rozdroze_mysli
27.09.07, 13:53
28 lat, żona.. mój adwersarz podczas często pojawiających się
konfliktów, ukochana córeczka. Normalna praca, zarobki ze górnej
półki średniej klasy. Szczęśliwy ? Czy szczęście to stan
permanentny ? Dla mnie nie. Poza szczęściem z córki.. za to, że ma
piękny uśmiech, że widzę radość w jej oczach na mój widok, za to, że
szarpie mnie za włosy, że płacze gdy jest jej źle, że nie daje
normalnie spać po nocach.. szczęście za to, że jest. To
bezapelacyjna kwestia.
Chociaż nie o tym chciałem napisać. Ale jak każdy normalny rodzic
stałem się monotematyczny.
Dręczy mnie coś innego.
Jak często zdarza się Wam spotkać kobietę/mężczyznę - osobę, której
widok wywołuje u Was za każdym razem szczery, całkowicie
niewymuszony uśmiech ? Czy widzę las rąk ? Chyba nie...
Niedawno spotkałem taką osobę. Pracujemy na tym samym piętrze i
czasami mijamy się na korytarzu. Parę lat ode mnie starsza,
prezentująca "mój" typ urody, bla, bla, bla. Atrybuty fizyczne nie
są w tym przypadku zbyt istotne.
Codziennie liczę na to, że ją spotkam i zobaczę jej głęboki uśmiech
na mój widok. Ja również się uśmiechnę. W tych momentach czuję, tą
niewidzialną nić łączącą nasze umysły. Naprawdę, nie śmiejcie się ze
mnie. Zawsze staram się podchodzić racjonalnie do świata duchowego,
nie neguję, lecz również nie podpisuję się bezapelacyjnie pod
wszelkimi rewelacjami z tej dziedziny. Ale ten uśmiech na jej
twarzy... Dziś znów przez dwie sekundy poczułem się bardzo
szczęśliwy. I znów zadałem sobie pytanie. Dlaczego od dwóch miesięcy
nie jestem w stanie podejść do niej i powiedzieć choćby " mam na
imię... i głęboko się zastanawiam, dlaczego nie zaprosiłem jeszcze
Pani na kawę. Nie wiem jak to wygląda z Pani strony, ale mnie nie
codzień zdarza się spotkać osobę, której widok wywołuje u mnie
niewymuszony uśmiech". Strach przed odrzuceniem ? Im większe
oczekiwania, tym większe napięcie spowodowane mającą nastąpić
decyzją. Ale to chyba coś innego. Przecież wiem, że nie mogę
pozostawić tej sytuacji w takiej formie, jaka jest obecnie. W końcu
musi nastąpić rozstrzygnięcie. No tak, ale czego tak naprawdę
oczekuję od tej kobiety ? Przyjaźni, romansu.. obydwu naraz. Ale
przede wszystkim wydaje się, że mógłbym osiągnąć z nią doskonałość,
harmonię ciała i ducha. Brzmi jak idylla, a może jak majaczenia
wariata ?
Pytania, dużo pytań.
A może zacząć od tego, jak ona odbiera wymianę uśmiechów. Bo jest to
raczej kwestia zasadnicza. Lecz tego mogę dowiedzieć się za późno.
Jeśli od razu stonuje i ustawi naszą znajomość na odpowiednio
neutralnym poziomie, to nic wielkiego się nie stanie. Będę zapewne
zawiedziony, będzie mi przykro, a może będę czuł ulgę. Prawdziwa
pułapka kryje się w możliwości odwzajemnienia moich odczuć. Bo jeśli
tak się stanie, jeśli okaże się, że rozumiemy się bez słów, że nie
potrafimy rozmawiać inaczej, niż patrząc sobie w oczy, że nieśmiało
szukamy okazji, aby być jak najbliżej siebie.. to wtedy będzie mi
bardzo ciężko. Jej zapewne też jeśli również jest w związku. Tak,
boję się, że może to być moja "połówka". I kiedy już się tego dowiem
nie będę w stanie odwrócić się i pójść w drugą stronę.
Jak bardzo skomplikuje to nasze życia ? Na jakie desperackie kroki
się poważymy...
Napisałem to nie to po, aby wysłuchiwać czarno-białych rad ludzi o
schematycznym podejściu do życia. Darujcie więc sobie komentarze o
rozbijaniu małżeństwa, zdradzie, niemoralności. Tak naprawdę niech
wszyscy darują sobie pomoc i udzielanie porad życiowych. Nie
dysponujecie wystarczającą ilością informacji z mojego życia i
małżeństwa, abyście mogli dokonać wartościowej analizy tej sytuacji
pod kątem optymalnego dla mnie rozwiązania. Każdy dźwiga swój krzyż,
prawda ?
Napisałem to, bo musiałem się tym podzielić. Bo jest mi coraz ciężej
trwać na rozdrożu myśli...