Dodaj do ulubionych

------------- OPOWIADANIE --------------

26.04.03, 17:32

Obserwuj wątek
    • rzulw ------------- "zup@ rzulwiowa ------------ 26.04.03, 17:33

    • rzulw ------------------ od autora --------------- 26.04.03, 17:37
      Opowiadanie to dedykuję w pierwszej kolejności poza kolejnością tylko i
      wyłącznie ludziom, którzy swoimi czynami doprowadzili do nabrania przeze
      mnie „rzulwiego tempa”.
      Nie wszystkie opisane tu wydarzenia są prawdziwe, właściwie większość. Te,
      które faktycznie miały miejsce, zostały poprzeinaczane, tak jak imiona i nicki
      bohaterów. Wiele zdarzeń powstało w mojej wyobraźniw nadziei, iż kiedyś staną
      się faktami. Jeśli jednak komuś pewne wydarzenia, imiona lub ksywy wydadzą się
      znajome, to gratuluję wyobraźni.

      Specjalne podziękowania składam Matce Naturze, za to, że stworzyła LITERKI,
      dzięki którym tacy jak ja mogą opowiadać podobne historie.
      -rzulw-
      • rzulw --------------------- prolog -------------------- 26.04.03, 17:57

    • rzulw ----------------------- do gara ----------------- 26.04.03, 17:39

    • rzulw - II - 26.04.03, 17:44
      Z rozmachem otworzył drzwi. Już miał warknąć, opieprzyć intruza lecz zamilkł, a
      właściwie, to nie odezwał się w ogóle, gdy zobaczył kto stoi za drzwiami.
      - O w mordę - pomyślał i natychmiast oprzytomniał. Tyle czasu, tyle czasu na
      nią czekał, wierzył, że znów się pojawi. Nie potrafił zapomnieć. Co dzień
      myślał o niej, snuł plany, jakby kiedyś miał nadejść TEN dzień. No i nadszedł.
      Hukną drzwiami i guzik go obchodziło, że odskoczyła. Zresztą nie widział tego,
      przecież zatrzasną drzwi, a jasnowidzem nie był.
      Odwrócił się na pięcie i pomaszerował do kuchni. Zaparzył kawę, zaglądną do
      lodówki – nic, tylko lód i wory na żarcie. Zapomniał o kawie, nalał wody do
      kubka i poszedł do pokoju. Usiadł w fotelu i gapił się nie na ekran a na rękę,
      którą najpierw drzwi otworzył, a chwilę później z impetem zamkną. Nie, nie
      zamkną. Pierdolną... jebną nimi, mało z futryny nie wyleciały. Upił łyk wody z
      kubka i ten przeleciał przez pokój lądując w gąszczu paprotek, które niewiadomo
      kto, kiedy i po jakiego czorta tam postawił. Jak się tu wprowadził już tu były
      i Śmal cały czas miał ochotę je wywalić. Nie cierpiał ich tak samo jak
      odrapanego sufitu. Nie podlał ich ani razu, a te cholery rosły i rosły i wciąż
      były zielone. Jednak to jemu, właśnie jemu zawdzięczały życie. Od czasu do
      czasu kubki i inne naczynia z różnymi płynami lądowały w ich liściach,
      dostarczając życiodajnej cieczy. Dla tych roślin Śmalik był z całą pewnością,
      choć nieświadomie, dobrym ogrodnikiem.
      - dobrze, że się nie rozpieprzył, musiałbym wyciągać te gówniane skorupy z za
      tych pieprzonych donic. - stwierdził w myślach. Choć nigdy jeszcze tych
      gównianych skorup z za tych pieprzonych nie wyciągną. Bo nie zawszekończyły
      naczynia swój lot w całości i z cała pewnością za pieprzonymi donicami było
      ładnych parę kilogramów gównianych skorup.
      Poderwał się z fotela i celując w roślinki palcem, powiedział tonem tak
      stanowczym jakby nie dopuszczał do siebie myśli, że mogą odpyskować:
      - wylecicie stąd, zobaczycie, że wylecicie. Idąc do drzwi wejściowych zapytał
      mijanego diabła tasmańskiego:
      - i co się gapisz, też chcesz wylecieć ?
      Otworzył drzwi. Siedziała na walizce wpatrzona w podłogę tak jakby na tej
      cholernej glebie działy się arcyciekawe rzeczy, godne takiej właśnie uwagi.
      - witaj – powiedział – może wejdziesz ?
    • rzulw ------------- gotowanie, mieszanie ------------ 26.04.03, 17:45

      • rzulw ------------- V --------------------------------- 07.05.03, 18:55
        Wreszcie dojechali. Koszmarna podróż w nieznane zakończyła się. Jeździli w
        tym molochu ponad godzinę, w końcu szukana ulica łaskawie objawiła się i
        znaleźli się u celu. Zaparkowali auto i wyskoczyli wreszcie z tej blaszanej
        puszki. Nie był to „samopchacz”, lecz nowoczesny, obszerny i wygodny pojazd.
        Lecz po paru godzinach uwięzienia w nim przestał budzić sympatię Śmala i
        pozostałych podróżujących. Oczywiście oprócz kierowcy, dla którego autko było
        kochane. Ale nawet kierujący był zadowolony, że może wreszcie rozprostować
        kości.
        Ot i jest w miejscu, które przez jakiś czas będzie jego domem. Na własne
        życzenie zostawił w swoim rodzinnym mieście. Wszystko, co miał. Oczywiście
        klamory przywiózł ze sobą – te najpotrzebniejsze. Resztę jego „dobytku”
        zostawił u przyjaciela. Właśnie u tego, z którym tu przyjechał.
        Zostali powitani w drzwiach, przez orszak składający się z dwóch osób.
        Podpitego już Dexa i Akiwy, która również sprawiała wrażenie „lekko
        oszołomionej” i to w całe nie z powodu ich przyjazdu. Po wylewnym i serdecznym
        powitaniu, wypiciu ileś tam kaw i herbat i innych trunków, zmęczeni goście wraz
        z gospodarzami ułożyłi się do snu w pozycjach różnych. Dex, uznając zapewne, iż
        rano nie będzie miejsca dla niego miejsca na swobodne ubranie się, przezornie
        się nie rozebrał. Nawet wziął pod uwagę fakt, że obuwia przybyło, więc swoje
        wojskowe buciory „trzeźwo” pozostawił na nogach. Pewnie zdawał sobie sprawę, że
        na drugi dzień ktoś mógłby pomylić swoje buty z jego „ojami” i pójść w nich np.
        na spacer. Pełny obaw i niepokoju, Śmalik zasnął na rozkładanym łóżku z
        nadzieją, że gdy się przebudzi i otworzy oczy, ujrzy nad sobą znajomą, odrapaną
        i brudną plamę, będącą dobrze mu znanym sufitem.
      • rzulw ------------- VII --------------------------- 07.05.03, 18:58
        Przyjechał wreszcie, długi pieprzony, nowoczesny autobus, z którego natychmiast
        wysypała się „trzoda”. - O w mordę. Jak ja ją z tego tłumu wyłowię? – Widział,
        co prawda zdjęcie, na którym była koleżanką, ale ciągle mu się myliły i nie
        wiedział, która z nich jest tą, która właśnie przyjechała. Poza tym nawet jak
        by je odróżniał, to zdjęcie mogło być z przed wieku i mogła wyglądać całkiem
        inaczej.
        - Może ta? – zgadywał – Nie, ta stara dupa jest i głos nie pasuje do skorupy. –
        Ale jednak zapatrzył się na tą kobietę o blond włosach, która traktowała swoją
        walizkę wypchaną z całą pewnością całą masą niezbędnych rzeczy, takich jak pięć
        par butów, lokówka i cholera wie co jeszcze jak żywą istotę. Głośno do niej
        przemawiała, przekonując ją, że jest już dużym bagażem i że chyba sama do kurwy
        nędzy powinna zasuwać.
        Usłyszał swoje imię, z trudem oderwał wzrok od właścicielki głupiej i
        niedołężnej walizki. Natychmiast zapomniał o problemach podróżnej. Zamurowało
        go. Stała przed nim ONA! W sekundzie ją rozpoznał, no i ten ciepły, łagodny
        głos. Troszkę niższa od niego, śliczna, i ciut oszołomiona długą podróżą
        blondynka. Momentalnie mu się spodobała, wystarczyło jedno spojrzenie. Stał jak
        pajac, bez ruchu, wpatrzony w nią, a jedyną rzeczą, jaka mu przychodziła do
        głowy, to pytanie o to, czy Szwedzi wręczyli już Nobla matce naturze, za
        dzieło, jakie stworzyła, a jemu przyszło teraz oglądać. A jeśli jakiś dureń nie
        zgłosił jej do nagrody, to gdzie się można poskarżyć.
        Więc stał jak ten pajac, ona była śliczna, a on ani „beee”, ani „ meee”. Jak
        oszołom wioskowy, dobrze że nie zaczął „eee-kać”, albo „yyy-kać”. Powtórzyła
        jego imię i zapytała:
        - Nie poznajesz mnie? To ja, Literka
        Zdał sobie sprawę, że ona też widzi go pierwszy raz. W zasadzie drugi, ale w
        Internecie się nie liczy – choć dzięki temu go rozpoznała.
        „-fajnie:), poznam Cię po uchu. Ustaw się przodem żebym mogła Cię
        zobaczyć „normalnie” – przypomniał sobie cyrk, jakim był jego „występ” przed
        kamerą i ubaw, jaki urządził w jednej takiej „Internet kafe”, w której były
        kamery. Śmieszyło go to, jak urywek komedii z Jasiem Fasolą albo z Pazurą. Cała
        klientela trzymała się za brzuchy, gdy latał od kamy do kamy, żeby
        się „pokazać”. Na samo wspomnienie miał ochotę parsknąć śmiechem.
        Więc przyjechała i rozpoznała go. Jechała tu przez ileś tam pieprzonych
        kilometrów, pełna niepokoju i obaw, zastanawiając się pewnie, z jakim burakiem
        przyjdzie jej spędzać dzień w tym mieście, a on stał jak ten słup soli. W końcu
        się obudził… ockną się.
        - Cześć, tak to ja, a Ty jesteś Literka – bardziej stwierdził niż zapytał.
        I co miał zrobić? Rzucić się na nią? Objąć? Pocałować? Może do góry podrzucić?
        Przecież widzą się pierwszy raz w życiu a poza tym nie umawiali się na randkę,
        nie pisali do siebie za pośrednictwem biura matrymonialnego, a on nie szukał
        przygód, unikał ich wręcz jak ognia. Literka też przyjechała w bardzo
        konkretnej sprawie. Schylił się po jej torbę i trzeźwo, rezolutnie i stanowczo,
        jak na prawdziwego mężczyznę przystało, wypalił:
        - No to chodźmy.
    • rzulw ------------- niestrawność i zgaga ------------ 26.04.03, 17:46

      • rzulw ------------- VIII ------------------------------- 07.05.03, 19:01
        - Kuźwa! Co za ściana. – pomyślał. Walił w tą cholerną kasztańską ścianę od
        świtu. W miejscu, w którym nikt by się nie spodziewał, sama się „rozbierała”, a
        tu, gdzie Śmal miał wykuć dziurę pod jakiś zafajdany „peszel” na kable
        elektryczne stawiała zaciekły opór. Na prawej ręce już mu bąble powyskakiwały
        od młota, którym zaciekle ją atakował. Dłuto waliło zajadle w ścianę od samego
        rana i w ślimaczym tempie posuwał o się wzdłuż narysowanej przez Dexa linii. Po
        paru godzinach, miał wrażenie, że to w jego głowie ma być ten „peszel” i to
        właśnie wokół jego czaszki będzie przebiegać „elektryka. Zwolnił przycisk. Był
        cały w pyle ceglanym, tynku i kurzu bo akurat Dex znalazł sobie czas na
        zamiatanie. Ten wszechwiedzący specjalista od wszystkiego, czego by się nie
        dotkną, właśnie teraz ZAMIATAŁ!
        - „kurwa, co za popieprzony kasztan” – Zszedł z drabiny, podszedł do okna,
        wziął z parapetu paczkę papierosów i zapalił jednego. Z trudem się powstrzymał
        przed walnięciem w łeb tego durnia. Widząc to, „popieprzony kasztan” postanowił
        też odpocząć. Pieprdzielną miotłę w miejscu, w którym stał, czyli na kupię
        gruzu, którą próbował zmieść i też podszedł do okna żeby zapalić.
        - Aleś się kurwa napracował. Jak kobyła przy węglu. – odezwał się De, który
        również zauważył niesamowite zmęczenie malujące się na twarzy Dexa.
        De, „Polański”, z którym pracował. Chłop jak dąb, ze wschodu kraju. Był
        sportowcem, ale po tym jak jako bramkarz w jakiejś mordowni, szumnie nazywanej:
        dyskoteką, porachował komuś kości, musiał się znaleźć w tym kraju i mieście.
        Założył tu firmę, ożenił się i siedział tu od paru lat. - Idź lepiej chłopie po
        piwo, bo się wykończysz – ciągną – przecież ty dzisiaj dopiero trzy wypiłeś.
        Idź – mówiąc to, sięgną do kieszeni, wyciągnął jakieś klepaki i wręczył
        szefowi. - Możesz nam kupić jakiś napój.
        Powtarzać nie było trzeba. Wyskoczył jak z procy i tyle go widzieli.
        Dex był ‘szefem’ budowy, na utrzymaniu swoich pracowników.
        - No to teraz możemy spokojnie godzinkę popracować – powiedział do Śmalika i
        wrócił do swojego zajęcia.
        -Ale kołomyja – zaśmiał się w duchu Smal. Kumpel, z którym tu pracował to De z
        netu. Poznali się tradycyjnie, podając sobie rękę, nie podejrzewając nawet, że
        tak naprawdę, to znają się od dawna z sieci. Dopiero tutaj, w pracy na to
        wpadli.
        - Te! Informatyk! Jak się od niego nie wyniesiesz, to ci do tyłka nakopię –
        usłyszał jeszcze zza ściany, zanim znów nacisnął włącznik i rozległ się huk
        młota.
    • rzulw ------------------- kuracja --------------------- 26.04.03, 17:47

      • rzulw ------------------- IX -------------------------- 07.05.03, 19:02
        Już od paru godzin błąkał się po mieszkaniu niespokojny i zły. Ostatnią piątkę
        włożył do automatu sprzedającego papierosy. Wcześniej sprawdzał reakcję maszyny
        na „swojską” walutę. Automat połkną „dwójkę” i zaliczył ją jako tutejsze 0,05.
        W jego kraju „dwójka” równa się połowie tutejszej jednostki. Zezłościł się
        faktem niekorzystnej „wymiany”, wyciągnął Stricte automatu paczkę Lucky Stricke
        i zapomniał „poprosić” maszynę o resztę. O fakcie tym przypomniał sobie dopiero
        w momencie odpalania papierosa, którego przez cały czas miętosił w ustach,
        czyli po jakiejś godzinie. Namoknięty filtr nie przepuszczał do ust zbawczego,
        uspakajającego dymu. Sięgną po drugiego, ale i ten nie smakował jak powinien,
        wręcz przeciwnie, niepokój się nasilił i zdenerwowanie wzrosło.
        Był sam. Wu, E i mała Gie pojechali do Ka na imieniny. Tak samo miała na imię
        barmanka z knajpy, przy której mieszkał niespełna przed tygodniem. Niemiłe
        wspomnienia wróciły w ułamku sekundy. Błyskawiczna wyprowadzka, a w zasadzie
        ucieczka z mieszkania dotychczas dzielonego z Dex’em i Akiwą, feralny „kocioł”
        w wyniku, którego De został wywieziony przez specjalną grupę tutejszych służb
        porządkowych za granicę kraju. Śmalik zjadł kolejny talerz zupy, która była
        paskudna i za nic nie chciała smakować tak jak smakować miała lub przynajmniej
        powinna. Przeklęta „zupa nic”. Ugotował ją, ponieważ mógł. W końcu cokolwiek
        mógł gotować, pichcić i przyrządzać bez obawy, że nawet nie spróbuje. Do
        momentu wspólnego zamieszkiwania z HiV’em. Tak właśnie zaczął nazywać Dex’a i
        Akiwę Pierwsze litery ich imion idealnie pasowały i byli jak choroba…
        nieuleczalni.
        Wszystko, co tylko nadawało się do jedzenia zostawało natychmiast pożerane w
        sposób… łagodnie mówiąc obrzydliwy. Sam „akt wchłaniania”, bo jedzeniem, tego
        nazwać nie można było następował w przerwach picia tego, co do picia się
        nadawało, a poczym troski i problemy dnia codziennego stawały się
        niezauważalne, zupełnie jak fundusze, którymi nie dysponowali. Kolejny
        papieros… w telewizji jakiś niezrozumiały bełkot. „Co za język okropny” –
        pomyślał i wyłączył telewizor. Zdawał sobie sprawę, że będzie się musiał
        nauczyć tego nie lubianego języka.
        Z obrzydzeniem zjadł kolejny, ostatni już talerz zupy, która wreszcie się
        skończyła. Wszedł do łazienki, samemu nie wiedząc, po co. Mimowolnie chciał się
        upewnić, że jest. Że nie musi wychodzić na korytarz, aby skorzystać z toalety,
        że przed kąpielą nie musi szorować całego pomieszczenia. Oki, łazienka na swoim
        miejscu, wszystkie przybory toaletowe też. Obchód zakończony. Usiadł przy stole
        i znów zapalił papierosa. Spojrzał na telefon. „Może wyłączony” – powiedział
        dość głośno, a na dźwięk swojego głosu, aż go ciarki przeszły. Jednak nie
        podszedł sprawdzić. Wolał nie znać powodu milczenia czarnej słuchawki, która
        zapewniała mu wprawdzie jednostronny, ale jednak kontakt. Wiadomości mógł tylko
        otrzymywać, wszelkie próby wysłania, choć najmniejszego sygnału nie miały prawa
        się powieść. Przyczyna? - Nie „nakarmił” telefonu, kredyt=0. Wmawianie sobie,
        że na pewno wyłączony jest łatwiejsze niż świadomość, że ”klików-pików” nikt
        nie wysyła..
        Zamyślił się. Intensywnie próbował sobie wyobrazić, co czeka go w ciągu
        najbliższych dni. Czy podoła, czy mu się uda? A może całe przedsięwzięcie
        skończy się kolejnym „kotłem”?
        A jeśli mu się uda, to czy Szef będzie zadowolony? Mnóstwo wątpliwości
        wzajemnie się przeganiało, a brak kontaktu z Klikaczem nasilał niepokój.
        Jutro idzie na rozmowę do Szefa. Oczywiście samego Szefa nie zobaczy, ale
        spotka się z jego ludźmi. Jak na Szefa potężnej organizacji przystało, nie
        szasta swoim wizerunkiem. Od momentu zaistnienia widziało go niewiele osób.
        - Czemu nie oni? – zapytał.
        Telefon milczy.
        Złość? - Już przeszła
        Niepokój? Tak został tylko niepokój…
        W takim stanie zastał go sen.
      • rzulw ------------------- X --------------------------- 07.05.03, 19:03
        - Która to godzina? Kurczę, miałem wstać o dziewiątej…
        Obudziłem się sam, a właściwie obudziły mnie głosy dobiegające z za drzwi. Nie
        obudził mnie tym razem „klik-pik”. Sprawdziłem czy nie było „sygnału”, czy może
        komóra padła. Nic nie było, telefon włączony. Co jest? Stało się coś? A może to
        ja coś wywinąłem i to z mojej winy nie ma znaku?
        - Całkiem fajny jest ten nowy sufit. – I nim się podniosłem dobrze mu się
        przyjrzałem. - Kuczę, ciekawy który to już w ciągu roku? Piąty, może szósty?
        No, ale jak do tej pory najładniejszy.
        Wyszedłem z pokoju i trafiłem na krzątaninę w kuchni. Wu czytał gazetę a E myła
        naczynia. Prawdziwie miły widok. Ktoś myje naczynia i tym kimś nie jestem ja.
        Fajoffki. Gie biegała po kuchni, od taty do mamy i z powrotem, kwękając po
        swojemu. Jak na półtorarocznego brzdąca była całkiem „rześkim” bąblem. Moje
        pojawienie się w tym domu i rzeczy, jakie u mnie Gie „odkryła” okazały się
        prawdziwym skarbem. Jeśli tylko w pokoju, który mogłem uważać za swój, były
        otwarte drzwi, mała nie omieszkała przeprowadzić inwentaryzacji
        moich „skarbów”. Ani się oglądnąłem, już buszowała w szafce, do której zdążyłem
        włożyć część moich klamotów.
        - która na osi? – spytałem – uuuu za dwadzieścia dziesiąta. Nie ma szans żebym
        zdążył na wpół do jedenastej - sam sobie odpowiedziałem. Usiadłem przy stole,
        wcześniej włączając czajnik.
        Co ma wisieć nie utonie. Postanowiłem wypalić parę fajek, wypić obowiązkową
        kawę i jakoś się zebrać do wyjścia.
        - Jak było? – zagaiłem, właściwie nie wiem do kogo.
        - Grrrry, prrryyyy, beeeeb – odpowiedziała z pokoju Gie.
        Najwyraźniej ma podzielną uwagę skoro w trakcie włączania i wyłączania lampki
        nocnej, bazgrania jednocześnie po moim notesie i kopania w komputer, część,
        jakże cennej uwagi poświęciła, aby odpowiedzieć na moje pytanie.
        - Eeeee – obudził się tatuś.
        - I tam – dodała mama.
        Porównałem szybko ilość dźwięków, jakie wydobyły się z każdego członka rodziny
        i stwierdzam, że najwięcej dowiedziałem się od małej Gie. Ale E i Wu
        zorientowali się, że „tak” mówiąc za komunikatywnych uchodzić nie mogą i szybko
        się „zrehabilitowali”:
        - Tak sobie. W zasadzie więcej zamieszania, niż to było warte – usłyszałem od E.
        - A ja padłem o trzeciej – dodał Wu.
        Wypaliłem kilka papierosów, wypiłem dwie kawy i zakończyłem tą jakże ciekawą
        dyskusję wychodząc z domu. Wcześniej oczywiście zarządziłem przerwę w
        inwentaryzacji, wzbudzając w małej, niezbyt przyjazne uczucia wobec mnie.
        Spóźniony, ale z przekonaniem, że Szef i tak zechce się ze mną zobaczyć
        pocwałowałem do metra.
    • rzulw -------------------- epilog ---------------------- 26.04.03, 17:49

    • rzulw - III - 26.04.03, 17:53
      Czekając na zagotowanie się wody myślał o tym, że kawa MUSI być z pianką. Taką
      lubi, ona taką lubi. Jemu było „wurszt” czy z pianką, czy bez. Dla niego mogła
      być nawet z „kożuchem”, byleby była słodka. Lubił słodkie, tak jak kiedyś nie
      lubił spóźniania i czegoś tam jeszcze. Ale jej kawa musi być z pianką, inaczej
      nie wypije. Zalał w końcu oba kubki wrzątkiem, bo i sobie zrobił nową kawę i
      ruszył z nimi do pokoju. Siedziała w fotelu, przy stoliku, na którym stał wazon
      z ogromnym bukietem kwiatów. Całe pomieszczenie było ukwiecone jak ogród
      botaniczny i wszystkie wolne miejsca zajęte były przeróżnymi doniczkami.
      - Donice, doniczki, wiszące stojące, a rośliny w nich pachnące, kwitnące… a za
      oknem słońce… - pomyślał Śmalik wchodząc do pokoju, ale patrząc na nią, zawahał
      się – nie, nie za oknem, w fotelu. W fotelu słońce. – dokończył.
      Od pewnego czasu jakoś tak sobie układał w głowie wierszyki i wierzył, że
      kiedyś zapisze to wszystko, co mu się roiło w głowie.
      - O ! Widze, że polubiłeś rośliny – bardziej spytała niż stwierdziła. I troszkę
      zmieszana zajęła się kawą.
      Postawił kawę na blacie i usiadł po drugiej stronie stolika, pomieszał kawę,
      choć zapomniał ją osłodzić, rozglądnął się po pokoju tak, jak by się chciał
      upewnić czy wszystko jest na swoim miejscu. Czy przypadkiem żaden śmieć,
      okruszek jakiś gdzieś się nie pojawił. Po długiej, bardzo długiej chwili,
      wychylając się zza wazonu, tak by móc spojrzeć jej w oczy, odparł:
      - Bardzo miło, że JESTEŚ, ale Czy coś się Tobie nie pomyliło? Na przykład
      miasto? – odpowiedział Śmalik. – A kwiaty lubię, zawsze lubiłem kwiaty, tylko o
      tym nie wiedziałem Literko.
    • rzulw - IV - 26.04.03, 17:54
      Wyskoczył z taryfy i dalej postanowił iść pieszo. Wysiadł, bo ten
      skubaniec „złotówa”, jeździł wcześniej w konduktach żałobnych chyba.
      „to bydle” – pomyślał.
      Dzień wcześniej, Śmalika jeden taki woził, jak turystę z Nowego Jorku. Aż go
      Śmal tak objechał, że za „wycieczkę miasto znawczą” prawie nic nie zapłacił.
      Zatrzymał się na chwile i zapytał jakiegoś człowieka o godzinę. Zostało
      dziesięć minut. Za dziesięć minut miał JĄ poznać. szybkim krokiem ruszył dalej.
      W zasadzie nie był to chód, to był cwał. Od dziecka uwielbiał piesze wycieczki,
      więc pokonanie całej, tej cholernie długiej ulicy, normalnie byłoby
      przyjemnością. Ale nie dziś, nie teraz. W tej chwili żałował, że nie pojechał
      taryfą dalej, albo nie wsiadł do tramwaju. Ale na tramwaj musiałby poczekać, a
      czekać nie cierpiał. Nie cierpiał czekać na nic. Może za wyjątkiem czekania na
      wyniki Lotto. Siadał naprzeciw telewizora i czekał. Z długopisem w ręku czekał.
      Nie podglądał wytypowanych liczb, czekał. Udawał, że ich nie pamięta i czekał.
      Potem notował podawane przez jakąś lalę numerki i uroczyście przystępował do
      procesu uświadamiania sobie, jakim jest naiwniakiem. Ala ta przyjemność udawała
      mu się niezwykle rzadko. Często coś mu rozpieprzało całą przyjemność. Gdy
      mieszkał u „złej kobiety”, odnosił wrażenie, że wszyscy tylko czekają, kiedy
      usiądzie przed telewizorem z kuponem w ręku. Przodownikiem był brat „złej
      kobiety”, czyli jego szwagier. W momencie podawania liczb pojawiał się
      niewiadomo skąd i wsadzał ryjek w jego kupon ze słowami:
      - I co? Ile wygrałeś? Pokaż.
      Sam sobie się dziwił, że nie odsiaduje wyroku za morderstwo w afekcie.
      Więc nie zaczekał na tramwaj i teraz tego żałował, zwłaszcza, że dwa
      takie „zgrzytacze” już go minęły i gdyby poczekał, już by był na miejscu. Teraz
      zostało mu dziesięć pieprzonych minut, sześćset cholernie krótkich sekund do
      przyjazdu autobusu, na którego przyjazd tak się śpieszył, a który przywiezie z
      cholernego końca Polski JĄ.
      Już wiedział, że nie zdąży, a spóźniać się, nie cierpiał tak jak paprotek i
      sufitu… i czekania. Oczywiście za wyjątkiem czekania na wyniki Lotto. Od
      dzieciństwa lubił piesze wycieczki, ale i od dzieciństwa wszędzie się spóźniał.
      Gdy rodzinka miała się zapakować do tej przeklętej skrzynki nazwanej przez jego
      twórców i użytkowników „samochodem” i znaleźć się w jakimś miejscu, nawet nie
      bardzo odległym np. o dziewiątej, to do tego pudła wsiadali o jedenastej.
      - samochód – zaśmiał się w duchu – dziwna nazwa dla skorupy, którą ciągle
      trzeba było pchać. Odpowiedniejsza była by nazwa „samopchacz” „.
      I tu miał rację. Skorupa rodzinna, którą dysponowali, ku uciesze gawiedzi
      stojącej na przystankach, chodnikach i siedzącej w innych „samopchaczach”,
      często musiała być przez nich „alarmowo” usuwana z jezdni, aby nie blokować
      ruchu innych skorup. A ze słów tatusia, wynikało, że gdyby nie mieszkał w innym
      mieście, to by im pokazał – tym konstruktorom. Śmalik był zawsze ciekaw, jak
      jego ojciec, lekkoatleta - „dwa na dwa”, im pokazuje. Ale jak podrósł i sam-
      pchał już pojazdy, zaczął się domyślać jak mogłoby to wyglądać. I z chęcią,
      ramie w ramie z ojcem, pomógłby tłumaczyć i pokazywać.
      Więc nie zaczekał na ten tramwaj i leciał na złamanie karku, ulicą pełną żółwi
      blokujących SPECJALNIE przejście. Mijał tą ławicę leniwców i ślimaków z cyrkową
      zręcznością, aby jak najszybciej być na dworcu i witać nieznajomą o bardzo
      przyjemnym głosie, z czego nagle zdał sobie sprawę Śmal.
      Zziajany jak pies wpadł na stanowisko przyjazdu autobusu i … i znów go zalała
      krew.
      Spóźniony! Autobus się spóźni. Dwadzieścia minut.
    • rzulw - I - 26.04.03, 17:55
      Coś warczy. Coraz głośniej i głośniej. Co raz bardziej upierdliwie. Śmalik
      otworzył z trudem oczy i zobaczył białą plamę. Zamkną szybko. „Boże, ja cały
      czas jestem w tej cholernej norze” – pomyślał i obiecał sobie, że się
      podniesie, ale ani razu nie spojrzy na ten brudny, odrapany sufit.
      - Aż się prosi o renowację, ale co ja będę komuś prezenty robił. Wystarczy,
      że przedpokój wytapetowałem i co ? Jakie podziękowanie ? Podwyżka czynszu.
      Przyszedł „Cieć” pierwszego i „zażądał” pięciu dych na poczet węgla do
      ogrzewania tej dziury.
      Śmalik zwlókł się z łóżka gadając do wytrzeszczającego na niego ślepia
      porcelanowego diabła tasmańskiego, który stał tam od czasu wizyty jakiegoś
      domokrążcy, chcącego sprzedać „nic”. Wlazł, kiedyś ów człek za głęboko
      mieszkania, bo zaspany jak zwykle Śmalik wziął go za znajomego i za szeroko
      otworzył drzwi zamiast oczu. Gwałtownie wyrzucony za kołnierz, przez
      oprzytomniałego nagle gospodarza nie był w stanie pozbierać
      wszystkich „cennych” towarów wysypanych przez wkurzonego Śmala.
      - A taki piękny sen miałem diabełku, śniło mi się, że mieszkam w chacie bez
      dachu i nie muszę się gapić na żaden sufit.
      Podszedł do lodówki. Staną przed nią i nie otwierając stwierdził, że pieprzy
      śniadanie. Za bardzo bolał go łeb i żołądek, czy cokolwiek to było, to w
      brzuchu. A z resztą przecież tam nic nie miało prawa być, poza lodem i
      worami hojnie rozdawanymi w sklepach do pakowania czegoś tam do żarcia.
      - Kurna, co tak warczy ?! - Zdał sobie sprawę, że to coś, co go
      obudziło dalej warczy....
      - Dzwonek !! - prawie krzykną, uradowany, że w końcu sobie skojarzył
      ten cholerny warkot z urządzeniem służącym do informowania tych wewnątrz o
      przyjściu kogoś z zewnątrz.
      - Czego do jasnej ciasnej? - Sapał sunąc do drzwi.
    • rzulw --------------------- VI --------------- 07.05.03, 18:56

      Sprawdziłem. Nikt nigdy nie wręczył Nobla Matce Naturze. Co nie oznacza, że jej
      się nie należy… ta nagroda.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka