s.dominika
19.03.07, 14:49
Pierwszy raz puściły mi nerwy w pracy i się rozpłakałam. Ostatkiem sił udało
mi się to zrobić: nie przy studentach i nie przy szefowej. Zdążyłam ryknąć w
łazience. Moja praca jest schizofreniczna. Z jednej strony ją naprawdę bardzo
lubię - lubię uczyć, mam z osobami którym próbuję coś przekazać dobry kontakt
- pod tym względem jest super. Natomiast strona organizacyjna - rozdział
zajęć, kolejność dziobania przyprawia mnie o mdłości.
Dziś nie wytrzymałam. Najpierw dostałam pismo, że zostałam powołana na
sekretarza komisji rekrutacyjnej. W miejscu gdzie pracuje 30 osób chyba
wypadałoby najpierw porozmawiać, zapytać (chociaż formalnie), nawet zadzwonić.
Ale nie, po co. Kogo obchodzi jakie ja mam plany. Nic to.Pewnie bym się nie
piekliła, gdyby nie to, że co roku na mnie popada. Jakoś innych omija to
szerokim łukiem. To mnie wkurwia.Nie miałam jeszcze ani jednych wolnych
wakacji, a podobno mam 2 miesiące wolnego.
To pierwsza rzecz. Druga rzecz. Siedziałam nad nowym planem zajęć przez
tydzień. Nie ukrywam, że robiłam to w moim interesie, żeby sobie zrobić pensum
w jednostce macierzystej. Oczywiście nie od razu by było tak pięknie, ale
wizja końca wyjazdów była bliska. Dziś okazało się, że pozamieniano wszystko.
I ja nie mam nic do gadania. Dano mi do zrozumienia, że jeżeli przyjdzie niż
demograficzny, to jestem pierwsza w kolejce do zwolnienia. Bo za mało w dupę
właziłam. Po prostu. Inni chodzili kurze wycierać i papiery układać, a ja nie.
Ja po prostu wykonywałam swoją pracę, ale to okazało się za mało.
Jestem przemęczona. 3 razy w tygodniu jeżdżę do pieprzonych filii (odległych
między 100 a 140 km od mojego miejsca zamieszkania) i to w ramach pensum.
Oddają mi za dojazdy. A jak zgubię bilet, to mój problem - wtedy dopłacam do
interesu. Inni wyrabiają pensum w miejscu zamieszkania - w jednostce
macierzystej i zarabiają tyle co ja. Szlag mnie trafia, ale zaciskam zęby. Już
mi 3 lata temu powiedziano, że złapałam Pana Boga za nogi z taką fantastyczną
pracą.
Dziś się dowiedziałam, że doktorat który piszę nie pasuje profilem do
jednostki w której jestem. W związku z tym - powinnam zmienić jednostkę (ale w
tej innej mnie nikt nie chce), albo zacząć mieć publikacje zgodne z profilem
(pomimo tego, że mnie to mało interesuje) - choć jakoś przez 4 lata do tej
pory nikt się nie czepiał tego - teraz sobie przypomnieli.
I jeszcze na koniec muszę być 1 dzień dostępna dla szefowej - w ten 1 z 2 dni,
które mam w tygodniu wolne.Jestem po prostu rozbita i zniesmaczona.
Już mnie na początku pracy nieźle załatwiono, ale powoli wyszłam z dna. Teraz
znowu. Nie mam już siły.
A najgorsze jest to, że tylko Wam mogę to wszystko powiedzieć. Jak znam mojego
M, to mnie zaraz zwymyśla, że nie dbam o swoje, że daję sobą pomiatać i że
jestem beznadziejna. Wolę się zamknąć i zdusić to w sobie. Ale nie mam siły.
Po prostu mam ochotę rzucić to wszystko w cholerę.