nisiabu
06.10.10, 19:37
Dziś w nocy obudził mnie skurcz o 2:45, próbowałam jeszcze spać, ale skurcze nie dawały, były co 5-10 minut. Po pół godzinie ostatecznie wstałam cichutko i poszłam się kąpać w nadziei, że skurcze się uspokoją, a ja pośpię. Jednak skurcze raczej się rozkręcały. Po około półgodzinnej kąpieli przeniosłam się do salonu, chodziłam, klękałam, szukałam pozycji. O 4 wstał Jarek i natychmiast zaczął szukać telefonu do położnej - przypomniałam mu, że jej wizytówka jest w moim portfelu. Poinformowałam go również, że wcale nie mam ochoty rodzić i że nieźle mnie boli i długo tak nie wytrzymam. Potem Jarek rozmawiał trochę z położną. Mój kochany patrząc na mnie mówił, że porównując z poprzednim porodem wnioskuje, że skurcze są już niezłe, poród zaawansowany i żeby przyjeżdżała. Zaczęłam czuć skurcze parte, co za ulga! Nie byłam pewna czy szyjka jest całkiem rozwarta, bałam się popękać, więc klęknęłam przed kanapą, pochylając się mocno do przodu, półleżałam na niej. Weszła do nas chwilę przed 5 rano, w samą porę, bo 5.05 urodził się nasz piękny klocuszek - Miłosz waży 4150g! Ile mierzy nie wiemy (jak się mierzy dziecko? i główkę?). Łożysko urodziło się po pół godzinie, całe, nie byłam szyta, położna stwierdziła minimalne otarcie. Około 6 Jarek przyjął na swoją koszulkę pierwszą porcję smółki. O 7 rano wstała nasza Igunia i zaczęła podziwiać brata.