jak pokonać siebie.....

24.09.08, 00:06
a własne życzenie się unieszczęśliwiłam -po wielu latach przyjaźni przyjaciel
wyznał mi milość-wiedzialam, ze to cienka granica przyjaźni damsko męskiej-
broniłam się przed tym uczuciem długo, ale widać nie wybroniłam
się…pokochałam Go- broniłam bo to zakazana miłość- miłość dwojga ludzi
mających swoje rodziny.
Ktoś mógłby powiedzieć, ze to typowy romans, zdrada itp..tak z boku to
wygląda-ale ani ja ani on- nie szukaliśmy miłości- spadło na nas i wcale się
od tego nie chcieliśmy uwolnić…trwa to już 7 miesięcy- cudownych- niezwykłych,
dojrzałych, szalonych- utwierdzamy się jak nam jest razem dobrze, w naszym
światku. Wiemy, ze krzywdzimy bliskich nieświadomych……nie mam na to
usprawiedliwienia! Moje małżeństwo- hmm jestem po 30 te, a z mężem 16 lat- On
stoi w miejscu- czuje się nie szanowana przez Niego, rozmowy przynoszą efekt
tylko na chwilę…tak dużo musiałam znieść w życiu-tak często brakowało mi
wparcia i inicjatywy z Jego strony- może to zmęczenie, tym, że nie ma planów
celów….Mam dwoje kilkuletnich dzieci- które kochamy bardzo, długo się o nie
staraliśmy. .przyszły na świat, wtedy kiedy byłam gotowa odejść….I demony
przeszłości znowu powróciły…ostatni rok byłam na psychotropach bo tak
straciłam poczucie bezpieczeństwa przy Nim wszystko mnie przerosło………Wiem ,że
powinnam walczyć po raz enty o Nas….o nasza rodzinę rozsądek to nakazuje a
serce robi swoje…..Drugi dylemat to miłość – jakiej nie znałam…zakochałam się
bez reszty, On też w tym samy stopniu odwzajemnia to uczucie…chce odejść od
żony, z którą już od dawna nie żyją w zgodzie, jak twierdzi mają inny system
wartości patrzenia na świat I kolejny problem, bo zdaję sobie sprawę mimo jego
zaprzeczeń, ze przyłożyłam do tego rękę…ze porównał nasze miłości. Nigdy nie
rozmawiałam z Nim o nas o naszej przyszłości- On wie, że dla mnie dzieci są
najważniejsze i nic nie zmienię, bynajmniej teraz kiedy są takie
niesamodzielne….wiem wszystko to pokręcone, Kochamy się…i myślę, ze On szykuje
się do rozmowy ze mną o NAS……….co ja mam zrobić, czuje się bardzo źle-
tortury wewnętrzne- nie chce wpływać na jego decyzje. nie mam prawa, powinnam
poświecić naszą miłość a nie potrafię- mam żyć jak dawniej- choć już nie
będzie tak jak było, czy poddać się temu uczuciu…..?
    • krokodyl_13 Re: jak pokonać siebie..... 24.09.08, 09:36
      Sytuacja jest rzeczywiście bardzo trudna. Chyba musisz sama
      wyznaczyć sobie cel. Napisałaś "On wie, że dla mnie dzieci są
      najważniejsze i nic nie zmienię, bynajmniej teraz kiedy są takie
      niesamodzielne…", jeśli to twój cel to trzmaj się go. Wiem że
      wszystko toba miota i nie wiesz co jest dla ciebie dobra w tej
      chwili. Juz wczesniej pisałam,że takie duże uczucia, których
      wynikiem jest rozpad związków, jeszcze dodatkowo obarczonych dziecmi
      często są obarczone późniejszymy rozczarowaniami. Wyznacz cel i
      trzymaj się go. Trzymam kciuki.
      • zawieszona1 Re: jak pokonać siebie..... 25.09.08, 02:46
        Dziękuję za Wasze opinie…po wczorajszym dołku i wołaniu o „pomoc” zawieszona
        schodzi na ziemię…po pierwsze jestem panią swego losu - Wiem, że poszłam
        łatwiejsza drogą ulegając tej miłości- zamiast ten czas spożytkować na inne
        cele. Problemem dla siebie jestem ja sama- i od tego muszę zacząć
        przewartościowywać swoje życie! Być może szukałam usprawiedliwienia tego co
        robię, w mężu ……ale mam go obwiniać, że jest jaki jest!- że zmęczyło mnie byciem
        matką-żona i mężem dla siebie w jednym - co mają powiedzieć samotne kobiety,
        które same stawiają się przeciwnością życiu.
        Udowodniłam sobie jaka jestem słaba, chodź cale życie przebojowa, uśmiechnięta,
        szczęśliwa- wiem, że jestem ambitna i dużo wymagam od siebie i innych- co z
        tego, że ja skończyłam studia dwa fakultety, ze wciąż się rozwijam – a on stoi w
        miejscu bo jak mówi nie ma takiej potrzeby- ma być powodem odejścia- a wcześniej
        mi to nie przeszkadzało…przecież nie jest mi obojętny- życie jest życiem-
        czasami świeci słońce czasami pada deszcz. Tak naprawdę te leki i załamanie
        które przeszłam to dlatego, ze bardzo chciałam aby ktoś odmienił nasz los, żeby
        żyło nam się lepiej. …wymagałam tego od męża- ze zmieni pracę, bo jego pensja
        nie starczała na opłaty…nie naciskałam na niego, ale sygnalizowałam jeszcze w
        ciązy, że jak urodzą się maluchy będzie nam ciężko.. mowił, ze mamy czas… sama
        mu szukałam ofert pracy pytałam znajomych – w końcu to Warszawa- wiec szansa na
        zmianę pracy jest większa niż gdzie indziej…wielomiesięczne oszczędzanie i
        pożyczanie pieniędzy przeze mnie- i ból, ze nie mogę dac dzieciom godnego
        minimum- wykańczały mnie do tego stopnia, ze miałam jakieś lęki i duszności- nie
        mogłam wziąć wszystkiego na siebie, bo jednak opiek nad malutkimi bliźniakami
        pochłaniała mnie bez reszty...wszystko podwójnie płacz opieka usypianie
        karmienie - doba była za krótka ale to za mną maluchy mają dwa latka. Po ośmiu
        miesiącach opieki na bliźniakami wróciłam do pracy- szybko awansowałam dostałam
        podwyżkę….los się uśmiechnął….ale jednak, jakis żal do męża był, że nie potrafił
        zadbać o Nas- do tego wzorzec z domu jaki wyniosłam, że mężczyzna dba o to co na
        zewnątrz a kobieta wewnątrz domu dołożyły swoje. Plus inne sprawy gdzie po raz
        pierwszy zaczęłam wątpić w nasze małżeństwo.

        I w tym najgorszym momencie niespodziewanie – odskocznią od wszystkiego były
        rozmowy z NIM- o wszystkim i niczym…chciał słuchać, mówił….choć znaliśmy się już
        3 lata- przyjaźń wymknęła się spod kontroli i przekroczyła granice o której
        zawsze mówiliśmy, ze nie przekroczymy. Zaimponował mi inteligencją, swoją pracą
        ciekawemu hobby tym, że cały czas cos robił- doktorat, budową domu… udzielał
        się społecznie - człowiek orkiestra do tego wieczny optymista i czuły
        człowiek-odnalazłam w nim siebie sprzed kilku lat. Jak po az pierwszy raz
        usłyszałam, ze mnie kocha…straciłam grunt pod nogami, wystraszyłam się i czulam
        się odpowiedzialna za uczucie, które w nim wzbudziłam---już wtedy czułam nosem
        problemy, chciałam się wycofać..uciec zapomnieć…nie potrafiłam odwzajemnić jego
        uczuć- ale zrezygnować z przyjaźni też nie! Ciąg dalszy jest łatwy do
        przewidzenia-
        • krokodyl_13 Re: jak pokonać siebie..... 25.09.08, 09:29
          Jestem pod wrażeniem samooceny sytuacji. Życzę powodzenia. A z
          chłopami to tak jest, jak dostanie pracę i jakoś starcza to co sie
          bedzie wysiał. Nie winiłabym go też tak do końca bo wiele ludzi boiś
          zmienić prace, nowych zwyczajów, nawet stanięcie do konkursu to
          horror. Boją się że dowiedzą sie tego co sami myślą o sobie. Ja sama
          sie tego boję. Ja tam mojego co jakiś czas ciągnę za ucho i jakoś
          idzie. Nie wierzę w zwiazki idealne, ale niektórym udaje się
          przetrwać różne zawieruchy a innym nie i nie wiem jaka strategia
          jest lepsza to dobiero życie pokazuje.
        • allohaa Re: jak pokonać siebie..... 21.10.08, 20:52
          Podjęłaś decyzję i nie będę Ci radzić co masz zrobić...
          Poświęcenie siebie, własnego szczęścia na rzecz najukochańszych istot jest
          bardzo heroiczne, ale...
          Nie licz na przeznaczenie...To my ludzie jesteśmy kowalami własnego losu. Tylko
          od nas samych zależy, jak potoczy się nasze życie. Albo złapiemy okazję do
          szczęścia i ją wykorzystamy, albo umknie nam koło nosa. A nam pozostanie smutek
          i żal niewykorzystanej szansy...
          (całe życie liczyłam na przeznaczenie i nie powiem gdzie mnie to
          zaprowadziło...do nikąd...)
          Pamiętaj -życie jest tylko jedno. Jeśli uważasz, że Twój przyjaciel nie byłby
          dobrym ojcem dla Twoich dzieci...to faktycznie daj sobie spokój...
          Ja zadałabym sobie przede wszystkim pytanie: Czy kocham mojego męża?
          Albo Czy jestem w stanie na nowo go pokochać? Z tymi wszystkimi wadami, które
          opisałaś i niedoskonałościami...czy czasem nie będzie tak, że będziesz mu
          wypominać jego ułomności życiowe, bo masz inny wzorzec mężczyzny w pamięci(ten
          który tak bardzo ci imponuje w osobie Twojego przyjaciela?) i czego innego od
          mężczyzny oczekujesz
          Odpowiedź powie Ci wszystko...
          I jeszcze jedno:
          Dziś masz tylko lepszy dzień...nie życzę ci tego, ale niestety dołki powrócą...
          A gdy się rozstaniecie...przykro mi to pisać, bo nie chcę cię już teraz martwić,
          ale przeżyjesz coś w rodzaju...szoku...jeśli to jednak uda ci się przetrwać,
          jeśli uda ci się zebrać do w miarę normalngo życia...jeśli nie będziesz aż tak
          mocno tęsknić...tak mocno pragnąć być z nim...to znaczy, że to po prostu nie
          jest TA MIŁOŚĆ...
          Pozdrawiam.
    • zakletawmarmur Re: jak pokonać siebie..... 22.10.08, 14:53
      1. Twój mąż spoczął na laurach. Poderwał Cię, zrobił dziecko, więc
      już jesteś JEGO i nie musi o Ciebie walczyć... Twój mąż spoczął na
      laurach. Poderwał Cię, zrobił dziecko, więc już jesteś JEGO i nie
      musi o Ciebie walczyć... Mówisz mu, co dla Ciebie jest ważne a on to
      olewa, bo nie musimy wkładać energii w zdobywanie czegoś, co już
      mamy. Po co więc Ty masz się starać?

      2. Dla Ciebie to niezła wymówka żeby mieć kochanka. Rozmawiasz,
      narzekasz, marudzisz, płaczesz... Czyli robisz wszystko żeby on
      (mąż) był taki, jaki jest. Ile rzeczy zrobiłaś żeby TWÓJ MĄŻ był z
      Tobą szczęśliwy? Żeby czuł, że jesteś tą fajną laską, o którą trzeba
      się starać? A ile robisz żeby kochanek był szczęśliwy? Wyglądasz na
      inteligentną babkę, zastanów się, co czujesz po kolejnej kłótni,
      rozmowie z mężem... Czy nie czujesz się zwalniana z obowiązku
      wierności, z starania się o małżeństwo?

      3. Kochanek wiadomo, nowość, tajemniczość, wyzwanie. Mąż- stałość,
      nuda, posiadanie... Do czasu. Za parę lat kochanek może awansować na
      męża i zyskać jego cechy... Nie będzie Ci musiał już imponować, dom
      odda żonie, będzie mało zarabiał (pracownicy naukowi niestety do
      bogaczy nie należą), nie będzie miał dla Ciebie tyle czasu. A może
      nie...

      4. Generalnie trochę wygodnicka jesteś. Masz męża i dzieci. Na pozór
      tworzycie rodzinę i wszystko jest idealne... Dzięki kochankowi
      endorfiny się wydzielają. Boisz się zaryzykować. Bo nowy związek
      łatwy nie będzie. Ty będziesz Tą złą (w opinii społeczeństwa, nie
      mojej), która małżeństwo rozbija i zabiera dzieciom ojca (co za
      bzdura, przecież rozwód nie musi tego oznaczać), niszczy małżeństwo
      kochanka, wchodzi w nowy związek z dwójką dzieci... Takie związki
      nie są łatwe, facet z czasem może straci zapał i jago akceptacja dla
      tej sytuacji może ulec zmianie... Wolisz więc nic nie robić. Nie
      robisz nic żeby odzyskać małżeństwo, kochanek pozostanie kochankiem,
      do czasu aż trochę się znudzi. Wtedy będziesz płakać, jaka to jesteś
      nieszczęśliwa, musiałaś własne szczęście poświęcić dla dobra dzieci,
      bo przecież one są najważniejsze. Tylko, że to wszystko robisz dla
      siebie i dla własnej wygody! Mówisz mu, co dla Ciebie jest ważne a
      on to olewa, bo nie musimy wkładać energii w zdobywanie czegoś, co
      już mamy. Po co więc Ty masz się starać?

      5. Nie piszę, że to twoja wina. Wina dzieli się po między was oboje,
      kochanek to tylko skutek. To samo dotyczy jego małżeństwa. Chcesz z
      nim zerwać, bo nie chcesz brać na własne barki bagażu
      współodpowiedzialności za jego rozwód.
      • fantka Re: jak pokonać siebie..... 25.10.08, 12:21
        Zawieszona,
        nie słuchaj o winie,
        nikt tu nie jest winny.
        Przeżyłaś romans, to cudowne!
        Nie każdemu to jest dane.
        Dokonałaś wyboru,
        wg mnie to dobry wybór.
        To co było niech Cię wzmocni.
        Potraktuj to jako dar od losu.
        • zakletawmarmur Re: jak pokonać siebie..... 28.10.08, 14:51
          Nie piszę tego, żeby wzbudzić poczucie winy... Fanatyczką wierności
          to ja nie jestem, choć faktycznie sama nie zdradzam:-)

          Myślę, że ludzie często mają kłopot z rozumieniem sytuacji, w której
          się znajdują. Silne uczucia miłość, pożądanie, gniew, rozczarowanie
          sprawiają, że nie potrafimy spojrzeć obiektywnie na siebie, męża,
          kochanka. Może wtedy warto przeczytać zdanie kogoś niezwiązanego z
          tematem? Nawet, jeśli tylko kilka procent ma sens to i tak może
          otworzyć nam oczy na coś, czego wcześniej nie dostrzegaliśmy. Wiem,
          że nie dla każdego wierność jest najlepszym rozwiązaniem...
          • zawieszona1 Re: jak pokonać siebie..... 07.11.08, 01:13
            ....no i stało się..On od miesiąca nie mieszka z zoną...a ja od kilku dni wiem
            ze jestem z nim w ciązy....On jest szczęsliwy, chce dać mnie dzieciom
            szczęście...zapewnia o milości...marzy o nas....a mnie paraliżuje strach....czy
            dam radę stawic czoła przeciwnością...mąz wie o ciąży...myśli, ze to jego...ze
            ten jeden raz w miesiącu...wystarczył....powiedział, ze nie dość ze stracił 3
            tyg temu pracę to teraz "to dziecko" wspomniał nawet o aborcji bo nie damy sobie
            rady finansowo....i tym chyba przybił ostatni gwóźdź do trumny...ze chce odejść
            od niego i dać szanse sobie i dzieciom na nowe życie....to tak w skrocie moja
            historia....teraz muszę podjąć decyzję..powiedzieć wszystkim o ciąży....i o ojcu
            tego dziecka....
Pełna wersja