej oczywiście zarządziłem przerwę w inwentaryzacji, wzbudzając w małej, niezbyt przyjazne uczucia wobec mnie. Spóźniony, ale z przekonaniem, że Szef i tak zechce się ze mną zobaczyć pocwałowałem do metra. Odpowiedz Link Zgłoś
rzulw - III - 26.04.03, 17:53 Czekając na zagotowanie się wody myślał o tym, że kawa MUSI być z pianką. Taką lubi, ona taką lubi. Jemu było „wurszt” czy z pianką, czy bez. Dla niego mogła być nawet z „kożuchem”, byleby była słodka. Lubił słodkie, tak jak kiedyś nie lubił spóźniania i czegoś tam jeszcze. Ale jej kawa musi być z pianką, inaczej nie wypije. Zalał w końcu oba kubki wrzątkiem, bo i sobie zrobił nową kawę i ruszył z nimi do pokoju. Siedziała w fotelu, przy stoliku, na którym stał wazon z ogromnym bukietem kwiatów. Całe pomieszczenie było ukwiecone jak ogród botaniczny i wszystkie wolne miejsca zajęte były przeróżnymi doniczkami. - Donice, doniczki, wiszące stojące, a rośliny w nich pachnące, kwitnące… a za oknem słońce… - pomyślał Śmalik wchodząc do pokoju, ale patrząc na nią, zawahał się – nie, nie za oknem, w fotelu. W fotelu słońce. – dokończył. Od pewnego czasu jakoś tak sobie układał w głowie wierszyki i wierzył, że kiedyś zapisze to wszystko, co mu się roiło w głowie. - O ! Widze, że polubiłeś rośliny – bardziej spytała niż stwierdziła. I troszkę zmieszana zajęła się kawą. Postawił kawę na blacie i usiadł po drugiej stronie stolika, pomieszał kawę, choć zapomniał ją osłodzić, rozglądnął się po pokoju tak, jak by się chciał upewnić czy wszystko jest na swoim miejscu. Czy przypadkiem żaden śmieć, okruszek jakiś gdzieś się nie pojawił. Po długiej, bardzo długiej chwili, wychylając się zza wazonu, tak by móc spojrzeć jej w oczy, odparł: - Bardzo miło, że JESTEŚ, ale Czy coś się Tobie nie pomyliło? Na przykład miasto? – odpowiedział Śmalik. – A kwiaty lubię, zawsze lubiłem kwiaty, tylko o tym nie wiedziałem Literko. Odpowiedz Link Zgłoś
rzulw - IV - 26.04.03, 17:54 Wyskoczył z taryfy i dalej postanowił iść pieszo. Wysiadł, bo ten skubaniec „złotówa”, jeździł wcześniej w konduktach żałobnych chyba. „to bydle” – pomyślał. Dzień wcześniej, Śmalika jeden taki woził, jak turystę z Nowego Jorku. Aż go Śmal tak objechał, że za „wycieczkę miasto znawczą” prawie nic nie zapłacił. Zatrzymał się na chwile i zapytał jakiegoś człowieka o godzinę. Zostało dziesięć minut. Za dziesięć minut miał JĄ poznać. szybkim krokiem ruszył dalej. W zasadzie nie był to chód, to był cwał. Od dziecka uwielbiał piesze wycieczki, więc pokonanie całej, tej cholernie długiej ulicy, normalnie byłoby przyjemnością. Ale nie dziś, nie teraz. W tej chwili żałował, że nie pojechał taryfą dalej, albo nie wsiadł do tramwaju. Ale na tramwaj musiałby poczekać, a czekać nie cierpiał. Nie cierpiał czekać na nic. Może za wyjątkiem czekania na wyniki Lotto. Siadał naprzeciw telewizora i czekał. Z długopisem w ręku czekał. Nie podglądał wytypowanych liczb, czekał. Udawał, że ich nie pamięta i czekał. Potem notował podawane przez jakąś lalę numerki i uroczyście przystępował do procesu uświadamiania sobie, jakim jest naiwniakiem. Ala ta przyjemność udawała mu się niezwykle rzadko. Często coś mu rozpieprzało całą przyjemność. Gdy mieszkał u „złej kobiety”, odnosił wrażenie, że wszyscy tylko czekają, kiedy usiądzie przed telewizorem z kuponem w ręku. Przodownikiem był brat „złej kobiety”, czyli jego szwagier. W momencie podawania liczb pojawiał się niewiadomo skąd i wsadzał ryjek w jego kupon ze słowami: - I co? Ile wygrałeś? Pokaż. Sam sobie się dziwił, że nie odsiaduje wyroku za morderstwo w afekcie. Więc nie zaczekał na tramwaj i teraz tego żałował, zwłaszcza, że dwa takie „zgrzytacze” już go minęły i gdyby poczekał, już by był na miejscu. Teraz zostało mu dziesięć pieprzonych minut, sześćset cholernie krótkich sekund do przyjazdu autobusu, na którego przyjazd tak się śpieszył, a który przywiezie z cholernego końca Polski JĄ. Już wiedział, że nie zdąży, a spóźniać się, nie cierpiał tak jak paprotek i sufitu… i czekania. Oczywiście za wyjątkiem czekania na wyniki Lotto. Od dzieciństwa lubił piesze wycieczki, ale i od dzieciństwa wszędzie się spóźniał. Gdy rodzinka miała się zapakować do tej przeklętej skrzynki nazwanej przez jego twórców i użytkowników „samochodem” i znaleźć się w jakimś miejscu, nawet nie bardzo odległym np. o dziewiątej, to do tego pudła wsiadali o jedenastej. - samochód – zaśmiał się w duchu – dziwna nazwa dla skorupy, którą ciągle trzeba było pchać. Odpowiedniejsza była by nazwa „samopchacz” „. I tu miał rację. Skorupa rodzinna, którą dysponowali, ku uciesze gawiedzi stojącej na przystankach, chodnikach i siedzącej w innych „samopchaczach”, często musiała być przez nich „alarmowo” usuwana z jezdni, aby nie blokować ruchu innych skorup. A ze słów tatusia, wynikało, że gdyby nie mieszkał w innym mieście, to by im pokazał – tym konstruktorom. Śmalik był zawsze ciekaw, jak jego ojciec, lekkoatleta - „dwa na dwa”, im pokazuje. Ale jak podrósł i sam- pchał już pojazdy, zaczął się domyślać jak mogłoby to wyglądać. I z chęcią, ramie w ramie z ojcem, pomógłby tłumaczyć i pokazywać. Więc nie zaczekał na ten tramwaj i leciał na złamanie karku, ulicą pełną żółwi blokujących SPECJALNIE przejście. Mijał tą ławicę leniwców i ślimaków z cyrkową zręcznością, aby jak najszybciej być na dworcu i witać nieznajomą o bardzo przyjemnym głosie, z czego nagle zdał sobie sprawę Śmal. Zziajany jak pies wpadł na stanowisko przyjazdu autobusu i … i znów go zalała krew. Spóźniony! Autobus się spóźni. Dwadzieścia minut. Odpowiedz Link Zgłoś
rzulw - I - 26.04.03, 17:55 Coś warczy. Coraz głośniej i głośniej. Co raz bardziej upierdliwie. Śmalik otworzył z trudem oczy i zobaczył białą plamę. Zamkną szybko. „Boże, ja cały czas jestem w tej cholernej norze” – pomyślał i obiecał sobie, że się podniesie, ale ani razu nie spojrzy na ten brudny, odrapany sufit. - Aż się prosi o renowację, ale co ja będę komuś prezenty robił. Wystarczy, że przedpokój wytapetowałem i co ? Jakie podziękowanie ? Podwyżka czynszu. Przyszedł „Cieć” pierwszego i „zażądał” pięciu dych na poczet węgla do ogrzewania tej dziury. Śmalik zwlókł się z łóżka gadając do wytrzeszczającego na niego ślepia porcelanowego diabła tasmańskiego, który stał tam od czasu wizyty jakiegoś domokrążcy, chcącego sprzedać „nic”. Wlazł, kiedyś ów człek za głęboko mieszkania, bo zaspany jak zwykle Śmalik wziął go za znajomego i za szeroko otworzył drzwi zamiast oczu. Gwałtownie wyrzucony za kołnierz, przez oprzytomniałego nagle gospodarza nie był w stanie pozbierać wszystkich „cennych” towarów wysypanych przez wkurzonego Śmala. - A taki piękny sen miałem diabełku, śniło mi się, że mieszkam w chacie bez dachu i nie muszę się gapić na żaden sufit. Podszedł do lodówki. Staną przed nią i nie otwierając stwierdził, że pieprzy śniadanie. Za bardzo bolał go łeb i żołądek, czy cokolwiek to było, to w brzuchu. A z resztą przecież tam nic nie miało prawa być, poza lodem i worami hojnie rozdawanymi w sklepach do pakowania czegoś tam do żarcia. - Kurna, co tak warczy ?! - Zdał sobie sprawę, że to coś, co go obudziło dalej warczy.... - Dzwonek !! - prawie krzykną, uradowany, że w końcu sobie skojarzył ten cholerny warkot z urządzeniem służącym do informowania tych wewnątrz o przyjściu kogoś z zewnątrz. - Czego do jasnej ciasnej? - Sapał sunąc do drzwi. Odpowiedz Link Zgłoś
rzulw --------------------- VI --------------- 07.05.03, 18:56 Sprawdziłem. Nikt nigdy nie wręczył Nobla Matce Naturze. Co nie oznacza, że jej się nie należy… ta nagroda. Odpowiedz Link Zgłoś