ash3
09.05.07, 17:28
Już nieraz było na ten temat (a nawet na dokładnie ten sam temat, tylko
ianczej sformułowany), ale niech będzie jeszcze raz.
1. Pretekstem pierwszego pyt. niech będzie fragment rozmowy Opalskiego z
Mrożkiem, dotyczacy początków pracy jako recenzent tego ostatniego.
"Pytanie: a co w teatrze interesowało cię wtedy najbardziej?
Odp: Teatr. Nie miałem specjalnych preferencji. Chciałem po prostu chodzić do
teatru. Przeżywałem wtedy teatr (zresztą jak wiele innych rzeczy) bardziej na
świeżo. Nie miałem przecież, jak się to dzisiaj mówi, żadnego wykształcenia
teatrologicznego... To było stopniowanie przyjemności. Po pierwsze: być w
teatrze, oglądać przedstawiene, a potem rozbudować sobie tę przyjemność
poprzez opisanie rzeczy, które mnie osobiście zainteresowały czy wzruszyły".
Mam dość oczywiste i może nieciekawe (a może ciekawe) pytanie, które mi się
nasuneło. Brzmi ono, jak jeszcze mozna sobie "rozbudowywac" przyjemność z
lektury czy jakiejkolwiek formy kontaktu ze sztuką. Jakie są wasze odkryte
sposoby sprawiania sobie tej dodatkowej przyjemnosci? Jednym słowem u Mrożka
uprawianie analizy jest zarazem okazją do zwiększania przyejmności.
2. Czy coś takiego jak poczucie humoru, odczucie pewnej, najczęściej
nieokazywanej wprost, radości życia w jakimś dziele sztuki jest czymś, na co
zwracacie uwagę? Nie wiem, jak to sformułować precyzyjniej - chodzi mi o ten
dodatkowy stopień jakiegoś zachwytu czy przyjemności płynącej z obcowania z
dziełem sztuki, które jest naznaczone, dotknięte, poczuciem humoru (chodzi nie
o komedie, tylko coś takiego jak ukryty żart, czarny humor, błysktoliwosć
pewnych skojarzeń, jakaś nieoczywista radość życia itd).